Pięć? Za dużo. Miałem swoje dwie minuty
Weszło Extra

Pięć? Za dużo. Miałem swoje dwie minuty

– Tak to ty sobie możesz grać między śmietnikiem a trzepakiem – powiedział swego czasu Markowi Citce trener Andrzej Zamilski. Tylko co poradzić, skoro Citko wychodził na Wembley lub Ligę Mistrzów i kiwał gwiazdy jak kumpli na białostockim podwórku?

W młodości dorabiał handlując dżinsami na bazarze, mył samochody, w Berlinie razem z Mariuszem Piekarskim opchnęli papierosy. Przegrał Malucha na automatach, brał udział w bilardowych mistrzostwach Polski. Jego życie odmieniła wiara, o której mówi, że w trudnej chwili da nadzieję, w dobrej pomoże zachować pokorę.

W trakcie Citkomanii przejście 20 metrów na Piotrkowskiej zajmowało mu 40 minut. Do jego domu przychodzili obcy ludzie, płeć piękna, ale też… złodzieje. Miał oferty z najlepszych klubów Europy, nie bał się nikogo i żadnej ligi, ale działacze Widzewa z chciwości chcieli go wepchnąć do topornego Blackburn.

Potem, gdy przyszła kontuzja, musiał leczyć się za własne pieniądze. Pierwsze zabiegi dokonano z taką wprawą, że groził mu wózek inwalidzki. Uratował go siedmiogodzinną operacją doktor Śmigielski.

Dlaczego nie wierzy w pecha i szczęście? Dlaczego w Polsce za mało się trenuje? Dlaczego każdy piłkarz dostanie w życiu szansę? Dlaczego nie doceniamy tego, co mamy?

***

Trener Karalus był dla pana jak drugi ojciec? 

Na pewno tak, trener Karalus uczył nas gry w piłkę, ale przede wszystkim pilnował, żebyśmy wyrośli na porządnych i odpowiedzialnych ludzi. Dlatego trzymał nas krótko. Nawet teraz jak się spotykamy, każe napiąć brzuch i sprawdza pięścią czy trzymam formę.

Jacek Chańko przyniósł wtedy nieszczęsny sznur. 

Nieszczęsny dla tych, co nie trzymali dyscypliny. To był taki warkocz z dużego sznura i rzeczywiście, kto podpadł, po obiedzie nie odpoczywał, dostawał w tyłek.

Pan był w grupie, która feralnego dnia wypłynęła za boje? 

Tak. Byliśmy młodymi chłopakami, pomysły mieliśmy różne. Nie wiem czy wtedy wymyśliliśmy wyścigi, ale pamiętam, że było niebezpiecznie. Ja z Jackiem wypadliśmy z kajaku. Za dobrze nie pływałem, kajak kręcił się w kółko, strasznie się bałem, ale jakoś udało się uratować. Trener, oglądając to wszystko z brzegu, musiał to przeżywać.

Po wszystkim wlał wam na goły tyłek.

Zasłużyliśmy. Jak dostawaliśmy od trenera, wiedzieliśmy za co. Nigdy nikt żalu nie miał, tylko starał się już więcej trenerowi nie podpaść.

Graliście tak dobrze, że w niektórych meczach wymyślał wam – od teraz tylko strzały głową albo zza szesnastki. 

Wygrywaliśmy po 6:0, 8:0. Pamiętam silnie obsadzony turniej w Szwecji, Gothia Cup. Z jednym przeciwnikiem prowadziliśmy wysoko i trener zarządził, że od teraz gramy na utrzymanie piłki na całym boisku. Obserwatorzy się dziwili, że dochodzimy do szesnastego metra i wracamy z piłką do obrony. Ale co nam mogła dać kolejna bramka? A tak uczyliśmy się.

Załapał się pan na treningi na pasie „odśnieżonym” dzięki rurze ciepłowniczej?

 Nikomu nie przeszkadzały trudne warunki, trener zawsze mówił, że trening jest świętością, a my to rozumieliśmy. Nie ważne czy trenowało się na śniegu, na błocie, na lodzie…

Aż na lodzie? To sekret pana zwrotności i panowania nad piłką?

Kiedyś to sobie analizowałem i coś w tym mogło być. Grałem choćby na nierównym chodniku piłką do tenisa ziemnego, trzeba było bardzo się starać aby nie uciekła. Zimą odśnieżaliśmy trawnik, ale pod śniegiem był lód. Kładło się plecaki, które robiły za słupki i grało na regularnym lodowisku. Utrzymać się tam przy piłce – prawdziwa sztuka. Ktoś chciał odebrać piłkę na raz, przelatywał. Wzmacniały się mięśnie i kolana, bo żeby się na takiej „murawie” utrzymać, trzeba było mieć bardzo dużo siły w nogach. 

Na początku w Białymstoku zarabiał pan nie tylko z piłki.

Żyłkę do handlowania odziedziczyłem chyba po mamie i rodzeństwie. Mama wyjeżdżała trochę handlować na Węgry, siostra miała sklep, brat dorabiał na bazarze, więc ja też będąc jeszcze w szkole średniej razem z bratem jeździłem do Warszawy na słynny „Rembertów”, gdzie kupowaliśmy spodnie dżinsowe które później sprzedawaliśmy  w Białymstoku. Takie czasy, nie przelewało się w domu, człowiek musiał sobie radzić. Czasami tez zarabiałem myjąc samochody, chodziłem też z szopką po różnych osiedlach śpiewając kolędy. Podczas wyjazdów na zgrupowania za wschodnią granicę brałem jedna torbę ze sprzętem, a druga z towarem na handel.

Ale w Berlinie z Mariuszem Piekarskim przeżył pan chwilę strachu.

Jak ktoś proponował wyjazd zarobkowy, nie odmawiałem. Wtedy z Mariuszem zabraliśmy ze sobą dużo kartonów papierosów, a kupcem miał być Chińczyk. Przyszliśmy w umówione miejsce, chciał nas zaprosić do środka. Patrzymy, a tam mnóstwo ludzi – co tu kryć, ściskaliśmy w kieszeniach śmieszne małe scyzoryki i baliśmy się, że możemy wyjść bez pieniędzy. Teraz się z tego śmiejemy, ale wtedy byliśmy czujni.

Udało się dobić interesu?

Tak. Chińczyk wyszedł do nas na klatkę, zapłacił i otrzymał towar.

Jak pan wspomina pierwsze zderzenie z Ekstraklasą?

Miałem siedemnaście lub osiemnaście lat, Jaga grała baraż z Zagłębiem Sosnowiec. Pierwszy mecz wygraliśmy na wyjeździe 2:0, więc wydawało się, że w domu będzie spacerek. Szampany się mroziły, kupiono nowy autokar. Wyszedłem w pierwszym składzie, stadion pełny. Grało mi się dobrze, ale przegraliśmy po karnych i zapanowała żałoba. Wróciłem do juniorów na kilka miesięcy. W seniorach poważniejszą szansę dał mi dopiero trener Karalus. Początki były bardzo ciężkie. Pamiętam, pojechałem na Lech Poznań. Jak przebiegł przede mną Araszkiewicz, jak jeden czy drugi zabrał mi z łatwością piłkę… w autokarze jadąc do Białegostoku chodziło mi po głowie, że tu nie pasuję.

Chwila zwątpienia w futbol?

