Image and video hosting by TinyPic
Anfield czeka na grzmoty
Anglia

Anfield czeka na grzmoty

Przed laty starcia Liverpoolu z Chelsea kojarzyły nam się z wyrachowanymi taktycznymi bitwami Rafy Beniteza i Jose Mourinho, gdzie miejsca na fantazję było tyle, ile przestrzeni w zatłoczonym autobusie. W sobotni wieczór naprzeciwko siebie staną jednak dwaj panowie, którzy ekspresją spokojnie mogliby obdzielić wszystkich pasażerów wspomnianego pojazdu. Jurgen Klopp i Antonio Conte znajdują się w zupełnie innym miejscu kariery na Wyspach, jednak dla drużyn obydwu menedżerów zbliżający się szlagier ma bardzo podobne znaczenie. W uciekającym pociągu z napisem „tytuł mistrzowski” jest już bowiem coraz mniej miejsca.

Oba zespoły przystąpią do sobotniej rywalizacji w zdecydowanie odmiennych nastrojach po meczach w Lidze Mistrzów. Liverpool zapragnął poczuć chociaż namiastkę tego, co ponad dwanaście lat temu przeżywali piłkarze Milanu w finale Ligi Mistrzów i w niewytłumaczalny sposób wypuścił z rąk trzybramkowe prowadzenie do przerwy w Sevilli. Chelsea natomiast pewnie pokonała na wyjeździe Karabach 4:0 i zapewniła sobie tym samym grę w elitarnych rozgrywkach na wiosnę. Radość Antonio Conte zmącił jednak fakt, że The Blues nie dość, że rozgrywali swój mecz dzień później od Liverpoolu, to jeszcze działo się na to na drugim końcu świata w stolicy Azerbejdżanu – Baku. Mistrzowie Anglii przed starciem na Anfield odbyli tylko jedną pełną sesję treningową – w piątkowy poranek. Po powrocie z Baku w czwartek popołudniu mieli jedynie lekkie zajęcia wyrównawcze. – Nie szukam usprawiedliwień na zapas, ale taka sytuacja nie jest normalna – mówił po meczu z Karabachem Conte. – Za chwilę mamy samolot powrotny, gdzie razem z całym sztabem będziemy musieli już przygotowywać się do meczu z Liverpoolem. Dziwi mnie to, że drugi raz w tym sezonie mamy wyznaczone mecze w podobny sposób. Tak samo było, gdy po powrocie z Madrytu graliśmy z Manchesterem City, który również swój mecz w Lidze Mistrzów grał dzień wcześniej. Premier League jest naprawdę trudna i taki natłok spotkań nie ułatwia zadania. Wiecie dlaczego od dawna angielski zespół nie zagrał w finale Ligi Mistrzów? Ludzie, którzy układają kalendarz powinni się nad tym zastanowić i odpowiedzieć sobie na to pytanie – dodawał Włoch.

48-letni menedżer z Lecce może być jednak przede wszystkim zadowolony z formy swoich podopiecznych. Po blamażu z Romą Chelsea otrząsnęła się i w ostatnich trzech meczach strzeliła dziewięć goli nie tracąc żadnego. Duże znaczenie dla poprawy nastrojów miało zwłaszcza pokonanie Manchesteru United, choć nie bez echa przeszło również efektowne zwycięstwo 4:0 tydzień temu nad West Bromem, po którym pracę stracił Tony Pulis. Jeszcze w przerwie wtorkowego meczu z Sevillą w podobnym humorze mógł być Jurgen Klopp. Jego Liverpool odkąd dostał lanie od Tottenhamu na Wembley wygrał cztery kolejne mecze, w których stracił tylko jednego gola i wydawało się, że Niemiec opanował trapiące jego zespół od dawna problemy z defensywą. W trakcie drugiej połowy w Sevilli do gry Liverpoolu powróciły jednak stare demony. – Każdego z trzech straconych goli można było uniknąć – przyznawał po meczu legendarny obrońca Manchesteru United Rio Ferdinand. – Klopp musi szybko coś zrobić, bo teraz nadchodzi najważniejszy czas w lidze, w którym każda strata punktów będzie bolała podwójnie. Liverpoolowi nie można odmówić jakości z przodu. Szkoda tylko, że przy okazji nie wiedzą jak bronić – stwierdził nie mając skrupułów były reprezentant Anglii.

W meczu z Sevillą kozłem ofiarnym defensywy The Reds obwołano tym razem dla odmiany nie Dejana Lovrena, a Alberto Moreno, wychowanka klubu z Estadio Ramon Sanchez Pizjuan. Roy Keane nie pozostawił na nim suchej nitki mówiąc, że takich błędów nie popełniłoby nawet dziecko. Hiszpan do tej pory w tym sezonie spisywał się dobrze i wydawało się, że po burzliwym okresie na Wyspach wreszcie zacznie grać na miarę oczekiwań. We wtorkowy wieczór sprokurował jednak rzut wolny i karny, po których padły dwie pierwsze bramki dla Sevilli. Gdy padała trzecia w doliczonym czasie gry już nie było go na boisku – zastąpił go James Milner, który w poprzednim sezonie z powodzeniem radził sobie na lewej obronie. Teraz przed Kloppem trudne zadanie, aby wybrać któregoś z nich. Pamiętajmy również o czekającym w oddali na swoją szansę Andrew Robertsonie sprowadzonym latem z Hull.

Takich problemów z grą w obronie nie mają na Stamford Bridge, a dobrą wiadomością dla fanów może być powrót do składu Davida Luiza. Brazylijczyk zagrał 90 minut w meczu przeciwko Karabachowi, po tym jak głośno zrobiło się o jego konflikcie z Antonio Contem. Włoski menedżer po porażce z Romą posadził Brazylijczyka na trybuny w starciu z Manchesterem United i choć zapewniał, że decyzja ma tylko podłoże piłkarskie, to angielskie media od razu doszukały się w sprawie drugiego dna. Luiz miał krytykować decyzje Włocha o kilkukrotnym wystawieniu go w pomocy, a po blamażu w Rzymie źle zareagować na krytykę menedżera. Pod jego nieobecność do wyjściowej jedenastki wskoczył Duńczyk Andreas Christensen i spisywał się nieźle. – Cieszymy się, że David wrócił do gry. Dzisiaj spisał się dobrze i pomógł nam w zwycięstwie. Może być wzorem do naśladowania dla Andreasa, który ma wiele podobnych cech. Jeśli David będzie mu udzielał dobrych rad, a współpraca między nimi się ułoży, na pewno młodszy kolega na tym skorzysta – powiedział po ostatnim meczu kapitan Chelsea Gary Cahill. System stosowany przez Contego od poprzedniego sezonu czyli 3-5-2 nadal sprawdza się i wydaje się, że aby przełamać defensywę The Blues Liverpool będzie potrzebował w sobotę czegoś ekstra.

Na Anfield wiedzą jednak, że najlepszą bronią może być ten odrzucony nabój, który dla kogoś stał się kiedyś bezużyteczny. Jurgen Klopp mówi o nim, że w Chelsea był dzieckiem, a teraz jest już mężczyzną. Chodzi oczywiście o Mohameda Salaha, który od momentu przyjścia do Liverpoolu latem robi absolutną furorę. W Anglii już nikt nie pamięta o jego nieudanym okresie na Stamford Bridge, gdy do wielkiej szybkości nie potrafił dołożyć choćby grama siły. Teraz zmężniał, nabrał masy, a przy okazji nie zatracił walorów motorycznych. Dość powiedzieć, że po kolejnym udanym występie tydzień temu z Southampton, w którym zdobył dwie bramki, wskoczył na czoło klasyfikacji strzelców Premier League. Egipcjanin ma już dziewięć goli w lidze, a takiego snajpera nie było w Liverpoolu od czasów Luisa Suareza. Oprócz niego w składzie powinni się znaleźć również inni gracze, którzy wiedzą jak zdobywać bramki tacy jak Sadio Mane, Philippe Coutinho czy Roberto Firmino. – Oglądaliśmy Liverpool we wtorek i to, co zrobili w pierwszej połowie było absolutnie fantastyczne. Trudno wytłumaczyć wydarzenia po przerwie, ale taki jest futbol i coś takiego mogło się przydarzyć każdemu. W sobotę znów będą niezwykle groźni, zwłaszcza, że grają u siebie – mówi Antonio Conte.

Włoch liczy z kolei z pewnością na udany występ Edena Hazarda. Początek sezonu nie należał do wracającego po kontuzji Belga, jednak ostatnio 26-latek znów zaczął grać tak, że coraz częściej łączy się jego nazwisko z transferem do Realu Madryt. – Trudno nie podziwiać takiego klubu, ale na razie mam jeszcze dwa lata kontraktu i chcę go wypełnić. Kiedy grałem w Lille, wszyscy widzieli mnie w Paryżu, ale zostałem. Odkąd trafiłem do Chelsea również ciągle gdzieś odchodzę, a ja przecież nadal tu jestem i czuję się niebieski – skomentował plotki sam zainteresowany. Dodatkowo, nie należy zapominać o Alvaro Moracie, który właściwie jako jedyny zawodnik ofensywny był oszczędzany w meczu z Karabachem i wszedł na boisko z ławki rezerwowych.

Sytuacja w tabeli mówi jasno o ciężarze gatunkowym jakiemu poddane będzie to spotkanie. Manchester City coraz wygodniej czuje się w fotelu lidera Premier League, a obu drużynom mocno zależy, aby zaczął się on choć trochę chwiać. Po swoim pierwszym sezonie na Wyspach Antonio Conte mógł poczuć się spełniony, jednak Liverpool nadal pozostaje jedną z niewielu drużyn, której nie pokonał. Z kolei fani The Reds po dwóch upokarzających porażkach z Manchesterem City i Tottenhamem oraz nudnym remisie z Manchesterem United mogli już zapomnieć jak to jest pokonać wielkiego rywala. Zespół Kloppa przyzwyczaił do tego w poprzednim sezonie i można chyba powiedzieć, że na bardziej zmęczonego przeciwnika już długo nie trafi. Jeśli tylko jednak Hazard i spółka odpowiednio się zregenerują, pełna dziur defensywa Liverpoolu może być dla nich łakomym kąskiem. Szykuje się więc prawdziwa angielska uczta na najwyższym poziomie.

Wojciech Piela

KOMENTARZE (8)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Tomson1922

Mistrzostwo i tak już jest przyklepane przez City w tym sezonie , Liverpool z Chelsea powalcza o góra 4 miejsce

Mikas
West Ham United

O ile zgodzę się, że dla City nie ma w tym sezonie konkurencji, to kwestia 2. miejsca jest akurat otwarta.

Gino Lettieri vel Wunderwaffe
Gelb ist meine farbe!

Czwartego nie odda Arsenal!

derlis

„Wiecie dlaczego od dawna angielski zespół nie zagrał w finale Ligi Mistrzów? Ludzie, którzy układają kalendarz powinni się nad tym zastanowić i odpowiedzieć sobie na to pytanie – dodawał Włoch.” – co za bzdura, jak ułoży się terminarz pod jednych, to będzie niewygodny dla drugich i na jedno wyjdzie
Jakoś dla Fergusona nie było problemem zaliczyć 3 finały LM w ciągu 4 sezonów, bo wtedy United to było United i Premier League to była Premier League. Terminarz nie miał wtedy nic do rzeczy. Niech Conte lepiej poszuka przyczyny takiego stanu rzeczy w spadku poziomu ligi w ostatnich latach, który zresztą on sam teraz podnosi, do spółki z Guardiolą, Mourinho czy Pochettino, i nie jest powiedziane, że w tym sezonie nie ujrzymy któregoś z angielskich przedstawicieli w wielkim finale

FC Bazuka Bolencin

Jestem ZA. Bo tymi hiszpańskimi finałami w ostatnich latach to już serdecznie rzygam.

derlis

Nie chodzi o samą dominację, chodzi o to żeby po prostu angielskie kluby wreszcie ponownie dochodziły do etapów, na które je stać. Dla mnie Ligę Mistrzów co drugi rok (albo nawet i co rok) może wygrywać ten sam zespół Jestem zadowolony z tego, że widziałem kompletną dominację najpierw Barcelony, a potem Realu Madryt w ostatnich latach. Historyczny, dziesiąty puchar Ligi Mistrzów Realu, dwa tryplety i pierwszy w historii rok z sześcioma pucharami Barcelony. Messi i Ronaldo bijący wszelkie możliwe rekordy. Jestem jednym z tych, dla których dominacja to nie nuda, a fenomen
Teraz w Lidze Mistrzów angielskie zespoły radzą sobie kapitalnie – oby tak dalej
Czekam jeszcze tylko na powrót Interu do LM, bo na powrót Milanu to w najbliższym czasie nie ma chyba co czekać..

FC Bazuka Bolencin

Co do Barcelony 2008-11 to bym się zgodził. To była drużyna kompletne.
Na ostatnie sukcesy Realu złożyło się z kolei wiele szczęśliwych okoliczności (2 finały z Atletico wygrane fartem). Dopiero w ostatnim finale odjechali Juve jak giganci – zwłaszcza w drugiej połowie. Do Barcelony z ww. lat to Realowi 2014-17 jest bardzo daleko, moim zdaniem.

Mikas
West Ham United

A ja bym nie był jakoś specjalnie zdziwiony, gdyby wobec słabej formy Realu i Barcelony, znalazły się tam dwa angielskie zespoły. Żadnych pieniędzy bym na to nie postawił, bo oczywiście zostają jeszcze Bayern i PSG, ale nie byłoby to dla mnie zaskoczenie.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY