Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Według „Selekcjonerów” Andrzej Jucewicza nie podbiliśmy mundialu w 1978 w dużej mierze dlatego, że wypadł Stanisław Terlecki. Miał być Gadochą tych mistrzostw, ale lepszym technicznie. Terlecki wspiął się na Himalaje pecha – doznał kontuzji w ostatniej ligowej kolejce.

Jakiś czas temu o byłym reprezentancie Polski, wielkim talencie, idolu ŁKS-u, graczu kultowego New York Cosmos, czytało się, że mieszka bez prądu i bieżącej wody. Mam nadzieję, że to melodia przeszłości, ale i tak trudno o dobitniejszy przykład jednej z najbardziej podstawowych zasad:

Liczy się to, co zrobiłeś dzisiaj.

Owszem, trzeba znać swoją przeszłość, można z niej wiele czerpać. Ale kto w niej żyje, przyszłości nie ma.

Wybaczcie, jeśli chcieliście poczytać o 0:4 Górnika Zabrze, transferze Guilherme do Benevento, względnie stawce najbliższego El Clasico czy finiszu rozgrywek w Hondurasie. Idą jednak święta, pewnie nie tylko mi udzielił się refleksyjny ton. Aby myśl rozwinąć, konieczne będzie zacytowanie minireportażu E. Hemingwaya.

***

„Wojenne medale na sprzedaż”. The Toronto Star Weekly, 8 grudnia 1923. 

Jaka jest cena rynkowa męstwa? W sklepie z medalami i monetami na ulicy Adelajdy ekspedient powiedział:

– Nie,n ie kupujemy ich. Nie ma popytu.
– Czy wiele osób przychodzi sprzedawać medale?
– O, tak. Przychodzą co dzień. Ale my nie kupujemy medali z tej wojny.
– A co tu przynoszą?
– Głównie medale zwycięstwa, gwiazdy z 1914 roku, sporo medali za zasługi bojowe, krzyży wojennych. Radzimy im iść do lombardu, gdzie mogą dostać swój medal z powrotem, jeżeli coś za niego uzyskają.

Wobec tego reporter wasz udał się na Queen Street i ruszył w zachodnim kierunku mijając błyszczące wystawy z tanimi pierścionkami, sklepy z różnymi rupieciem, liche fryzjernie, sklepiki z używaną odzieżą oraz ulicznych handlarzy w poszukiwaniu rynku na męstwo.

W lombardzie powtórzyła się ta sama historia.

– Nie, tego nie kupujemy – powiedział młody człowiek o lśniących włosach zza kontuaru zawalonego niewykupionymi zastawami – Nie ma na to żadnego popytu. O, tak. Przynoszą tu najróżniejsze. Parę dni temu miałem tu człowieka z orderem za wzorową służbę. Odsyłam ich wszystkich do sklepów ze starzyzną na York Street. Tam kupują każdą rzecz.
– Co pan by mi dał za krzyż wojenny?
– Bardzo żałuję, szefie. Nie możemy tego upłynnić.

Reporter udał się na Queen Street i wszedł do pierwszego sklepu ze starzyzną, jaki napotkał. Na wystawie był napis „Kupujemy i sprzedajemy wszystko”.

Przy otwieraniu drzwi zabrzęczał dzwonek. Z zaplecza sklepu wyszła jakaś kobieta. Dokoła kontuaru piętrzyły się połamane dzwonki od drzwi, budziki, zardzewiałe narzędzia stolarskie, stare żelazne klucze, lalki, kości do gry, pęknięta gitara i inne rzeczy.

– Czego pan chce? – Zapytała kobieta.
– Ma pani jakieś medale do sprzedania? – zapytał reporter.
– Nie. Tego nie trzymamy. Co pan chcesz zrobić? Sprzedać mi coś?
– Jasne – odrzekł reporter. Ile pani da mi za M.C. (Military Cross – przyp. red.)?
– A co to takiego? – spytała podejrzliwie kobieta wtykając ręce pod fartuch.
– Odznaczenie – odrzekł reporter – srebrny krzyż.
– Prawdziwe srebro?
– Chyba tak.
– To pan nie wiesz? Nie masz pan tego przy sobie?
– Nie.
– No to pan przynieś. Jeżeli to prawdziwe srebro, może zrobię panu ładną ofertę – kobieta się uśmiechnęła – panie, ale to nie jest taki medal wojenny, co?
– Tak jakby – powiedział reporter.
– To się pan nie fatyguj. Te rzeczy są do niczego.

