Gdy but zaczyna być sztuką
Weszło Extra

Gdy but zaczyna być sztuką

Widząc tytuł ktoś może się oburzyć, dostrzegając sztukę prędzej zamkniętą w ramach obrazu, filmu, piosenki niż na powierzchni buta, ale byłoby to podejście chyba zbyt konserwatywne. Jeśli wiele godzin spędzonych z pędzelkiem lub przy maszynie hafciarskiej potrafi zmienić zwykłego kajaka w unikatowe dzieło, to nie widać powodów, by odbierać takiej pracy znamiona sztuki. I właśnie tym zajmuje się firma założona przez Bartka Bucholca i Michała Kowalewskiego, ich pracownicy na małej powierzchni obuwia potrafią zdziałać prawdziwe cuda. Droga, jaką panowie przeszli jest warta opowiedzenia – zaczynali z jedną kartką zapełnioną pomysłami, przebili się przez brak funduszy, biuro pozbawione na długie dni ogrzewania, walkę z urzędnikami, po współpracę z takimi goścmi jak Otto Porter, Dusan Kuciak, Artur Boruc czy Kamil Grosicki. Poznajcie ich, naprawdę warto.

Bartek: Cały pomysł na biznes zrodził się z tego, że stała taka zakurzona maszyna do haftów w mojej starej firmie i byłem tą osobą, która nauczyła się ją obsługiwać. Byłem jedynym z dwudziestu pracowników, który zapytał: „co to jest?”.

– Maszyna hafciarska.

– Działa?

– Działa.

– Czemu nie jest podłączona?

– Bo nie ma osoby, która by się tym zajęła.

– A jest instrukcja obsługi?

– Poszukaj tam w szafce.

Siedziałem, przetłumaczyłem instrukcję z języka niemieckiego na polski, uczyłem się metodą prób i błędów, krok po kroku, kliknięcie po kliknięciu. Wtedy już znałem się z Michałem, on obok mojej pracy miał swoje stoisko z grami na konsole. Graliśmy w Fifę, opowiedziałem mu o pomyśle, żeby robić hafty na butach – nazwiska, ksywki piłkarzy i tak dalej. Moja poprzednia firma mogła robić hafty tylko na obuwiu Nike, a my stwierdziliśmy, że przecież możemy to robić na każdym modelu każdej firmy. Napisaliśmy sobie na małej kartce papieru, co chcemy robić, choć nie umieliśmy malować butów, więc tak naprawdę wymyśliliśmy sobie coś, czego nie potrafiliśmy wykonać i czego w Polsce jeszcze nie było. Jednak znaleźliśmy na YouTube gościa, który robił graffiti na butach, napisaliśmy do niego i okazało się, że koleś jest z Gdańska i kuma robienie takich rzeczy, tyle że robił to w garażu dla swoich znajomych, bez żyłki przedsiębiorczej.

Michał: Ja się do niego odezwałem, wzięliśmy go na pokład i on wykonał jako prototyp pierwszy projekt. Niektórzy mogą myśleć i powiedzieć, że to jest zrobione fabrycznie, wprasowane, a prawda jest taka, że on kawałek po kawałeczku malował to pędzelkiem. Gdy dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w stanie to zrobić i nie mamy ograniczeń co do projektów, zaczęliśmy szukać rozwiązań, które wpłyną na to, że projekt będzie trwały i podczas normalnego użytkowania buty nie będą się niszczyły, nic nie będzie się z nimi działo. Mieliśmy produkt, zrobiliśmy badania rynku, wyszło, że to jest fajne i ciekawe. Dopiero wtedy zaczęliśmy pracę nad założeniem działalności.

embro1

Bartek: Tak, ale nadal nie wiedzieliśmy do końca, jak to ma wszystko wyglądać. Przypadkiem, bo idąc na tramwaj, zobaczyłem taki banner „Konkurs Gdyński biznesplan”. Zadzwoniłem do Michała, byśmy się zgłosili do tego konkursu, bo może ktoś nam powie co mamy z tym wszystkim zrobić. To był styczeń 2016 roku, moment, w którym mieliśmy tylko tę kartkę i Piotrka, który zaczął z nami współpracować. Sprawdziłem w archiwum konkursu, syntezator mowy Ivona nie miał przed laty nawet miejsca w pierwszej trójce. Stwierdziliśmy więc, że skoro chłopaki tak się wybili, to może i dla nas jest szansa. I na 479 projektów zajęliśmy drugie miejsce, wtedy już na pewno wiedzieliśmy, że coś z tego może wyjść.

