W czasie deszczu dzieci się nie nudzą
Weszło

W czasie deszczu dzieci się nie nudzą

Lubicie Black Mirror? Ja bardzo. Do tego stopnia, że postanowiłem osadzić Black Mirror w realiach piłkarskich i napisać je w football fiction. Co z tego wynikło? 

Świat gdzie e-sport jest numerem jeden wśród dyscyplin, prawdziwa piłka zeszła do podziemi i transmitują ją jedynie na Mango TV między reklamami super odkurzacza 3000 i solniczki ultra 4K HDR.

Zapraszam.

***

Gdy na redakcyjnym zebraniu zgłosiłem, że chciałbym napisać o piłce nożnej, w pierwszej chwili spojrzano na mnie jakbym – cytując klasyka – był po przemysłowej konsumpcji każdego draga znanego cywilizowanemu człowiekowi od anno domini 1544.

Gdy ta chwila minęła, zaczął się festiwal sarkazmu.

– Walki na kopie też kiedyś były popularnym sportem. Czekam aż o nich napiszesz.
– Albo wyścigi kwadryg. Ciekawe co nowego w świecie wyścigów kwadryg.
– Przeciąganie liny może zaliczyć spektakularny powrót. Bardzo taktyczna gra.

Mogliby tak zapewne do wieczora, ale żarty uciął naczelny, stwierdzając, że jeśli to czuję, mogę się temu przyjrzeć.

Wiedziałem, że będę miał w nim sprzymierzeńca. Kiedyś upił się na redakcyjnej popijawie i przyznał, że w dzieciństwie ojciec zabierał go na mecze reprezentacji Polski w FIFA. Nie byłem pewien, czy zdaje sobie sprawę, że mówię o zbadaniu pulsu futbolowi analogowemu, ale nie dbałem o to.

W tle na monitorach zapauzowaliśmy popołudniową partyjkę w Player Unknown. Dzięki nowej aktualizacji swoje cyfrowe klony mogliśmy wgrać do wirtualnego odpowiednika redakcji. Na razie jeszcze próbowały odgadnąć co się dzieje i dlaczego nie mogą ani wyjść, ani nawet wybić okna, ale zbliżał się czas pierwszego kontaktu, podczas którego zamierzałem szybko zyskać przewagę ucząc siebie budowy nunczako z karnisza oraz zasłon.

***

Czy czułem temat piłki nożnej? Nie, ostatni dziennikarz, który czuł temat piłki nożnej pewnie jeszcze czerpał wiedzę z papierowych encyklopedii. Ja byłem tylko redakcyjnym dziwakiem, który od czasu do czasu łapie zajawkę na absurdalnie niszowy temat, co – jak to w życiu bywa – czasem popłacało, czasem wbijało nóż w plecy.

Sporty analogowe umarły tak dawno temu, że wydaje się, jakby koszykówka była ulubioną dyscypliną brontozaurów, a nawet Fenicjanie tuż po wynalezieniu pieniędzy wydali je na skórki w League of Legends.

Piłka nożna najbardziej znana jest z areny w Player Unknown. Podczas testów bety dostępny był stadion z przełomu XX i XXI wieku; sam pamiętam, że korki Predator okazywały się godną swej nazwy maszyną do fragów. To w tej lokacji miał miejsce najsłynniejszy blue screen w historii gier. Podczas jednej z partii cyfrowe klony tylko udawały, że wykorzystują porady i sugestie graczy, a tak naprawdę zaplanowały sprytną ucieczkę. Ich bunt zakończył się, gdy po opuszczeniu wirtualnego San Siro zobaczyły, że ich świat nie składa się z niczego więcej.

