W Dublinie do dziś mówią: Kucharczyk, what a player!
Weszło

W Dublinie do dziś mówią: Kucharczyk, what a player!

– Nie chcę urazić żadnego klubu, ale gdyby ktoś postawił mnie przed wyborem – wieloletnia gra dla średniaka bez większych perspektyw lub wyjazd do pierwszego, drugiego, trzeciego kraju, poznawanie nowych kultur, ludzi, trenerów i ich spojrzeń na piłkę, to wybrałbym drugą opcję. I to bez wahania – mówi Łukasz Skowron, były bramkarz m.in. Polonii Warszawa, Jagiellonii Białystok i Arki Gdynia, który od jakiegoś czasu szuka szczęścia w różnych ligach. Był już na Cyprze, w Portugalii i Irlandii, ale wiele wskazuje na to, że to nie koniec. Dlaczego Łukasz Teodorczyk parzył herbatę w akwarium po złotej rybce? Jak reagują irlandzcy piłkarze, gdy słyszą, że według polskich mediów rozwożą pizzę i dlaczego najlepszy napastnik St Patrick’s dorabia jako taksówkarz? Czy bramkarz, którzy puści sześć goli w debiucie, może być zadowolony ze swojego występu? Odpowiedzi znajdziecie w naszej długiej rozmowie. 

Zaczynasz karierę podróżnika?

Śmieją się ze mnie, że mam karierę turysty! Nie chcę urazić żadnego klubu, ale gdyby ktoś postawił mnie przed wyborem – wieloletnia gra dla średniaka bez większych perspektyw lub wyjazd do pierwszego, drugiego, trzeciego kraju, poznawanie nowych kultur, ludzi, trenerów i ich spojrzeń na piłkę, to wybrałbym drugą opcję. I to bez wahania. Wychodzenie ze strefy komfortu za każdym razem uczy – zarówno piłkarsko, jak i życiowo. Do tej pory tych zmian było sporo, zatem bagaż rozmaitych doświadczeń udało się zdobyć.

Robię i czytam wiele wywiadów z piłkarzami, większość mówi, że stabilizacja jest cholernie ważna, a ty twierdzisz, że jednak trochę przereklamowana?

Może dlatego, że nie znam jej smaku? Rozumiem, że są zawodnicy, którzy wysoką formę mogą osiągnąć na przykład dopiero po roku w danym miejscu, ale ja do nich nie należę. Mnie zmiany bardzo motywują, dostarczają mi paliwa.

Z drugiej strony, grasz na takiej pozycji, że nierzadko trudno jest z miejsca wskoczyć do składu. Czasami potrzeba czasu.

To prawda. I w dłuższej perspektywie to też jest mój cel, by na stałe wylądować między słupkami jakiegoś zespołu. Chciałbym doświadczyć tej stabilizacji, ale… na razie jeszcze nie mogę powiedzieć, że to stanie się w tym sezonie lub w następnym. Staram się życ chwilą i podejmować kolejne wyzwania. Mam 26 lat, jesteśmy z moją Kasią świeżo po ślubie i podoba nam się życie, które prowadzimy. Mieszkaliśmy już na Cyprze, w Portugalii oraz w Irlandii, dużo widzieliśmy, przeżyliśmy i mocno powiększyliśmy nasze grono przyjaciół.

No i nadziałeś na zarzut o brak ambicji.

Oczywiście można mi to zarzucić, ale moim zdaniem jedno nie wyklucza drugiego. Opowiadam ci o pozasportowych plusach takiego życia, ale to nie zmienia faktu, że liczyło się przede wszystkim zostanie jedynką w miejscach, w których byłem. Zawsze, w każdym klubie! Tak się jednak do tej pory składało, że musiałem odchodzić. Z AEL-em Limassol – czyli klubem, w którym najmocniej chciałbym zostać – trzy razy miałem przedłużyć umowę, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. A to doznałem kontuzji i klub czekał aż się poskładam, a to w dniu, w którym miałem negocjować, wymieniono cały sztab trenerski i dyrektora sportowego, który mi kontrakt proponował. To są fakty, można tam spytać.

Mamy dwie przeszkody, a trzecia?

Dostałem wiadomość od prezesa, że kontrakt przedłużymy, ale dopiero po sezonie. Trener stwierdził, że jeszcze nie wie, jaki ma pomysł na obsadę bramki. Myślę, że to była przyczyna – władze klubu chciały mnie zatrzymać, a trener wolał ściągnąć kogoś mocniejszego, z lepszym nazwiskiem. Akurat była totalna wymiana składu, więc wyjechałem z klubu jednym autobusem z całą resztą. Powiem ci szczerze, że trochę żałuję, iż bardziej nie naciskałem. Pewnie mogłem to rozegrać lepiej, ale łatwo tak mówić z dzisiejszej perspektywy, a wtedy wykorzystywałem swoje szanse na boisku, więc też nie narzekałem na brak zainteresowania.

Czyli trochę twoja wina.

Jeśli tak, to głównie dlatego, że nie jestem osobą, która się o coś prosi. Czasami zdarza się, że piłkarz „wychodzi” u prezesów nową umowę, ale z moim podejściem do życia to się jednak kłóci. Pewne rzeczy wolę pokazywać w meczach i na treningach. Pozostałe działania zostawiam klubowi.

Sam twój wyjazd był trochę zaskakujący.

Przez pół roku prawie w ogóle nie grałem, byłem odstawiony od gry w I-ligowej Arce Gdynia. Chciałem spróbować czegoś innego. Dalem znać mojemu agentowi, że jestem gotów zmienić klub na zagraniczny. Gdy okazało się, że jest możliwość, żeby wyjechać, chwilę się zastanawiałem. No bo to kierunek nadal w pewnym stopniu egzotyczny, a czasami się słyszało, że tamtejsze kluby mają problemy z płaceniem. O AEL, poprzez mojego kolegę, spytałem jeszcze Łukasza Gikiewicza. Odradził. Rozstali się w brzydkich okolicznościach, więc narzekał na klub. Ale posprawdzałem wszystko jeszcze w innych źródłach, zobaczyłem, że niedawno AEL zdobywał mistrzostwo i grał w eliminacjach Ligi Mistrzów, więc się zdecydowałem. Z punktu widzenia sportowego wyglądało to na dużą szansę dla mnie. Marcin Michalak, który prowadzi moje piłkarskie losy, wynegocjował dobre warunki, no i podjąłem słuszną decyzję. Spotkałem tam trenera bramkarzy, który zmienił moje podejście do piłki, zaszczepił we mnie dozgonną pasję i miłość do bramkarstwa. Jeśli kiedyś będę trenerem, będę starał się być taki jak on. Obecnie trenuje golkiperów w greckiej ekstraklasie, w Asterasie Tripolis.

Poczułeś miłość do bramkarstwa dopiero w wieku 24 lat i po zwiedzeniu pięciu klubów?!

Ale to trochę inny rodzaj uczucia – chodzi o to, że mógłbym z tym związać również przyszłość. Wcześniej jednak ta miłość też musiała być, bo bez niej skończyłbym z piłką już dużo wcześniej, gdy miałem momenty, w których chciałem odpuścić i zająć się czymś innym.

Kiedy?

Na przykład wtedy, gdy byłem na wylocie z Polonii Warszawa. Miałem przed sobą jeszcze rok z trzyletniego kontraktu. Niby byłem tam trzecim bramkarzem za plecami Gliwy i Przyrowskiego, ale sytuacja była niekomfortowa i nie dawała szans na stały rozwój. Dajmy na to, że trenerem akurat był Radolsky. Chciał mieć trzech bramkarzy, więc byłem z zespołem. Przyszedł Bakero i wolał dwóch, no to mnie odesłali do Młodej Ekstraklasy. Janas – trzech, więc wróciłem, ale Bos znów dwóch i tak dalej. Już nawet nie jestem pewien, czy czegoś nie pomyliłem, bo tych trenerów i kursowania było mnóstwo. A do tego im bardziej się starałem, tym bardziej mi nie wychodziło. Miałem słabszy okres, ale poradziłem sobie z tym i gdzieś tam na horyzoncie pojawiła się nawet wizja awansu na drugiego bramkarza. Zapewniano mnie, że klub wiązał ze mną przyszłość. Ale po wakacjach dyrektor Fajfer ściągnął Adriana Lisa z Warty Poznań, a mi zakomunikowano, że mam sobie znaleźć klub na wypożyczenie. Poszedłem do Radomiaka. Wiesz, jednego dnia trenowałem z Mierzejewskim, Smolarkiem i Trałką w ekstraklasowych warunkach, a następnego musiałem się zmierzyć z zupełnie inną rzeczywistością.

Dziś piłkarze na Radomiaka raczej nie narzekają. Podobno nawet Górnik Zabrze ma pewne problemy, by wyciągnąć stamtąd piłkarza.

Ale to były inne czasy – jak zobaczyłem warunki do trenowania w tej trzeciej lidze, to trochę się podłamałem. Po jakichś dwóch tygodniach w Radomiu wpadłem w największy dołek i chciałem rzucić piłkę. Nie miałem planu B na życie, ale wolałem spokój i skupienie się na studiowaniu wychowania fizycznego. Nawet to, że miałem naprawdę słuszny kontrakt w Polonii – zresztą jak wszyscy za czasów Wojciechowskiego – nie miało większego znaczenia. Na szczęście w Radomiu był też trener Dariusz Dźwigała, który znał mnie z regionu – to wielki miłośnik futbolu, który ciągle jeździ po stadionach i ogląda wszystkie mecze, dlatego mnie kojarzył i uważał, że mam duże możliwości. Potrafił mnie na nowo przekonać do tego, że piłka potrafi być piękna. No i obiecał, że jeśli dam z siebie wszystko, nabiorę doświadczenia w grze seniorskiej, pociągnie mnie za sobą. No i tak po roku w Radomiaku, awansie do II ligi wróciłem do klubu ekstraklasy, Jagiellonii Białystok.