Nie, ale widziałem jak wiele dzieli mnie od ligowego poziomu. Byłem przerażony przepaścią – wszyscy silniejsi, szybsi, na boisku nie ma czasu na nic. Wtedy sobie postanowiłem, że biorę się za siebie – odżywianie, dodatkowe treningi itd. W restauracji zamawiałem górę warzyw. W domu robiłem pompki, brzuszki, tak żeby wzmocnić mięśnie. Z każdym meczem uczyłem się seniorskiej gry, a potem na tyle dobrze sobie radziłem, że zaczęły wpadać bramki. Przełomem był spadek – po nim w ówczesnej drugiej lidze miałem podstawowy skład. Rozkręciłem się tak, że z niektórymi przeciwnikami człowiek się bawił, zakładał siatki, pokazywał sztuczki.

jaga91

Sezon 1991/92. Źródło: www.jagiellonia.neostrada.pl

jaga95

Sezon 1994/95. Źródło: www.jagiellonia.neostrada.pl

Swoją drogą, sezon gdy spadaliście, trener Karalus wspominał jako czas totalnej dezorganizacji w Jagiellonii.

To raz, a dwa, po latach, koledzy przy ognisku przyznali, że trochę było handlowania meczami, odpuszczania. Chodziłem do liceum, dla mnie remis w ekstraklasie to były ogromne pieniądze, a my dużo przegrywaliśmy w ostatnich minutach. Nie mogłem po takim meczu spać do piątej nad ranem, bo wielka premia przeszła koło nosa. Jak dowiedziałem się prawdy, byłem rozżalony. Myślę, że gdyby nie to, piłkarsko dalibyśmy radę. 

Rozczarowanie kolegami?

Tłumaczyli mi: Marek, nie płacili miesiącami, miałem chore dziecko, potrzebowałem na lekarza. Chodziło o sytuacje życiowie i przyjąłem to usprawiedliwienie, miałem mniejszy żal. Nikt nie odpuszczał dlatego, żeby mieć na lepsze auto, tylko brudził ręce dla przyziemnych, rodzinnych potrzeb. Nie znaczy to, że pochwalam, ale jestem w stanie zrozumieć. Realia były jakie były. 

Pan wówczas też miał swoje kłopoty, choćby hazard.

Po treningu miałem za dużo wolnego czasu, więc chodziłem do klubu bilardowego, tam spędzałem kilka godzin i od czasu do czasu wpadałem pograć na automatach. Grałem nawet w mistrzostwach Polski bilarda.

Jak panu poszło?

Nie odpadłem sportowo, tylko musiałem oddać partię ze względu na mecz Jagiellonii. Te automaty tak naprawdę były z nudów. Pamiętam, że po wyjeździe do Łodzi w ogóle mnie do nich nie ciągnęło, bo nie miałem na nie czasu. 

Screen Shot 12-11-17 at 10.06 AM

Kadr filmu dokumentalnego „Wciąż idę swoją drogą”. Całość TU

Ale w pewnym momencie pojawiły się długi, musiał pan sprzedać pierwsze auto, Malucha.

Wyprosiłem ten samochód u rodziców, obiecałem, że zarobię na ubezpieczenie i paliwo. Rzeczywiście jak przegrywałem to pożyczałem z nadzieją, że się odegram. Wiedziałem, że to głupota, ale i tak siadałem, a potem przegrywałem więcej niż wygrywałem. Przyszedł moment otrzeźwienia. Podjąłem męską decyzję, że czas dorosnąć, spłacić długi. Sprzedałem auto, wystarczyło, a ja skupiłem się na pracy. Prasa trochę mój hazardowy epizod wyolbrzymiła, nakręciliśmy też film dla telewizji, żeby pokazać młodzieży, że to bardzo niebezpieczne.

To wtedy też w pana życiu pojawiła się wiara.

Fundament wiary miałem wyniesiony z domu. Kolega zaproponował, żebyśmy poszli na wspólnotę i na pewno to pomogło, bo zacząłem spędzać czas inaczej, przede wszystkim więcej trenowałem, lepiej się odżywiałem, więcej spałem.

Powiedział pan: „Trzeba sobie odpowiedzieć czy wiara jest efektem wychowania czy naprawdę się wierzy”.

Wychowanie to przekazanie wartości tradycyjnych, ale żeby poczuć żywą, prawdziwą wiarę, trzeba dojść do tego samemu. Wiary, którą znamy z tradycji, może zabraknąć w chwili próby. Aby mieć silną wiarę, trzeba na pewno trochę przeżyć, szukać jej samemu. Czasami próby są trudniejsze, ktoś może ich nie udźwignąć, ale to tak intymna materia… Wiara to tak olbrzymie słowo, że każdy może rozumieć je po swojemu. Ja uważam, że do takiej żywej, prawdziwej wiary bardzo trudno jest dojść, cały czas jesteśmy kuszeni, poddawani próbie. Można chodzić do kościoła, można się modlić, ale najtrudniej wyrazić ją w czynach – miłosierdziem, wybaczeniem, poświęceniem wolnego czasu dla innych.

Czy obecność pana Boga najbardziej pan odczuł w sytuacji problemów zdrowotnych pana syna?

Lekarze sugerowali, żeby żona usunęła ciążę, bo rokowania były bardzo złe. Nikt w takiej sytuacji nie będzie twardzielem. Człowiek nie raz i nie dwa płakał. Bardzo chcieliśmy, żeby syn się urodził i został ochrzczony. Wiele osób prosiliśmy o modlitwę, sam tez ułożyłem swoją osobistą modlitwę . Trzy operacje na otwartym sercu powiodły się, dziś Konrad ma się bardzo dobrze, pływa, kopie piłkę, co roku badania są lepsze. Ale żebyśmy też nie zabrnęli w ślepą uliczkę. Jeżeli operacje by się nie udały, to co bym powiedział – nie ma Boga, bo nie wysłuchał? Trzeba umieć się poddać Jego woli. Dlatego księga Hioba jest moją ulubioną. Sam się śmiałem, że pan Bóg dał mi trochę podobnych przeżyć odczuć. Dziękuję za wszystko co mam. Wiara pomaga w trudnych momentach przetrwać, a w dobrych pilnuje, żeby ci nie odbiło. To, co dostaliśmy, może jest tylko na jakiś czas i trzeba się tym umiejętnie posługiwać. Mnie przytrzymała przy ziemi, nigdy mi nie odbiło, nie robiłem sobie tatuaży, nie miałem  kolczyków, nie farbowałem włosów. Nigdy nie czułem się lepszy od pracowników w klubie, nie zapomniałem o kolegach. Wiedziałem, że jest fajnie, jest się czym cieszyć, ale też tego jutro może nie być. Nie chcę jednak wyjść na kaznodzieję czy filozofa. Kto mnie zna wie, że jestem optymistą, lubię żartować, lubię się bawić, lubię żyć. Wyznaczam sobie granice i ich nie przekraczam, a problemy? Każdy nosi swój krzyż.

Na gali „Sportowca Roku” wygląda pan, jak najbardziej nieszczęśliwy człowiek świata.

Przepraszam, że żyję. Oglądałem to jakiś czas temu i chyba przesadziłem ze skromnością. Ale tak to wtedy czułem, byłem szczery. Podchodziłem do nagrody racjonalnie, inni byli sportowcami, którzy zdobywali złote medale na igrzyskach. Może wpływ na moją reakcję miało to, że na sali byłem sam z całego środowiska piłkarskiego, nikogo nie znałem. Wszyscy inni spotykali się w tym gronie regularnie, ale piłkarzy na takiej gali dawno nie widziano.

 Dobrze się pan bawił, gala się rozkręciła?

 Nie. Niektórzy gratulowali, inni na pewno do końca zadowoleni nie byli, że wygrał piłkarz. Udzieliłem paru wywiadów i wyszedłem wcześniej.

W czym tkwił sekret ówczesnego Widzewa?

