Nie mów mi, jak bardzo jesteś wykształcony. Powiedz mi, jak dużo podróżowałeś
Męski świat

Nie mów mi, jak bardzo jesteś wykształcony. Powiedz mi, jak dużo podróżowałeś

Jak przy okazji łapania stopa złapać też nocleg w luksusowym apartamencie w Sofii, a w dodatku jeszcze na tym zarobić? Czy podróżując w ten sposób można sobie pozwolić na bycie wybrednym? Co w byciu autostopowiczem i „lajkowaniu aut” jest tak uzależniającego, że wakacje all-inclusive jawią się jako kompletnie nieatrakcyjna perspektywa? O podróżach z wyciągniętym kciukiem, nieodłącznym kartonem i markerem, bez których dziś nie wyobraża sobie życia, opowiada nam w wywiadzie z serii „Męskie Gadki” Damian Majewski, autor bloga „Życie na wyjeździe”.

Jak zaczęła się u ciebie zajawka na podróże?

Zaczęło się od wyjazdów za swoim klubem, GKS-em Tychy. Miałem 16 lat, pierwszym moim wyjazdem był ten do Zdzieszowic. Jak już miałem około 70-80 wyjazdów stwierdziłem, że kurczę, jeździmy po tych stadionach, a nic poza tym nie możemy zobaczyć. A fajnie by było poznać inne ekipy, historię klubów, kibiców. Zacząłem od Polskiego Busa, Lux Expressu.

Jakie były pierwsze kierunki?

Wiedeń, Praga, Budapeszt, Lwów. Jeździliśmy tam z dziewczyną na weekendy, choć nie ukrywam, że przed bukowaniem biletów zawsze patrzyłem w terminarz. Cały wyjazd warunkowało to, jaka drużyna akurat gra. Na przykład w Budapeszcie udało mi się zahaczyć o hokej, o mecz Ujpestu. W Pradze też hokej, oprócz tego Bohemians, Sparta. Dopiero rok temu podróże przybrały inny wymiar, czyli autostop.

Co autostop ma takiego w sobie, że ludzie decydują się na podróż właśnie w taki sposób?

Na pewno kwestia finansowa, bo nie musisz płacić za bilet. Ale też przeżycie jakiejś przygody, bo na pewno więcej ciekawego mnie spotka jadąc stopem niż autobusem, gdzie wszyscy zamulają. Jadą zwykle z telefonem w ręku i nawet nie pogadasz. Wiadomo, stop jest często niekomfortowy, bywa niebezpieczny. Rodzice przed każdym wyjazdem mi mówią, że wytną mi nerki, sprzedadzą moje ciało i tak dalej. Ale potem dzwonią, pytają jak jest, słuchają jak zachwalam… No i zdarzało się, że dojeżdżałem stopem szybciej niż autobusem. Nigdy nie wiesz, czy kierowca, który cię weźmie, nie będzie pruł 160 na godzinę i nie dojedzie na miejsce dużo wcześniej.

Odwieczne pytanie: kartonik czy kciuk?

I kartonik, i kciuk, razem. Kartonik maluję zawsze, bo lokalsi widzą od razu, czy mogą mnie zabrać czy nie, bez zatrzymywania się i pytania o kierunek. Niezastąpiony jest też przy takich podróżach telefon z apką Maps.me, gdzie są mapy offline, bo nie wyobrażam sobie targania tylu papierowych map ze sobą.

Łapanie stopa to dobra szkoła cierpliwości?

Tak, ale powiem ci, że tylko raz zdarzyło mi się czekać dłużej, w chorwackiej miejscowości turystycznej, Makarskiej. Tam po prostu 80% ludzi to turyści. Generalnie jeśli nie idzie, to wszywam sobie do głowy, że lajkuję nadjeżdżające auta. Mając piwko przy sobie jest dużo milej, a poza Polską i Wielką Brytanią nie ma z tym problemu, żeby sączyć sobie jedno gdzieś przy drodze. W Polsce najwięcej czekałem 40 minut, w Maroko – pół godziny. To uczy lajtowego podejścia do życia. Bo wiesz, że zawsze jakoś to będzie.

