Image and video hosting by TinyPic
Jeśli ktoś narzeka na błahostki, to zapraszam do a-klasy
Weszło

Jeśli ktoś narzeka na błahostki, to zapraszam do a-klasy

Prowadzisz klub w a-klasie, jesteś pasjonatem z ambicjami, ale obawiasz się, że nikt tego nie dostrzeże? Niewykluczone, że masz rację i nie warto się łudzić, ale historia Adriana Stawskiego pokazuje coś zupełnie innego. Że można. Nigdy nie grał w piłkę na poważnym poziomie, jeszcze kilka lat temu prowadził Uranię Udorpie i martwił się, czy na treningu będzie woda. Dziś pracuje w pierwszoligowej Drutex-Bytovii Bytów, z którą doszedł do ćwierćfinału Pucharu Polski, gdzie postawił się Legii. Pogadaliśmy głównie o tej drodze. Czym zaimponował władzom Bytovii? Co trener z a-klasy robił na stażu w Borussii Dortmund? Czy Paweł Janas się wpierdala? Zapraszam. 

Nie może pan tego pamiętać, ale spotkaliśmy się już kilka lat temu. Ja byłem „piłkarzem” Iskry Dretyń, a pan trenerem a-klasowej Uranii Udorpie. Długą drogę pan przebył. 

Piękne czasy! Pieniędzy nie było, nie starczało nawet na wyjazdy, więc ładowaliśmy się we własne samochody, ale atmosferę mieliśmy świetną. To była bardziej zabawa niż poważne zajęcie, choć z drugiej strony – wszystko było tam na mojej głowie. Trzeba było na przykład dopilnować skoszenia boiska, namalowania linii, a czasami samemu wskoczyć na traktorek. Do tego część spraw formalnych, byłem też przez pewien czas grającym trenerem. Z Uranią zrobiłem awans do okręgówki, ale w końcu podziękowałem.

Wyczuwam jednak pewną nostalgię.

Oczywiście, zawsze będę podchodził do tego z sentymentem. W głowie zostało mi to, w jaki sposób ci chłopcy łączyli szkołę czy pracę z treningami. Przychodzili na tyle licznie, że moi koledzy trenerzy z Bytowa pytali się, czy daję im na jakąś pizzę. Warunki mieliśmy trudne, ale frekwencja była. To cieszyło mnie najbardziej. Do dziś, gdy tylko mam możliwość, pojadę sobie tam na jakiś mecz, ich trenerem jest legenda Bytovii, Rysiek Mądzelewski. Za dużo się nie zmieniło. Po spotkaniu chłopacy siedzą, bawią się, jak jest ciepło, to rozpalają jakiegoś grilla. Po pierwsze – widać pasję, po drugie – atmosfera jest bardzo rodzinna.

Gdy popatrzymy na ekstraklasę i pierwszą ligę, z dwóch względów jest pan wyjątkowym trenerem.

Niech zgadnę. Bo oprócz ekstraklasy i b-klasy pracowałem na każdym poziomie?

Nie o to chodziło. A skąd taki pomysł?

Gdy przejmowałem zespół Bytovii i moim zadaniem było uratowanie go przed spadkiem, to powiedziałem sobie jedno: „teraz albo ekstraklasa, albo b-klasa”. Doskonale wiedziałem, że jak zlecimy z pierwszej ligi, to mogę wylądować tam, gdzie jeszcze nie pracowałem, czyli na samym dole. Na szczęście udało się wykonać zadanie. Co prawda dopiero po barażach, ale w miarę szybko, choć graliśmy z niezłym zespołem prowadzonym przez bardzo dobrego trenera.

Pana wyjątkowość wynika jednak z tego, że – po pierwsze – jest pan trenerskim wychowankiem. To u nas bardzo rzadka praktyka.

No tak. Zaczęło się od pracy w rezerwach, z którymi awansowałem do IV ligi. Później pracę tę dzieliłem z byciem asystentem u Waldemara Walkusza na poziomie trzeciej i drugiej ligi. Gdy został zwolniony, poprowadziłem drużynę w jednym meczu, a później pracowałem dla trenera Janasa. On kazał mi zdecydować – albo rezerwy, albo bycie częścią jego sztabu. Później jeszcze dwa lata u trenera Kafarskiego. Miałem się od nich uczyć.