I Tomasz Hajto wymyślił sobie, że zostaniesz jego pierwszym bramkarzem.

Tak, przychodziłem jako ten trzeci do rywalizacji, a sezon zaczynałem w bramce. Może to się często nie zdarza, bo jednak trzeba mieć jaja, żeby postawić na chłopaka z trzeciej ligi, ale dawałem podstawy, by trener podjął taką decyzję. Na początku jedynką miał być Przyrowski, dwójką Kuba Słowik, ja trójką, a w klubie był jeszcze Krzysztof Baran. Sebastian nie przyszedł, prezes Kulesza powiedział, że nikogo innego nie ściąga, a ja akurat po dobrym sezonie w Radomiaku, indywidualnej pracy z trenerem Grześkiem Tomalą, eksplodowałem z formą, więc wskoczyłem. Z pewnością poniosła mnie ta euforia wynikająca z tego, że udało odbić się od dna.

Twoim zdaniem Hajto miał zadatki na trenera?

Trudno powiedzieć, bo dopiero zaczynał. Gdy dziś oglądam mecze reprezentacji, które komentuje, mogę się poczuć trochę jak w szatni Jagiellonii, bo padają dokładnie te same zwroty. Wtedy starał się nie zachowywać jak typowy trener, wolał być dla nas takim starszym kolegą. Dużo uczestniczył w treningu i uwierz, że w gierkach wyglądał bardzo dobrze. Strzelał bramki, przerzut miał najlepszy w drużynie, a do tego jako trener ciągle jechał na wślizgu. Dobrze uzupełniał się z trenerem Dźwigałą – Hajto był twarzą, ale drużynę prowadzili wspólnie. Wielki szacunek za to, że dali mi szansę zaistnieć.

Trudno to sprawdzić, ale chyba jesteś jedynym bramkarzem w historii ekstraklasy, który w debiucie puścił gola w pierwszej minucie.

Ale powiem ci, że byłem tak pozytywnie nastawiony, że w ogóle nie zauważyłem, że padła jakaś bramka! Zachowałem zimną krew, bramkę odrobiliśmy, skończyło się 2-1 dla nas.

lukasz-skowron-dejected-after-conceding-a-goal-752x501

Ty to chyba w ogóle jesteś urodzonym optymistą, bo w debiucie w St Patrick’s dostałeś szóstkę od Dundalk, ale powiedziałeś, że zagrałeś dobry mecz.

No bo zagrałem. Możesz to sobie sprawdzić, obejrzeć mecz i powiedzieć, kto zaplusował w tym spotkaniu oprócz strzelających graczy z Dundalk!

Brzmi dość absurdalnie.

Brzmi tragicznie, ale tak było. Moja żona była akurat na kawie z dziewczyną innego piłkarza, bo nie miała możliwości obejrzeć meczu, śledzą relację tekstową, a tam jedna, druga, trzecia bramka. Sęk w tym, że nie wiedziała, że to ja je dostaję, bo w 13. minucie wszedłem na boisko, gdy bramkarz doznał kontuzji. Niesamowitym zbiegiem okoliczności było to, że akurat przed tym meczem zrobiłem z trenerem bramkarzy dłuższą rozgrzewkę. Zostaliśmy praktycznie do samego gwizdka, później poszedłem do szatni, żeby się przebrać, a na ławkę dotarłem kilka minut po rozpoczęciu meczu. Usiadłem, rozejrzałem się dookoła, a tam nasz bramkarz macha, że potrzebuje zmiany! Do momentu czerwonej kartki dla naszego zawodnika jakoś się trzymaliśmy, dopiero później się zaczęło. A grać w „10” z Dundalk na wyjeździe to w tamtejszej lidze ekstremalne wyzwanie. Nie pamiętam dokładnych statystyk, ale zaliczyłem wiele interwencji. Widziałem, że bramkarz, który puścił sześć goli, dostał notę „8”, a nawet „9”, taka samą jak gość, który strzelił dwie bramki i miał asystę, więc musiało być nieźle!

W wieku 22 lat miałeś na koncie już trzy ekstraklasowe kluby, to też wyczyn.

Cóż, zmiany się mnie trzymały i dalej trzymają.

Trafiłeś później do Arki, ale generalnie twoja kariera chyba nie układała się tak, jak powinna.

Oczywiście, że tak. Dlatego dałem sygnał Marcinowi, by szukał czegoś za granicą. Czułem że stać mnie na dużo więcej. Moja żona Kasia, wtedy jeszcze narzeczona, też była gotowa poświęcić swoją ścieżkę zawodową dla mnie, a to bardzo duży komfort, nie każdy może się tym cieszyć.