W większość tras, jak widziałem, ruszasz z dziewczyną. Domyślam się, że ona też z ciężkim plecakiem, z kilometrami w nogach – znosi to jakoś?

Wiedziała, na co się pisze (śmiech). Nigdy nie przeszkadzało jej to, że jadę na wyjazd za klubem, wiedziała, że to część mojego życia. A że nie chciałem zabierać jej na wyjazdy, bo towarzystwo kibicowskie bywa dość specyficzne, mało wyrozumiałe dla kobiet – stąd podróże. Nie wszędzie jeździ ze mną, bo pracuje w klubie sportowym na etacie i ma tylko 20 dni urlopu w roku. Ale na Bałkanach i w Maroko byliśmy razem. Nie było to dla niej problemem, żeby nosić 20-kilogramowy plecak. Czasami chodzimy po 7-8 kilometrów i nigdy nie ma z tym problemu. Każdemu życzę takiej dziewczyny, która tak znosi trudności i fizycznie, i psychicznie. Bo to skarb.

Najbardziej pojechani ludzie, jakich spotkaliście na trasie?

Zdecydowanie w Macedonii. Był taki jeden pan, który jechał starym autem Yugo. Przedstawił się jako oficer armii Jugosłowiańskiej. Jak zmieniał biegi, to za każdym razem dotykał mojej nogi, bo było tak mało miejsca z przodu. I on tą Yugą wyprzedzał wszystkie auta na drodze, mimo że każde wyglądało dużo lepiej i dużo sprawniej od tego jego starocia. W pewnym momencie dostrzegł za sobą tira na bułgarskich blachach i pomachał mu, żeby gość się zatrzymał. Powiedział jaka jest sytuacja, że wiezie dwóch autostopowiczów… Można powiedzieć, że jadąc Yugą złapał nam kolejnego stopa na Bułgarię.

A, no i jeszcze był stop życia. Może człowiek nie był najbardziej pojechany, ale historia trochę nieprawdopodobna, mam opowiadać?

Jasna sprawa.

To było na granicy bułgarskiej. Dzwonię sobie do mamy, rozmawiam co tam słychać i tak tylko sobie macham ręką. Zatrzymała się taka maszyna, że w głowie się nie mieści. W środku facet, Włoch. Mówi: wsiadajcie, bo szkoda czasu. Pojechaliśmy, rozmawiamy sobie, był mega zdziwiony tym, jak podróżujemy, próbował z nami rozmawiać mocno łamanym angielskim, do którego wtrącał włoskie słówka. Po 20 minutach rozmowy spytał:

– Gdzie nocujecie w Sofii?
– W hostelach.
– Nie chcecie może kluczy do mojego apartamentu?

Byliśmy trochę zakłopotani, ale powiedzieliśmy, że jak jest taka możliwość i jeśli to nie jest problem, to skorzystamy. Powiedział nam potem, że w każdym dużym mieście ma swoje apartamenty, bo jest właścicielem 40 sklepów z odzieżą i tak sobie kursuje od miasta do miasta. Nie dość, że postawił nam kolację, że potem nocowaliśmy u niego cztery dni, w luksusowym apartamencie na osiedlu Mladost 3 w Sofii, to po wyjściu zostawił nam jeszcze po 50 euro.

Na razie same przyjemne historie. A bywało niebezpiecznie? W końcu nigdy nie wiesz, kto siedzi za kółkiem.

Raz faktycznie było trochę strachu. Zatrzymało się dwóch Albańczyków. Jeden z nich mówi, że jest taksówkarzem. Drugi – biznesmenem z Kosowa. Obawialiśmy się jazdy z nimi, ale okazało się, że niepotrzebnie. Po jakimś czasie zajechali na stację, ten biznesmen dał nam 500 denarów macedońskich, czyli około 7 euro i po czekoladzie i red bullu. Ale baliśmy się, że wysadzą nas nie wiadomo gdzie. Szczególnie jak z autostrady zjechali na jakąś wiejską drogę, żeby ominąć bramki. Wtedy stres był. Ale generalnie rzadko się boję, mamy też ten komfort, że możemy wybrać – wsiadamy czy nie.

Można sobie pozwolić na bycie wybrednym?

Czasami nawet trzeba. Wracając z Bałkanów staliśmy na granicy słowacko-węgierskiej i chcieliśmy koniecznie jeszcze tego samego dnia wrócić do Polski. Zatrzymywali się kierowcy tirów, ale pytaliśmy ich wprost, gdzie dzisiaj dojeżdżają. Mówili nam, że cztery godziny i pauza, że maksymalnie dojadą do Brna. Uznaliśmy, że nie wsiadamy, czekamy, a nuż pojedzie jakiś busik.

W końcu się pojawił. Gość mówi, że ma strzała na Warszawę, ale że po drodze ma też Tychy. Idealnie. W ten oto sposób w sześć godzin z Węgier dojechaliśmy do domu. Jak dojeżdżaliśmy koło drugiej nad ranem, ten kierowca żartował jeszcze, żebym koniecznie dzwonił po rodziców.

– Skoro przejechałeś 1 500 kilometrów za darmo, to co, za taksówkę będziesz płacił?! (śmiech)

Dużo opowiadasz o wyprawie na Bałkany, to ta ulubiona póki co?

Pierwsza taka, więc wzbudzająca dużo emocji. Kompletnie nie wiedzieliśmy, co tam zastaniemy. Na początku baliśmy się w ogóle wyjechać stopem ze swojego miasta. Do tego stopnia, że do Zwardoń pojechaliśmy pociągiem. Ale od razu złapaliśmy stopa na 600 kilometrów, co na starcie dużo nam ułatwiło. Jak znaleźliśmy się w Segedynie, na granicy z Serbią, to już wiedzieliśmy, że nie ma odwrotu. Potem była jeszcze Słowenia, no i Maroko. Ale wydaje mi się, że jak się już raz pojedzie na tego typu wyprawę, to dysponuje się takim doświadczeniem, że na kolejnym wyjeździe czujesz jakbyś jeździł kilka lat. W Maroko nie myślałem w ogóle o tym, że coś może nam się stać. Ważne było znalezienie ludzi, z którymi dogadam się po angielsku, w zasadzie tylko to mnie dręczyło.

Jeździsz uzbrojony tylko w język angielski, czy jakieś jeszcze znasz na tyle, żeby się porozumieć?

Tylko angielski. Generalnie na Bałkanach językami urzędowymi są języki słowiańskie. No i taki Serbski jest w 30% podobny do polskiego, na przykład wszystkie części ciała na głowie – uszy, usta, oczy – brzmią tak samo. Angielski, nawet podstawy, w takim miejscu w zupełności wystarczają. Wszystkie narody bałkańskie łączy też to, że piwo, to właściwie wszędzie poza Bułgarią jest piwo.

Mówisz, że jak byliście na granicy serbskiej, to wiedzieliście, że nie ma już odwrotu. A mieliście ewentualnie jakiś plan B, gdyby trzeba było szybko wracać, gdyby coś nie wypaliło? 

Pieniędzy mieliśmy dość, żeby spokojnie jeździć transportem publicznym. Po pierwszym złapanym stopie, jak wyjechaliśmy na granicę serbską, padło jedno zdanie. „Jedziemy dalej, na pewno nam się teraz już wszystko uda”.

Udawało się, czy trzeba było po drodze zmieniać plany?

Na pewno zboczyliśmy na Makarską, tam w ogóle nie planowaliśmy  jechać. Jak byliśmy w Bośni, Polacy zabrali nas do wioski, z której mieliśmy łapać stopa. Długo łapaliśmy w kierunku Czarnogóry, gdzie początkowo chcieliśmy jechać, ale nie szło. Ustawiliśmy się po drugiej stronie drogi i próbowaliśmy dalej. W pewnym momencie poszedłem na stację po wodę, a w tym czasie moja dziewczyna złapała stopa. Jakiś Chorwat wziął nas właśnie na Makarską. Była późna godzina, więc nie wybrzydzaliśmy, choć chcieliśmy ruszyć na południe, a pojechaliśmy na północ.