Następnie reporter odwiedził kolejno pięć dalszych sklepów ze starzyzną. Żaden nie prowadził medali. Nie było popytu.

W jednym ze sklepów napis z wewnątrz głosił „Kupujemy i sprzedajemy wszystkie rzeczy wartościowe. Płacimy najwyższe ceny”.

– Co pan chce sprzedać? – warknął brodaty mężczyzna za kontuarem.
– Czy pan by kupił wojenne medale? – Zapytał reporter.
– Słuchaj pan, może te medale były i dobre w czasie wojny. Nie mówię, że nie, rozumiesz pan? Ale u mnie biznes jest biznes. Dlaczego miałbym kupować coś, czego nie mogę sprzedać?

Reporter poszedł dalej ulicą York.

– Co dzień przychodzą sprzedawać te medale. Pan jesteś pierwszy od lat, który chce je kupić – powiedział jakiś handlarz rupieci.

Wreszcie w brudnym sklepiku, poszukiwać znalazł medale na sprzedać. Prowadząca sklep kobieta wydobyła je z szuflady kawowej.

Była tam Gwiazda z 1914-15, medal za służbę i medal zwycięstwa. Wszystkie trzy świeże, błyszczące, w pudełkach, w których je przyniesiono. Na wszystkich było wypisane to samo nazwisko i numer. Należały niegdyś do kanoniera z kanadyjskiej baterii.

Reporter obejrzał je.

– Po ile są?
– Sprzedam tylko cały komplet.
– Ile pani chce za cały komplet?
– Trzy dolary.

Reporter dalej oglądał medale. Był one wyrazem zaszczytu i uznania, którymi król obdarzył pewnego Kanadyjczyka. Nazwisko widniało na krawędzi każdego medalu.

– Nie martw się pan tymi napisami – nalegała kobieta – można je łatwo zeskrobać. A te medalu się panu nadadzą.
– Nie jestem pewien, czy to jest to, czego szukam.
– Nie popełni pan pomyłki, jak pan je kupi – nalegała kobieta obracając je w palcach – nie można znaleźć lepszych niż te medale.
– Nie, chyba to nie to, czego chcę.
– To niech mi pan coś zaproponuje.
– Nie.
– Niech pan coś zaproponuje. Tyle, ile się panu widzi.
– Nie dzisiaj.
– Niech pan zaproponuje cokolwiek. To dobre medale, panie. Popatrz pan na nie. Da mi pan dolara za cały komplet?

Wyszedłszy ze sklepu reporter spojrzał na wystawę. Najwyraźniej można było sprzedać zepsuty budzik. Nie można było sprzedać krzyża bojowego. Można było zbyć używaną harmonijkę. Ale nie było popytu na medal za zasługi bojowe. Można było sprzedać swoje stare wojskowe owijacze. Ale nie było sposobu znaleźć kupca na Gwiazdę 1914.

Tak więc rynkowa cena męstwa pozostała nie określona.

***

Pierwsze dwie myśli, które nasuwają się same, będą powierzchowne. Po pierwsze: ten skubaniec Hemingway był piekielnie dobry. Łatwo jest zrobić mocny reportaż, gdy jedzie się na drugi koniec świata, gdy stajesz w obliczu nowych doświadczeń, gdy jesteś widzem zdarzeń, które w danym momencie interesują cały świat. Hemingway przeszedł się po zaułkach swojego miasta. Odwiedził parę sklepików. Zajęło mu to pewnie jedno popołudnie. A powstał tekst wagi ciężkiej.

Drugą myśl znamy z tysiąca filmów wojennych – ilu weteranom towarzyszyło po wszystkim poczucie bycia niedocenionym? Człowiek oddał zdrowie, bliskich, niejednokrotnie zrujnował sobie psychikę, a trafił na śmietnik historii. O tym też jest ten reportaż.

Ale można go rozumieć znacznie szerzej. Upieram się, że jest materiałem uniwersalnym.