Liczyłem, że wyposażony w trzy tysiące kanałów telewizyjnych i kilkaset platform strumieniowych znajdę w ramówce mecz. I faktycznie, znalazłem taką stację, całą jedną. Mango TV słynęło z ciągnących się w nieskończoność reklam, głównie cudownych wynalazków pierwszej potrzeby każdej gospodyni, które wyglądały jakby projektował je zły brat bliźniak Nikoli Tesli. Odkurzacz z wmontowaną pralką, pralka, która zrobi za ciebie pompki, dieta cud, z którą zagrasz w makao – coś w ten deseń. Ale te reklamy można było urozmaicić sobie na jednej czwartej ekranu puszczając coś innego. Oferta celowała najwyraźniej w nostalgię i fanatyków dziwacznych wykopalisk: serial Seaquest, teleturniej Życiowa szansa, ale i świeżynka, mecz Legia Warszawa – Real Madryt, zarejestrowany dwa dni temu na boisku w Dzierżążni pod Płońskiem.

Odpaliłem. Oczom moim ukazał się las. Przed lasem piłkarze, Real nawet w jednolicie białych, nieprzypadkowych strojach. W Legii wolna amerykanka, rozpoznałem nawet koszulkę zespołu „Coma” u jednego z napastników. Za dźwięk robił klip promocyjny o mikserze, który potrafi także jodłować.

Było 1:1 po dwóch kwadransach, ale za Chiny Ludowe nie potrafiłem się wciągnąć. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, bo nie jestem w stanie w lot pojąć wszystkich kontekstów, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak nudno. Zastraszająco niski poziom złożoności – przy niewielkich różnicach umiejętności piłkarzy to jak PU w pustym pokoju, gdzie jeszcze ograniczono zakres ciosów wyłącznie do prztyczków w nos. Bił po oczach koszmarnie duży wpływ losowości, która może być przyprawą, ale jeśli gra opiera na niej swoją atrakcyjność, to staje się tanią sztuczką, która nosi znamiona desperacji. Ale najgorsze były przestoje. Długimi minutami nie działo się kompletnie nic. Nic bardziej nie uświadamiało, że lata świetności futbolu minęły na zawsze i nigdy nie wrócą.

Myślałem o sposobach, które mogłyby uatrakcyjnić piłkę nożną, zaadaptować ją do dzisiejszych czasów. Można zastanowić się nad czasowym wyrzucaniem fauli, na przykład w ostatnim kwadransie. Trenerzy przed meczem mogliby otrzymywać pulę bonusów, które mogą w trakcie meczu uaktywnić – superszybkość na dwie minuty dla wybranego gracza, superdrybling na trzy, wilcze doły przed polem karnym na jedną. Warunki pogodowe mogłyby się zmieniać co pewien czas, wylosować można burzę z piorunami na początek, czterdzieści stopni upału na drugą, po drodze przygodne gradobicie.

Ale wtedy przestawalibyśmy mówić o grze analogowej, bo jakkolwiek to mogłoby zadziałać, tak wymuszałoby przeniesienie w wirtualia. Niesłychane jak ograniczona z dzisiejszej perspektywy jest gra w realu.

Przełączyłem na mecz Player Unknown w World League III, górnicze derby pomiędzy Katowice Miners i Luanda Diamonds.

***

– Jestem jak syn kowala, którego ojciec całe życie uczył fachu, uczył rzetelnie, nie szczędząć tajników, ale gdy nauczył wszystkiego i przyszło przejąć fartuch, okazało się, że w międzyczasie miała miejsce rewolucja technologiczna i wszyscy dawno jeżdżą samochodami.

Prezes Legii wyróżniał się sumiastym wąsem i staroświeckim imieniem Brajan. Był na oko po osiemdziesiątce, ale świetnie się trzymał. Podjął mnie w swoim płońskim mieszkaniu herbatą, z lekką irytacją odrzucając propozycję pomocy w przeniesieniu jej z kuchni do pokoiku. Utrzymywał się z renty, Legia była klubem całkowicie amatorskim.