Jest kraj, do którego na pewno nie chciałbyś jechać?

Pierwszy do głowy przychodzi mi kraj, który w sposób bardzo restrykcyjny ogranicza twoje poczucie wolności lub w którym kobiety są na innych, gorszych prawach. Są takie miejsca i z nich były jakieś zapytania, ale w tamtym momencie na pewno nie chciałbym trafić do kraju, w którym ze względu na różnice kulturowe żyłoby się nam ciężko. Tak naprawdę miałem sporo szczęścia, że pojawił się ten AEL. Trener bramkarzy, z którym później się zaprzyjaźniłem, opowiadał mi o kulisach mojego transferu. On dostał polecenie od pierwszego szkoleniowca, by znaleźć bramkarza. Agenci podsyłali mu różnych piłkarzy, ostatecznie na biurku miał 12 ofert. Każdego sprawdzał wyrywkowo. W moim przypadku odpalił mecz ekstraklasy ze Śląskiem, który przegraliśmy 0-3, a ja w pierwszej częsci meczu miałem mnóstwo interwencji. Powiedział, że po tym nagraniu się zdecydował. Los się do mnie uśmiechnął, bo gdyby obejrzał inny mecz, mogłoby to nie wypalić. Ale z tego co wiem, często właśnie tak to wygląda.

Ostatecznie na Cyprze płacili czy rację mieli ci, którzy mówili, żeby uważać?

Po sezonie klub wypłacił wszystko. Tam rzadko dostajesz pensję na czas, ale finalnie na twoim koncie z reguły będzie tyle, ile obiecali. W naszym klubie było tak, że właściciel zawsze miał pieniądze, bo prowadził bardzo prężne biznesy, ale nie płacił, bo… Aż trudno to wytłumaczyć! Trzeba tam trochę pożyć, by to zrozumieć. Na szczęście mi o ich mentalności dużo opowiedział Maciej Zając, były bramkarz Jagiellonii, który od lat gra na Cyprze w niższych ligach. Uczulił mnie na to, by nie szastać pieniędzmi, gdy przyjdzie wypłata, bo nigdy nie wiadomo, kiedy dojdzie następna. Dlatego nie miałem problemów, nie dochodziło do sytuacji, że nie mielibyśmy co jeść czy z czego opłacić czynszu. Dużo zależało od humoru właściciela. Jak udało nam się wygrać ważny mecz, to dwa miesiące pensji i premia meczowa potrafiła być wypłacona w tym samym tygodniu.

Byłeś w Polonii Wojciechowskiego, więc pewnie się przyzwyczaiłeś.

Ten z Cypru był jednak trochę inny. Raz przy sporej obsuwie powiedzieliśmy całą drużyną, że nie wyjdziemy trening, jeśli nie będzie przelewów. Poszła informacja od trenera do prezesa,  który kazał nam przyjechać do hotelu na zebranie i od razu ogłosił, że kasa już jest.

Jaki jest poziom ligi cypryjskiej w porównaniu do ekstraklasy? Czasami wydaje mi się, że za mocno sugerujemy się tym APOEL-em.

Wysoki, ale to zupełnie inne granie. Tam jest mnóstwo Portugalczyków i Hiszpanów. Sprawdź sobie kadrę AEK-u Larnaka, jest tam ich ponad 10 plus trener. To sprawia, że liga jest bardzo techniczna. Praktycznie każda drużyna buduje akcje od tyłu, jest trochę więcej ryzyka, bo na przykład boczni obrońcy uwielbiają się kiwać, defensywni pomocnicy też często grają jeden na jeden. Dla mnie to było coś nowego, bo na przykład w Arce mieliśmy przykaz, by grać najpewniej jak tylko się da, a tam musiałem rozgrywać. Ale jak masz w drużynie takiego piłkarza jak Mathieu Coutadeur, który ma koncie ponad 200 meczów w Ligue 1, to możesz mu zagrać każdą piłkę i wiesz, że ją opanuje. Albo Joao Paulo Andrade, który kiedyś był w FC Porto.

Trochę inne granie niż z Krzysztofem Sobierajem.

Myślę, że Krzysiu za to wprowadziłby tam odpowiedni  rygor w defensywie, bo czasami zdarzało nam się stracić bramkę z powodu niefrasobliwości! Tu już nie chodzi o nazwiska, ale masz rację. Tacy zawodnicy od dziecka są uczeni, by grać od tyłu, często na ryzyku, więc można wymagać. Polska liga z kolei jest bardziej wyrównana. Jeśli chodzi o samą otoczkę, to w Limassolu nie można było narzekać, bo oba kluby, AEL i Apollon budzą tam duże zainteresowanie. Może trochę inaczej jest, jeśli chodzi o to medialne opakowanie, bo gdy pokazywałem kolegom Ligę+Extra byli pod wrażeniem zarówno stadionów, jak i realizacji spotkań. Musiałem im tłumaczyć, że wygląda to lepiej, niż jest w rzeczywistości.

skowri

Zwątpiłeś w siebie, gdy wróciłeś z Cypru i przez pół roku nie miałeś klubu?