Druga sprawa, że wiedzieliśmy, że nie mamy dość pieniędzy, żeby pozwolić sobie na Makarskiej, gdzie ceny są mocno zawyżone. Mieliśmy założony budżet maksimum 40 złotych na osobę na dzień. Za wszystko, czyli nocleg plus jedzenie. A tam poszliśmy na obiad i wydaliśmy 60 złotych na raz. No ale generalnie, mimo że zboczyliśmy, zobaczyliśmy praktycznie wszystko, co chcieliśmy. Marzyło mi się jeszcze Kosowo, ale nie zdążyłbym wtedy do Belgradu, gdzie chciałem zobaczyć Crveną i gdzie byłem umówiony z chłopakami z Vojvodiny Novi Sad.

Jaki masz patent na noclegi? Ogarnianie na bieżąco, czy planowanie jeszcze przed wyjazdem?

Generalnie mamy taką zasadę, że przez większość nocy śpimy w namiocie. Ale jak byliśmy mega zmęczeni, chcieliśmy się umyć, to łapaliśmy jakiś hostel. Na takiej zasadzie, że łapaliśmy wi-fi, szukaliśmy na booking.com noclegów, wklepywaliśmy w gps-a offline te hostele i podjeżdżaliśmy tam. Na miejscu negocjowaliśmy cenę, bo przecież bez pośredników takiemu hostelowi bardziej się opłaca dać nam pokój. Jeśli ktoś próbował zawyżać, to siadaliśmy w recepcji, logowaliśmy się do wi-fi i tam składaliśmy rezerwację przez booking.

Zdarzało się też – jak z tym Włochem – że ugościła nas jakaś poznana osoba. Ewentualnie opcją bywał też coachsurfing, sam zresztą też goszczę różne osoby. Był u mnie w tym roku Francuz, który był 60. dzień w podróży po Europie. Była też Czeszka z Ostrawy, która wybrała się na piechotę z Ostrawy do Warszawy w trzytygodniowy trip. Wkrótce goszczę Serbów. Staram się nie tylko brać, ale też dawać.

Było wśród twoich wyjazdów jakieś rozczarowujące miejsce, gdzie spodziewałeś się czegoś więcej?

Ciężko o rozczarowanie, bo ja zawsze nastawiam się… pesymistycznie. Żeby móc później myśleć na zasadzie „łał, ktoś poświęca dla mnie swój czas, daje mi coś od siebie”. Jak łapię stopa, nastawiam się na kilka godzin czekania, choć wiem, że zwykle trwa to kilka minut.

Muszę jednak przyznać, że trochę zawiedziony byłem we wrześniu, kiedy pojechałem na charytatywną wyprawę szlakiem włoskich klubów. Przejechaliśmy całe Włochy plus San Marino. Rozczarowaniem było nastawienie niektórych klubów, które nie chciały z nami rozmawiać po angielsku, po prostu nas zbywały. I to były zwykle wielkie kluby – Juventus, AS Roma, Torino. A maluczcy pomagali – taki klub Juvenes Dogana z San Marino dał nam cztery proporczyki, dwie koszulki, dres, breloczki. Mieliśmy tego tyle, że nawet jeden proporczyk sobie zostawiłem.

Wyrobiłeś sobie zdanie odnośnie różnych narodowości podczas swoich podróży?

Na początku powiem o Polakach. Na Bałkanach wszyscy nas lubią, nawet Albańczycy. Ale z tego względu, że myślą, że skoro nasz rząd poparł Kosowo, to my też to popieramy. Z kolei „kumaci” Serbowie wiedzą, że niekoniecznie tak jest. No więc i jedni, i drudzy darzą nas sympatią. Na Bałkanach nie widziałem w ogóle za bardzo granic. To jest tak, że ludzie z różnych krajów może nie żyją tam w zgodzie, ale nauczyli się żyć obok siebie.

To, co jeszcze mnie zaskoczyło, to muzułmanie. Najwięcej do powiedzenia o nich mają osoby, które nigdy nie miały z nimi kontaktu. A Bośniacy jako muzułmanie to naprawdę mega ludzie z super podejściem do drugiego człowieka.