– Piję do tego – ciągnął dalej – że ja jeszcze chodziłem na mecze regularnie, pamiętam nawet polską Ekstraklasę. Czytałem książki o historii Legii, docierałem do starych meczów, uczyłem się o kosach i zgodach, Widzewach, Pogoniach, ustawkach, flagach, Piszach, Brychczych i Kucharczykach. Chłonąłem ten świat jak gąbka, fascynował mnie. Wpisałem Legię do swojego DNA. W szczytowym okresie udało mi się nawet stworzyć kilkunastoosobową grupę dopingującą z trybun. Moja pasja była zaborcza, pazerna, chciałem więcej i więcej, marzyłem by decydować o losach klubu. I wie pan jak to mówią: uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić.

Jego kawalerkę zajmowały pudła pełne archiw, gazet, pamiątek, proporczyków. Wszędzie stały dawne puchary, trofea królów strzelców, a na ścianach wisiały oprawione w antyramy koszulki z nic nie mówiącymi już nikomu nazwiskami. Nawet herbata stała na paterze za wygrany Puchar Lechistanu z 2049. Zapytałem jaką rangę miał ostatni mecz z Realem.

– To był mecz na kominiarza.

– Na kominiarza?

– Na kominiarza. Zwyczajem klubów sportowych od dawien dawna były spotkania z fanami. Wizyty w szkołach, przedszkolach, zakładach pracy. Efektywna praca u podstaw nad swoją bazą kibicowską, która jest największym kapitałem. Ale globalna marka, taka jak Real, rozpoznawalna w każdej dziurze od San Salvador przez Harare po Płońsk, nie wyśle wszędzie kapitana swojej drużyny w Player Unknown. Ten pojedzie do Sajgonu, Nowego Jorku, Berlina, czasu ma na góra kilka wypadów. A dbać o swoją siatkę wpływów trzeba znacznie troskliwiej, nie lekceważąc żadnej wiochy, dlatego dalej następuje stopniowanie zgodnie z priorytetami – im mniej ważna lokalizacja, tym mniej ważna postać w hierarchii pakuje walizki. I niech pan sobie wyobrazi, że jest kibicem Królewskich, ale pana liceum leży na takich peryferiach, że bezlitośnie obiektywny rachunek opłacalności przysłał do waszej sali gimnastycznej klubowego kominiarza. Takim kominiarzem jest dzisiaj piłkarski Real. To kominiarz z tradycjami, kiedyś budował fundamenty molocha, w klubie o tym pamiętają i zawsze przyjedzie w wyprasowanej marynarce, ale życia nie oszukasz – czasy się zmieniły i jego rola stała się marginalna. Real ma kilkadziesiąt sekcji esportowych grających o konkretną, dużą stawkę, z mistrzami świata w Player Unknown na czele, a także jedną analogową, piłkarską, trzymaną ze wgzlędów historyczno-promocyjnych, która rozgrywa mecze towarzyskie to tu, to tam. Wysłali ją do nas na próbę by sprawdzić, czy może tu pełnić okazjonalnie rolę kilku drew rzuconych do kibicowskiego ognia. Istotnie, nie pamiętam kiedy ostatnio graliśmy przy kilkuset widzach, ale byłbym zdziwiony, gdyby więcej niż jeden procent widzów rozumiało zasadę spalonego. Powiem więcej – moim zdaniem zawiedli się, bo jak na taką markę przyszło niewielu ludzi. Sporty analogowe to jednak wielka egzotyka.

– A dlaczego graliście pod Płońskiem?

– Dawno, dawno temu graliśmy przy Łazienkowskiej. Ale klub dostał pewnego dnia ofertę nie do odrzucenia za grunty. Wyniósł się za miasto, na ładniejszy i nowocześniejszy stadion. Normalna wówczas praktyka, podobnie robiły większe marki. Ale potem za miastem też zrobiło się centrum miasta. Wynosili się coraz dalej, a po drodze futbol tracił na znaczeniu. W końcu wylądowaliśmy tutaj. Pan myśli, że mam pewność, że i stąd nas nie wyrzucą? Nie mam.