Ale przychodząc do Bytovii w 2010 roku, w ogóle zakładał pan scenariusz, według którego może się to skończyć prowadzeniem pierwszej drużyny? A może ta pana ścieżka rozwoju była wręcz z góry jasno określona?

Nigdy o tym nie myślałem, bo to nie mój styl. Zawsze bardzo mocno skupiam się na pracy, którą aktualnie mam do wykonania.

Ale tak szczerze. 

Z ręką na sercu! Gdy przychodziłem do klubu, mieliśmy tu taką swoją galę, na której trener Walkusz wręczał Oscary. Wtedy nasz menedżer, Rafał Gierszewski, powiedział do Walkusza: „zobaczysz, to będzie nasz przyszły trener”. Pomyślałem sobie, że plecie głupoty, bo przecież ledwo co trafiłem do klubu i skupiłem się na robocie. Ale z jednej rzeczy jestem szczególnie zadowolony.

Jakiej?

Z tego, że mam świetny kontakt z wszystkimi trzema trenerami, dla których pracowałem jako asystent. Trzeba być lojalnym, a widzimy, że niektórzy mają z tym problem.

Można rzucić przykładem trenera Węglewskiego. 

No właśnie. A ja mogę pochwalić się tym, że z całą trójką szanujemy się, lubimy i jesteśmy w kontakcie. Pawła Janasa uważam wręcz za swojego trenerskiego ojca, bo naprawdę bardzo dużo mi pomógł. Również wtedy, gdy na początku samodzielnej pracy mi nie szło. Ale wierzył we mnie. No i polecił mi profesora Jastrzębskiego, który kiedyś pracował z kadrą. To on pomógł nam naprawić zespół w trudnym momencie i współpracujemy do dzisiaj.

Dla setek trenerów, którzy pracują w niższych ligach, ale mają swoje ambicje, może uchodzić pan za wzór. Pana historia pokazuje, że taka droga nie jest zamknięta dla nikogo. 

Na pewno. Może to i banał, ale powiem, że recepta jest tylko jedna – ciężka praca. Kto mnie zna, ten wie, że jestem tytanem pracy. W Bytowie w pewnym momencie prowadziłem drugi zespół, byłem asystentem, do tego koordynowałem i pomagałem przy szkółce, a także współtworzyłem szkołę mistrzostwa sportowego przy klubie, która funkcjonuje do dziś. Gdy zostawałem asystentem u trenera Janasa, usłyszałem, że mam pół roku, by pokazać mu, iż warto ze mną pracować. Po tym czasie zapytałem, czy zostaję. Dostałem burę, że mam nie zadawać głupich pytań.

Dlaczego wybrano akurat pana?

Nie wiem. Oferty z Bytovii miałem już wcześniej, ale dałem słowo w tej mojej Uranii. A u mnie to jest droższe od pieniędzy. Nie chciałem zawieść tych ludzi, którzy powierzyli mi drużynę, a wcześniej juniorów. Do tego dochodził taki wątek, że trenerem rezerw był mój kolega, Tomek Mielewczyk. Trochę niezręcznie było przejmować po nim zespół. Bardzo cenił sobie tę pracę, a tutaj z jakichś względów nie chciano z nim już współpracować. Gdy odmówiłem, został jeszcze na pół roku. Później prezes powiedział wprost: „Tomka i tak już nie będzie, bo jeśli nie zastąpisz go ty, to zrobi to inny trener”. To była moja ostatnia szansa, z której skorzystałem.

Czytałem jednak na stronie bytoviahpu.pl, że pana przygoda z klubem zaczęła się od kłótni. 

Tak, bo pracując w Uranii Udorpie chciałem pozyskać Kamila Grabowskiego, piłkarza Bytovii, który dodatkowo pracował w Druteksie. Zaproszono mnie wtedy do Bytowa na zarząd. Było tam z dwanaście osób, którym wyłożyłem sprawę. Chłopak też chciał tego transferu, bo w Bytovii nie grał, a oni się nie zgadzali i zaczęli rzucać kwoty z kosmosu. Powiedziałem:

– Tak czy inaczej, on będzie u mnie i grał.

I wyszedłem.

