Dramat Emmanuela Eboue. „Ciągle dziękuję Bogu za to, że wciąż żyję”
Weszło

Dramat Emmanuela Eboue. „Ciągle dziękuję Bogu za to, że wciąż żyję”

Jakiś czas temu miałem ochotę zobaczyć mecz Arsenalu. Udałem się do pobliskiego baru. Było w nim wielu fanów. Założyłem na głowę kaptur, a potem zamówiłem piwo i usiadłem tak, aby nikt mnie nie rozpoznał. Nie chciałem tego, by ludzie zobaczyli, że los zmusił mnie do oglądania mojej ukochanej drużyny w pubie. To było dla mnie żenujące – mówił niedawno Eboue. Jednak ta historia jest czubkiem góry lodowej, bo były zawodnik Kanonierów ma znacznie większe problemy. Od lat cierpi na depresję, miewa myśli samobójcze, nie widuje się z dziećmi, a jego sytuacja jest na tyle fatalna, iż ucieka przed komornikami, jeździ komunikacją miejską i czasami śpi na podłodze. 

Już rok temu Iworyjczyk na łamach „The Telegraph” wyjawił, że cierpi na depresję, która zabija go od środka. – Często miewam dni, kiedy nie mam ochoty wstawać z łóżka. Chciałem również popełnić samobójstwo. Myślałem o tym bardzo poważnie. Tamten wywiad odbił się szerokim echem, ale sytuacja Eboue wcale się nie poprawiła. Jest wręcz odwrotnie, bo 34-latek po raz kolejny woła o pomoc.

Historia Emmanuela Eboue jest książkowa, jeśli chodzi o upadek sportowca-milionera. Przez wiele lat słuchał złych doradców, którzy rolowali go na duże sumy, a na koniec żona puściła go z torbami.

Prawie wszystkie pieniądze, które zarobiłem, przelewałem małżonce, miały być dla naszych pociech. W Turcji zarobiłem osiem milionów euro, a siedem z tego wysłałem do domu. Wszystko co dawała mi do podpisu, to podpisywałem, bo jej ufałem – mówił Eboue w wywiadzie dla „Sunday Mirror”.

Sytuacja finansowa piłkarza jest obecnie fatalna. Mieszka w domu, który już trzy tygodnie temu powinien przepisać na żonę, ponieważ tak nakazał sąd. Właśnie z tego powodu wielokrotny reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej siedzi po ciemku, gdyż boi się, że policja przyjedzie go eksmitować. Czasami mieszka u swojej przyjaciółki Yasmin Razak, którą nazywa siostrą. Śpi tam na podłodze, gdyż kobieta ma małe mieszkanie i mieszka z trojką dzieci. Często po Londynie przemieszcza się autobusami, bo wszystkie samochody również musiał przepisać byłej żonie. Eboue nie posiada nawet pralki, dlatego pranie wykonuje ręcznie. Najbardziej cierpi jednak z innego powodu – nie widuje się z dziećmi.

Eboue ma 34 lata i pewnie mógłby jeszcze pograć zawodowo w piłkę i trochę zarobić. W końcu mówimy o gościu, który przez wiele lat był w tej naprawdę poważnej. Jednak nie jest to takie proste, ponieważ zawodowo nie grał od  7 maja 2014 roku. Jego ostatnim klubem był Sunderland, z którym umowę podpisał w marcu 2016 roku. Jednak nie rozegrał tam ani jednego spotkania, ponieważ FIFA zawiesiła go na rok. Doświadczony defensor zalegał z opłatami dla swojego agenta, Sebastiana Boisseau. Media mówiły, iż około miliona euro. Za trzy miesiące kara minie, ale mało prawdopodobnym jest, by zawodnik znalazł klub, który go zatrudni jako piłkarza, a co najważniejsze wypłaci mu przyzwoitą pensję.

Kiedy widzę Thierry’ego w telewizji, rzecz jasna jestem szczęśliwy, ale czuję także ogromny wstyd przez moją sytuację. Gdy widzę moich byłych kolegów, czy to z moich drużyn, czy przeciwnych, mówię do siebie, że przecież ja także powinienem tam być. Naprawdę trudno mi na nich patrzeć – skomentował Eboue.