Nurtowało mnie jeszcze jedno zasadnicze pytanie: po co piłkarze grają? Nie mają z tego pieniędzy. Lepszą zabawę, bardziej zróżnicowaną, złożoną, oferowało włączenie smartfona. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu zasłaniano się zasadą „sport to zdrowie”, ale odkąd rządzący doszli wreszcie do oczywistego wniosku, że zdrowi ludzie się opłacają, sport przestał być zdrowiu potrzebny. Każdy ma na bieżąco diagnozę swojego ciała i wypis suplementów, które musi zażyć, a także ćwiczeń, które musi wykonać. Opieranie się instrukcjom podlega grzywnie, a recydywa przymusowemu obozowi kondycyjnemu. Kiedyś może kopanie piłki mogło sprawić, że ktoś czuł się fizycznie lepiej, ale teraz? To niepotrzebne narażanie się na kontuzję lub nadwyrężenie organizmu.

Dotarłem do jednego z piłkarzy Legii, który co ciekawe korzystał z tej samej siłowni co ja. Nigdy wcześniej go nie spotkałem – moje potrzeby jako dziennikarza sportowego są niewielkie, spędzałem tu kilka godzin tygodniowo na podstawowych sprzętach, a on, zawodowy żołnierz, musiał być w formie wybitnej, jego recepta ćwiczeń może długością konkurować z  opisem przyrody w „Nad Niemnem”.

Na „po co ci to?” odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Czy chciałbyś polecieć zeppelinem przez ocean?

Zeppeliny. Ćwierć kilometra długości. Prędkość do stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Dwieście tysięcy metrów kwadratowych wodoru w szesnastu zbiornikach, które sprawiły, że nigdzie w historii świata nie było łatwiej rzucić palenia.

– Hindenburg spłonął wystarczająco efektownie, bym nie chciał.

– A widzisz, ja bym poleciał. Chciałbym wziąć udział w rajdzie Syreną Sport. Chciałbym przejść się ulicami XIX-wiecznego Krakowa. Chciałbym bronić oblężonej twierdzy Zbaraż. Chciałbym spędzić dzień w siodle Pony Expressu. Mam smaka na niejedno doświadczenie, które umarło. Moim zdaniem kolejną rewolucją w grach będzie możliwość namacalnego przeżywania doznań, ale póki co musimy radzić sobie po staremu. I to właśnie robię.

– Nie czepia się pana inspektorat zdrowia?

– Nie. Jestem przyzwyczajony do tak wielu obciążeń, że to kropla w morzu. W zasadzie zalecają nam dodatkowe obciążenia we własnym zakresie.

– Ile pan gra?

– Już trzy mecze. W następnym chciałbym stanąć na bramce.

***

Przezabawnie czyta się dziś pełne pychy wypowiedzi kibiców i piłkarskich notabli, którzy deprecjonowali esport w czasach rządów piłki nożnej. Jeszcze w 2017 padały takie wycieruchy jak „Siedzieć godzinami i walić w joystick? Patologia”. Już wtedy, mimo niszowych nadawców i branży w powijakach, najlepsze mecze esportu w Polsce miały ponad pół miliona unikalnych widzów. Rok później już osiemset tysięcy. Wzrost następował w tempie geometrycznym.

Kilka dekad później prezes Polskiego Związku Esportu był jednym z najaktywniejszych w kampanii delegalizacji sportów analogowych, jako bezcelowych w obliczu nowego systemu zdrowotnego.

Minęło kolejnych kolejnych dekad i prezes Polskiego Związku Esportu był jednym z najaktywniejszych w kampanii przywrócenia legalności sportom analogowym, podkreślając, że to ich dziedzictwo historyczne.

Królem ironii jest zawsze życie.

***

Miałem już niemal gotowy materiał, gdy zadzwonił prezes Legii.

