Reklama

Hamalainen wreszcie dostał prawdziwą szansę w Legii. W końcu się spłaci?

redakcja

Autor:redakcja

26 listopada 2017, 15:19 • 4 min czytania 31 komentarzy

Pomimo wczorajszej porażki z Koroną, trudno odmówić Romeo Jozakowi szybkiego poukładania Legii i natychmiastowego doskoku wraz z nią do ścisłej ligowej czołówki. Jak w Warszawie podkreślają, trwająca jesień wciąż ma na celu zminimalizowanie strat, bo zimą ma nastąpić mała rewolucja w kadrze i dopiero od wiosny będzie można mówić o autorskim projekcie chorwackiego szkoleniowca. Fakty są jednak takie, że już pierwsze porządki Jozaka noszą znamiona rewolucji, a przynajmniej kilka decyzji kadrowych było mocno zaskakujących.

Hamalainen wreszcie dostał prawdziwą szansę w Legii. W końcu się spłaci?

Przegrani pierwszej fazy współpracy z nowym trenerem to przede wszystkim tacy piłkarze, jak Nagy, Sadiku czy – o dziwo – młodziutki Szymański. A wygrani to m.in. Astiz, Broź i Niezgoda. No i Kasper Hamalainen, który z miejsca kupił sobie chorwackiego szkoleniowca. Tak naprawdę bowiem ani Czerczesow, ani Hasi, ani nawet Magiera nigdy nie dali Finowi takiej szansy, jaką ten dostał od Jozaka. Dość napisać, że Hamalainen zagrał od początku we wszystkich dziewięciu ligowych meczach pod wodzą Chorwata i tylko trzy razy nie dotrwał na placu gry do końca. Między innymi zdarzyło się to wczoraj w Kielcach, kiedy lekarze nie potrafili zahamować u niego krwotoku z nosa, więc musiał przedwcześnie opuścić murawę. I było to ze szkodzą dla całej ofensywy Legii.

Jakkolwiek spojrzeć, w ostatnich dwóch meczach warszawian z ligową czołówką Fin spłacał otrzymany kredyt zaufania. Miał bowiem swój udział we wszystkich trzech golach strzelonych przez Legię w rundzie rewanżowej – dwa razy sam trafił do siatki, a raz idealnie dośrodkował na głowę Niezgody. I to właśnie teraz po raz pierwszy można napisać, że ofensywny pomocnik – który z konieczności grywa też jako fałszywy skrzydłowy – wreszcie stanowi o sile ataku mistrzów Polski. Nie tak jak w poprzednim sezonie, kiedy świetnie sprawdzał się w roli jokera, ale już jako pełnoprawny członek pierwszego składu. Najwyższy czas, chciałoby się powiedzieć.

Rzecz jasna ofensywne atuty Hamalainena dopiero w ostatnich dniach zaczęły mieć bezpośrednie przełożenie na gole i asysty, ale też już od pewnego czasu Fin jest jednym z tych zawodników Legii, którzy stwarzają najwięcej zagrożenia pod bramką rywala. I być może jest tak, że sprowadzenie Romeo Jozaka było najlepszą rzeczą, jaka mogła go w Legii spotkać. Przez półtora roku pomocnik borykał się w Warszawie z mniejszymi lub większymi problemami, a jego przenosiny z Lecha zgodnie były określane mianem transferowej klapy. Rzecz jasna trudno było się temu dziwić, bo w Poznaniu Hama cieszył się zasłużoną opinią czołowego ligowca, a w Legii był co najwyżej mocno chimerycznym rezerwowym.

Inna sprawa, że – pomimo bardzo długiego procesu aklimatyzacji w Warszawie – liczbowo jego dorobek wcale nie wygląda najgorzej. Jeżeli weźmiemy bramki, który strzelił oraz te, które udało mu się wypracować w Lechu i w Legii, epizod poznański wciąż będzie wyglądać lepiej. Ale kiedy odniesiemy te gole do czasu gry, perspektywa mocno się zmieni.

Reklama

Biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki, Fin rozegrał w Lechu 131 spotkań, w których strzelił 36 goli, a 25 kolejnych wypracował. W Legii, gdzie póki co gra o rok krócej, zaliczył 70 meczów, 16 trafień i 10 wypracowanych bramek. Ale też trzeba wziąć pod uwagę, że – w ujęciu minutowym – Fin spędził na boisku w wojskowych barwach trzy razy mniej czasu. W Lechu jego gra dawała drużynie gola średnio raz na 167 minut, a w Legii raz na 131. A to już jest zasadnicza różnica.

Wygląda też na to, że u Jozaka Hamalainen wreszcie może być względnie spokojny o pierwszy skład i może ze względnym spokojem myśleć o kolejnych meczach. W Warszawie to dla niego zupełnie nowa sytuacja, ale też szansa na pokazanie, że wcale jeszcze nie przeszedł na drugą stronę rzeki. To może być dla niego pierwszy sezon w Warszawie, za który w uczciwy sposób będzie można go rozliczyć z boiskowego dorobku. Bo dotychczas w lidze wyglądało to tak:

– wiosna 2016: 432 minuty
– cały sezon 2016/17: 1290 minut
– jesień 2017: 1109 minut

Wszystko wskazuje więc na to, że jeszcze przed końcem roku Fin pobije swój ligowy rekord minutowy w barwach Legii. Jeśli natomiast dalej będzie tak grał, jak z Górnikiem czy Koroną, za chwilę zapracuje sobie na miano ofensywnego lidera drużyny, co jeszcze niedawno byłoby w Warszawie zupełnie nie do pomyślenia.

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Komentarze

31 komentarzy

Loading...