Nie, cała rodzina mnie wspierała, więc jeszcze umocniłem się w przekonaniu, że muszę się odbić. Moja żona, która jest fizjoterapeutką i trenerem przygotowania motorycznego, układała mi treningi, często pracowaliśmy razem na orliku, więc mam dziś tyle sprzętu do treningu funkcjonalnego, że czasami chodziłem obładowany jak tragarz. Mój brat zawzięcie pomagał mi w  treningach bramkarskich, później zacząłem trenować z rezerwami Wisły, było o wiele łatwiej utrzymać formę w treningu z drużyną. Bardzo mocno pilnowałem reżimu.

A nie naciskałeś na menedżera, żeby załatwił ci cokolwiek? Taka dziura w CV czasami odstrasza potencjalnych pracodawców. Niektóre agencje działają w ten sposób, że szukają w takich sytuacjach „parkingu dla piłkarza”.

Zdaję sobie z sprawę z tego, jak to wygląda. Mogłem zrobić tak jak mówisz, ale odrzuciłem kilka propozycji. Chciałem iść do klubu, w którym będę miał szanse na grę. Przy takich ofertach, które byłyby w pewien sposób zbliżone do AEL-u, zawsze czegoś brakowało. Była na przykład Nea Salamina, z której właśnie odchodził Pavels Steinbors. Na Cyprze szło mu wtedy fatalnie, był wybierany do tamtejszych jedenastek rozczarowań – jestem przekonany, że Arka tego nie sprawdzała, tylko bazowała na jego grze w Górniku. Ale mniejsza z tym, ważne, że teraz broni kapitalnie. W Salaminie gdy usiadł na ławce, wykreował się młody Cypryjczyk, a tam to zawsze jest wydarzenie, gdy taki broni całkiem nieźle – z miejsca powołanie do kadry i oferta z APOEL-u. Miałem przyjść w jego miejsce. Usłyszałem: „możesz się już spakować i czekać”. No dobra! Jeden dzień, dwa, trzy, tydzień, dwa tygodnie… Jednak musiałem opróżnić walizkę! Chłopak pojechał już nawet na testy medyczne do jakiegoś greckiego klubu, ale ich nie przeszedł. APOEL też się wycofał, bo nie wszedł do Ligi Mistrzów. A gdy na nich czekałem, nie podejmowaliśmy rozmów z innymi chętnymi klubami. Popełniłem błąd wykazując się cierpliwością.

Nie chciałeś wracać do Polski?

I nie miałem konkretnych ofert, i zbytnio nie chciałem, bo zasmakowałem gry za granicą i chciałem więcej. Ale po fiasku z Salaminą pojechałem na trzy dni do Ruchu Chorzów.

No to akurat może nawet lepiej, że ci nie wypaliło.

No tak. Zobaczyłem, jak wygląda ten klub i co mówią o nim zawodnicy. Ostatecznie były jakieś zmiany na samej górze, więc trener odesłał mnie do domu, bo powiedział, że nawet nie ma kto podjąć decyzji w mojej sprawie. Z kolei w Blackpool, gdzie byłem na testach, zagrałem sparing w takich warunkach, że żadna polska drużyna nie zdecydowałaby się na wyjście na boisko. Lał deszcz a wiatr zawiewał więcej niż mocno! Był ze mną Paweł Baranowski, który złapał kontuzję jeszcze przed tym meczem – pogoda była taka, że nawet nie wyszedł z budynku klubowego, żeby zobaczyć, jak to wygląda. Jak wznawiałem z piątki, to piłka stawała w powietrzu na 25. metrze. Anglików nie przekonałem – usłyszałem, że talent to może i mam, ale oni potrzebują kogoś, kto wskoczy od razu i odnajdzie się nawet w takich warunkach. Wtedy postanowiłem już poczekać do zimy.

I trafiłeś do ostatniej drużyny drugiej ligi portugalskiej. Nawet nie bardzo wiem, jak to oceniać. Można być z tego zadowolonym?

Trafiłem do klubu, który już praktycznie spadł, ale poszedłem tam z jasno wytyczonym celem, bo wcześniej rozmawiałem z Pawłem Kieszkiem i on polecił mi Olhanense. „Na pewno będziesz miał sporo okazji, by się pokazać. Wykazujesz się i odchodzisz”. Grasz z rezerwami Benfiki czy Porto – lepsze to niż niższy poziom w Polsce. Nie żałuję. Jestem pod wrażeniem pracy tamtejszych trenerów. Po tym pobycie zrozumiałem, dlaczego Portugalczyków zatrudniają w całej Europie. Pod względem taktycznym nasze treningi to był top. Wysłałbym na takie zajęcia wszystkich piłkarzy, z których u nas trenerzy z różnych względów nie potrafią wycisnąć maksa. I mogliby się wypromować, bo na przykład zawodnicy, którzy u nas grali, są teraz w portugalskiej ekstraklasie. Grają przeciwko gwiazdom z Benfiki czy FC Porto.