– Masz tu numer do kibica Lecha. To stary antropolog, który pisał kilka prac o śmierci futbolu. Jedna prośba.
– Tak?
– Zapytaj go, czy nie boli go nos.
– Dlaczego?
– Bo sześćdziesiąt lat temu mu go złamałem. On dał mi takiego kopa, że do dziś krzywo chodzę. Czasem się zastanawiam czy to nie była ostatnia w Polsce bójka za piłkarski szal.

Umówiłem się na spotkanie i następnego dnia byłem w Poznaniu.

– Musi pan sobie uzmysłowić, że piłka nożna osiągnęła światową popularność przed największą rewolucją od czasów, gdy ludzie wynaleźli ogień: powszechną komputeryzacją. Piłkę uprawiać było przedtem najłatwiej, dlatego stała się sportem masowym. Mogłeś grać na trawniku, na łące, na klepisku, na mało ruchliwej ulicy, między blokami, na korytarzu – gdzie chciałeś. Nawet piłka była niepotrzebna, niektórzy grali butelkami albo zmięli kilka kartek papieru i oblepili ją taśmą klejącą. Bramki? Rzuciłeś plecaki na ziemię i wystarczyło. Chętni zawsze się znaleźli.

Komputeryzacja wszystko zmieniła. W pierwszej chwili dała kopa na rozpęd, bo dzięki niej dostępny był do obejrzenia dowolny mecz, czy to w domu, czy w pociągu lub na wykładzie. Każdy skład, każda statystyka, każda dyskusja o piłce także zawsze czekała o jedno kliknięcie.

Ale źródłem zainteresowania w zdecydowanej większości było to, że wszyscy sami kiedyś kopali gałę. Tak łapali za młodu bakcyla, a potem zostawali z piłką na dobre i na złe także wtedy, gdy już się biegać po boisku nie chciało. To dotyczyło jeszcze ostatnich pokoleń urodzonych w XX wieku, ale dla następnych znacznie bardziej przystępny był esport. O jeden klik było nie tylko obejrzenie meczu, ale również jego zagranie. Fundamentalna różnica, nie do przeskoczenia dla piłki nożnej.

Organizacja piłkarskiego meczu z kolegami szybko stała się nieporównywalnie większym trudem. Samo to, że trzeba się zebrać fizycznie w jednym miejscu – a może po prostu odpalmy coś w sieci?  Dołączy Janusz, który jedzie pociągiem, Mirek, który włączy autopilota w samochodzie, Romek, u którego jest druga w nocy, starzy śpią i może zagrać mimo szlabanu. Tu możesz zagrać o dowolnej porze dnia i nocy z osobami z całego świata, z kuzynem z Ameryki, z kumplem, który wyjechała na Erasmusa do Albanii. Płeć nie ma znaczenia – dziewczyna fizycznie zawsze odstawała na boisku, ale w esporcie nie grało to roli. Wie panile małżeństw poznało się na League od Legends?

Zarazem mówimy o pokoleniach, które od małego rosły z grami komputerowymi. To one były naturalnym środowiskiem dla każdego dziecka, to one były najpopularniejszą od zawsze rozrywką, nie piłka nożna. Ta przestała nią być w momencie, gdy komputer stał się standardem w każdym domu.

Było kiedyś takie powiedzenie: „W czasie deszczu dzieci się nudzą”. Żadne tak mocno nie zdezaktualizowało się w XXI wieku jak to. Pada? A jaka to różnica? Mam internet, mam pod ręką cały świat. W czasie wyłączonego wifi może bym się nudził, ale przecież mógłbym odpalić film, serial, grę offline, także i tak niekoniecznie.

***

Tematy z przeszłości mogą okazać się nośne wtedy, gdy znajdziesz w nich coś zaskakującego, niespodziewanego. Z piłką nożną całkowicie przestrzeliłem. Umarła łagodną śmiercią naturalną, na którą była skazana. Nie było w tym nic zaskakującego, bo pogrzebał ją rozwój technologii – wynikające z niego trendy społeczne, nowe możliwości rozrywki. Jedyne co mogło ją uratować, to wojna atomowa, która odesłałaby ludzi do jaskiń.