Michał: Ale też, gdy dowiedzieliśmy się o wynikach, to nie było w nas radości, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy przygotowani do wygranej i po to tam poszliśmy. Chcieliśmy zgarnąć pierwszą nagrodę. Mieliśmy tego pecha, że w tej samej kategorii była firma Scuba Fone – już z patentem, rozwinięta, potrzebowali tylko rozgłosu.

Bartek: Oni stworzyli urządzenie do komunikacji dla nurków pod wodą. To był dla nich tylko następny krok, my mieliśmy tylko pierwszy w życiu biznesplan i prototyp buta.

1 Kartka

Michał: Zmotywowało nas to jednak, żeby, tak czy inaczej, działać. Z tego konkursu kapitału nie pozyskaliśmy, nadal nie mieliśmy funduszy, a naszym głównym założeniem było to, żeby rozpocząć działalność bez swojego wkładu.

Bartek: Po prostu nie mieliśmy kasy, mieliśmy tylko pomysł z kosmosu.

Michał: Mieliśmy swoje oszczędności, ale to by wystarczyło na jedną-dziesiątą.

Bartek: Drążyliśmy więc dalej temat, udzieliliśmy pierwszego wywiadu, po którym zrobiło się więcej szumu, natomiast byliśmy dalej kompletnymi anonimami. W sierpniu 2016 odbył się Baltic Games, bardzo znana impreza w Trójmieście. Naszym atutem stało się to, że znaliśmy organizatora i opowiadaliśmy mu o maszynie, którą chcieliśmy kupić. Zostało pięć dni do eventu, pamiętam, jak Wojtek powiedział: chłopaki, możecie przyjść, ale nie wyobrażam sobie was bez maszyny. A wtedy nie mieliśmy jeszcze totalnie nic. W międzyczasie jednak udało się nam pozyskać inwestora. W ciągu czterech dni zorganizowaliśmy maszynę z Niemiec i wyobraź sobie, że ona przyszła do nas w dniu imprezy, odbieraliśmy ją z dworca kolejowego.

Michał: Zdążyliśmy z terminem. Pamiętam, że to był intensywny tydzień, kiedy w ciągu siedmiu dni pozyskaliśmy dwóch inwestorów, załatwiliśmy maszynę i event. Był to zdecydowanie krok milowy, który pokazał nam, że rok działań i planowania na kartkach, opłacił się. Coś mieliśmy. Przez następny czas kontynuowaliśmy rozwój, szukaliśmy lokalu, zależało nam, by być stosunkowo widocznymi, dlatego padło na Sopot. Witryna i umiejscowienie umożliwia to, że zostaniemy dostrzeżeni przez osoby stojące w korku. Druga sprawa jest taka, że nastawialiśmy się na rynek trójmiejski, więc musiało być dla klienta wygodnie. Ci z Redy czy Wejherowa też tu przyjadą, bo to nie jest Gdańsk, a oni otwarcie mówią, że Gdańsk byłby za daleko, natomiast do Sopotu się pofatygują.

Bartek: Wiedziałem, że jest w tym potencjał. Jest taka książka założyciela Nike – „Sztuka zwycięstwa” i wiem, że nasza historia jest podobna. Mieliśmy jakiś tam pomysł, szalone cele i tylko my wierzyliśmy w sukces. Michał był na studiach, jako kto, psycholog biznesu?

Michał: Tak, to mnie jakoś nurtowało, ale po pierwszym semestrze, gdy zobaczyłem, jak daleko jest w planie studiów do rzeczy, które mnie interesują, pomyślałem o wyprowadzce i założeniu własnej firmy. Utrzymałem działalność pięć-sześć lat, handlowałem tymi grami na tej wysepce, gdzie rozmawialiśmy z Bartkiem, więc miałem te podstawy dotyczące faktur, księgowości, ZUS-u. Tak się uzupełnialiśmy, że tymi urzędami zająłem się ja, Bartek miał inne rzeczy do ogarnięcia. Takie uzupełnianie nam pomogło, bo na początku działalności często ktoś wystawiał nas na próbę, gdy się podnosiliśmy, znowu była gleba. Na przykład jeden z naszych inwestorów zmienił totalnie warunki współpracy z nami, co przełożyło się na straszne problemy finansowe i to już na samym początku.