Tobie się to nie udało.

Niestety nie osiągnąłem celu, który przed sobą wspólnie z agentem postawiliśmy. Początek miałem dobry, po moim przyjeździe pierwszy mecz przegraliśmy 0-3, ale ja przez takie portugalskie 90minut.pl zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem. Dasz wiarę?

Po tym co mówiłeś o Dundalk, dam.

Później mecz z Porto – też niezły, w którym dobrze wypadłem. Dalej remis, wygrana, remis. Zrodził się promyk nadziei, że może jednak powalczymy o utrzymanie, ale szybko zgasł, a dla mnie tym bardziej, bo na treningu przed jednym z meczów nastąpiło zderzenie głowami i złamałem oczodół. Wypadłem na dwa miesiące z meczów, mogłem tylko trenować. Nawet maska nie wchodziła w grę, bo groziła mi utrata wzroku, gdyby coś się stało. Wróciłem na cztery ostatnie mecze, z których dwa wygraliśmy. Jednak  z promocji nici. Dobrze, że miałem chociaż trenera bramkarzy, który wiedział, że będę walczył w przyszłym sezonie o lepszy klub, więc pomagał mi utrzymywać formę.

lukasz-skowron-olhanense-apresentaçao-2017-e1485324094807

skow

Irlandia po drugiej lidze portugalskiej to awans?

Trudno to porównać. Tam grasz w piłkę, a tu masz kompletny bilard. Liczba długich piłek jest taka, że bramkarz ciągle musi być gotowy, bo nigdy nie wiesz, która laga przejdzie przez stopera i będzie sam na sam. Żywe mecze. Nie mam pomysłu jak to zestawić.

Może finansowo.

Na pewno jest stabilnej, bo w Irlandii było tak, że jak miałem napisane, iż dostanę wypłatę 30. dnia miesiąca, to przychodziło 24., a z Portugalii część nie przyszła do tej pory. Do tego mieszkałem w centrum Dublina, baza treningowa poza miastem, miałem wynajęty samochód, warunki były naprawdę dobre.

Ta liga jest profesjonalna?

Tamtejsza ekstraklasa na pewno. Wiem, że gdy kilka lat temu Legia grała z St Patrick’s, krążyły inne plotki, ale nie mam pojęcia, skąd się wzięły. Myślę, że chodziło tylko o to, by ośmieszyć Legię na zasadzie – męczycie się z gośćmi, którzy chodzą do normalnej pracy.

Nikt tam nie pracuje?

Z tego co wiem, to tylko jeden zawodnik. Co ciekawe, to najlepszy piłkarz tej drużyny, który na co dzień jest nauczycielem nauczania początkowego. Gdy rozmawiałem z chłopakami na temat tych rzekomych prac, dowiedziałem się jeszcze, że na przykład nasz napastnik pracuje, ale tylko w listopadzie i w grudniu, bo liga kończy się już w październiku. Co najlepsze, zarabia naprawdę godnie, bo jakieś 2 tysiące euro tygodniowo, a to w warunkach ekstraklasy też byłaby przecież bardzo dobra pensja. Ale gdy kończą się rozgrywki, dorabia sobie w taksówce. Na początku się dziwiłem, po co mu ta naklejka „My Taxi” na prywatnym aucie, ale później wyszło, że robi to, bo się nudzi. A cała reszta się śmiała, gdy usłyszała, co pisze o nich polska prasa. Dyrektor opowiadał też, że nawet tak się motywowali: „dawajcie, oni myślą, że my rozwozimy pizzę!”.

Czyli pełna profeska?

To ambitni goście. Wielu z nich powracało z Anglii, gdzie nie przebili się do pierwszych drużyn w dużych klubach lub grali w trochę niższych ligach. Jak na nich popatrzysz w treningu, to nawet nie przejdzie ci przez myśl, że to amatorzy. Taki Lee Desmond na przykład. Gość był w akademii Newcastle, nie przebił się, ale już robi wszystko, by tam wrócić, bo dla Irlandczyków to w zasadzie jedyny kierunek. A uwierz – ma 22 lata i wszystko, by być dobrym obrońcą na Wyspach. Na każdym meczu masz skautów z Championship i League One, więc można się przebić. Moje przyjście było możliwe właśnie dlatego, że ich bramkarz odchodził do League One. Myślę, że dla solidnego gracza z naszej ekstraklasy, który bezpośrednio do Anglii raczej nigdy nie trafi, to też mogłaby być jakaś droga.

W wielkim klubie był też jeden z twoich rywali. Pat Jennings, syn TEGO Pata Jenningsa.

