Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Pierwsze wigilijne kolacje były w mojej rodzinie dość efektowne. Miałem ledwie kilka lat, mój kuzyn dopiero uczył się chodzić. Przy jednym stole siadały obie prababcie, pradziadek, dwie babcie, dziadek, rodzice, chrzestny z żoną i synem. Pokój na blokowisku był tak wypchany, że poczucie „bliskości’ nie stanowiło wyłącznie jakiejś metafizycznej metafory. Pod choinką prawie nie było miejsca na wszystkie prezenty, szczególnie, gdy do towarzystwa dołączyła jeszcze malutka kuzynka.

Uwielbiałem te wszystkie tradycje. Wypatrywanie gwiazdki, bo wtedy można było siadać do jedzenia. Potem szybkie próbowanie wszystkich potraw, bo żeby móc otworzyć prezenty, wszyscy musieli wziąć chociaż kawałek z każdego z dwunastu półmisków. Czasem omijaliśmy trochę „regulaminową” liczbę potraw przez wliczanie do dwunastki chleba czy kompotu, ale to niczego nie zmieniało – największe problemy były przecież i tak ze sztandarowymi daniami. Nie znosiłem i do dziś nie znoszę ryb, więc z karpia wyżerałem panierkę, ze śledzi w śmietanie śmietanę, z ryby w oleju – cebulę. Na koniec jeszcze jednym haustem ten obrzydliwy kompot z suszu (czy ktoś w ogóle go lubi?!). Wszystko w jakimś szalonym jak na dziecko tempie, żeby tylko doskoczyć do tej kupki zawiniątek pod choinką.

Z prezentami zresztą też zawsze było wesoło. Gdy zaczynaliśmy z kuzynem coraz więcej kumać, przestały nam wystarczać kolejne plastikowe ciężarówki – a przecież babcia nie wiedziała, czy lepszym zakupem będzie FIFA 2000 czy Liga Polska Manager, też 2000. Bywało, że śmigaliśmy po marketach razem, sami wybieraliśmy dla siebie prezenty, po czym – sam nie wiem przed kim i po co – udawaliśmy ogromne zaskoczenie, że w prostokątnym papierze jest akurat ogromne pudełko z grą komputerową.

– Zjedz makiełki i fasolę, to na kasę!
– Wszyscy już mają łuski karpia do portfela?
– Kto miał sianko pod talerzykiem?

Chyba były jakieś bitwy na śnieżki (tak, to było jeszcze w czasach, gdy śnieżnymi świętami było Boże Narodzenie, nie Wielkanoc), chyba było zjeżdżanie na sankach i na lodowej ślizgawce, którą starsi koledzy rokrocznie wylewali „na placyku”.

*

Potem życie przyspieszyło. Dla niektórych dobiegło końca. Przy stole siadało coraz mniej ludzi, coraz dłuższe były za to wędrówki po cmentarzu na Szczecińskiej na początku listopada. Tradycje zaczęły być mocno umowne – bo przecież część z nas była już po wigilijnym obiedzie u przyszłych teściów, część z kolei miała do nich jechać tuż po naszej wieczerzy. Kuzynka przestała wierzyć w Świętego Mikołaja, nikt nie miał głowy, żeby zatrzymywać ją, gdy leciała odpakowywać prezenty przed wypiciem kompotu z suszu (co wcześniej było przecież nie do pomyślenia). Kilka kolacji wigilijnych, kiedyś wydarzeń na miarę wesela bliskiego członka rodziny, było po prostu dość zwykłymi kolacjami.

Nie było zjeżdżania na sankach. Nikt nie wylewał ślizgawki, nawet gdy jeszcze o tej porze roku bywały mrozy.

*

Ale w ostatnich latach ten słynny „cyrkiel of life” znów zaczął kreślić pełne okręgi. Mój młody kuzyn, który kiedyś irytował mnie „papugując” moje zachowania, teraz usiadł przy stole ze swoją żoną. Moja mała kuzynka, która – daję głowę, maksymalnie miesiąc temu – piskliwym głosem chwaliła się swoimi osiągnięciami w podstawówce, teraz przyszła na kolację z chłopakiem. A za chwilę wyprawi swoją osiemnastkę.

Ja z kolei usiadłem do stołu z synem na kolanach. Na razie jeszcze nic nam ciekawego nie powiedział (jeśli wda się w ojca, zacznie od narzekania na grzybową), ale mam wrażenie, że przy nim zaczną odżywać i trochę przykurzone tradycje. Panierka z karpia, pierwsza gwiazdka. Może nawet sanki.