Bartek: Mieliśmy taką sytuację, że wysiadło ogrzewanie i przez trzy tygodnie siedziałem w biurze, w którym było strasznie zimno, bo zima była mega sroga. Jednak każdy problem potęgował w nas kreatywność – albo się poddajesz i rezygnujesz, albo szukasz rozwiązania. My nie chcieliśmy odpuścić, a problemów mieliśmy mnóstwo. Pozyskiwaliśmy dotację, która miała trafić w ciągu miesiąca do nas, a przeciągało się to do siedmiu miesięcy, bo musieliśmy przekonać urzędników do tego, że ten pomysł ma sens. Michał jest psychologiem biznesu, ja jestem geodetą. Geodeta i buty? Kosmos, a musisz przekonać do tego kogoś, kto zadecyduje, czy otrzymasz środki na jakikolwiek start.

embro2

Michał: Najśmieszniejsze, że wymyśliliśmy sobie taki biznes, gdzie Bartek umiał wykonać haft na butach, ale nikt z nas nie miał talentu artystycznego, nikt nie wykonał żadnego projektu związanego z customem. Wiedzieliśmy, że będziemy potrzebowali ludzi po ASP albo takich, którzy będą umieć malować.

Bartek: Często jest tak, że ludzie mają mega pasję do czegoś, ale z racji, że nie da się na tym zarobić, rezygnują z tego. Tak pojawił się u nas Dominik w firmie, siedzący teraz w pracowni. Dominik był pracownikiem call center, szukaliśmy kogoś i patrząc po CV, nie byłbym w stanie go zatrudnić, ale porozmawialiśmy i instynkt podpowiedział mi, że coś w nim jest. Zapytałem go, czy byłby w stanie przysłać jakieś portfolio i wysłał mi swoje prace grafficiarskie. Związany był więc z graffiti i hip-hopem, ale dalej to nie są buty. Posłuchałem się jednak tego instynktu i to był strzał w dziesiątkę, bo Dominik złapał zajawkę na buty i cały czas szukał nowych rozwiązań.

Michał: I dopiero, gdy byliśmy przygotowani pod kątem otoczki – gdy mieliśmy ludzi, stwierdziliśmy, że jesteśmy gotowi wejść na rynek.

Bartek: Dziewiątego grudnia otworzyliśmy lokal i wyznaczyliśmy sobie cele na pierwszy rok działalności. Każdy się z nas śmiał na początku, kto w tym kraju będzie chciał mieć pomalowane buty, tak tym razem pukali się w czoło, że odlecieliśmy. Bo mieliśmy jeden z celów na pierwszy rok, by współpracować z największymi markami na świecie, Adidasem, Nike i tak dalej. Nikt w to nie wierzył oprócz nas samych. Przełomowym momentem był ten, kiedy chłopaki ze Sklepu Koszykarza odezwali się do nas z pytaniem, czy chcemy zrobić na Gortat Camp buty dla Otto Portera. Rzuciliśmy wszystko to, co robiliśmy, byle tylko wykonać te buty. Poświęciliśmy cztery dni i cztery noce, on się w ogóle nie spodziewał, że cokolwiek dostanie. To był efekt domina, ten moment, kiedy większe marki się nami zainteresowały. Zaczęliśmy robić projekty dla Nike, Adidasa, Converse’a i tak dalej.

Michał: Jedna, druga, trzecia współpraca z takimi markami i one same zaczęły się odzywać, potem dochodziły kolejne.

Bartek: Liczyłem ostatnio, że w pierwszym roku nawiązaliśmy współpracę z 20 firmami.

Jak to wygląda, robicie jeden projekt a dana marka wrzuca to w fabrykę?

Bartek: Różnie. Na przykład teraz współpracujemy z Pumą i robimy dla nich 70 butów na 50-lecie modelu Puma Suede. Z R-Golem zrobiliśmy fajną rzecz, bo przygotowaliśmy na derbowy mecz buty dla Dusana Kuciaka. Lechia była po 0:5 z Koroną, kibice przyszli na trening piłkarzy, było duże ciśnienie, by ten mecz wygrać.

Michał: Powiedzieliśmy Dusanowi, że dostał magiczne buty, w nich jest dobra energia i zobaczy, że wygrają te derby.