Piłka nożna? Proszę bardzo, nic łatwiejszego. Czym innym jest mecz, niż konfliktem, małą wojną, tylko zorganizowaną w sztucznych, sterylnych warunkach. Póki, piłkarzu, walczysz na tym froncie, jesteś potrzebny, jesteś ważny, bywa, że jesteś noszony na rękach. Niezdolny do boju tracisz na wartości szybciej niż zimbabweański dolar. Łatwo jest uwierzyć, że będzie inaczej, gdy grasz dobrze i wszyscy poklepują cię po plecach, a w klubie chcieliby ci nieba uchylić. Ale zawsze przyjdzie moment, kiedy będziesz musiał zadbać o siebie zupełnie sam. Uświadomienie sobie tego jest ważniejsze, niż jakikolwiek gol. Pouczających przykładów, szczególnie w polskiej piłce, daleko szukać nie trzeba. Rzucisz kamieniem w tłum byłych piłkarzy, a prawdopodobnie trafisz takiego, który po skończeniu kariery zaczął kopać się z życiem. Wielu po wszystkim może tylko opowiedzieć barwne historie, ale dawnej chwały, strzelonych dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat temu bramek, nie ma jak oddać w zastaw.

Ale przecież każdy ma swój front i toczy swoje wojny. Flankuje w pracy, manewruje z myślą o bliskich, może bić się o zdrowie lub tysiąc innych spraw, u każdego w unikalnym zestawie. Medale otrzymane na tych wojnach, jedyne co mogą zrobić, to uśpić czujność. Gdy miną lata, nie tylko nie zapłacą rachunków za prąd, ale nie do odzyskania może być wiele istotniejszych, choć mniej przyziemnych spraw.

Czy to się komuś podoba czy nie, w życiu zawsze jest ostrzał, zawsze, każdego dnia, jest o co walczyć.

Wesołych świąt.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (21)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
gryf01

Reportaż o medalach świetny. Dzięki za cytat.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

n0_thx

Co to za porównanie? Żołnierz podczas wojny do zawodowego piłkarza? Człowieku pomyśl. Zwykli żołnierze z niskimi stopniami zazwyczaj walczyli na wojnie z przymusu za jakiś śmieszny żołd o równowartości słabej pensji a Stanisław Terlecki był swego czasu świetnym piłkarzem i zarabiał duże pieniądze. Tak właśnie tak, duże pieniądze. A, że je przepierdolił to co kogo to obchodzi? Niech idzie do innej roboty, np. przy łopacie i zarobi. Z tego co wiem nie jest kaleką.
Taki przykład. Jesteś świetnym mechanikiem. Zarabiasz dobre pieniądze. Kilka razy większe niż twój kolega, który np. jest przeciętnym tynkarzem. Ty zarabiasz bardzo dobrze bo doskonale znasz się na swojej robocie. Ale nie myślisz o przyszłości. Przepierdalasz pieniądze jak leci, kupujesz drogie samochody, hazard alkohol itp. Pewnego dnia masz wypadek, obcięło ci rękę (w przypadku piłkarza tym wypadkiem jest dojście do wieku, w którym nie może już grać na wysokim poziomie). Nie możesz już wykonywać swojego zawodu, na którym tak świetnie się znałeś. I co? Jeśli pomyślałeś choć trochę i ubezpieczyłeś się to dostaniesz jakąś rentę, który wystarczy na podstawowe potrzeby, a jeśli nie to zostajesz z niczym. Czy może twoi byli klienci (w przypadku piłkarza kibice) mają się zrzucać do końca twojego życia na dobrą pensję dla ciebie bo parę lat temu byłeś świetnym mechanikiem? Chyba nie. Poszukają innego mechanika, któremu dadzą zarobić.
Tekst nie przemyślany

Bede Go Zjad

Trochę mi zaleciało Gollobem, który jest super sportowcem i ogólnie szacun za karierę ale jak usłyszałem, że jakieś renty mu chcą dać, jakieś zbiórki kasy dla niego robić to złapałem się za głowę. Gość zarabiał taki hajs, że przez te lata kariery pewnie ma parę mln i spokojnie może się rehabilitować na swoich warunkach. Jak nie ma hajsu to może zawsze sprzedać jedno czy drugie mieszkanie albo jakieś inne rzeczy spieniężyć. Jeśli już stała się taka przykra rzecz, że wypadło się z kariery czy zdrowia czy jedno i drugie to dla takiej osoby punktem honoru powinno być to, żeby samemu się wydostać z trudnej sytuacji i pokazać, że było się kozakiem i jest się nim nadal a nie tylko wtedy jak hajsy były. A jeśli ktoś chce bez zgody czy wiedzy pokrzywdzonego zrobić jakieś akcje pomocowe to pokrzywdzony powinien grzecznie odmówić i brać sprawy we własne ręce. Wtedy jak widać, że pokrzywdzony walczy o siebie to można go dopomóc i jest moralnie spoko.

StaszekPrawy

Stnowski, nie płać temu leniowi. 2/3 felietonu zerżniete z Hemingwaya. Następny raz wklei ci 2/3 książki telefonicznej. Nierób. i jeszcze brudas.