Byliśmy ze sobą szczerzy  na boisku i poza nim. Cokolwiek się nie działo, wierzyliśmy w zwycięstwo. Kibice wiedzieli, że nigdy nie odpuścimy i nigdy się nie poddamy. Jak był czas na zabawę, to się bawiliśmy, jak był czas ciężkiej pracy to zasuwaliśmy. Jak ktoś miał coś komuś do powiedzenia, to mówił to prosto w oczy, a nie za plecami. Charakterna grupa, która chciała coś osiągnąć, ale też normalni ludzie. Nikomu nie odbijało, nikt nie nosił głowy w chmurach. Jak szły żarty, to zarówno z nas, jak i z trenera, który miał charyzmę, pewność siebie, ale też czuł grupę i wiedział co mieści się w ramach budowania atmosfery. Los wynagrodził nam ciężką pracę, bo do Ligi Mistrzów wepchaliśmy się, gdy już te drzwi się zamykały. Ale my walczylibyśmy wtedy na całego nie tylko przy 0:3 do przerwy, ale i przy 0:6.

 Daniel Bogusz tydzień temu w wywiadzie dla Laczynaspasja.pl powiedział, że byliście tak ze sobą zżyci, aż… niektóre rodziny się przez to rozpadały. 

Mieliśmy zasadę – po każdym meczu wszyscy wychodzimy razem. Świętość, od której nie było odstępstw. Nie możesz? Chodź chociaż na pięć, dziesięć minut. Wytworzyły się prawdziwie przyjacielskie relacje. Nikt się na nikogo nie obrażał, jeden drugiemu pomagał.

Andrzej Michalczuk wspominał, że w środku Citkomanii, sam się pan zgłosił żeby pomóc nosić tapczany przy przeprowadzce.

Stać nas było na wynajęcie pomocy przy takich sytuacjach, ale po co, skoro możesz wziąć kogoś z drużyny? Normalna sprawa. Ktoś ma problem, przyjeżdżasz, pomagasz. Zero gwiazdorzenia. To było naszą siłą.

Screen Shot 12-11-17 at 10.27 AM

Co panu najbardziej utkwiło w pamięci z Ligi Mistrzów?

Nigdy nie miałem czasu na spokojnie obejrzeć tych meczów, nie miałem kompilacji z akcjami, nawet dzieciom nie było czego pokazać. A teraz zobaczyłem u was jak kiwałem na Borussii i dotarło do mnie – kurde, byłem rzeczywiście dobry. Wtedy to chyba do mnie nie docierało i może przesadzałem ze skromnością, a teraz patrzę na Atletico, gdzie brałem dwóch, trzech… robiłem show. Citkomania była dla mnie niezrozumiała, nie wiedziałem skąd się wzięła. Reprezentacja nie istniała, przegrywała, a ja zostałem „Sportowcem  roku”. Teraz rozumiem. Choć ja zawsze mówiłem, że wygrałem najpopularniejszego sportowca, a nie najlepszego. Nie da się wymiernie ocenić czy ktoś lepiej gra w piłkę czy strzela z łuku. Uważam, że sporty indywidualne powinno się w takich plebiscytach oddzielić od sportów drużynowych.

Po waszym pierwszym meczu prasa niemiecka pisała, że jesteście czarnym koniem Champions League.

Borussia reprezentowała wtedy klasę dzisiejszego Bayernu i wygrało Ligę Mistrzów. Atletico? Mistrz Hiszpanii. Grupa śmierci. A tak naprawdę z Borussią graliśmy jak równy z równym, wybijali w końcówce po autach i mogliśmy to wygrać. Nasza normalność polegała na tym, że my nikogo się nie baliśmy. Mieliśmy do wykonania robotę i tyle. Na pewno miał tu swój udział charyzma trenera, który  nigdy nie powiedział: słuchajcie, gramy z BVB, trzeba ostrożnie do nich podejść . Nie, gramy swoją piłkę. W ogóle na przeciwniku się nie skupialiśmy, obejrzeliśmy trochę skrótów, patrzyłem jak  grają obrońcy, jak zachowuje się bramkarz. To wtedy zobaczyłem, że Molina ciągle wychodzi daleko od bramki.

Kompilację przygotował Radosław Nosal na potrzeby tekstu „Marek Citko, czyli spełnienie w niespełnieniu” na numer10.blox.pl 

Andrzej Michalczuk mówił, że pan zapowiedział strzelenie takiej bramki.

Mówiłem Andrzejowi – zobacz jak wychodzi! Chyba strzelę mu loba. Zakodowałem to w świadomości. Jak patrzę na tamte mecze… Z Atletico u siebie, wiadomo, nie mieliśmy Łapińskiego, Czerwca, przegraliśmy bezdyskusyjnie. Chociaż też miałem sytuację na 2:2 po przerwie, jakbym strzelił – kto wie? Z Borussią na wyjeździe nie powinniśmy przegrać, u siebie powinniśmy wygrać, tak samo z Atletico na wyjeździe i w Rumunii. Mogliśmy wyjść z tej grupy i nieźle namieszać. Może brakło nam doświadczenia gry z takimi rywalami o taką stawkę. Jakby drużyna została utrzymana jeszcze przez rok, mogliśmy poprawić wynik.

Pan wychodził na Vicente Calderon bez żadnego respektu.

Nie mogłem się doczekać, żeby pokazać, że nie jesteśmy gorsi. Wembley to samo. To jest okazja, wszystkim możesz pokazać co potrafisz. Jeśli ktoś na takie mecze podchodzi podszyty strachem, powinien zmienić zawód. Wyobraźmy sobie aktora występującego w prowincjonalnym teatrze, który dostaje zaproszenie na Narodowy. Ma się bać? Na to czekał całe życie. 

citko-500x366

Fot: WidzewToMy/www.24.pl

Jest taka scena w meczu z Anglią, gdy zakłada pan siatkę Gascoigne’owi, a on panu gratuluje.

 Nie zabiegałem o to, ani o żadne inne relacje. Zabiegałem o to, żeby kogoś pokonać i wygrać. Doceniali, że przyjechali zawodnicy, którzy mają, pewność siebie, a do tego dobrze grają w piłkę. Niech to będzie przykładem dla dzisiejszego pokolenia. Bez tego nie zagrasz na wysokim poziomie.

Kompilację przygotował Radosław Nosal na potrzeby tekstu „Marek Citko, czyli spełnienie w niespełnieniu” na numer10.blox.pl 

Powiedział pan: „Gol z Anglią prawie mnie zniszczył. Skończył się spokój”.

Przesadziłem, ale moja prywatność przestała istnieć. Liga Mistrzów powoli mi ją zabierała, a po Wembley nastąpiło szaleństwo. To wynikało z głodu kibiców, nagle mieli trochę radości, bo mistrz Polski gra dobrze z najlepszymi na kontynencie, a potem dobry mecz z Anglią. Ja miałem wtedy urwanie głowy. Setki telefonów, tysiące listów. W Łodzi zupełnie nie mogłem się ruszyć. Wychodziłem z domu, podchodziła jedna, druga, dziesiąta osoba, nagle te, które nie były zainteresowane, widziały, że robi się zamieszanie i też podchodziły. Z dziesięciu autografów robiło się sto. Wychodziłem z auta na Piotrkowskiej, robiłem dwadzieścia metrów w czterdzieści minut i wracałem do auta. Na salę kinową wchodziłem, jak było ciemno. Trzeba było kombinować, żeby zdążyć na film.

Ale pan nigdy tych autografów nie odmawiał.

Po treningach godzinę lub dwie stałem i podpisywałem, na wakacjach na plaży tez trudno odmówić. Wiedziałem, że okej, dwie godziny poświęcę, ale później się schowam. Oczywiście miałem świadomość jakich miejsc unikać, ale jak się zaryzykowało, trzeba było ponieść konsekwencje. (śmiech) Nawet obcy ludzie przychodzili do mnie do domu.

Zupełnie obcy?

 Tak. Pukali i pytali, czy mogą wejść na kawę, porozmawiać. Płeć piękna również. 

Ponoć raz odwiedził pan znienacka swoją fankę.