Trzasnął pan drzwiami?

Nie, bo rodzice nauczyli mnie kultury. Ale te sumy, które zostały rzucone, były trochę absurdalne, więc można było się zirytować. Później usłyszałem, że Rafał Gierszewski powiedział wtedy: „ten człowiek musi dla nas pracować”. Czyli – wracając do pana pytania – może spodobało się to, że tak walczyłem za swój mały klub? Nasz budżet wynosił dziesięć tysięcy złotych, więc nie mogliśmy zapłacić lokalnej potędze za piłkarza. Postudiowałem przepisy i było zdziwienie, ale udało mi się wyciągnąć go innym sposobem. A Grabowski grał u nas tak dobrze, że w dużej mierze dzięki niemu zrobiliśmy awans do okręgówki.

W jaki sposób jako trener z malutkiego Udorpia wylądował pan na stażu w Borussii Dortmund?

Mój przyjaciel z Niemiec to zagorzały kibic BVB. Na każdym meczu jest na Sudtribune i dopinguje, ma też znajomości w klubie. Trenerem był Bert van Marwijk, który później zdobył wicemistrzostwo świata, w drużynie był Ebi Smolarek, a mój tygodniowy staż kończył się meczem z Sigmą Ołomuniec w Pucharze Intertoto. Czyli to było bardzo dawno temu. Pamiętam wchodzącego do drużyny Nuriego Sahina – miał bodaj 17 lat, ale już było widać, że to kawał piłkarza. Najlepsze było to, że tam nie liczyło się, że przyjechał trener z a-klasy, nie było oglądania przez płot. Można było popatrzeć na pracę takiego klubu naprawdę z bliska. Nie wpuszczono mnie bodaj na tylko jeden trening taktyczny. Nie wiem, co im powiedział ten mój kolega, ale było bardzo dobrze. Teraz również miał mi pomóc, ale aktualnie klimat wokół klubu i trenera Bosza nie jest zbyt ciekawy.

Druga sprawa, która wyróżnia pana wśród innych trenerów jest taka, że prawie w ogóle nie grał pan w piłkę.

Nie grałem, bo okręgówka czy a-klasa to bardziej kopanie. A trener Janas zawsze się śmiał, że grają to w reprezentacji albo w Hiszpanii. Dla mnie to była tylko zabawa. Bardzo szybko dali mi zespół juniorów do prowadzenia. Niedawno rozmawiałem z prezesem, który podjął tę decyzję i powiedział mi coś takiego:

– Bo ja już wtedy wiedziałem, że ty będziesz trenerem! Kurde, jak jeździłeś na te szkolenia i staże, to ja się z ludźmi o to zakładałem. Kpili sobie, że tyle się napracujesz, a co najwyżej czwartą ligę dostaniesz, a ja mówiłem, że jeszcze się zdziwią.

Widzi pan – wizjoner! W czwartej lidze pracowałem, bo sam wprowadziłem tam rezerwy, ale na tym się nie skończyło.

Nie miał pan talentu?

W zasadzie nawet nie wiem. Nigdy nie miałem ambicji bycia piłkarzem. Zacząłem studia na AWF-ie, a praca w trenerce wciągnęła mnie błyskawicznie. Chyba to było kluczowe. Widziałem się w tym, więc ta wizja grania została już całkowicie zepchnięta na margines. Każdą wolną chwilę spędzałem na tym, by się rozwijać. Dlatego też szybko zrezygnowałem z bycia grającym trenerem, bo to jednak nie to samo. Ale nie było ze mną aż tak źle! Do dzisiaj gram na turniejach halowych czy z chłopakami w dziadka.

Ale cały czas w środku, to i ja bym dał radę pograć! 

Nie, nie ma wstydu, bo piłka nigdy mi nie przeszkadzała. Czasami w ogóle nie wchodzę – wystarczy stanąć koło takich, którzy trenerowi źle nie podadzą!

Chyba nie powiedział mi pan wszystkiego w sprawie kariery piłkarskiej. Bo czy nie było tak, że po prostu bardziej skupiał się pan na branży muzycznej?