Ariel Bumerang
Legia Kaiserslautern Wołga Lechia Legia QPR Lechia QPR Lechia

Coś bym napisał, ale nie będę się wpierdalał

Bytoviak09

wszędzie wstawiasz ten sam komentarz.Smutny jesteś dzieciaku i tyko wstyd robisz

Tony Hawk
Zaorajmy boiska, zbudujmy skate parki

Genialny artykuł, co prawda tylko to co w cudzysłowie, bo reszta to totalna szmira.

Rojber Hultajski

krótko dziś strasznie i tak nie jestem do końca usatysfakcjonowany

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Voitcus

Rzeczywiście tak jest, ale myślę, że można być przywiązanym do barw, a mimo to postępować uczciwie, nawet odchodząc z klubu i być do końca cenionym, nawet po odejściu do rywala. Kilka przykładów i spostrzeżeń (w obie strony):
1. Pamiętam Radosława Majdana (zanim jeszcze został celebrytą), jak wytatuował sobie herb Pogoni, potem przeszedł bodajże do Polonii Warszawa (wtedy jeszcze Pogoń miała zgodę z Legią, to były pierwsze mecze w lidze, w których nie było osobno sektora gości) i potrafił jakoś jedno z drugim pogodzić i nikt nie miał o to do niego pretensyj.
2. Lewandowski odchodząc z Borussii do Bayernu zapowiedział to pół roku wcześniej i zachował się uczciwie i kibice to docenili – chwilę wcześniej tą samą drogę wybrał Goetze, ale nic nie mówił, znaczy zdradził.
3. Od miłości do nienawiści jeden krok. Lechiści – jak myślę – nie lubią Hamalainena nie dlatego, że przeszedł do Legii, ale dlatego, że kłamał, że wróci do Finlandii (tak sądzę, może czyta ktoś z Poznania, niech sprostuje).
4. Czasem zarzuty wzięte z dupy, jakby każdy miał kochać swojego pracodawcę. Niedawno była afera z zawodnikiem Zagłębia Sosnowiec, pochodzącym z Gdyni i nawet wychowankiem Arki, którego „przyłapano” na zdjęciu z szalikiem Arki i za to go ukarano (idiotyczna sytuacja, żeby chociaż Zagłębie i Arka grały w tej samej lidze). Koleś deklaruje, że póki gra w Zagłębiu, to daje 100% z siebie itd. Może chodzi o to, że Arka trzyma z Lechem, a Zagłębie z Legią.
5. Mączyński – „nigdy do Legii nie przejdę”
6. Błaszczykowskiego (już w Wolfsburgu) po jakimś meczu piłkarze Borussii zaciągnęli pod sektor swoich kibiców, żeby tamci mogli go uhonorować (aczkolwiek Kubę raczej wyrzucono z Dortmundu niż sam odszedł)

I na koniec, ciekawe, co by było, gdyby na wiosnę okazało się, że Guilherme nie odszedł do Benevento tylko do Lecha Poznań?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Wujek Remo
Kolejorz

Voltcus: „3. Od miłości do nienawiści jeden krok. Lechiści – jak myślę – nie lubią Hamalainena nie dlatego, że przeszedł do Legii, ale dlatego, że kłamał, że wróci do Finlandii (tak sądzę, może czyta ktoś z Poznania, niech sprostuje).” – mniej więcej o to mają pretensje. Ja reprezentuję sekcję Januszów, do fanatyka mi daleko, przez co ostatni jestem do wyzywania Bereszyńskiego, że swego czasu poszedł do Legii – chciał profesjonalny kontrakt w Lechu, kutwy Rutkowskie mu nie dali, uważając, że juniorka stawka plus przywiązanie wychowanka do barw są tyle samo warte, co legendarne zaufanie chorzowskich kibiców #pdk – cóż, życie zweryfikowało. Nie dał Lech, dała Legia – kariera profesjonalnego piłkarza jest krótka, nie ma miejsca na sentymenty. W tamtej sytuacji miałem pretensje do włodarzy Lecha, nie do Bereszyńskiego. Ale Hama – inna bajka: on do ostatniej chwili przekonywał nawet kolegów w szatni, że chce do domu, do żony, do św. Mikołaja i Laponii. A potem wyskoczył, jak diabeł z pudełka w koszulce Legii. Tego mu w Poznaniu nie zapomną. Jak dla mnie – przypominam, Janusza – trochę się zrehabilitował tym, że nie robił cieszynek po wpierdzieleniu nam goli na Bułgarskiej. Chociaż tyle przyzwoitości.