 Wracałem do Białegostoku, jej list mnie zaciekawił. Pomyślałem – co mi szkodzi? Ale panowała sztuczna atmosfera, rozmowa się nie kleiła i szybko doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu. Pierwszy i ostatni raz. 

U szczytu Citkomanii został pan okradziony.

 Ukradli telewizor i aparat fotograficzny. W mieszkaniu na dobrą sprawę nie było czego kraść. Prowadziłem życie kawalerskie, więc co mi potrzebne? Telewizor, wygodne łóżko, nawet sobie nie gotowałem. Ciągle kadra, liga, wyjazdy, hotele, zgrupowania a pieniądze były w banku.

Pewnie raz w tygodniu jest pan pytany dlaczego nie poszedł do Blackburn. Ja myślę, że jeśli już, to trafnie jest pytać: gdzie by pan był, gdyby nie chciwość prezesów Widzewa. Otrzymali oferty z topowych klubów, ale panu przedstawili tylko najkorzystniejszą dla klubu – tą z Blackburn.

To byli biznesmeni, nie brali pod uwagę czy tam pasuję, czy mnie to interesuje, tylko myśleli o swoim biznesie. Ja z kolei, po pierwsze, dałem słowo kibicom, że nie odejdę zimą. Po drugie, Blackburn sportowo nie było dla mnie dobre. Będąc z Widzewem na zgrupowaniu w Anglii poszliśmy na mecz ligowy. Grały ze sobą jakieś dwa słabsze zespoły, kopanina, przerzuty, kopnij-biegnij, wrzutki i tak dalej. Po 45 minutach chcieliśmy wyjść, bo nie dało się na to patrzeć. Chciałem trafić do zespołu, który walczy w lidze o puchary, który częściej atakuje, niż się broni. To był styl, jaki mi odpowiadał. Na finanse wtedy w ogóle nie patrzyłem – przecież gdzie bym nie poszedł, otrzymałbym astronomiczną podwyżkę. Może jakbym miał 26-27 lat myślałbym inaczej, ale wtedy ważna była tylko strona sportowa. Grałem w Widzewie, w kadrze, nie interesowała mnie walka o utrzymanie w zespole, który nie umie wymienić trzech sensownych podań. Dzisiaj łatwo mówić to czy tamto, ale wtedy? Czy ze wszystkich zainteresowanych mną klubów Blackburn wyglądało na zespół, w którym harmonijnie bym się rozwijał?

Screen Shot 12-11-17 at 10.19 AM

Skład Blackburn w sezonie 96/97. Zajęli 13 miejsce w lidze

Ale pan nawet wylądował w Blackburn.

Poproszono mnie, żebym pojechał. Miałem tak napięty terminarz – ciągle mecze, zgrupowania – wiec zapytałem: czy jak pojadę, dostanę dwa dni wolnego, żeby odpocząć? W Widzewie dostałem informację, że załatwią i że będę mógł na Cypr – zgrupowanie kadry – pojechać dwa dni później. Poleciałem do Blackburn tylko po to, żeby odpocząć od treningów, bo już czułem przemęczenie, zaczynał mnie też pobolewać Achilles. Wyszedłem na trening, pobawiłem się, pokiwałem, wróciłem do hotelu. Przyszli działacze, a ja powiedziałem, że ten klub mnie nie interesuje. Prezes Pawelec podchodził do tego spokojnie, ale Grajewski wariował.

Inter i Milan podobno podeszli do pana tuż po meczu z Atletico.

Z Atletico podchodzili po meczu, ale Grajewski mnie przeganiał, chciał sam rozmawiać. Po Wembley prezes Pawelec mówił, że otrzymał kilka ofert. Marek Koźmiński dzwonił, że jest temat Interu lub Milanu tylko klub chce kosmiczne pieniądze. Ja nie bałem się nikogo i żadnej ligi. Wprost przeciwnie – czasami w swojej sportowej bezczelności chciałem rywala na boisku często ośmieszyć.

Czuje się pan wykorzystany? Do pana kontuzji można było nie dopuścić, ale traktowano pana jak dojną krowę. Wszyscy naciskali, żeby pan grał.

Po prawdzie nie było odważnego, który w tamtym kluczowym momencie powiedziałby: Citko potrzebuje dwa miesiące odpoczynku. Ja sam nie miałem świadomości, ufałem ludziom, dostałem blokadę. Lekarz powiedział, że to lekarstwo.

Kłamał. 

Tak. „Dwa dni bez treningu, potem wszystko będzie dobrze”.

Myśli pan, że lekarz mógł decyzję o blokadzie podjąć samodzielnie, bez wiedzy klubu? 

Paradoksalnie to był lekarz ŁKS-u. Fakt, że jeździli do niego inni piłkarze, czasem pomagało. Nie miałem doświadczenia, chciałem grać za wszelką cenę. Wyskoczyłem do piłki z Górnikiem i myślałem, że ktoś mnie kopną. Odwracam się, a wokół mnie nikogo. Zostałem zniesiony na noszach. Zawieziono mnie szpitala w Łodzi i dzisiaj wiem, że operację wykonano metodami pamiętającymi głęboką komunę, nie mającymi nic wspólnego z nowoczesną medycyną sportową. Uratował mnie dopiero doktor Śmigielski.

Operacja doktora Śmigielskiego trwała siedem godzin.

Mój błąd następny, że pojechałem do Międzyzdrojów na imprezę charytatywną, gdzie odbijałem piłkę na scenie z Marcinem Dańcem. Gdzieś mocniej ruszyłem, zrobił się krwiak. Nie pomogłem. Doktorowi należą się dozgonne podziękowania, że mogłem wrócić do piłki.

Groziło panu w pewnym momencie nawet to, że nie będzie pan chodził.

 Miałem infekcję. Doktor zrobił mi szkielet z plastiku, czekaliśmy, czy Achilles się odbuduje. Dopiero po czasie doktor Śmigielski przyznał, że gdyby nie to, mogłoby się skończyć tragicznie. Gdy wróciłem do jako takiej sprawności, nie wiedziałem, że trzeba odbudować mięśnie, które pod wpływem gipsu, braku treningów, osłabły o trzydzieści procent. Nie miałem szybkości, wytrzymałości, kulałem. Ale czekała cała Polska. Rehabilitacja? Jaka rehabilitacja, powiedz Marek kiedy wracasz? Tylko św.pamięci doktor Wielkoszyński zabierał mnie do Spały, wzmacniał mięśnie , tłumaczył, że trzeba pilnować innych partii mięśni, że to jeszcze potrwa. Wszyscy inni chcieli tylko żebym jak najszybciej wrócił na boisko.

Widzew, delikatnie mówiąc, nie interesował się pana losem w trudnej chwili tak bardzo, jak gdy można było na panu zarobić miliony funtów.

 Leczyłem się na własną rękę. Było minęło, nie chciałbym narzekać na Widzew, z którym przeżyłem tak piękne chwile. Prezes Pawelec zresztą później mi wszystko wyrównał.

 Jedyny plus kontuzji – wtedy poznał pan swoją żonę.

 Nie podpisałem kontraktu z Blackburn, za to podpisałem trochę lepszy kontrakt – małżeński. W każdej sytuacji staram się widzieć  pozytywy. Szkoda czasu na gdybanie. Widocznie Pan Bóg miał dla mnie inny plan.

Screen Shot 12-11-17 at 10.15 AM

Kadry z filmu „Wciąż idę swoją drogą”

Screen Shot 12-11-17 at 10.22 AM

Dziś we współpracy z piłkarzami kładzie pan szczególny nacisk na opiekę medyczną.