Materiał oczywiście nie poszedł, nie miał na to szans. Kumple jeszcze miesiącami przypominali mi to, zawsze w równie niewybrednych żartach.

– Jak tam, na poniedziałek materiał o rzucie oszczepem?
– Ale bym przeczytał reportaż z zawodów strażackich.
– Ciekawe co nowego w zawodowym polowaniu na mamuty.

Tym razem naczelny już nie reagował.

Leszek Milewski

Zapytaj autora jak zrobić nunczako z karnisza oraz zasłon

PS: Podziękowania dla Patryka Zyberta za inspirację.

PS2: Potraktujmy ten odcinek jako pilotażowy. Reszta w waszych rękach.


create free polls | comment on this

KOMENTARZE (26)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
leftt

Napiszę autorowi, że jak będzie kontynuował tę serię to będzie musiał analogowo walczyć z lwami.

Kapczan
Stal Mielec

Dobre, podoba mi się. W końcu coś świeżego na Weszło, czekam na więcej historyjek o przyszłości.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Kondredd
Ciupakabra Klukosieki

Srogo fajny tekst.

Znaffca

Bardzo fajny tekst. Dziękuję Panie Leszku.
Swoją drogą powiem szczerze, że z ogromną chęcią przeczytałbym artykuł Pana autorstwa o e-sporcie. Zapraszam do zapoznania się z tematem na przykład zaczynając od tego krótkiego 17 minutowego dokumentu który już nie raz wrzucałem na weszło.

PS. Jeżeli chodzi o CSa to też jest podział na turnieje z udziałem mężczyzn i kobiet. Zapewne ma to związek z gorszą koordynacją oko-ręka u kobiet.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Znaffca

Oczywiście, że się mogą znaleźć, choćby w formie felietonu a Ty i osoby nie zainteresowane mogą po prostu tego nie czytać.

PS. Nawet za 20 lat nikt i nic nie wyprze piłkarzy bo jest to jedna z najbardziej popularnych dziedzin życia. Aha i nie wiem o kim piszesz „ohydne grubasy grajace w gierki” bo chyba nie o zawodowcach z e-sportu.

orangensaft

Jak oglądam CSa to chyba z 10-20% graczy to grubasy. Nie powiesz mi że e-sport, szachy, poker etc. to sport., tak to dosłownie każdą czynność w życiu mógłbyś zakwalifikować jako sport gdyby ludzie w tym rywalizowali. Jak weszlo chce pisac o e-sporcie to niech zrobią e-weszlo.com

Znaffca

No ja przecież nie twierdze, że wszyscy e-sportowcy to szczupaki ale zaszufladkowanie ich pod tytułem „ohydne grubasy grające w gierki” jest bardzo krzywdzące. Tak jak napisałeś orangensaft, przygniatająca większość tych gości grających na najwyższym poziomie to ludzie którzy mają i treningi mentalne i fizyczne aby utrzymać się na topie.

Aha i najważniejsze, nigdzie nie twierdziłem, że e-sport(tak samo jak szachy,poker etc.) to sport. Ja przekazałem tylko, że z chęcią poczytałbym na ten temat artykuł autorstwa Pana Leszka.

orangensaft

.

orangensaft

Pewnie połowa z tych co nie trenuje fizycznie ma zmodyfikowane klawiatury lub myszki z czitami

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Viva la Libertad
(L)

Siedzieć godzinami i walić w joystick? Patologia. No chyba, że się ma te 8-18 lat to jeszcze można zrozumieć. Owszem od czasu do czasu dorosły człowiek może sobie pograć dla rozrywki, ale już oglądanie jak ktoś gra w grę i pasjonowanie się tym to istny idiotyzm,

mordakutangu

Biegać godzinami i haratać w gałę? Patologia. No chyba, że się ma te 8-18 lat to jeszcze można zrozumieć. Owszem od czasu do czasu dorosły człowiek może sobie pokopać dla rozrywki, ale już oglądanie jak ktoś gra w piłkę i pasjonowanie się tym to istny idiotyzm,