To nawet nie mój rywal. Oczywiście był zgłoszony do rozgrywek, ale to tak naprawdę nasz trener bramkarzy. W porządku gość, woził mnie na treningi przez kilka tygodni na początku. Z centrum to 45 minut, więc był czas, żeby pogadać. Dużo opowiadał o ojcu, który do dziś pełni jakąś funkcję w Tottenhamie. A do bramkarstwa miał luźne podejście. Najważniejsza była u niego rutyna. Bramkarz według niego powinien tylko być fit i trzymać się ustalonego rozkładu. Nie miał zamysłu, żeby robić najlepsze na świecie treningi bramkarskie, a uwierz, że to dość powszechne, w ekstraklasie również mamy takich trenerów. Później jedno złe kopnięcie w meczu i taki trener już ma krzywą minę. Pat wolał dawać nam spokój i skupiał się na pozytywach, co też jest bardzo ważne. Na Cyprze również nikt nigdy nie krzyknął do mnie: „co ty robisz, skup się!”. Tam wszyscy wiedzą, że po błędzie jesteś jeszcze bardziej skoncentrowany, a zjebka w czasie meczu w niczym ci nie pomoże.

skoe

Kluby z Irlandii potrafiły postawić się Legii w pojedynczych meczach. Myślisz, że na dłuższą metę też by potrafiły?

Myślę, że na tę chwilę trzy kluby spokojnie poradziłby sobie w ekstraklasie. Dundalk, Cork City i Shamrock Rovers. Nie mówię tak dlatego, że tam byłem, po prostu widziałem ich mecze i jestem przekonany, że to coś więcej niż nasza pierwsza liga. No i wiem, że te kluby mają pieniądze i zaplecze. A jeszcze a propos tego meczu z Legią – do dziś słyszę: „Kucharczyk, what a player!”.

Jakby co, to pomożesz mu załatwić robotę!

Dobrze wtedy wypadł, więc pamiętają. A ja się mogę pochwalić że to mój kolega, bo graliśmy razem w kadrze Mazowsza i razem jeździliśmy na konsultacje kadry Polski! W kadrach województwa byłem też z Wojciechem Szczęsnym, który był urodzonym bramkarzem. Jak trener chciał pokazać nam jakieś nowe ćwiczenie, to na Wojtku, bo on już to umiał, posiadał wielki talent. Fajne czasy. Jak wtedy gdy w Warszawie przez pół roku mieszkałem z Pawłem Wszołkiem. Dopiero jak dołączył do nas Łukasz Teodorczyk, stwierdziłem, że muszę się wyprowadzić!

Za grubo się zrobiło?

Ale nie chodzi o balowanie, a o różnice osobowości. Ja zawsze ceniłem sobie spokój i porządek, a tam ciągle się działo, był harmider, no i perfekcyjna pani domu też miałaby co robić. Mieszkanie było duże, więc stół w kuchni też mieliśmy słuszny. Jak „Teo” przychodził sobie robić kanapkę, to najpierw łokciem odgarniał wszystko, co leżało na blacie, żeby znaleźć trochę miejsca. Pierwszy raz widziałem masło, na którym wyrosły włosy! Pewnego razu w środku nocy obudził mnie huk a później głośny śmiech. Okazało się, że to Łukasz z innym kolegą z drużyny chciał się napić herbaty. Nie mieli w czym jej zaparzyć, więc wzięli akwarium po złotej rybce – taką wielką szklaną kulę. Wrzucili tam z 10 torebek, nalali wrzątku, po czym okazało się, że ani się z tego nie napiją, bo za gorące, ani nie przeleją do czegoś innego. No to szybka akcja – wynieśli to na balkon na śnieg, by ostygło. Akwarium oczywiście nie wytrzymało tej próby!

Historyjka, która pasuje do jego wizerunku.

Wesoło było też, gdy „Wszołi” grał w FIFĘ z Szymonem Kazimierowskim i Krystianem Feciuchem. Przegrany zawsze dostawał karę do wykonania. Raz wracam ze szkoły, a tam Paweł wbija się na kontener PCK i robi przysiady. Feciuch z kolei robił fikołki na tym pasie zieleni pomiędzy drogami na Puławskiej. Albo musiał przywiązać się smyczą do naszego balkonu i udawać psa. A mieszkaliśmy przy supermarkecie, gdzie dużo się działo! Piękne i śmieszne czasy, myślę, że poniekąd ta pomysłowość i brak kompleksów pozwoliła „Teo” i „Wszołiemu” zajść tam, gdzie są teraz.

To teraz twoje zadanie, żeby nie było, że tylko tak o kumplach.

O mnie zawsze mówili, że spokojny i uporządkowany gość. Raczej same nudy. Może nawet tego wariactwa w pewnym momencie mi trochę zabrakło.

To co teraz z tobą będzie?