Tak. Każdego proszę, aby natychmiast  mnie informował o każdym urazie. Zdrowie jest najważniejsze. Jeden z zawodników mnie nie posłuchał, wziął blokadę, nabawił się poważnej kontuzji, później długie leczenie, ławka rezerwowych i już do formy nie wrócił. Dopóki masz zdrowie, jesteś potrzebny. Jak miałeś trzy miesiące kontuzji, potrzebujesz teraz sześciu miesięcy, żeby wrócić do formy. Nie na boisko, ale do formy takiej jak dawniej. Nie ma czarów, z kontuzją nie ma żartów. Lepiej dwa-trzy tygodnie dłużej odpocząć, niż wrócić za szybko i znowu mieć kłopoty ze zdrowiem. Ta strategia zdaje egzamin. Zachęcam też piłkarzy, żeby trenowali indywidualnie. Praca w klubie nie zawsze jest zadowalająca, zawodnik powinien pracować nad swoimi mankamentami samodzielnie.

 To trener Smuda namówił pana na Legię?

Widzew sprzedawał zawodników, u trenera Lenczyka raz grałem, raz nie. Potrzebowałem impulsu. Działacze Legii bardzo mnie chcieli, pojawienie się Smudy przyspieszyło decyzję.

 Nie miał pan poczucia, że przekracza tabu?

Patrzyłem w tym momencie na siebie. Obiecałem kibicom, że nie odejdę zimą sezonu 96/97 i słowa dotrzymałem. Zostawiłem dla Widzewa całe swoje zdrowie, oddawałem dla niego zawsze serce na boisku. Jak złapałem kontuzję, zostałem sam, nikt się mną nie interesował. Jakbym miał plastikowego Achillesa i nie mógł wrócić do piłki, nikt by o mnie nie pamiętał. Doszedłem do wniosku – kariera jest krótka, mam trudny moment, nigdy nie zapomnę tego co przeżyłem z Widzewem, ale działacze powoli wyciągają wtyczkę, a tam jest trener, z którym osiągnąłem najwięcej. Walczyłem o swój los. Pogodziłem się z tym, że kibice nie będą zachwyceni, choć miałem po cichu nadzieję, że zrozumieją.

Poszedłem na Widzew na pierwszy mecz, gdy przyjechał pan z Legią. Nie zrozumieli.

 Na pewno było mi przykro, że tak zostałem przyjęty. Wiedziałem, że to dla kibiców będzie trudne, ale oddałem Widzewowi wszystko co miałem najlepszego. No trudno, przyjąłem to na klatę, nie będę się kajał, przepraszał. Ale też trzeba zaznaczyć – wtedy to było świeże, górę wzięły emocje. Dziś zawsze jak przyjeżdżam na Widzew jest sympatycznie. Zawsze powtarzam: pamiętaj co było dobre!

Mówiąc o pana karierze zawsze się zapomina, że w 2000 roku wrócił pan. Został wybrany przez kibiców najlepszym piłkarzem Legii rundy jesiennej. Otwarcie o tym, że trzeba dać panu szansę, mówił selekcjoner Engel.

 Robiłem co mogłem, żeby wrócić do optymalnej formy. Odżywki, dieta, ćwiczyłem dodatkowo indywidualnie. Chciałem znowu mieć ten gaz, znowu być najlepszym. Smuda i styl, jaki preferował, też pomagał. I trafił się sezon, gdzie miałem asysty, strzelałem fajne bramki, szybkość wracała. A potem przyszedł Okuka.

Screen Shot 12-11-17 at 10.24 AM

Źródło: 90minut.pl

Okuka pana zabił.

 Jak Okuka przyszedł, zaczął się antyfutbol, toporne granie z lat osiemdziesiątych. Bieganie, bieganie, bieganie, długa piłka. Przestałem grać. Wyjechałem do Izraela i znowu miałem bardzo dobrą rundę. Bramki, asysty, akcje jak za najlepszych lat. Przychodziłem do drużyny, która zajmowała dziesiąte miejsce, a na dziesięć  meczy wygraliśmy osiem. Wróciłem do Polski pewny siebie, pewny swojej formy. Czułem, że wystarczy mi trzydzieści minut w lidze, żeby zrobić taki show, że kibice sami się o mnie upomną. Powiedziałem do Okuki, że nie boję się uczciwej konkurencji ale jeśli nie ma na to szans, niech powie wprost, poszukam sobie innego klubu. Nie wyglądało to tak źle, bo przynajmniej Okuka zaczął mnie wpuszczać, ale przyplątała mi się drobna kontuzja stawu skokowego. Po kilku tygodniach ją wyleczyłem, wróciłem do treningów, ale u Okuki wracało się przez drugi zespół. Wygrywaliśmy po 11:0, 8:0, strzelałem po trzy bramki, ale już go nie interesowałem.

Gdyby nie Okuka, wróciłby pan do formy z najlepszych czasów?

Myślę, że tak. Gdzie nie wyjechałem wtedy, wracałem do dobrego grania. W Legii to kibice wybrali mnie piłkarzem rundy, słowa Engela też pokazują, że sobie tego nie wymyśliłem. 

Wyjechał pan do Szwajcarii i znowu się odnalazł. 

Uwielbiali mnie kibice. Strzelałem bramki, miałem  asysty, wykonywałem karne i podpisałem nowy lepszy kontrakt na 2 lata.Do Aarau chciano tez ściągnąć  jeszcze dwóch Polaków, na testy przyjechał Roberta Dymkowskiego, ale trener wszystkich testowanych odrzucał .Wziął później piłkarzy ze stajni swojego  brata i na nich stawiał. Ja miałem akurat operację Konrada, więc spóźniłem się na okres przygotowawczy. Odstawił mnie. Postanowiłem pojechać na testy do Bielefeldu. Grałem fajnie, nawet gola z przewrotki strzeliłem, ustaliliśmy kontrakt, już wybierałem sobie klubowy samochód. I nagle Daniel Bogusz, który grał w Arminii, poinformował Piotra Wołosika, że tu jestem. Wołos napisał duży artykuł i na drugi dzień dzwoni do mnie mój menadżer, że dwóch ludzi z Polski zadzwoniło do dyrektora sportowego Arminii i opowiadało, że jestem po ciężkiej kontuzji i mam ciężki charakter. Wystraszyli go, temat upadł. Wróciłem do Aarau, trener zaczął przegrywać, więc znowu byłem mu potrzebny, zacząłem grać i utrzymaliśmy się. Znowu chcieli mnie zatrzymać, ale odszedłem. Paradoksalnie ten trener potem chciał mnie w FC Zurich, ale już byłem jedną nogą w Cracovii. Do grudnia fajnie to wyglądało, ale później trener Stawowy widział mnie i Piotrka Świerczewskiego na ławce, wolał stawiać na chłopaków, z którymi robił awans z III ligi. Kolejny raz więc ten schemat: gram, dochodzę do formy, a później, gdy jestem o moment przed nabraniem wiatru w skrzydła, kłopoty. W Polonii utrzymalibyśmy się, gdyby nie Arka i Łęczna które wiadomo w jaki sposób się utrzymały. Nie udało nam się wrócić sezon później. Mogłem zostać w Polonii, miałem propozycję z Jagiellonii, ale uznałem, że nie mam ochoty dalej się kopać. Skończyłem karierę.

Dużo udało się zaoszczedzić na życie po życiu?

Jeśli człowiek nie wyjedzie grać do mocnej ligi zagranicznej, w Polsce aż tak dużo się nie odłoży. Niemniej pewne inwestycje w nieruchomości zrobiłem, odezwała się też żyłka biznesmena, zainwestowałem w hurtową sprzedaż odzieży. W międzyczasie zrobiłem licencję menadżerską i znalazłem nowy sposób na siebie.

Czyli nie było dołka po karierze.