Trochę bardziej uciążliwi byli Albańczycy, szczególnie ci naganiający do taksówki „za jeden euro”, a później kasujący za to niebotyczne sumy. Ale o Albańczykach jako narodzie też nie powiem złego słowa, bo pierwszy Albańczyk, którego poznaliśmy, bardzo nam pomógł. Wyjaśnił jak podchodzić do religii, czym to podejście różni się u nich od zachodniego. Mówił, że prawdziwy muzułmanin zostałby w swoim kraju, a na Zachód wyjeżdżają osoby niemające za wiele wspólnego z wiarą. Które dowiedziały się, że nie trzeba pracować, bo jest dobry socjal.

Z kolei w Maroko myślałem, że podejście ludzi będzie znacznie bardziej ortodoksyjne, a jest… europejsko. Ludzie tam gonią za Europą. Rozmawiałem z kilkoma osobami, które mówiły wprost, że nie wyobrażają sobie, żeby w ich kraju panował szariat. A co dopiero w Europie. Że to jest dla nich niepojęte, nielogiczne, że kradnąc, trzeba ci uciąć rękę jako pokutę. Tak samo nasłuchałem się, że jest tam ciężki dostęp do alkoholu, a gdzie nie spojrzysz – wszyscy piją po barach.

Potrafisz sobie wyobrazić, że jedziesz teraz na all-inclusive? Samolot, leżaczek, zero zmartwień?

Nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek w swoim życiu pojechał na takie właśnie wakacje. Nawet rodziców namawiam, żeby jechali ze mną, bo oni latają tylko z biurem podróży. Ja po prostu nie umiem usiedzieć w miejscu. Jak przez pięć minut kąpię się w morzu, to w szóstej mnie już nosi, nudzi mnie to. Autostop daje większą swobodę, wolność.

Ogólnie bardzo mi się podoba, to że przez parę dni mogę się poczuć jak lokals w kompletnie różnych miejscach. Bo przecież nikt z nas nie wybiera sobie przed urodzeniem życia, jakim żyje. To jest sprawa kompletnie losowa. A ja mogę podróżując w ten sposób spróbować życia innych ludzi, w innych miejscach na świecie. Nic tak nie poszerza horyzontów. Jest taki fajny cytat z Mahometa: „Nie mów mi, jak bardzo jesteś wykształcony. Powiedz mi, jak dużo podróżowałeś”.

Gdybyś mógł żyć w dowolnym miejscu na ziemi, być kimkolwiek chcesz, byłbyś…?

Przede wszystkim na pewno nie chciałbym żyć w Europie Zachodniej, bo wydaje mi się, że ludzie tam są po prostu… smutni. Mimo że mają lepsze finansowo życie, to nie mają takiego fajnego życia towarzyskiego.

A odpowiadając na pytanie – wydaje mi się, że mógłbym być Słoweńcem. Słowenia to niby mały kraj, a ma zarówno dostęp do morza, jak i bardzo ładne jeziora czy góry. Zarobki tam są bardzo dobre, ludzie żyją spokojnie, też są Słowianami. Odnalazłbym się tam.

Z kolei najlepsze stosunki nawiązywałem zawsze z Serbami. Widać, jak bardzo czują się niedoceniani, jak lgną do Europy, do Unii Europejskiej. Są niezadowoleni z tego, że nie mają otwartych granic, że przez to podróżowanie jest utrudnione. A przecież gospodarczo nie są gorsi od niektórych krajów UE. Problemem jest to, że mają dobre stosunki z Rosją, czego zresztą sami nie ukrywają.

A z kimś nie potrafiłeś się dogadać?

Z Węgrami. Ciężko jest przede wszystkim językowo. Jadąc tramwajem z meczu nie jestem się w stanie nawet domyśleć, o czym rozmawiają!

Jakie masz plany na ten rok?