*

W swoim bożonarodzeniowym felietonie w przededniu wigilii w 2011 roku, Paweł Zarzeczny pisał tak:

Ja z całej religii i rozlicznych Bogów, no więc z naszej Trójcy Świętej, najbardziej przyrównać się mogę do Jezusa właśnie. Urodziłem się w totalnej biedzie, z zamordowanymi rodzicami, miałem cztery lata. Wzięła mnie pod opiekę, z domu dziecka, ciotka. To może było w okolicach Bożego Narodzenia nawet. Zapytałem ją, to może było najważniejsze nawet pytanie mojego życia: – Ciociu, czy mogę do cioci mówić Mamo? – to było takie moje dziecinne, błagalne poszukiwanie oparcia. Kogoś, kto dopiero się narodził, ledwo chodził… A już poczuł ciężar Krzyża. No i na pytanie, czy mogę mówić: „Mamo”, Ciotka odpowiedziała mechanicznie, bez najmniejszego chyba zastanowienia… – Nie.

Nigdy nie dostaliście tak w głowę siekierą, młotkiem, obuchem, że ktoś nie daje ci miłości, choć chce ją dać. Oj, ciociu, to był znak, że Duch Święty na sekundę Cię opuścił. I rozum. I serce, którego dałaś mi tak wiele. Ja płaczę z tego powodu do dziś, a to pół wieku prawie… Boże, miłość, tak bezinteresowna i w sumie tania, tu znalazła granicę. Co byś, moja ciociu, straciła? Szacunek u sąsiadów? Bo bym mówił: „Mamo”?

Dziękuję Bogu i rodzinie, za każdą kolację wigilijną, za każdy dzień życia, podczas którego mogę mówić: mamo. Tato. Babciu. Bracie. Siostro.

Żono.

Synu.

Dopiero teraz w pełni rozumiem, o co chodziło Pawłowi, gdy za każdym razem podkreślał: Narodzenie. Boże, to prawda, ale przede wszystkim: Narodzenie.

Wszystkiego dobrego w 2018 roku. Żebyście we wszystkie 365 dni byli wdzięczni za każdą osobę, do której możecie się odezwać.

KOMENTARZE (14)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Cezary.

Ale odjebakes fuszerke panie Olkiwewicz.
Ps. będą race na sylwka??

WSZYSTKO CHUJ

Przepiękny felieton, kłaniam się nisko. A co do kompotu, to lubię, ale moja mama po prostu robi najlepszy na świecie. Wszystkiego dobrego

Stanislav Levy

Bo z kompotem z suszu jest jak z piwem. Za dzieciaka było gorzkie i nie smakowało. Ale z czasem człowiek dorósł do tego smaku 😉

bastion79
KS Milan

Dno i metr mułu. Nawet podpórka tekstem Zarzecznego niewiele zmienia. Nic Ci nie życzę na 2018, a sobie i owszem: żebyś już nie pisał na weszło. Bezrefleksyjne, infantylne, po prostu słabe. Twoje felietony.

Janko Buszewska
Jadwiżański *447* KKS

b 79: Ja cie rozumiem, wszak rodzina to miejsce przemocy, ucisku i wyzysku kobiety przez szowinistycznych mężczyzn… MiiTuu-2 (nawet doublePlus)
(Uwaga! Nie dotyczy rodzin i małżenstw homogenicznych i ich potomstwa!)
Co więcej, to często konserwa historii, tradycji, wiary i patriotyzmu,
czyli wszelakiego obrzydlistwa, zawsze prowadzącego do faszyzmu,
czyli dalej do antysemityzmu, a w skrajnych przypadkach, do kaczyzmu.
Stop z dyktaturą rodzin i czarnych… (nie żeby to było z rasizmu!)
*Niech sie święci Konstytucja* jak grzmiało 80 osób z Warszawie w trakcie
świeckiej wigilii uczniów Michnika i Sorosa, apostołow Nowego Porządku Swiata

JC

Jeden z lepszych, a przynajmniej „łapiący za serce” felieton na Weszło!!!

Ariel Bumerang
Legia Kaiserslautern Wołga Lechia Legia QPR Lechia QPR Lechia

Do kompotu to ja się nie wpierdalam

Igor

kompot z suszu jest zajebisty

Kilgore Trout
CWKS Legia

Fantastyczny tekst.

Gino Lettieri vel Wunderwaffe
Gelb ist meine farbe!

Rozumiem, że okres świąteczno-noworoczny skłania bardziej do ckliwości i wspominek, niż poruszania poważniejszych tematów, więc pozwolę sobie życzyć Redaktorowi Olkiewiczowi, by w Nowym Roku stworzył wiele ciekawych tekstów, z którymi tradycyjnie w ogromnej większości nie będę się zgadzał, a które i tak będę czytał, bo lubię i już. O polemice już nie wspomnę 😉

Jasiu_Wedrowniczek

Świetne, wzruszyłem się, większość pewnie też a jak nie to jeszcze do tego tekstu nie dorosła. Wesołych Świąt i Szczęśliwego nowego roku, pozdrawiam.

pepe72

a się panu wzięło na felieton … cholera …

Mixu
WISŁA KRAKÓW KRÓLOWA POLSKI

Bardzo wzruszający felieton w tym tygodniu. Chylę czoła i pozdrawiam panie Olkiewicz

Elson

Mam 25 lat, więc jestem młody, ale wrazenie mam te same, żyjemy w lepszych czasach, świat przyśpieszył ale tamtych czasów troche brakuje

wpDiscuz

INNE SPORTY