Nie. Miałem 33 lata. Dzieci szły do szkoły, budowałem dom. Mogłem wreszcie spędzić  więcej czasu z rodziną, miałem w końcu wolne weekendy, ferie, wakacje. Rozsmakowałem się w normalnym życiu. Momentalnie przytyłem. Grille, wesela, chrzciny, urodziny – wreszcie nie kolidowały z meczami. Piłki w ogóle mi nie brakowało. Na pewien czas odłożyłem sport na bok, ale wróciłem i zakochałem się w tenisie ziemnym.

W ogóle nie tęskni pan za boiskiem? 

W ogóle. Gdzie coś zagrałem, zaraz bolał mnie przywodziciel, ktoś mnie kopnął albo naciągałem mięsień. Już dość się po boisku nabiegałem. W tenisa od trzech lat gram systematycznie, to piękny sport.

Na bilard też jest znowu czas?

 Nie, ale jak gdzieś jesteśmy to proponuję, że mogę grać jedną ręką, a druga osoba normalnie i udaje się wygrać.

 Jakie rady daje pan zawodnikom, których prowadzi?

 Czy grasz czy nie, zawsze trenuj z tak samo z wielką koncentracją, bo zawsze musisz być przygotowany na szansę. Każdy piłkarz taką dostanie. Ale ona potrafi pojawić się nagle, znikąd, a jeśli ostatnio odpuszczałeś, marudziłeś, obrażałeś się na cały świat, przepadnie. Nie marudź więc, tylko cierpliwie czekaj. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Trudne momenty są potrzebne. Porażki uczą więcej niż sukcesy. Wiem to po swoim przykładzie, miałem dołek na początku, gdy wszystko łatwo mi przychodziło. Wyróżniałem się, miałem wszędzie skład w każdej drużynie, do której trafiałem. Z Jagiellonii na konsultacje do reprezentacji pojechało sześciu. Pięciu pojechało na Mistrzostwa Europy, ja nie. Bolało. Gdy wracałem do domu pociągiem, płakałem pół drogi. Powiedziałem sobie – ja wam pokażę. Tak zacznę pracować , że będę najlepszy w Polsce. Innym razem byłem na konsultacji u trenera reprezentacji U-16 Zamilskiego, który jest niezwykle wymagający wobec zawodników. Chciałem się pokazać, kiwałem cały czas. W przerwie meczu trener powiedział:

 – Słuchaj, tak to ty sobie możesz grać między śmietnikiem a trzepakiem. 

Też mnie odsunął. I znowu zareagowałem na zasadzie: ja ci jeszcze pokażę. 

 Jaką rolę odgrywa w życiu szczęście?

 Nie wiem czy w ogóle istnieje. Szczęście to umiejętność, wiedza. Jak ktoś strzela i piłka odbija się od słupka, a potem wpada do siatki, to przecież umiejętność. Inny strzela i piłka leci 2 metry od słupka, a potem słyszę, że zabrakło trochę szczęścia przy tym strzale. Uważam, że szczęście często  służy jako alibi. Brakło szczęścia i przegraliśmy – nie mogę tego słuchać. Bardziej zabrakło koncentracji, umiejętności, pewności siebie itd. Czasami tzw. pech po czasie okazuje się szczęściem i na odwrót. Czy jak Legia nie chciała kiedyś Lewandowskiego to miał pecha czy szczęście?

 Czyli nie powie pan, że w życiu miał pecha?

 Nigdy. Brakło wiedzy medycznej w klubie, świadomości u mnie, byłem też zbyt naiwny. Błąd to nie pech! Swoim piłkarzom zawsze tłumaczę – nie potrzebujesz szczęścia. Potrzebujesz wiedzy, poprawy swoich mankamentów i pewności siebie.

Nic by pan w swoim życiu nie zmienił?

 Nie rozpatruję swojego życia w kategoriach gdybania. Nie da się mieć wszystkiego. Ilu dobrych sportowców marzy o kadrze, a nigdy w niej nie zagra? Ja zagrałem. Przeżyłem piękne chwile. Zawsze mówię – miałem swoje dwie minuty, bo pięć to za długo. Jestem szczęśliwym człowiekiem i na nic nie narzekam. Jak czasem dzieci marudzą mówię im: masz dwie zdrowe ręce i nogi to się ciesz. Naprawdę. Kto nie wierzy, niech sobie podwinie rękę lub nogę i tak tydzień pochodzi. Niedoceniany tego, co mamy. Nauczyłem się tego, gdy chodziłem o kulach. Moim marzeniem wtedy było chodzić gołą stopą po trawie. W ogóle nie myślałem o grze, tylko marzyłem, żeby samemu, bez kul, przejść się po trawie.

Dziś jakie ma pan marzenia?

 Nie mam. Nie śni mi się, żeby być menadżerem Ronaldo lub Messiego. Cieszę się każdym dniem. Chcę być dobrym człowiekiem – choć nie jest łatwo – i osiągnąć życie wieczne. Dzieciaki są zdrowe, pilnuję swojej pracy, dbam o rozwój swoich piłkarzy. Teraz zaangażowałem się w inicjatywę Drużyny Energii. To ważne, żeby młodzież zachęcić do sportu, odciągnąć nieco od smartfonów, komputerów. Jestem przerażony plagą zwolnień z w-fu. Sztuczne murawy to też jest nieszczęście dla młodzieży. Zbierają mikrourazy, których w pierwszej chwili się nie odczuwa, ale po latach mogą wyjść, właśnie u progu seniorskiej kariery. Gdzieś czytałem, że maksymalnie można dwie-trzy godziny w tygodniu na czymś takim trenować, przy większych obciążeniach zaczyna robić się problem. A przecież wszystkie orliki to właśnie takie boiska. Nie jest dobrze. Całe pokolenie może mieć w przyszłości przez brak ruchu problemy. To jest front walki o ich zdrowie, czego sami teraz nie doceniają. Dzieciom trzeba przypominać o sporcie przez takie bodźce. Może raz pomyśli – kurde, nie chce mi się. Za drugim znowu tak będzie, ale za trzecim – ale fajnie, i ktoś złapie bakcyla na całe życie. Poza tym Drużyna Energii to też szansa dla dzieciaków z mniejszych szkół, żeby się pokazały. Może ktoś ich zauważy? Może gdzieś zacznie się fajna kariera?

Energa-ambasadorzy-835x420

Po co panu było zamieszanie z Jakubem Meresińskim?

 Oszukał nie tylko mnie, ale też innych ludzi, dostałem olbrzymią nauczkę. Miałem trochę klapki na oczach. Pochłonęło mnie pragnienie zarządzania klubem. Ale nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi. Ja zawsze byłem człowiekiem czynu, chciałem realizować nowe pomysły, nie bałem się zaryzykować. Nie będę się teraz biczował całe życie, rozumiem swój błąd, ale wycofałem się z tego w odpowiednim czasie. Winnych dookoła nie szukam, biję się w pierś, że zaufałem komuś, kogo nie sprawdziłem do końca. Cieszę się, że klub udało się uratować, funkcjonuje, dalej się rozwija.

Czyli marzenie jednak jest – zarządzać klubem.

To prawda, chciałbym tego, ale to nie jest tak, że myślę o tym codziennie. Mam z tyłu głowy wizję, wiem jak prowadzić, jak zarządzać, a nawet jaki sztab ludzi chciałbym widzieć, również od spraw medycznych.

To jaka byłaby pana wizja? 