„I na koniec, ciekawe, co by było, gdyby na wiosnę okazało się, że Guilherme nie odszedł do Benevento tylko do Lecha Poznań?” – to się nie zdarzy, niestety – ten kierunek transferów od lat miewa tylko jeden wektor: Poznań -> Warszawa, nigdy odwrotnie. Nie jesteśmy w stanie ani przepłacić Legii, ani skusić zawodników perspektywą sukcesów sportowych i tak będzie, dopóki obecny zarząd będzie nastawiony na produkowanie zawodników, których można drogo sprzedać, zamiast na sukcesy sportowe.

Gino Lettieri aka Zauberer
Wir spielen ohne Torwart!

Wiem, co autor chciał przekazać i generalnie jest w tym sporo racji, ale zestawienie piłkarza (sportowca) i żołnierza jednak mnie troszkę uwiera.
Niemniej dziękuję, choć wolę czytać tu Milewskiego niż Hemingway’a. Dlaczego? Bo Hemingway’a mam na półce i kiedy chcę, to sięgnę. Felieton Milewskiego mam na weszło raz w tygodniu, więc chcę dużo Milewskiego w Milewskim.
Pozdrawiam.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

leftt

Napisz autorowi, że jego tekst jest wart mniej niż zimbabweanski dolar. Leszek dzisiaj nie napisał więc ja dopisuję.

podsluch
Być z Kaś

Kurwa ile literówek. Ogólnie dno.

jelonek666
Brzęczek - wybitny polski trener!

Panie Leszku słabo to porównanie wyszło… spłycił Pan problem ukazany w reportażu o medalach strasznie. Myli się Pan – ta historia nie jest uniwersalna – jest bardzo konkretna i przez to tak uderzająca. Porównywanie żołnierzy którzy znajdują się w tak tragicznej sytuacji że sprzedają swoje medale których nikt nie chce kupić do zblazowanych piłkarzy… no słabe to. Myślę że się Pan z tym swoim felietonem po prostu nie przespał i opublikował zaraz po napisaniu. Piłkarze wiodą życie gwiazd gdy grają w piłkę i chcą to kontynuować po zakończeniu kariery – tu tkwi problem! oni nie wyobrażają sobie normalnego życia bez światła reflektorów, uwielbienia i milionów na koncie. Dlatego nie żal mi ich. Ani Terleckiego ani żadnego z nich co po zakończeniu kariery skończył na bruku. To tacy Mateusze Kijowscy a Pan pisząc artykuł o takiej wymowie wstawia się za nimi i upomina – „nie zapominajmy o bohaterach!” Oni nie są żadnymi bohaterami! a już na pewno nie w zestawieniu z żołnierzami którzy sprzedają medale z desperacji bo nie mają co jeść! Dojebałeś tym Leszku strasznie…

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Panci Pancernik

Współczuje Leszku takich czytelników. Jesteś bardzo dobrym dziennikarzem, dostarczasz co tydzień jeden, bądź dwa świetne artykuły/wywiady/reportaże. W momencie kiedy napiszesz coś troszkę słabszego, ewentualnie posłużysz się fragmentem cudzego tekstu- ludzie niewiedzieć czemu uznają to za brak weny albo chęci i momentalnie plują na ciebie jak wściekłe kobry. Kurcze czy nikt nie rozumie, że przeczytanie tej książki i setek innych to też twoja praca? Nie wpisuje się w google – ,,dobry fragment tesktu na odniesienie do piłki nożnej” i wyskakuje gotowy pomysł i gotowy fragment książki… Mam wrażenie, że niektórzy myślą, że tak właśnie jest. Życze ci na święta byś dalej miał ochotę i siłę się rozwijać, zgłębiać literature – nie tylko piłkarską ( ileż można przeczytać takich samych nie wnoszących nic biografii piłkarzy? ), jeździć po mniejszych miejscowościach szukając tematów, wychodzić do ludzi w poszukiwaniu ciekawych osobowiści. Dzięki, że jesteś Leszku. Dzięki, że chce ci się być dziennikarzem, a nie tylko maszynką do klepania newsów o transferach, pogłoskach, słabszej formie przeciętnych piłkarzy, czy o innych niezwykle interesujących rzeczach które zdążyło już przemielić 30 innych portali godzinę wcześniej. Wesołych i inspirujących świąt Panie redaktorze Milewski!

wpDiscuz