Głęboko pan się dokopał. Grałem na basie w zespole rockowym, koncertowaliśmy przez kilka lat. Może ciężko mówić o karierze, ale ten zespół istnieje do dziś, choć już w bardzo mocno zmienionym składzie. Przyszedł moment, w którym musiałem z czegoś zrezygnować i padło na to, bo piłka pociągała mnie bardziej.

Słuchałem kilku piosenek. Powiem tak – ryją banie. 

Tak, to był hardcore, mocne granie. Byliśmy undergroundowym zespołem, występowaliśmy przeciw komercji, ale później chłopacy powydawali jakieś płyty. Wtedy graliśmy ze Schizmą, przed Dezerterem… Fajne czasy.

Był pan buntownikiem?

Przede wszystkim od dziecka słuchałem ciężkiej muzyki. A później czasy były takie, że bunt był dla nas czymś naturalnym. Zespół nazywał się „No Se”. To po hiszpańsku oznacza „nie wiem”, a my właśnie nie do końca wiedzieliśmy, co nas otacza, nie rozumieliśmy tego świata. Nosiliśmy długie włosy, później ścięliśmy się bardzo krótko. Wzorowaliśmy się między innymi na Rage Against the Machine. Do dzisiaj lubię sobie czasem tego posłuchać.

To pewnie nie za bardzo odnajduje się pan w szatni, w której rządzi disco polo. 

Nie ingeruję w to, czego słuchają chłopacy. W naszej młodości popularna była trochę inna muzyka, ale ja też nie mam nic przeciwko disco polo. Nie będę obłudny, bo widzę, że jest taka moda, by się odcinać, choć czasami niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością. Widzę to na weselach i imprezach. Nie ma lepszej muzyki do zabawy, no chodzi nóżka do Zenka Martyniuka. A w muzyce bardzo ważne jest to, by być sobą i się nie wstydzić.

A propos wesel. To prawda, że miał być pan świadkiem na ślubie swojego kuzyna, ale akurat tego dnia przyszło panu zadebiutować w roli pierwszego trenera Bytovii, więc pan zrezygnował z wizyty w kościele?

Rzeczywiście. Kuzyn, który jest dla mnie prawie jak brat, był niepocieszony, bo poprosił dużo wcześniej, ale w zastępstwie załatwiłem mu mojego brata. Zrozumiał. Wielu gości weselnych najpierw było na meczu. Wygraliśmy, więc zabawa tym bardziej była przednia.

A gdyby to był pana ślub?

Pewnie zrobilibyśmy wszystko, by przełożyć godzinę meczu, ale poprowadziłbym drużynę w dniu ślubu. Nie wiem tylko, jak zareagowałaby żona. Na razie wszystko znosi dobrze. Również to, że za trenera Janasa musiałem ją zabierać na mecze, byśmy mogli spędzić trochę czasu razem.

No nie jest to szczyt romantyzmu.

Jechaliśmy obserwować naszych rywali w drugiej lidze do Jarocina, więc często na kopaninę. Ale chociaż zjedliśmy razem obiad i posiedzieliśmy w samochodzie przez 300 kilometrów w jedną stronę. Trzeba było to robić, bo za trenera Janasa byliśmy tylko we dwójkę plus trener bramkarzy. Dzięki temu musiałem też błyskawicznie nauczyć się obsługi sporttesterów. Dziś mamy InStaty i inne tego typu rzeczy, wtedy pracy było więcej. O 5 nad ranem wracaliśmy z meczu wyjazdowego, a o 9 wsiadałem w samochód i jechałem na obserwację. Nagrywałem mecz, przyjeżdżałem do domu o 21, siadałem do komputera i robiłem analizę. Czasami schodziło do 4, ale na porannych zajęciach trener Janas miał już przygotowane wszystko od A do Z. Do tego dawał mi prowadzić wiele treningów – myślę, że nawet do 90%. W kwestiach taktycznych miałem trochę swobody. Wysyłał mnie również na konferencje prasowe i do telewizji. Śmialiśmy się, że tylko po wygranych meczach i gdy to sprawdziłem, okazało się, że rzeczywiście. Chciał, żebym swobodnie obcował sobie z mediami. Później sam poprosiłem, by wysłał mnie też po przegranej, bo chciałem zobaczyć, jak to jest.