Oparta na ciężkiej pracy. Piłkarze w Polsce powinni trenować co najmniej kilka godzin dziennie. Dzisiaj wszystkiego można się nauczyć. Nie umiesz wrzucić? Zrób tysiąc powtórzeń w tygodniu.. Medycyna i analiza wysiłku jest dzisiaj na tyle zaawansowana, że można dopasować obciążenia, a zapewniam – nikt nie dbałby o to uważniej, niż ja. Ale współczesny piłkarz nie może nie umieć przyjąć, podać i strzelić obiema nogami. Trzeba chcieć się rozwijać. Dobry przykład to Jarek Niezgoda. Przechodząc z Wisły Puławy dwa tygodnie w grudniu pracował, żeby przygotować się na obóz u Czerczesowa. I dał sobie radę, trenuje indywidualnie, wzmacnia się. Bardzo wierzę w indywidualne treningi, bo każdy zawodnik potrzebuje czegoś innego. Ten co ładnie wrzuca, niech potrenuje strzał. Ten co strzela niech pójdzie w drybling. Dziś są  wszelkie warunki, by pracować systemowo nad wszechstronnym rozwojem zawodnika.

Ale w polskiej piłce zawodnicy potrafią dostać zakaz od trenera na zostawanie po treningu.

 To jest smutne, ale rozumiem ,że trener nie zna dnia ani godziny. Skoro w każdej chwili może być zwolniony, skoro jeden, dwa przegrane mecze mogą wyrzucić go z posady, to jak ma myśleć o długofalowej wizji? Co go interesuje rozwój zawodnika? Ważne, żeby nie był przetrenowany na najbliższą sobotę. Ale to zawodnik sam powinien czuć odpowiedzialność za swój rozwój. Wszystko można wypracować, nie róbmy z umiejętności piłkarskich czarnej magii, trzeba tylko chcieć. Spójrzmy na Roberta Lewandowskiego i jego rzuty wolne. Człowiek jest nieograniczony. Nie trzeba w piłce mieć wielkiego talentu. Trzeba mieć charakter, świadomość i ciężko trenować.

Rozmawiał Leszek Milewski

Ponarzekaj na autora, że znowu o Citce

Fot główne: znalezione na Pinterest.com. Autora proszę o kontakt na [email protected]

KOMENTARZE (30)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Ariel Bumerang
Legia Kaiserslautern Wołga Lechia Legia QPR Lechia QPR Lechia

Nie wpierdalam się w życie Citki

kotmp

Odnośnie wiary, znalazłem ciekawą filozofię:
Buddyzm pochodzi od nauk Shakyamuniego (Gautama Siddartha), historycznego założyciela Buddyzmu, który urodził się około 2,500 lat temu w miejscu, gdzie obecnie jest Nepal.
Shakyamuni z pochodzenia był księciem, który zrezygnował ze swego królewskiego życia aby wejść na ścieżkę duchowych poszukiwań w celu znalezienia sposobu na przerwanie ludzkiego cierpienia. W rezultacie, podczas głębokiej medytacji, doświadczył całkowitego przebudzenia, czyli oświecenia – głębokiego, współodczuwającego zrozumienie życia i ludzkiej natury.
Shakyamuni, zgodnie z tradycją, podróżował przez prawie czterdzieści lat po całym subkontynencie Indyjskim dzieląc się z innymi swoją oświeconą mądrością, promując pokój i nauczając ludzi w jaki sposób mogą wydobyć z własnego życia wielki potencjał . Stał się znany jako Budda, czyli „człowiek oświecony” . Jego nauki były zapisywane jako sutry i szerzone w całej Azji, dając początek powstawaniu wielu różnych szkół buddyjskich, które ogólnie charakteryzują się tym, że kładą nacisk na pokój i współodczuwanie.
Buddyzm jest praktyczną filozofią, która ma na celu obudzić ludzi do świadomości, że posiadają w sobie nieograniczony potencjał i że ich własne życie jest wartościowe. Praktykowanie Buddyzmu daje pozytywną przemianę w głębi indywidualnego życia, zmianę lęku w odwagę, iluzoryczną impulsywność w mądrość, egoizm w empatię.
Buddyzm zaczyna się w momencie kiedy ludzie podejmują decyzję by wziąć we własne ręce odpowiedzialność za swoje życie, by przede wszystkim zmienić siebie samego i podjąć działanie aby zmienić na lepsze swoje najbliższe środowisko i relacje z innymi ludźmi, a następnie stopniowo rozszerzać swoją mądrość, odwagę i współodczuwanie na szerszą skalę.
Praktyka buddyjska prowadzi do wzmocnienia wiary we własne siły i do wewnętrznej przemiany inaczej „rewolucji osobistej”, która umożliwia każdej pojedynczej osobie wzięcie odpowiedzialności za własne życie i przyczynienie się do budowania świata, w którym ludzie pochodzący z różnych kultur i grup religijnych, mogą żyć w pokoju.
Buddyzm działa na rzecz pokoju, kultury i edukacji w oparciu o wiarę w twórczy potencjał człowieka oraz poszanowanie godności życia. Buddyści starają się zaszczepić kulturę pokoju przez podnoszenie świadomości i uwrażliwianie innych oraz tworzenie więzi obywatelskich.
Buddyzm kładzie nacisk na głębokie powiązanie pomiędzy szczęściem osobistym, a szczęściem innych osób. Największa osobista satysfakcja i spełnienie w życiu osiągane są poprzez pracę dla szczęścia innych ludzi. Każda osoba, bez względu na płeć, rasę, umiejętności czy status socjalny posiada siłę aby podjąć nieuniknione, życiowe wyzwania, po to by rozwijać twórcze życie o wielkiej wartości i wpływać pozytywnie na swoje otoczenie, społeczność i tym samym na świat.

Notable members of the Soka Gakkai International include:
Adewale Akinnuoye-Agbaje – British-Nigerian actor best known for his roles on television, including Lost, Oz, and Game of Thrones[60]
Anne Louise Hassing – Danish actress[61]
Belinda Carlisle – American singer best known as the lead singer of The Go-Go’s[62]
Brenton Lengel – American playwright and anarchist[63]
Buster Williams – American jazz bassist[64]
Cheryl Boone Isaacs – American film executive and the first African-American president of the Academy of Motion Picture Arts and Sciences[65]
Christine Rankin – Former head of the New Zealand Ministry of Social Development and politician[66]
Claire Bertschinger – British nurse whose work inspired the formation of Live Aid and Band Aid (band)[67]
Courtney Love – American musician, songwriter, actress, and artist[68]
Craig Taro Gold – American author, entrepreneur, actor, singer-songwriter, producer, and philanthropist[69]
The Taplow Court SGI centre in Buckinghamshire, England
Duncan Sheik – American singer-songwriter and composer[70]
Hank Johnson – United States Congressman for Georgia’s 4th congressional district[71]
Herbie Hancock – American jazz pianist, keyboardist, bandleader, and composer[72]
Howard Jones – English musician, singer and songwriter[73]
James Lecesne – American actor and writer of the Oscar-winning Trevor (film), co-founder of The Trevor Project[74]
John Astin – American actor best known for playing Gomez Addams on The Addams Family[72]
Mariane Pearl – French freelance journalist and former columnist and reporter[75]
Néstor Torres – American jazz flautist[72]
Nick Jago – British drummer known for being a former member of Black Rebel Motorcycle Club[76]
Orlando Bloom – British actor known for his roles in film, including The Hobbit trilogy, The Lord of the Rings trilogy, and Troy[77]
Orlando Cepeda – American former Major League Baseball first baseman and member of the National Baseball Hall of Fame and Museum[78]
Patrick Duffy – American actor best known for his roles on television, including Dallas and Step by Step[72]
Roberto Baggio – Italian footballer and member of the FIFA World Cup Dream Team[79]
Sabina Guzzanti – Italian satirist, actress, and writer[80]
Shan Serafin – US film director, screen writer and novelist[81]
Shunsuke Nakamura – Japanese soccer player, midfielder for the Scottish team Celtic F.C.[82]
Steven Sater – American playwright, lyricist and screenwriter best known for Spring Awakenings[83]
Suzanne Vega – American folk singer-songwriter[84]
Tina Turner – American-Swiss singer, dancer, actress, and author[85]
Vinessa Shaw – American actress[86]
Wayne Shorter – American jazz saxophonist and composer[87]

Tadżyk

[komentarz usunięty]

Janis Biodro
Dupa i ortografia.