Buty Kuciak

Bartek: Dla nas to też był stres i trzymaliśmy kciuki, bo pierwszy raz zrobiliśmy buty, które od razu poszły w teren, od razu piłkarz w nich grał. Po drugie dla samych celów wizerunkowych chcieliśmy, żeby ten wynik był dobry, po trzecie wszyscy jesteśmy kibicami Lechii. Modliliśmy się przed telewizorami, by dowieźli to 1:0.

Michał: Co fajne, Dusan przyjechał do nas, podziękował, wręczył koszulkę meczową i… zostawił buty na inny mecz.

Bartek: To było spotkanie ze Śląskiem Wrocław, w którym karnego obronił. Złapaliśmy z nim na tyle fajną relację, że odwiedza nas czasami dwa-trzy razy w tygodniu i zawsze spyta co tam u nas nowego. Powiedzieliśmy mu, że chcielibyśmy poznać Sławka Peszkę, bo uważamy, że jest to fajny gość i moglibyśmy zrobić dla niego coś wyjątkowego. Dusan nie widział problemu, podał nam numer telefonu, skontaktowaliśmy się i nagle robiliśmy buty dla Peszki, reprezentanta Polski. Marzenie zaczęło się spełniać. Jednak znów chcieliśmy zrobić kolejny krok i wejść w nowy rok z bardzo głośnym tupnięciem, pojawiła się kwestia Amber Cup. Czytałem na Weszło materiał z Danielem Kaniewskim, siedziałem w biurze i stwierdziłem, że trzeba się skontaktować z tym gościem, bo mamy na tyle fajny produkt i jesteśmy na tyle kreatywni, że możemy coś ze swojej strony wnieść. Z Danielem próbowałem się skontaktować przez dłuższy czas, to człowiek naprawdę zajęty, szczególnie, że został tydzień do turnieju. W końcu powiedział: spotkajmy się, ale mam dla was 15 minut. Wyszła z tego ponad 1,5-godzinna rozmowa, mieliśmy zrobić buty dla ambasadorów turnieju – Artura Boruca, Sławka Peszki, Kamila Grosickiego, Marcina Wasilewskiego, Jacka Góralskiego – i to była dla nas kosmiczna sytuacja. Chcieliśmy w ogóle się pojawić w świecie piłki, a nagle w ciągu tygodnia mieliśmy okazję, by zaistnieć.

Michał: I to z dnia na dzień, bo Daniel powiedział nam, że widzi nas na turnieju, ale też stwierdził, że musimy wrzucić super tempo. Przygotowywaliśmy nagrody, organizowaliśmy rzeczy na stoiska, ogarnialiśmy to wszystko od strony logistycznej, a do tego w czwartek dowiedzieliśmy się, że mamy robić buty dla ambasadorów, kiedy turniej główny był w niedzielę. Butów nie mieliśmy, wizji też nie, wtedy więc jeszcze nie wiedzieliśmy, jak to wykonamy, ale i tak wiedzieliśmy, że zdążymy. Dzięki współpracy z Worldbox zdążyliśmy, my uważamy i odbiorcy butów uważają, że wykonaliśmy świetną robotę.

Bartek: Oni też nie mieli świadomości, że można coś takiego zrobić. Skończył się Amber Cup i nagle we wtorek odbieram telefon od Tomka Hajty, czy nie zrobimy butów dla niego. Dzwoni Daniel Kaniewski, czy byśmy nie zrobili butów Kamilowi Glikowi. Nagle coś, co wydawało się totalnie nierealne, teraz jest możliwe do zrobienia i to nas mega jara. Jesteśmy w połowie drogi, ale uważamy, że osiągnęliśmy sporo. Dzięki uporowi i determinacji.

Hajto chciał truskawkę na bucie?

Bartek: Na jednym truskawkę, na drugim tort i napis „to są te detale”. Ale mówił: „panie Bartku, takie nieprzesadzone, bo ja naprawdę chcę w nich chodzić!”.

Skąd pomysł na nazwę? Powiem szczerze, że gdy na Amberze spiker mówił o was, pomyślałem, że przyjechało Umbro.

Michał: Długo nad nią myśleliśmy, zgadzaliśmy się na pewno, że nazwa musi być krótka, chwytliwa, łatwa do zapamiętania i jednoczłonowa. Embro powstało od słowa „embroidery”, czyli haft komputerowy po angielsku. Mamy świadomość, że kojarzy się z Umbro, ale nie było to naszym celem. Podoba nam się słowo „bro”, które symbolizuje kumpla, bo też staramy się utrzymywać takie relacje z naszymi klientami. Rozmawiamy z nimi swobodnie, chcemy, by czuli się tutaj bez żadnej krępacji – mogą przyjść, porozmawiać o swoich pasjach, kulturze, w której się obracają. Nie chcemy, by odbywało się to na zasadzie: przyjdę-oddam-wyjdę-przyjdę-odbiorę-wyjdę. Tylko zależy nam na relacji z klientem, na fajnej atmosferze.

Ile trzeba było wydać pieniędzy na sprzęt?

Michał: Największym kosztem była maszyna hafciarska, zależało nam, by to był sprzęt najwyższej klasy. To są koszty rzędu około stu tysięcy złotych – maszyna umożliwia nam hafty nie tylko na butach, ale na każdym elemencie garderoby, nie jesteśmy ograniczeni żadną powierzchnią. Tej klasy maszyna umożliwia nam też to, że możemy ją spakować, pojechać na drugi koniec Polski i nic jej się nie stanie. To był świadomy wybór, bo mimo wygórowanej ceny, zapłaciliśmy za jakość i wiemy, że nie będziemy mieć z nią problemów.

Bartek: To też jest klucz do tego, co robimy – zależy nam na jakości. Jak coś jest jakościowo fajne, to jest totalnie inaczej traktowane.

Michał: Klient jest detalistą. Jeżeli na pracowni Dominik stwierdzi, że but jest skończony, najpierw my musimy go obejrzeć pod każdym kątem i jeśli też uznamy, że jest gotowy, dopiero wtedy idzie do klienta. Jednak też zdarzają się sytuację, że pracownia widzi but jako gotowy, a my ich po pięciu minutach odwiedzamy i mówimy, że nie jest gotowy.

Jaki był wasz najbardziej niestandardowy projekt?

Michał: Mamy takiego kolegę – kiedyś to był klient – który prowadzi sklep z żelkami i stwierdził, że chce mieć żelki na butach. Dostarczył nam białe Air Force’y, chciał, by one wyglądały jakby miały na sobie żelki i to jest ogromny detalista, więc dbałość o szczegóły była na pierwszym miejscu. Efekt był świetny, pracy było mnóstwo, ale efekt zachwycił nas i jego.

cukierki

Bartek: Druga taka rzecz z kosmosu to buty dla Mariusza Wlazłego. Wspólny projekt ze Sklepem Koszykarza. Chcieliśmy stworzyć coś, co będzie wieńczyło karierę Mariusza, a ta jest przecież pełna sukcesów. Odpaliłem Wikipedię, a tam sukcesów było tyle, że zaczęliśmy się zastanawiać, które wybrać. Skojarzyłem, że w Nowym Jorku są charakterystyczne tapety z rozsypanymi gazetami i stwierdziliśmy, że zrobimy mu buty z gazet, z nagłówkami typu „Mariusz Wlazły najlepszym sportowcem”. Ale co, weźmiesz gazetę i przykleisz na buta? No, nie, ale znaleźliśmy metodę, nanieśliśmy obrazy na obuwie w wysokiej rozdzielczości. Pokażę ci efekt.

butye

Bartek: Mariusz był w szoku, bo szukał samego modelu tych butów i chciał je ściągać ze Stanów, a jak zobaczył, że sam jest na nich, to był już totalnie zdziwiony tym wszystkim.

Zbierając to do kupy, pod jakimi względami jesteście jedyni w Polsce?

Michał: Możemy nanieść haft komputerowy na but każdej marki, nie znaleźliśmy takiej, której nie moglibyśmy spersonalizować. Dalej – świadczymy usługi eventowe, kiedy ta personalizacja odbywa się na oczach klienta. Pojechaliśmy na przykład do Manhattanu, do Sklepu Koszykarza, klient po kupnie obuwia mógł przyjść do nas, powiedzieć, że chce swoją ksywę, imię, czy napis we wskazanym miejscu. Z racji tego, że to trwa 10-15 minut, nie jest to czas, którego klient nie jest w stanie poświęcić, by poczekać. A maszyna ma coś w sobie takiego, że gdy haftuje, osoby znajdujące się w pobliżu są ściągane jak magnes, bo jest to fascynujące.

Bartek: Wiemy jednak, że musimy iść cały czas dalej, bo założyliśmy sobie, siedząc na tej pamiętnej wysepce z grami, że nasza firma ma być znana poza Polską.

Michał: To już się w sumie dzieje. Projekty naszej firmy poleciały do Australii, Szwecji, Norwegii. Z Austrii pani przyjeżdżała na urlop, to nie chciała gdzieś indziej oddać butów, tylko do nas.

No właśnie, co dalej, poza rozwojem za granicą?

Michał: Chcemy inwestować w nowe techniki personalizacji, w nowe maszyny, w auto, które pozwoli nam jeździć po całej Europie. To ma być auto z pracownią z tyłu, żebyśmy mogli się pojawiać na takich turniejach jak Puchar Tymbarku. O nowych technikach nie możemy zbytnio powiedzieć, ale mamy już za sobą pierwsze buty z tatuażem, więc cały czas szukamy rozwiązań niestandardowych, które wykraczają poza maszynę i pędzelek. Tworzymy też aplikację na telefon, która będzie działać tak, że masz kartkę papieru, piszesz coś, najeżdżasz obiektywem aparatu i but się pojawia w skali 1:1, w 3D. Będziesz w stanie zobaczyć te wszystkie napisy na nim.

Bartek: To cele technologiczne, ale chcemy też pojechać na mundial w Rosji i zrobić buty dla Roberta Lewandowskiego. Jeszcze się nie znamy, jednak to nie jest taka pierwsza sytuacja, więc wierzymy, że to się zmieni.

Michał: Chodź, pokażemy ci pracownię.

praco

mazyna

Michał: Widzisz, tak jak mówiliśmy, wymiary tej maszyny są odpowiednie, nie jest to wielogłowicówka, możemy ją gdzieś zabrać bez problemu.

Na kartce z celami na 2018 rok widzę punkt o butach z prawdziwymi diamentami.

To chyba będzie droga sprawa, co?

Michał: Mamy kilka ambitnych planów i tak jak w zeszłym roku, jesteśmy przekonani, że większość zrealizujemy. Uwierz, bardzo bym chciał sprzedać buty za milion dolarów dla jakiejś trzeciej żony szejka.

Jestem w stanie ci uwierzyć!

Rozmawiał PAWEŁ PACZUL

KOMENTARZE (10)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

kaczka

Jak się ich firma nazywa?

telesfor

EMBRO

Rojber Hultajski

spoko muszę pomyśleć u mnie w pracy też stoi taka maszyna nieużywane od paru lat :)

Spektakularny

Wy lepiej powiedźcie co to za obrotny menago wciska Rumunów do każdego zespołu z ekstraklasy? Chyba nie ma nacji, która by sie u nas mniej sprawdzała od nich.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

egzekutor_77
Pogoń Szczecin

„zwykłego kajaka” … przestałem czytać… ogarnij się kandydacie na kandydata na pomocnika redaktora, bo na poważnym portalu nawet poczty ci nie dadzą roznosić…

tss

Fajny, ciekawy temat, niestety dramat językowo i edytorsko. Czyta się jakby było spisane na kolanie z nagrania, bez jakiegokolwiek wygładzenia.

GooDOMaDOM

Zgadzam się z tym, że wielu artystów, ludzi utalentowanych ze względu na brak możliwości rozwoju popada w szarość i nie wykorzystuje potencjału.
Zajebisty i inspirujący wywiad. Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów.

Ja, Felek

Wchodzę, a tutaj coś dziwnego. Strona ciągnie coś, choć nie ma video. Może jakiś „malware”? Okazuje się, że znowu ktoś nie umiał zdjęć zapisać w „.jpg” na 80% kompresji i ważą tyle co video. Zdjęcie białego buta ma 7.8 MB! 6,000 x 4,000 pixels! …lol…

Czy Stanowski zdaje sobie sprawę, że ma jakichś frajerów informatyków (albo pismaków od siedmiu boleści, którzy nie umieją artykułu opublikować), czy ma darmowy tzw. bandwidth (przepustowość)? Zwykle płaci się w cholerę za duże pliki video, foto.
A tutaj często wchodząc na artykuły różnych autorów można zauważyć zdjęcia ładujące się wolniej, bo mają po 6-10 MB (chociaż większość ładuje się normalnie). Po prostu jakiś frajer ładuje zdjęcie prosto np. z Canona EOS 80D bez podstawowej obróbki.
Ma to sens?

wpDiscuz