ZABKI 20.09.2014 MECZ 9. KOLEJKA I LIGA SEZON 2014/15 --- POLISH FIRST LEAGUE FOOTBALL MATCH: DOLCAN ZABKI - BYTOVIA BYTOW 0:0 ADRIAN STAWSKI PAWEL JANAS FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Z tego co pan mówi, wyłania się dobrze znany obraz Janasa – po prostu się nie wpierdalał.

Ale to nie tak, że go coś nie obchodziło! W Bytowie był menedżerem w angielskim stylu. Wcześniej przez dziewięć lat drużynę prowadził Waldemar Walkusz. To tutaj wielka postać, ale nie pracował nigdy na poziomie profesjonalnych klubów. Dopiero Janas, który wszystko w piłce widział, wzniósł klub na wyższy poziom organizacyjny. Momentami były takie sytuacje, że zawodnicy w trakcie meczu pytali się mnie, jak się ustawiać. Z boku mogło to wyglądać dziwnie, ale to naturalne, skoro prowadziłem tyle zajęć. Jednak za planowanie całego mikrocyklu odpowiadał trener Janas. Dzień wcześniej jechałem do jego domu i rozmawialiśmy o tym, co mamy zrobić. Profesjonalista w każdym calu.

Ładnie pan to ubiera w słowa.

Ale przecież nie będziemy wymagać od człowieka, który zjadł na piłce zęby, że będzie w Bytovii ustawiał każdy pachołek. Na treningach, które prowadziłem, był wnikliwym obserwatorem, dużo podpowiadał. To fantastyczny człowiek, który nauczył mnie wszystkiego. Jak lecieliśmy na obóz do Turcji, to na przykład szliśmy na spacer brzegiem morza, a on przez dwie godziny potrafił opowiadać o swoich drużynach, jak reagować w różnych sytuacjach. Chłonąłem to jak gąbka. Dla asystenta coś takiego to złoto, bo to rzeczy, których nie znajdziesz w żadnych podręcznikach. Pracowałem bardzo dużo, ale trener Janas potrafił to błyskawicznie uzasadnić.

– Ja wiem, że prędzej czy później będziesz tu trenerem.

Później powtarzał to wiele razy. Jest jeszcze jeden powód, dla którego cieszę się, że tak to wyglądało. Robiłem wiele rzeczy, ale przynajmniej dziś nikt mi nie wmówi, że czegoś nie można. Sam to robiłem, więc ściema nie przejdzie. Gdy chcesz prowadzić hotel, doświadczenie w sprzątaniu pokoi bardzo się przydaje. Wiesz, ile czasu to zajmuje, wiesz jak to wycenić. Nikt nie zrobi cię w balona.

Faktem jest, że byli asystenci Janasa później robią kariery.

Maciek Skorża jest ostatnio pod kreską, do czego też się trochę przyczyniliśmy meczem w Pucharze Polski, ale wcześniej zdobył trzy mistrzostwa. Piotr Stokowiec niedawno został zwolniony, ale wcześniej też radził sobie bardzo dobrze. Daj Boże, żeby mi dane było popracować na takim poziomie. Trener Janas czasami mi mówił, że przypominam mu Skorżę, bo mamy podobny styl pracy. Ciężka harówka i dużo pasji.

Później pracował pan z trenerem Kafarskim. Duża zmiana?

Jeśli chodzi o kwestie taktyczne, to wielki specjalista. Po barażach o utrzymanie przy okazji jakiejś konferencji spotkałem się z trenerem Podolińskim. Mówił mi wtedy: „chciałem cię zaskoczyć, ale zapomniałem, że przez dwa lata pracowałeś z Tomkiem”. Chodziło o grę w systemie z trójką obrońców, choć wcześniej Radomiak grał czwórką. To dobrze oddaje współpracę z trenerem Kafarskim, bo to dzięki niemu wiedziałem, jak przeciwstawić się takiemu stylowi. Fajnie mi się trafiło, bo współpracowałem z trzema różnymi trenerami i od każdego mogłem wyciągnąć to, co najlepsze. I wyłapać też te gorsze rzeczy, bo nie wszystko było cacy. Trener Janas powtarzał, że mam się uczyć na cudzych błędach, bo to zawsze lepiej niż na swoich.