Nie wiem. Skończył mi się kontrakt. Trener zapewnia, że chce mnie na kolejny sezon, ale mówi się też, że prezes ucina budżet. A utrzymanie obcokrajowca w Dublinie to dodatkowe dwa tysiące euro do pensji. Nie wiadomo, czy uda się znaleźć te pieniądze. Ale pojawia się też zainteresowanie z innych klubów.

 Podobałaby ci się kariera podobnej do tej, którą prowadzi Łukasz Gikiewicz?

Dlaczego nie? Gdybym znalazł świetne miejsce, w którym mógłbym zostać trzy lata, to byłbym szczęśliwy. Gdybym mógł poznawać w tym czasie nowe kraje, również. Jestem otwarty na wszystko.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI


ROKI KONIEC

KOMENTARZE (13)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Joopiter

Fragment o Teodorczyku idealnie wpisuje się w poprzedni news na Weszło o tym piłkarzu :)

Miszcz Joda
Der Adler im Flug ;)

No niestety. Trzeba mieć jeszcze przyzwoity poziom inteligencji. Akurat tyle by ogarnąć i się rozwijać.
Teo to imbecyl jakich mało. Ale i tacy jak widać mogą dojść to absurdalnych fortun.

bastion79
KS Milan

Stadion St.Patrick’s moja piękna osobista historia. Wygrałem tam ligę, a właściwie finał amatorskich zmagań pod hasłem „against racism” czy jakoś tak. W każdym razie, dla gościa, który pokopał max w okręgówce, występ na takim stadionie (zadszona trybuna, sztuczne światło), wygrana z Włochami, Brazylią, Słowacją… Mega podjarka! Sory, musiałem się pochwalić – próżność wygrała.

El Maxinho

Gratulacje! Richmond Park przyjemna kameralna arena z mega długą historią :)

Carlitos
Wisła Kraków

Tak jak rozumiem Mierzejewskiego i jego wojaże po ZEA czy Australii to tutaj mamy słabego bramkarza pałętającego się po Irlandii czy po portugalskich pustkowiach. Przecież nie przyzna, że jest za słaby na Ekstraklasę.

Operator

Giki i Mierzejewski przynajmniej coś strzelają w tych egzotycznych ligach więc można powiedzieć, że się bawią piłką, a ten dostaje po pare bramek na mecz i wielka radość. Pamiętam tych trzech bramkarzy Jagi za Hajty Skowron Baran i Słowik – masakra

Vooyek_Zbooyek

Ale przynajmniej nie powiedział, że nie czuł się gorszy od Szczęsnego :-) Niech walczy, sodówa nie odbiła, rynek zweryfikował, ale jakiś popyt nadal jest. W niższych ligach też ktoś musi bronić.

Operator

To już byłby Erwin Sak level, ja widziałem gościa w Arce i był masakryczny oni za Dźwigały mieli jedną z lepszych ekip w I lidze a skończyli bodajże coś koło 10 miejsca tylko z drugiej strony w 1 lidze wszystkie miejsca pomiędzy 3 a 15 niewiele znaczą czy zajmiesz 8 czy 13 to to samo.

Rojber Hultajski

chłopak ma pokorę to duży plus ale co się dziwić skoro przegrał rywalizację z Gliwą i Przyrowskim

Miszcz Joda
Der Adler im Flug ;)

Świetnie się czyta bzdury wypowiadane przez piłkarzy. W 2015 r. średnia pensja piłkarza ligii irlandzkiej to było 16.000 eur rocznie (poniżej płacy minimalnej) zaś najwięcej codostawał jeden koleś to było 40.000 eur.
Średnia pensja w Eklapie to było 50.000 eur a najwyższa pensja 600.000 eur.
Liga irlandzka nie jest w pełni profesjonalna, wielu „piłkarzy” musi dorabiać bo inaczej nie starczyłoby im na życie.

A ci piłkarze co „nie przebili się” w Anglii to odbilii się od 3 czy 4 poziomu rozgrywkowego. Normalnie tytani piłki nożnej.

Fajny wywiad, ale koleś ma mocno wypaczoną percepcję.

M.S.

W sumie super bramkarz, tylko świat piłki zły 😉

Cegiełka-Przyjemski

Kucharczyk, what a fatalny player!

FC Bazuka Bolencin

Ciekawy ten cykl jest. Jest co poczytać.
Interesujący fragment wypowiedzi: …”Grasz z rezerwami Benfiki czy Porto – lepsze to niż niższy poziom w Polsce.”… Szczere to myślę że to lepsze nawet niż granie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce.
I ta kwestia podejścia do rywala. Dalej traktujmy rywali w pierwszych rundach eliminacyjnych pucharów, jako rozwozicieli pizzy, kelnerów czy kozojebców + żenujące przygotowanie i wszechobecne gwiazdorstwo naszych kopaczy miszczów z czołowych klubów, to będziemy mieli więcej takich „kwiatków” jakich nie brakowało w ostatnich sezonach pucharowych.

wpDiscuz