Bez wątpienia sytuacja Eboue nie jest najlepsza. Pocieszający jest jednak fakt, że były defensor zamierza walczyć i widzi światełko w tunelu.

Wiele lat temu graliśmy razem w reprezentacji. Steve miał depresję i odebrał sobie życie. Grał najpierw w Wigan, a potem trafił do Niemiec. Jednak jego kariera nie potoczyła się najlepiej. Wylądował w czwartej lidze i nie mógł się tym pogodzić. Jakiegoś dnia coś w nim pękło i wyjechał do morza. Od tamtego czasu ciągle wspominam tamtą historię. Zrobię wszystko, aby nie skończyć jak on. Modlę się każdego dnia i wierzę, że Bóg mi pomoże – w takich słowach Eboue wspominał Steva Gohouriego, który w 2012 roku popełnił samobójstwo.

Były Kanonier poza Bogiem może liczyć także na swoje były klubu. Galatasary zaproponowało mu pracę w sztabie szkoleniowym swojej drużyny do lat czternastu. Poza dobrą pensję dostałby również mieszkanie. Natomiast Arsenal przygotowuje dla niego ofertę. „Wszystkim nam przykro z powodu „Manu”. Klub niebawem zaoferuje mu pomoc” – brzmi komunikat „Kanonierów”.

***

Szczerze mówiąc trudno nam zrozumieć takie historie, bo nigdy nie mieliśmy takich problemów i pewnie mieć nie będziemy. Jednak Marcin Gortat coś o tym wie, dlatego zostawiamy wam fragment wywiadu (TUTAJ CAŁOŚĆ) z koszykarzem  Washington Wizards.

Tobie to raczej nie grozi, ale sporo koszykarzy po zakończeniu kariery w NBA zostało bankrutami.

Wydaje mi się, że nigdy nie dojdę do tego punktu w życiu. Jestem za bardzo ułożony, mam wokół siebie mądrych ludzi, a poza tym poczyniłem inwestycje, z których zamierzam w przyszłości czerpać dochody. W niektórych z nich pieniądze ulokowane są w ten sposób, że dopiero za dziesięć lub piętnaście lat będę mógł je „wyjąć”.

W szatni NBA da się zauważyć, który z kolegów z drużyny będzie na emeryturze spłukany?

Jasne, dziś mogę wam powiedzieć, kto za kilka lat będzie goły. Dlaczego? Bo widzę jak rozrzutnie taki gość żyje, przez co zmierza ku przepaści. Uważam jednak, że mimo wszystko liczba bankrutów w NBA maleje. Obecnie jest ich mniej niż np. za czasów Kareema Abdul-Jabbara czy też Wilta Chamberlaina. To właśnie ich pokolenie zawyżało statystykę. Wtedy nie było regularnych szkoleń dla koszykarzy, które mają ich ustrzec przed niebezpieczeństwem, teraz w ciągu roku jest ich koło dziesięciu. Są też… aplikacje w telefonie dla zawodników, wyświetlają im się m.in bezpieczne inwestycje, na które mogą ulokować pieniądze. Do tego dochodzą programy antyalkoholowe, antynarkotykowe, sposoby radzenia sobie z seksoholizmem. Wystarczy podać swoje imię, nazwisko i specjalny kod zawodnika NBA i już, jesteś w gronie tysiąca czy dwóch tysięcy ludzi, którzy mogą otrzymać pomoc. Ja nie muszę z tego korzystać, bo potrafię się kontrolować. Oczywiście – są w ciągu roku tygodnie kiedy mogę sobie pozwolić na więcej, wtedy szaleję, ale z umiarem.