Jak uda mi się wszystko zaliczyć na studiach, to chciałem zacząć od wycieczki koleją po Słowacji. Dowiedziałem się, że jeśli jesteś studentem na terenie Unii Europejskiej, to możesz jeździć za darmo słowackimi pociągami. Jest z tym trochę załatwiania, bo muszę mieć podbity papierek od uczelni, podjechać do Żiliny, dołożyć swoje zdjęcie i dopiero wtedy wyrabiana jest specjalna karta. Ale próbuję. Chcę zaliczyć ze dwa mecze hokejowe, po dogadaniu się z tamtejszymi ekipami. To też jest ciekawe, bo dużo kontaktów można załapać na Facebooku, pisząc na profilach kibicowskich danych klubów. Niektóre kontakty miałem też od chłopaków z „To My Kibice”, którzy dali mi numery telefonów, maile. Sporo jest ekip naprawdę otwartych na to, żeby pójść z nimi na mecz .

Kolejnym planem jest kwiecień i hokejowe mistrzostwa świata dywizji 1A w Budapeszcie. Plan jest taki, żeby być tam przez kilka dni i ruszyć dalej – na Rumunię, Mołdawię, czyli Kiszyniów, Naddniestrze. Potem do Odessy, zażyć trochę morza, zaliczyć małe wakacje i stamtąd pociągiem do Lwowa albo do Kijowa. Na pewno bardzo marzy mi się zobaczyć podczas tej wycieczki Czarnobyl.

Myślałem też nad Erasmusem, dwoma miesiącami w Hiszpanii, żeby zaliczyć praktyki w klubie sportowym w pierwszej albo drugiej lidze. Jeśli to nie wypali, no to chcę lecieć samolotem do Gruzji i zacząć stamtąd jazdę stopem.

Samolotem? To do ciebie niepodobne.

Z doświadczenia wiem, że ostatnie dni na stopie są mega ciężkie, męczące, dlatego właśnie planuję dolecieć do Gruzji, a dopiero stamtąd ruszyć do Armenii, Turcji, na Bałkany i stopem aż do domu. Żeby do końca mieć energię, zapał.

Na pewno chcę też odhaczyć derby Belgradu. Oprócz tego jak zawsze będę śledził losowania Ligi Europy, Ligi Mistrzów. Wczesne fazy eliminacyjne, gdzie grają zespoły, dla których to jest wielka przygoda, dla mnie zawsze są najciekawsze. Mogę się pochwalić, że w 2017 byłem na każdej rundzie eliminacji.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

Wojaże Damiana możecie śledzić na jego:
FACEBOOKU (KLIK)
TWITTERZE (KLIK)
INSTAGRAMIE (KLIK)

KOMENTARZE (9)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
MArekPolkowski

Ciekawie ale za krotko!

Viva la Libertad
(L)

Mam nadzieję, ze to przeczytały półmózgi, które słysząc, że Bośniacy czy Albańczycy to muzułmanie od razu kojarzą ich z dżihadem, szariatem i świętą wojną:)

B123

Jest mądre powiedzenie podróże kształcą ale wykształconych. Trzeba mieć jakiś background żeby potem go weryfikować jak ktoś nie ma pojęcia o kraju i potem się na temat tego mądrzy bo był na tygodniowym wypadzie to słabo mnie to przekonuje.

DamianMajewski

A kto powiedział, że nie studiuję, nie czytam książek, nie interesuję się historią i geografią od X lat? Oceniłeś mnie na podstawie jednego cytatu, zupełnie tak jak niektórzy ludzie oceniają książkę po okładce.

B123

A czytałeś tytuł własnego artykułu chyba po coś się ten tytuł dało? I nie książkę po okładce a po tytule właśnie mogło by tu być trafnym porównaniem

DamianMajewski

Tak jakbym to ja wybierał tytuł wywiadu który przeprowadza ze mną dziennikarz. Cóż, widocznie lepiej wiesz ode mnie i od redakcji jak to się odbywa :)

Kohomologia

Fajne powiedzenie. W moim rankingu najgłupszych powiedzeń wędruje na podium, między „O gustach się nie dyskutuje” a „Tylko winny się tłumaczy”.

Janis Biodro
Dupa i ortografia.

Rzeczywiście, samo wykształcenie to dzisiaj nie wszystko. Na rynku pracy liczą się przede wszystkim realne kwalifikacje. No chyba, że jesteś fajną dupą to możesz dać dupy komu trzeba i też się dobrze ustawić.

bastion79
KS Milan

A za dwadzieścia lat dołączyć do akcji metoo. Polać mu.

wpDiscuz