Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Ojciec sąsiada opieprzał mnie ze swojego balkonu, gdy kolejną godzinę z hukiem obijałem metalową bramę naszego podwórka. Grało się na długiej wąskiej uliczce dojazdowej, choć też starszyzna przeganiała nas raz, drugi i piętnasty, bo może ucierpieć płot. W lesie zrobiliśmy boisko, gdzie grało się między sobą po Tsubasie, grało ze starszymi o sześć lat, ale też grało się z kumplem z klasy na jego starszego brata. Całą naszą miejscowość określała mapa dzikich boisk, co druga ulica miała swoje.

Grało się na korytarzu szkolnym, grało się na asfaltowym placu za szkolnymi szatniami, grało się przy ścieżce zdrowia z opon. Gdy słyszę dziś o epidemii zwolnień z wf-u przypominam sobie, że piła na sali gimnastycznej to było spełnienie marzeń. Jedyne miejsce, gdzie można było zagrać na jednakowe, porządne bramki. Nic poważniej nie przypominało prawdziwego meczu, niż to. Nie wiem jak jest dzisiaj, ale w mojej klasie w piłkę nie grało może ze trzech chłopaków. Każdy inny umiał, każdy inny grał, każdy inny świętował w-f, na którym latała gała. Grali starsi, grali młodsi, a nie było ważniejszych meczów od międzyklasowych. Dobra gra w piłkę wpływała bezpośrednio na twoje głupie wczesnoszkolne życie, bo dobrą grą mogłeś zapracować na szacunek rówieśników.

Grałem nawet sam we własnym pokoju. Robiłem sobie piłkę z kilku zmiętych kartek papieru, oklejałem ją taśmą i tłukłem tak o ścianę. Jak zachorowałem, zrobiłem sobie kartonowe boisko, na nim piłkarzy z kartoników – trzy na trzy kratki z zeszytu do matmy. To boisko, z bandami, z bramkami, wyszło na tyle fajne, że aż kiedyś kumpel je pożyczył i już nie oddał. W sumie miałem to gdzieś – zrobiłem sobie nowe, na nim wymyślałem wielkie mecze, całe ligi, gwiazdy, hitowe transfery.

Nic mi nie przeszkadzało w grze w piłkę. Zawsze znalazł się sposób.

A potem rodzice kupili komputer.

Nie było tak, że pięć minut po pojawieniu się kompa rzuciłem piłkę w kąt. Ale jednak wolałem Championship Managera niż obijanie piłki o bramę. Icewind Dale, seria GTA, Enemy Territory – nie ten poziom emocji co sobotni mecz na boisku przy Lipowej, ale jednak godziny przy Vice City uciekały nie wiadomo nawet kiedy. Piłka nożna, uprawiana w dowolnej formie, zyskała godnego rywala do mojego wolnego czasu.

Każdy nastolatek – powiedzmy, późny gimnazjalista, wczesny licealista – znajduje już mnóstwo konkurencji dla piłki, ale w dziecięcych czasach to nie jest takie oczywiste. A moim zdaniem to właśnie wtedy, na pół świadomie, decydują się często pasje na całe życie. Oczywiście w każdym wieku można się czymś zajarać, w każdym wieku można w coś wsiąknąć. Ale powiedzcie sami: u ilu z was los piłkarskiej pasji przypieczętował się niemal za berbecia? Do interesowania się piłką trzeba jakoś tam dorosnąć, frajdę z jej kopania w lot złapie nawet dziecko. I połyka haczyk.

Wtedy to działo się w sposób naturalny, ale teraz ten naturalny prąd płynie w innym kierunku. Oczywiście wciąż piłka jest obecna, jest ważna, jest istotna, ale to już nie ten sam poziom, co wtedy, przed pojawieniem się kompa w każdym domu. Teraz fakt kompa w każdym domu jako oczywistej oczywistości, naturalnie popartej netem, najczęściej również podpiętym do sieci smartfonem, kieruje dzieciaki w pierwszej kolejności do gier. Z moimi młodszymi o dziesięć lat kuzynami też grałem w piłkę, ale znacznie więcej graliśmy razem na konsoli.

Pamiętam taką scenę podczas wizyty na Legia Soccer Schools w Kozienicach: jedna z dziewczynek rozpłakała się, zestresowana obecnością tylu ludzi. Poprosiła mamę, by dała jej zagrać na telefonie.