Ciekaw jestem, jak przyjęła pana szatnia. Nie mógł pan ich kupić ani piłkarskim doświadczeniem, ani wcześniejszymi osiągnięciami, a w dodatku w tym Bytowie to zawsze kilka uznanych nazwisk jest.

Gdy obejmowałem zespół, starsi zawodnicy powiedzieli mi: „trenerze, trener się zajmie taktyką i treningami, a my szatnię ogarniemy”. Każdy piłkarz bardzo szybko wyczuje, czy trener ma wiedzę. I przede wszystkim jakim jest człowiekiem, bo możemy mówić o sobie różne rzeczy, ale oni bardzo mocno na to patrzą. Jako asystent cieszyłem się szacunkiem, bo dostrzegano moją pracę. Piłkarze mnie znali, a ja nikogo nie udaję, nie zmieniłem się ze względu na funkcję.  I może też dlatego z szatnią nigdy nie miałem problemu.

Powiedział pan kiedyś, że poleca niektórym trenerom zejście do piątej, szóstej ligi. Dlaczego? 

Po pierwsze dlatego, że to tam jest najcięższa harówka. Czasami chcesz zrobić coś konkretnego na treningu, ale zamiast piętnastu ludzi przyjdzie sześciu, bo akurat druga zmiana w zakładzie. Musisz na bieżąco zmieniać. Gdy przychodziłem do Bytovii dziwnie się czułem, gdy miałem wszystko podsunięte pod nos. W drugim zespole! Na pewno fajnie jest zrobić papiery i od razu dostać ekstraklasę czy pierwszą ligę, ale ja uważam, że większość trenerów jednak powinna spróbować niżej choćby po to, żeby nauczyć się szanować to, co jest zapleczu czy wyżej. Jeśli ktoś narzeka na wiele nieistotnych tak naprawdę rzeczy, to zapraszam do a-klasy.

A miał pan taką myśl, że dostaje drużynę na chwilę? Drutex jednak przyzwyczaił do tego, że nazwiska są ważne. 

Niby nie naciskano na mnie bardzo mocno, ale władze chciałyby zobaczyć moją reakcję. A może się przestraszy? Na to nie mogli liczyć, bo ja zawsze byłem dość odważny. Tak też staram się ustawiać mój zespół. Niemniej jednak podkreślano, że mogę trochę stracić.

To był bilet w jedną stronę?

Nie mogę nic powiedzieć na sto procent, ale doszły mnie takie słuchy. W przypadku spadku lata mojej pracy mogłyby pójść w zapomnienie. A myślę, że 95% ludzi w Bytowie nie wierzyło, że mi się uda. Większość z nich od razu postawiłoby na mnie krzyżyk. A jakie miałbym później perspektywy? Mówiłem o b-klasie, bo się rymuje, ale może dostałbym czwartą lub trzecią ligę, a wyżej byłoby już ciężko. Po trzech porażkach zadzwonił prezes i spytał:

– Nie żałujesz?

– Ale ja ten zespół spokojnie utrzymam.

Od początku w to wierzyłem. Przynajmniej miałem pole do tego, by się wykazać. Każdy mecz był tu nazywany „spotkaniem o życie”. Jakoś dalej oddychamy.

Utrzymanie to pana mały sukces, ale…

Nigdy nie powiem, że utrzymanie to sukces. Taki postawiono przede mną cel, zrobiłem to, ale sukces to coś innego.

Co na przykład?

Awans. Dużo musi się zmienić, szczególnie na stadionie, ale chcemy robić te małe kroczki. Najpierw zostać solidnym pierwszoligowcem, a potem zaatakować czołowe pozycje.

A ćwierćfinał Pucharu Polski to już sukces?

Jak najbardziej. Rok wcześniej do ćwierćfinału doszedł też Tomasz Kafarski, a gdy odchodził, powiedział, że Bytovia bardzo długo tego nie powtórzy. Miał solidne podstawy, by tak sądzić, ale nie sprawdziło się, choć rywali mieliśmy bardzo mocnych. Wyeliminowaliśmy Lechię z silnym składem i bardzo dobrym trenerem na ławce oraz Pogoń – niby w kryzysie, ale to zespół z bardzo dobrymi nazwiskami. Wcześniej był też ŁKS Łomża i Błękitni Stargard, czyli ta droga do grona najlepszych ośmiu drużyn nie była najprostsza. Tam trafiliśmy na Legię i z tego też się cieszyliśmy.