Damiano_L

Tyle deprecjonowania e-sportu, a nikt nie potrafi mi odpowiedzieć, czym w swojej istocie e-sport różni się np. od strzelectwa, dyscypliny olimpijskiej przecież. Nigdy nie widziałem opinii, jakoby Renata Mauer-Różańska nie była prawdziwym sportowcem, a przecież o e-sportowcach cały czas się tak lekceważąco mówi.

Viva la Libertad
(L)

Mnie wogóle nie interesują inne sporty poza piłką nożną, a większość z nich deprecjonuję łącznie ze skokami narciarskmi, rzutami młotami, deskami i oszczepami, strzelectwem i innymi niszowymi wynalazkami ale tym się one różnią od e-sportu, że są dyscyplinami sportu a nie wirtualną formą sportu

orangensaft

Architektura sportowa też była kiedyś dyscypliną olimpijską, to nie znaczy że to sport

Rangouren
Tottenham Hotspur

Pewnie różni się treningiem, nie? Strzelec musi mieć parcie na mięśnie ramion i pleców, więc codziennie zapierdala na siłownię. A jeśli siłownia i chęć utrzymania formy, to i ścisła dieta.
Co trenuje koleś grający na komputerze czy konsoli? Palce? Dłonie?
Jaką dietę poza energetykami musi utrzymywać?
Ma limit masy, jak skoczkowie?
Trenuje codziennie odruchy, jak kierowcy rajdowi?
Nie sądzę.

Primordial

Co trenuje koleś grający na komputerze czy konsoli?

Koordynacje, czas reakcji, dokładność, wkuwa taktyki i ich warianty. Wyobraź sobie, że zamiast jednego zielonego trawiastego boiska masz ich 5 o różnych kształtach i nawierzchniach na których grasz do pewnego stopnia losowo. Do tego taktyki pod rywali i inne takie rzeczy. W sumie porównanie do kierowców trochę pasuje, bo esportowcy często dzień w dzień po x godzin jakiś jeden element szlifują.

Wytrzymałość – paradoksalnie „walenie w joya” na najwyższym poziomie na przeciągających się mapach bardzo męczy. Porównaj sobie: zagrać meczyk w fifkę w 10 minut, a zagrać na twoim najwyższym możliwym skupieniu przez półtorej godziny.

Dieta i forma fizyczna nie jest najważniejsza. Ale esportu nie ogląda się dla wyrzeźbionych spoconych męskich torsów, tylko dla umiejęności. Wystarczy taka, która pozwoli utrzymywać najwyższą koncentracje często przez dużą część dnia (kilka rund turniejowych do zagrania w odstępach czasowych). Do tego jeszcze oswojenie z jetlagiem, bo zawodostwo to turnieje offline na całym świecie. Są też klasyczne grubasy ze szkłami jak denka od butelek, ale to nieliczne osoby. Większość wygląda jak normalni młodzi ludzie których mijasz codziennie na ulicy. Zamiast 8 godzin klepać w monitor w korpo boxie, klepią w grę. Mają czas wolny jak każdy i niektórzy z nich żrą przy filmach kiedy tylko mogą a inni żyją bardziej aktywnie.

Dolicz do tego, jeszcze stres. W „giereczkach” nie da męczyć buły na remis, grać na alibi, symulować „na czas”, oszukiwać sędziego, czy prosić o zmianę. Wygrywasz idziesz rundę dalej w turnieju, przegrywasz koniec i trenujesz do kolejnego turnieju za miesiąc albo dwa. Zupełnie inny poziom zaangażowania niż to co prezentują skórokopy podczas ligowych rozgrywek co tydzień w buraczanych ligach.