Wiemy, że w trakcie takich szkoleń uczą was m.in. tego, jak nie dać się podejść kobietom, które czyhają na wasz majątek

To prawda. Szkolenia mają nas ustrzec przed wieloma sytuacjami, na które narażeni są nie tylko koszykarze czy inni sportowcy, ale też ludzie, którzy dorobili się w życiu. W trakcie spotkać z ekspertami poruszamy także temat kobiet, które interesują się tobą nie ze względu na charakter, ale zawartość konta. Sytuacji, w których w sekundę są w stanie omotać facetów, znam mnóstwo, podobnie jak historii, w których te same kobiety potrafiły w kilkadziesiąt minut ogołocić kogoś z pieniędzy, kart i biżuterii, np. dosypując jakieś specyfiki do drinka. To i tak naprawdę lightowe sprawy. Zdarzało się, że jakiś koszykarz postanowił zaprosić dziewczynę do siebie nie zdając sprawy z tego, że śledzi ich auto, w którym siedzi czterech pakerów. Wpadali do domu i przez całą noc kazali płacić kartą za zakupy w internecie, a przy okazji wynosili najdroższe rzeczy.

Niestety, kiedyś sam padłem ofiarą oszusta. Był to jakiś projektant mody z Włoch. Wydawało mi się, że kupiłem od niego ciuchy za 400 dolarów. Dałem mu kartę, przeciągnął ją i wyszedł z mojego pokoju. Zdrzemnąłem się, zszedłem do hotelowego lobby i chciałem zapłacić za pobyt. Słyszę, że karta nie działa. Zdziwiłem się, bo przecież niedawno płaciłem gościowi za ubrania. Ale ok, dzwonię do mojego człowieka, żeby sprawdził co się dzieje. Po jakimś czasie odzywa się i mówi, że mi ją zablokowało, bo była transakcja na 4000 $, a druga na 10 000 ale już nie przeszła. Byłem w szoku, że koleś tak sobie ze mną pograł. Na szczęście ta sytuacja nijak się ma do incydentów, w których ktoś żąda pół miliona dolarów za zdjęcia powstałe w wyniku precyzyjnie zaplanowanego spisku.

Po tych szkoleniach i tego typu historiach jesteś nieufny wobec ludzi? Raczej nie odnosimy takiego wrażenia.

Takie sytuacje trochę wypaczają ci głowę, nie ma się co oszukiwać. Sam dałem się złapać w pułapkę i zdarzało mi się, że byłem dosyć podejrzliwy nawet wobec przyjaciół. Wiecie, gdy słyszycie historię gościa, który mówi, że najbliższy mu człowiek go przekręcił i wypłacił z konta dużą sumę, to optyka nieco się zmienia. Po godzinie takich opowieści masz wyprany mózg, więc kiedy wchodzisz do domu to odpalasz kompa i sprawdzasz czy kasa się zgadza (śmiech).

Odkąd odniosłeś sukces zaprzyjaźniłeś się z kimś, czy też blisko dopuszczasz do siebie tylko ludzi z dawnych czasów?

Oczywiście w moim najbliższym gronie przeważają ludzie z czasów młodości, aczkolwiek nie tylko oni. Jestem też blisko z ludźmi, z którymi połączyły mnie wspólne pasje, np. z kilkoma żołnierzami. Oni są zakręceni na punkcie wojska, a mnie też to rajcuje, mamy więc grunt, dzięki któremu fajnie się dogadujemy. Mam też znajomych zajmujących się pijarem czy marketingiem sportowym. Panowie, uwielbiam te klimaty, fascynują mnie! Jeśli ktoś się na tym zna, zawsze łapię z taką osobą dobry kontakt. Ale wystarczy, że ktoś raz mnie zawiedzie, to go zrywam. Nie jestem gościem, który daje drugą szansę. Albo jesteś ze mną na statku i płyniemy w jednym kierunku, albo łapiesz się poręczy i zaczynasz powoli z niego schodzić.

Znajomi często proszą cię o pożyczki, np. na remont łazienki?

O tak, setki razy. Gdy przychodziłem do NBA, kolega koszykarz powiedział, że muszę szybko nauczyć się mówić „nie”. Zastanawiałem się, o co mu chodzi, ale szybko załapałem. Niedługo po tym, jak podpisałem kontrakt, odezwał się do mnie członek rodziny, z którym nie miałem kontaktu przez dwadzieścia trzy lata. „Co słychać, gratuluję…” i zaczął nawijać makaron na uszy. Szybko okazało się, że chodzi oczywiście o kasę. Ale nie tylko o pożyczki potrafią mnie prosić „znajomi” – czasami chcą żebym załatwił im pracę.