Coś, co – na oko – czterolatka zna lepiej. Coś, co jest dla niej oswojone.

A że te gry w międzyczasie ewoluowały od jednoosobowych kampanii, do rozgrywek dla wielu graczy, lig, mistrzostw świata, kieruje je na tory do esportu. Esportu, w którym łatwiej zorganizować mecz, esportu, który możesz uprawiać wygodnie gdziekolwiek jesteś. Esportu, przy którym nie trzeba szukać łąki w lesie, nie trzeba szukać w miarę niezłej bramy. Esportu, w którym też są gwiazdy, których umiejętnościami można się jarać, esportu, w którym też są ekscytujące mecze i wielkie stawki.

To pójdzie w tę stronę, nie mam złudzeń. Być może oglądamy właśnie szczyt piłki nożnej, z jej gigantycznymi transferami, jej biciem rekordów widowni przez TV. Ale moim zdaniem każde kolejne pokolenie urodzone w XXI wieku będzie się od piłki oddalać, będzie ona dla tej młodzieży coraz bardziej obca, a coraz większym standardem będzie rozpoznawanie w lot wszystkiego, co dzieje się aktualnie w sportach wirtualnych. Jestem pewien, że śmierci piłki nożnej nie dożyję, bo choć świat zmienia się coraz bardziej dynamicznie, tak futbol jest zbyt wielką potęgą, by tak szybko znaleźć się na kolanach. Ale tak, zdaję sobie sprawę, że jeśli dożyję szczęśliwej starości, moje zainteresowanie może być już mniejszą lub większą  niszą. Archaizmem. Już nie tu będą rozdawane najważniejsze karty. Już nie tu będzie skierowane światło najsilniejszych reflektorów.

Z czasem pewnie zestarzeje się nawet sama gra, jej mechanika. Baseball też był kiedyś królem amerykańskich sportów. Był więcej niż sportem, stanowił jeden z żywych symboli Ameryki. Historii nikt mu nie odbierze, ale dzisiaj taki symbol stanowi futbol amerykański, w latach pięćdziesiątych jeszcze lata świetlne za baseballem. Ale sezon dla drużyny futbolu amerykańskiego to szesnaście meczów plus ewentualne playoffy, mecze zwykle w weekend. Łatwo śledzić, łatwo być na bieżąco, łatwo stać się znawcą. Drużyny baseballowe grają po sto pięćdziesiąt kolejek. Niektóre mecze potrafią trwać po pięć godzin. Kto ma czas być na bieżąco choćby ze swoją drużyną?

Nie ma się na co obrażać, to naturalna kolej rzeczy. To tak jak z książkami. Pewnie, że je lubię, pewnie, że czytam dużo, jestem wiernym czytelnikiem, a na każde urodziny żona zabiera mnie do księgarni, a potem na rajd po antykwariatach. Ale kompletnie mnie nie ruszają rankingi pokazujące, że czytelnictwo w Polsce spada z roku na rok. Po prostu wchodzi nowe, przystępniejsze medium, zabierając przestrzeń staremu. Filmy, a przede wszystkim seriale, też potrafią nieść wielką wartość, też potrafią niejednego nauczyć. Książki nie mają patentu na to, żeby czynić kogoś mądrzejszym. Ale i filmy oraz seriale z czasem coraz bardziej będą w tej kwestii wypierane przez gry, dla wielu z nas jeszcze postrzegane jako, by tak rzec, niską rozrywkę. Ale gry też będą bardziej zróżnicowane, dotykające coraz większego spektrum tematów, także potrafiące nauczyć czegoś więcej, niż perfekcyjnej sprawności obsługi pada.

Oczywiście to tylko teorie, papier – a raczej klawiatura, kolejne przestarzałe przysłowie do wymiany – wszystko przyjmie. Nawet jednak na potrzeby własnej teorii, gdzie mogę sobie układać wszystko według własnego widzimiesię, gdzie wszystko zawsze pięknie się zazębia nie jestem w stanie dać choćby najbardziej mglistej odpowiedzi na pytanie:

Co będzie po grach?

Leszek Milewski

PS: To w sumie komentarz do wczorajszego, debiutanckiego odcinka „Czarnego boiska”. 

Napisz autorowi, że jako dziennikarz piszący o piłce mógłby odrobinę rzadziej pisać o śmierci piłki, poza tym znowu to samo

Fot: Fanpage „Miejsca gdzie kiedyś było boisko