Klękać przed kobietą?? Bez jaj! Jakie to upokarzające. Nie promujmy wypaczonych wzorców. Na sprawie rozwodowej też tak będziecie wszyscy klękali błagając żonkę o litość, żeby zabrała jak najmniej? Mogłeś sobie darować tę fotkę Leszku i nie robić przypału Citkemu.

Janis Biodro
Dupa i ortografia.

Citkowowi*

Janis Biodro
Dupa i ortografia.

Citkaczemu*

Janis Biodro
Dupa i ortografia.

Kurwa, nie wiem jak się odmienia to nazwisko, ale i tak szacunek dla mordeczki.

Sebastian Ro(L)ewski
kup pan cegłę

>Tak to ty sobie możesz grać między śmietnikiem a trzepakiem

jeden z najbardziej rakogennych cytatów polskiej piłki idealnie opisujący mentalność naszych trenerów.

marek123333

widzę, że niestety pan typowy redaktor Milewski jest na bakier z ortografią, ale wywiad dobry

fronda

Super piłkarz i spoko człowiek.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

LOBO

Prędzej idiotą nazwę kogoś kto chciałby się wpierdalać w życie innych, tak jak ty to robisz. W związku z tym jesteś idiotą.

baran

No i proszę tylko o porównanie aktualnego składu Jagiellonii z możliwościami regionu podlaskiego jeśli chodzi o wyszkolenie kilku/kilkunastu piłkarzy. Gra tam jakiś wychowanek lub zawodnik z Podlasia? Wszyscy do Belgii wyjechali sprzątać biurowce i robić remonty? Tu chyba nawet Energa nie pomoże., jeśli Czarek będzie nadal zarządzał klubem.

kolor100

Dobry wywiad

Gino Lettieri aka Zauberer
Wir spielen ohne Torwart!

Marek Citko był symbolem stanu polskiej piłki w tamtym czasie. Chłopak, który tak naprawdę miał kilka miesięcy znakomitej gry (potem przyszła kontuzja i w zasadzie było po wszystkim – równia pochyła) stał się prawdziwym bożyszczem narodowym. Jego bramki, w przegranych przecież meczach, ludzie cenili wyżej niż olimpijskie medale Renaty Mauer. Tak bardzo byliśmy wtedy głodni sukcesów piłkarzy. Taki był stan naszej kopanej w społecznym odbiorze. Oczywiście dziś może nas to dziwić, bo przecież nasze drużyny grały wtedy w Lidze Mistrzów. Kto mógł przypuszczać, że następnym meczem naszej drużyny w Lidze Mistrzów będzie 0:6 sprzed roku?
Mizeria była przede wszystkim na arenie reprezentacyjnej i to polskiego kibica bolało bardzo. Kadra regularnie dostawała bęcki i cierpieliśmy na deficyt piłkarskich gwiazd. Citko miał się stać kimś, kim dziś jest Robert Lewandowski. Polskim towarem eksportowym, piłkarzem, z którego będziemy dumni. Każdy chłopiec na podwórku, który kopał gałę, chciał być Citką! A potem? Cóż…
Samego Marka bardzo szkoda, bo talent miał niesamowity i do dziś można się zastanawiać co by było, gdyby wyjechał za granicę, a okazja była…

bastion79
KS Milan

Mów za siebie trenerze. Ja nie chciałem być Citko i moi koledzy z osiedla też. Widzewiakiem? Poniosło…

Baton

U mnie w tamtych czasach na osiedlu/grach na stadionie miejskim/grach na boisku w szkole, to zdecydowanie Ronaldo/Del Piero. Natomiast ja zawsze i wszędzie Shearer.

FC Bazuka Bolencin

Zdecydowanie tak było. U mnie sporo znajomych z podwórka zapatrzonych było także w Beckhama czy Batistutę.

Gino Lettieri aka Zauberer
Wir spielen ohne Torwart!

Nie mówię za siebie, bo byłem za stary by się bawić w „bycie Citką”, opowiadam raczej o tym co widziałem i co mi się z okolicznych podwórek zapisało w pamięci. Tam, gdzie się wychowałem, nie było genetycznego obrzydzenia do Widzewa, nie było też zresztą obrzydzenia do żadnego klubu. W moim środowisku dominowały raczej indywidualne sympatie i antypatie. Osobiście w lidze kibicowałem klubowi z mojego miasta, ale przeważnie „walczyliśmy o spadek”, więc w walce o majstra zawsze jakoś wspierałem Legię. Wtedy wielką dwójką tworzyła właśnie ona i Widzew.
Jedną rzecz jednak podkreślę. Choć wolałem wojskowych, gdy nadeszła dominacja Łodzian, szaleńczo trzymałem za nich kciuki w LM. W końcu nasi grali. Nie wiem, czy wtedy się inaczej myślało niż dziś (mam na myśli szaleńczą antypatię między klubami, łącznie ze złorzeczeniem im w europejskich rozgrywkach), czy raczej dziś, dzięki szerokiemu dostępowi do mediów (głównie społecznościowych) po prostu doskonale widać to, co kiedyś się tak w oczy nie rzucało (głównie na stadionie). Inna sprawa, że nie żyłem w bardzo kipiącym emocjami piłkarskimi mieście, które na przykład miałoby klika, zwalczających się kibicowsko, klubów. Ciężko mi zatem się do tego odnieść. Życie w takim mieście jak moje, a powiedzmy w Łodzi, Krakowie czy nawet Warszawie… Tego się nie da porównać.
Rany przepraszam, nieco mnie na wspomnienia chwyciło i odpłynąłem.

bastion79
KS Milan

Luzik arbuzik. Co do Widzewa, to zaszczyt było mieć takiego przeciwnika. Porażka bolała okrutnie, ale jak zwycięstwo smakowało!

janekhh

irytuja mnie pilkarze z tamtych czasow. wszyscy bez wyjatku mowia teraz o diecie i profesjonalizmie- a sa pokoleniem alkoholu i wielkiego ego. potem oczywiscie wine ponosza kontuzje i przede wszystkim obrazalscy trenerzy. uosobienie zmarnowanej dekady polskiego futbolu.

citko tylko raz przekroczyl 5 goli w sezonie, w pamietnym 96/97. kontuzja przydarzyla mu sie w szczytowym momencie wiec mozna gdybac co by bylo bez niej ale umowmy sie- nawet w prime zalapal sie tylko na 4 mecze kadry o punkty. 1 zwyciestwo, 1 remis i 2 porazki.

inna sprawa jaka dzicza byly w polsce lata 90…

Baton

Typowy gość z ówczesnej, naszej ligi, tzn. napastnik, który nie strzela goli ;). W karierze klubowej to strzelił znacznie mniej, niż Lewy w ciągu 1 sezonu.

Janusz Ekspert

przy okazji miał też drybling i wizję gry, o jakich Lewy może tylko pomarzyć, mimo, że mamy XXI wiek i Robert trenował w swoim życiu 10 razy więcej w 10 razy lepszych warunkach u 10 razy lepszych trenerów.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

qdlaty81
WIDZEW

Marek dzięki za Atletico i LM.
Widzew nigdy nie zapomni

cinek882

Idol dzieciństwa. Magiczny numer 6! Szkoda że zerwał wiązała w szczycie formy innym razem by był gwiazdą na poziomie Lewandowskiego

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

FC Bazuka Bolencin

I pomyśleć, że jako młody łebek po przygodach Legii i rok później Widzewa w LM, łudziłem się że już co roku polskie kluby będą miały okazję toczyć boje w tych rozgrywkach.

piotrz

Redaguje Wam ktoś te teksty ? „Kopną”??????

wpDiscuz