Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

„Lista pierwszych zimowych wejść na 8-tysięczniki” to hasło, które jest obecne wyłącznie na polskiej i ukraińskiej Wikipedii. Nie jest to zresztą dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że na 13 zdobytych zimą 8-tysięczników, w 10 przypadkach jako pierwsi zdobyli je Polacy. Przedstawiciele jedynej na świecie nacji zdolnej do tak niebywałego wysiłku, tak fantastycznego bohaterstwa i tak ogromnej determinacji w tak totalnie nieistotnej sprawie jak wejście na górę.

Jeden Włoch. Jeden Pakistańczyk. Jeden Amerykanin. Jeden Hiszpan. Jeden rosyjski Kazach (ale już z polskim obywatelstwem). Trzynastu Polaków.

Dlaczego spośród wszystkich narodów świata to akurat nasz upatrzył sobie polowanie na najwyższe góry świata? Dlaczego akurat Polacy wyznaczyli sobie za cel przekraczanie barier ludzkiej wytrzymałości, udowadnianie, że niemożliwe nie istnieje, że nie ma szczytów nie do zdobycia, że nie ma wyzwań, przed którymi można jedynie pokornie ugiąć kark?

Byłem, jestem i zawsze będę pełen podziwu dla cech, które reprezentują sobą himalaiści. Dla ich uporu, determinacji, woli walki, charakteru. Dla nieustępliwości, dla ambicji, dla hartu ducha. Ale jednocześnie uważałem, uważam i pewnie zawsze już będę uważał, że mogliby znaleźć tysiąc zajęć, przy których wszystkie te wartości mogłyby przynieść wielokrotnie więcej pożytku im, ich rodzinom, może i całemu społeczeństwu.

Mniej więcej w połowie rozważań nad tym, jak ci fantastyczni ludzie marnują swój nieprawdopodobny potencjał, eksplodowały wszystkie media społecznościowe. Kryzys na linii Polska – Izrael. Poseł Knesetu, który przekonuje, że Polacy są współodpowiedzialni za holokaust. Twitterowa akcja wklejania hasthagu #PolishDeathCamps. Mnóstwo ignoranckich komentarzy, wreszcie dzisiejsze haniebne zdanie o tym, że Niemcy zdecydowali się na budowę obozów w Polsce, bo tutaj mieli na miejscu pomoc Polaków w dziele zniszczenia (sic!).

Pierwsza od dawna tak sroga lekcja naszych zaniedbań na polu polityki historycznej. Pierwsze tak bolesne przypomnienie, że w wielu miejscach świata hasło „Polak podczas II Wojny Światowej” przywołuje na myśl nie jedną z 2 milionów polskich ofiar, nie jednego z 3 milionów zamordowanych polskich Żydów, nie mojego pradziadka na przymusowych robotach w Niemczech, nie Witolda Pileckiego, ani nie Irenę Sendlerową, czy jednego z egzekutorów AK likwidujących konfidentów, ale właśnie któregoś z konfidentów. Szmalcowników. Pomagierów niemiec… nazistowskich katów.

Smutny ze względu na dramat Tomasza Mackiewicza weekend, stał się wręcz tragiczny. Pierwszą reakcją na tak drastyczne przekłamania historyczne jest oczywiście gniew. Ale potem przypomniałem sobie o tych polskich herosach, którzy dochodzą do granic ludzkich możliwości bez większego celu i uznałem, że po części sami jesteśmy sobie winni. Bez obaw, nie mam zamiaru zgonić winy za ignorancję izraelskich polityków na polskich himalaistów. Ale nie da się uciec od pytania – dlaczego? Dlaczego tak jest?

Uogólnienia są oczywiście szkodliwe, ale czy nie jest tak, że my po prostu jesteśmy stworzeni do himalaizmu, a nie roli nauczyciela w wiejskim gimnazjum? Czy Polacy jako ogół to nie jest naród stworzony do rzeczy wielkich, przez co kompletnie pogardzający dbaniem o rzeczy małe?

Jeśli trzeba wykonać misję z kategorii niemożliwych, jeśli trzeba zorganizować w okupowanym państwie rozbudowane tajne struktury, jeżeli trzeba wywołać powstanie przeciw wielokrotnie silniejszemu przeciwnikowi, jeśli trzeba bronić się przed całą militarną potęgą wroga dysponując słabło uzbrojonym oddziałem – Polacy są w żywiole. Jeśli trzeba zginąć za kraj, pada jedynie pytanie, w którą stronę wystawić pierś. Problemy zaczynają się, gdy dla tego kraju trzeba żyć. Gdy nie wystarczy rzucić na stos bohaterstwo, odwagę, determinację, brawurę i upór, ale też pracowitość. Cierpliwość. Systematyczność. Sumienność. Stereotypy, jasne, ale jeśli one potwierdzają się co i rusz, w każdym sektorze życia?

Jestem pewny, że przy kolejnym konflikcie Polska dałaby światu kolejnych Pileckich czy Karskich. A potem, po zakończeniu działań, znów kompletnie nie potrafiłaby opowiedzieć o swoich Pileckich i Karskich. Działanie na pierwszej linii frontu, adrenalina, świadomość, że robimy coś naprawdę wielkiego – to nakręca do działań, to daje motywację, to sprawia, że ze zwykłych Polaków tworzą się wytrzymałe na wszystko cyborgi. Ale gdy kurz opada i wyzwaniem jest codzienna praca od 6 do 14, kończy się szaleńcza determinacja. Tam, wysoko w chmurach, jesteśmy zdolni do rzeczy, do których nie jest zdolny poza nami nikt, może jeszcze ten rosyjski Kazach z polskim obywatelstwem. Ale na dole mamy swoje długi. Czasem swoje alimenty. Swoje zbankrutowane firmy.

Wczoraj Krzysiek napisał wszystko w temacie „bohaterstwo na lodowej ścianie” kontra „bohaterstwo na kanapie”. Ja zastanawiam się – czy to w ogóle da się zmienić? Czy to szkodliwe uogólnienie, czy jednak jakiś felerny gen, może element przekazywanego z pokolenia na pokolenie wychowania? Nawiązując do Leszka Kaźmierczaka – niewielu budowniczych, za to gromady architektów. Niewielu studentów, za to setki profesorów. Niewielu szeregowców, dywizje generałów. Wielu chętnych, by iść w ślady żołnierzy bohatersko poległych na wojnie, niewielu chętnych, by przeżyć życie, opowiadając o bohatersko poległych na wojnie.

Dlatego wielu ludzi w Izraelu nie wie o naszej perspektywie. Kto miał ją pokazać, skoro w opowiadaniu o bohaterach nie ma nawet grama ekscytacji towarzyszącej powtarzaniu ich czynów.

Jedni chcieliby w nas widzieć naród Pileckich. Inni pewnie woleliby utożsamiać nas z Romanem Słonią, żołnierzem, który stał się bandytą na usługach gestapo, konfidentem i kolaborantem. Ja coraz mocniej widzę w nas wszystkich Baczyńskich. Utalentowanych ludzi, którzy mieli przed sobą wielkie kariery, ale woleli położyć się pod kule. Kto miał u nas opowiadać o naszym bohaterstwie, skoro „strzelaliśmy brylantami”. A jeden z tych, którzy ujęliby całość najtrafniej, najdobitniej i najpiękniej, mimo słabego zdrowia, odesłania przez swoich dowódców i niewielkich szans na zwycięstwo, bez wahania poszedł do Powstania.

To powód do ogromnej dumy. I jeszcze większego smutku.