No i ciągłe granie to sposób na utrzymanie wysokiego poziomu. Nie ma tak, że raz „zrobisz formę”, a potem tylko pizza, kebsik, browarek i lejesz frajerów jedną ręką. Nie ćwiczysz to grasz wolniej, mniej dokładnie itd. Jak ze wszystkim w sumie.

PS: Serio interesuje cię kto jaką ma dietę czy limit wagi? Może powinieneś na oglądanie kulturystyki przerzucić bo tam to chyba jest najważniejsze.

adrian92

Sam czasami w coś sobie pogram na konsoli, choć od kilku ładnych lat nie mam na to już takiej ochoty. Zwyczajnie, gdy już mam chwilę wolnego preferuję dobry film/serial/książkę, wymaga mniej zaangażowania i pożera znacznie mniej cennego czasu. Nie deprecjonuję e-sportu jako takiego, ale uważam że aż tak nie zdominuje świata (zresztą cholernie daleko mu do tego, skoro z 15 moich bliższych znajomych w przedziale wiekowym 20-28 lat tylko ja i jeszcze jeden kolega gramy regularnie w gry, przy czym „regularnie” oznacza odpalenie FM’a na 2h tygodniowo i prosta rozrywka w GTA V czy FIFA 16 kilka godzin co 2-3 tygodnie). Ludziom po prostu znudzi się to prędzej czy później, zwłaszcza że muszą racjonalnie gospodarować swoim wolnym czasem, którego przez gry tylko drastycznie im ubędzie. Z tego samego powodu nie będą oglądać pojedynków graczy w rozgrywkach których zasad nie będą znali. Ponadto pojawia się obecnie też (na szczęście!) moda na zdrowy tryb życia, a to oznacza też aktywność zewnętrzną. Zresztą nie po to też chodzi się na stadion, żeby obejrzeć sam mecz-ten lepiej ogląda się przed telewizorem niż na żywo- ale i po to żeby jakoś socjalizować się z ludźmi którzy wyznają podobne poglądy ( w tym wypadku- miłość do jakiegoś klubu). Przed komputerem to znajdę? Żeby się zbytnio nie rozpisywać: znaczenie e-sportu wzrośnie ale nie na tyle żeby przysłonić klasyczne dyscypliny sportowe.Przypomnę tylko że w latach 80/90-tych przewidywano że w około 2018 r. powinniśmy już spędzać czas w wirtualnej rzeczywistości non-stop 😀 (zresztą był nawet podejmujący ten temat polsko-japoński film, „Avalon”).

Stanislav Levy

Dobre. Podoba mi się tym bardziej, że właśnie skończyłem oglądać Black Mirror 😉 Propozycja na następny odcinek: cyberdoping w prawdziwym futbolu i/lub dostosowanie się dyscypliny do najnowszych wynalazków medycznych. Mięśnie wspomagane przez mechaniczne układy, chipy w głowach odpowiadające za opanowanie stresu, wszystkowidzący piłkarscy geniusze korzystający z wbudowanej echolokacji lub systemów gps.

Wujek Remo
Kolejorz

Krótko, Panie Leszku:

wincyj.jpg
Rohby

Dla mnie artykuł kosmiczny.
Brawo LESZKU.
Ps. Może przy Piłsudskiego jednak ktoś kopie piłkę
Pozdrawiam

StaszekPrawy

Ciężkie jak zatwardzenie lub ostatnie cfelietony Masiusiaka.
Myślałem, że to zamula JOlkiewicz, lecz inny podpis. Milewski się skończył.

3ci

Tekst byłby spoko, gdyby napisał go ktokolwiek inny niż Milewski. Jak na Milewskiego trochę taki… infantylny jednak.
Pomysł propsuję, wykonanie umiarkowanie.

Chata Kumba

„Dwieście tysięcy metrów kwadratowych wodoru ” – Panie Leszku, bardzo fajny pomysł na tekst, ale warto poprawić ten błąd :-)

wpDiscuz