Trochę szkoda tego dwumeczu?

Bardzo szkoda. Nasza pierwsza połowa w rewanżu była fantastyczna. Strzeliliśmy bramkę, mogliśmy drugą, a Legia wykopywała piłki. 90 procent zespołów przyjeżdża do Warszawy i staje w polu karym, a my wyszliśmy wysoko. Kluczowy był pierwszy kwadrans po przerwie. Wiedzieliśmy, że na nas ruszą – gdybyśmy wytrzymali ten początkowy napór, jeszcze mogłoby zapachnieć sensacją. Popełniliśmy jednak katastrofalne błędy. Byłem zawiedziony po tym meczu, a zewsząd spływały gratulacje, że potrafiliśmy się postawić. To nic, że Legia zagrała rezerwowym składem. I tak jeden zawodnik kosztuje tyle, co nasz cały zespół!

Przez lata Bytów uchodził za miejsce, do którego dobrze przyjechać na końcówkę kariery. Całkiem ciepła posadka – niezłe pieniądze, stabilny sponsor, a wymagania nie do końca najwyższe.  

Nie będę mówił o konkretnych piłkarzach, by kogoś nie obrazić, ale pierwsza liga jest specyficzna i moim zdaniem zawodnicy, którzy schodzą z ekstraklasy, często nie potrafią się na tyle zmobilizować, żeby się tu pokazać. Dobrze mieć takich dwóch lub trzech, ale bez przesady. Kiedyś mieliśmy ponad połowę drużyny i nie dawało to efektu. Chcemy zmieniać postrzeganie nas, dlatego ostatnio ściągnęliśmy Kuzdrę, Hebla, Dudę czy Biela. To piłkarze bez wielkich nazwisk. Chcieliśmy zobaczyć, jak to wyjdzie. Co prawda jesteśmy średnio zadowoleni ze zdobyczy punktowej, kilka straciliśmy w głupi sposób, ale dalej chcemy szukać podobnych ludzi. Patrzymy też na młodzież i jest progres – byliśmy na ostatnim miejscu Pro Junior System, a teraz jesteśmy bodaj na dziewiątym. Żeby być w pierwszej trójce, trzeba mieć wychowanków, a tego nam brak, bo potrzebujemy czasu.

Na koniec pytanie, które dość często zadaje trenerom, ale akurat na takich trafiam – jest pan cholerykiem?

Jak oglądam powtórki naszych meczów, to komentatorzy czasem mówią: „trener Stawski jest młody, a taki spokojny”.

Z drugiej strony – a to z sędziami pan pojedzie, a to z kibicem się pan pokłóci.

Jak się nakręcę, to czasami mam problem z tym, żeby się zatrzymać. Bardzo mocno denerwuje mnie obrażanie moich zawodników. Można konstruktywnie krytykować, ale nie może być tak, że ktoś za naszą ławką non stop nadaje na naszego najlepszego zawodnika, bo akurat wtedy chodziło o Janusza Surdykowskiego. Na to nigdy nie pozwolę, bo jestem też od tego, żeby ich chronić. Zaproponowałem takiemu kibicowi zwrot pieniędzy za bilet.

Przyjął tę kasę?

Nie, nie przyszedł.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Foto główne: Oskar Borzestowski/ bytoviahpu.pl
ROKI KONIEC

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Mr Gold
Real Madryt, Legia Warszawa, Red Bull Leipzig

Wierzysz, że np takie Czechy, no może w sumie Czechy też nie, bo ten kraj ma powyżej 10 milionów, ale czy wierzycie, że małe kraje mają sens, zwłaszcza te poniżej 10 milionów? Cała ich działalność to fanaberia. Tylko duzi się liczą. Jeśli mniejsi uważają, że są ważni, to znaczy, że mają urojenia! Taka jest brutalna, realna rzeczywistość.

Janis Biodro
Dupa i ortografia.

Nie broń tak tego Pawki. Zrobił z ciebie wafla od odwalania całej roboty, a sam jechał na nazwisku i spacerował po plaży. Rzeczywiście, zajebisty autorytet.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY