Spacerek, który okazał się drogą przez mękę
Anglia

Spacerek, który okazał się drogą przez mękę

Southampton, czyli rywal pozostający bez wygranej od dziesięciu ligowych spotkań. Southampton, czyli przeciwnik, którego w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia udało się ograć 5:2. Southampton, czyli drużyna, która po wczorajszej wygranej Stoke, znalazła się już w gronie trzech najgorszych ekip ligi. Taka przeszkoda dla Tottenhamu miała być żadną przeszkodą. Żaden wielki test wydolnościowy czy sprawdzian z tajników gimnastyki artystycznej, ot – zwykły skok przez kozła na jednej z wielu lekcji WF-u. A jednak okazało się, że nawet ten kozioł potrafi sprzedać bolesnego kopa.

Schody zaczęły się przed Mauricio Pochettino piętrzyć jeszcze nim zabrzmiał pierwszy gwizdek. Oto z powodu choroby nawet na ławce rezerwowych nie mógł się znaleźć Christian Eriksen. Ostatnio może nie tak spektakularny, jak w nieco wcześniejszej fazie sezonu, ale wciąż dostarczający suchych liczb. I jakości w rozegraniu piłki, której dziś zdecydowanie brakowało. Akcje Kogutów zwyczajnie się nie kleiły, a Święci dość dobrze schowali klucze do bram swojego pola karnego. Jedyny znalazł Ben Davies, wrzucając piłkę z rzutu rożnego w pole bramkowe, gdzie Kane świetnie wypracował sobie nieco swobody, oszukał Jacka Stephensa i skierował głową piłkę do siatki.

To trafienie do zwycięstwa jednak nie wystarczyło. A to dlatego, że bramka Kane’a była tylko golem wyrównującym. Wcześniej bowiem Kogutom biedy napytał Davinson Sanchez. Tak niefortunnie przecinając dośrodkowanie Ryana Bertranda z lewej strony boiska, że zamiast ulokować je poza linią końcową, skierował je do siatki. Tak precyzyjnie, że Michael Vorm – zastępujący dziś Hugo Llorisa – nawet nie drgnął.

Tamten samobój był chyba najlepszym symbolem tego, jak Tottenhamowi szło w tym spotkaniu. Próbować, próbował. Ale właściwie każda akcja, gdy przychodziło do jej skonkretyzowania, kończyła się zupełnie inaczej, niż Koguty mogły sobie wymarzyć. Z każdą minutą rosło w nas nie przeświadczenie, że Tottenham zdobędzie zwycięskiego gola, a raczej przekonanie, że nie będzie w stanie stworzyć sobie stuprocentowej okazji. Wierzyć, że będzie zupełnie odwrotnie, nie pomagali widocznie coraz bardziej sfrustrowani Dembele czy Alli, a więc główni kreatorzy w drugiej linii Spurs.

A jednak Tottenham miał swoje dwie piłki meczowe. Pierwszą – wypracowaną przez (znów) jednego z najgorszych na boisku Sissoko. Erik Lamela zamiast jednak uderzać z pierwszej piłki, gdy dostał futbolówkę na piąty metr przed bramką McCarthy’ego, dał się zablokować Stephensowi. Drugą zaś zmarnował Kane, gdy po lewej stronie pola karnego uruchomił go Alli. Nie do końca wiadomo, czy Anglik strzelił wzdłuż bramki, czy raczej zagrał „na przecięcie”, licząc że ktoś z partnerów wślizgiem skieruje piłkę do bramki. Cokolwiek planował – wyszło słabo.

Nieoczekiwanie dwie „meczówki” mieli też Święci. Ale również nie potrafili zrobić z nich użytku. Najpierw młodziutki Michael Obafemi, mając przed sobą tylko Vorma po świetnej wrzutce Tadicia, nie skierował piłki w stronę bramki. Chwilę później w szesnastkę Kogutów wpadł Boufal, ale czekał ze strzałem na tyle długo, by obrońcy Tottenhamu zdążyli zbiec się na linię strzału i zablokować Marokańczyka.

Koniec końców – choć mogli dziś w wielkim stylu, z wicemistrzem Anglii przełamać passę bez wygranej – Święci i tak będą zdecydowanie bardziej zadowoleni z wyniku. A to dlatego, że Tottenham przed serią piekielnie trudnych spotkań, kompletu punktów nie zgarnął w tym, który miał być jednym z dwóch ostatnich spacerków. Tak bowiem wyglądają najbliższe tygodnie Kogutów:

Newport County na wyjeździe (FA Cup)
Manchester United u siebie (Premier League)
Liverpool na wyjeździe (Premier League)
Arsenal u siebie (Premier League)
Juventus na wyjeździe (Liga Mistrzów)

Zgodzicie się chyba z nami, że w najbliższych tygodniach – może poza starciem z Newport – łatwiej o wygrane już raczej nie będzie.