Pół roku temu złamałem obojczyk i rozwaliłem więzadła. Dziś trenuję z większą radością niż kiedykolwiek
Weszło fit

Pół roku temu złamałem obojczyk i rozwaliłem więzadła. Dziś trenuję z większą radością niż kiedykolwiek

Kiedy 21 maja frunąłem przez kierownicę swojego roweru, myślałem o tym, że chyba jednak w tym roku nie zrobię wymarzonego Ironmana. Po brutalnym spotkaniu z jezdnią, gwałtownie wstałem, a następnie prawie zemdlałem z bólu. Ta reakcja była zrozumiała – w szpitalu okazało się, że nie tylko złamałem obojczyk, ale i  mocno uszkodziłem więzadła w barku. Przy takiej kontuzji faktycznie na dłuższy czas trzeba było zapomnieć o pływaniu, a co za tym idzie o marzeniach na temat IM. Dziś mija dokładnie pół roku od mojego wypadku. To dobry pretekst, by napisać, jak poważny uraz wpływa na codzienne życie i trening. Oraz jak wykorzystać tę sytuację do tego, by – tak tak, zgadliście – wrócić silniejszym.

Do końca treningu pozostało maksymalnie piętnaście minut. Jechałem w kierunku Warszawy ulicą w Powsinie zastanawiając się nad dwoma sprawami: co dobrego zjem po ciężkich zajęciach i czy spotkanie Jagiellonii Białystok z Legią, które miałem komentować w systemie audiodeskrypcji, okaże się hitem. Chwilę później wiedziałem już, że nie zasiądę ani do obiadu, ani w dziupli NC+. Zamiast tych przyjemności czekała mnie wizyta na ostrym dyżurze. Dlaczego? Bo jakiś gość zajechał mi złośliwie drogę, więc musiałem zahamować, żeby w niego nie przypieprzyć. Pod wpływem impulsu nacisnąłem hamulce pewnie nieco mocniej niż powinienem, w efekcie czego wyfrunąłem z kolarzówki z dynamiką jakiej nie powstydziłby się Adam Małysz za najlepszych lat, gdy wybijał się z progu. Dziewczyna, która jechała za mną autem powiedziała, że wyglądało to tyleż efektownie co strasznie.

To właśnie ona zabrała mnie do Carolina Medical Center. Już w trakcie podróży jej autem wiedziałem, że jest kiepsko – każda nierówność na drodze, która powodowała minimalne drgnięcie ramienia, sprawiała mi olbrzymi ból. Gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce, musiałem wyglądać bardzo filmowo – gość w obcisłych, kolarskich spodenkach i z obdrapanym ryjem krzyczy przez całą salę do recepcjonistki „lekarza!”. Emeryci i dzieci czekające na niedzielną zmianę opatrunków byli nieco zdziwieni.

Po prześwietleniu byłem pewien, że cały sezon mam z głowy. Miły doktor powiedział, że miałem pecha, bo nie tylko połamałem obojczyk, ale i rozwaliłem więzadła w barku. – Przy wzorowej rehabilitacji będzie pan pływał pod koniec sierpnia, ale przy komplikacjach przerwa może potrwać i rok.

Super, naprawdę. Tydzień wcześniej wystartowałem na rozgrzewkę w zawodach w Olsztynie, teraz okazuje się, że była to moja  pierwsza i ostatnia impreza w 2017…

Do wypadku doszło w niedzielę, w piątek miałem operację. Trochę się jej bałem, bo sympatyczny anestezjolog wyjaśnił grobowym głosem, że przy tego typu zabiegach istnieje ryzyko zawału serca, gdyż są one przeprowadzane na niskim ciśnieniu tętniczym. Oczywiście zdarzają się raz na ruski rok, ale uwierzcie – kiedy dopiero co zaliczyłeś solidną glebę, niewiele trzeba, żeby człowieka nastraszyć.

Pierwsze trzy dni po operacji były koszmarem. Ból ręki doprowadzał mnie do spazmów – nawet dosyć silne leki nie były go w stanie na dłużej uśmierzyć. Myślałem wtedy o słowach lekarza, który mnie naprawiał: „tydzień po operacji będzie mógł pan jeździć w domu na trenażerze, zapewniam”.

Co za głupoty, przecież ja ledwo żyję, o czym on w ogóle gadał? I wiecie co? Facet… miał rację. Dokładnie osiem dni po zabiegu wsiadłem na rower i próbowałem „trenować”. Z boku musiało to wyglądać komicznie: gość ledwo co kręci pedałami, poci się przy tym jak świnia, a dłonie trzyma na nałokietnikach lemondki – na nic więcej nie pozawala mu ograniczony zakres ruchu. Szczerze mówiąc miałem to wszystko w dupie, liczyło się tylko jedno – że wreszcie nie muszę leżeć.

10 dni później poszedłem po raz pierwszy pobiegać. Trwało to całych 40 minut, ale po wszystkim poziom endorfin był wyższy niż po pierwszym przebiegniętym maratonie. Ciekawostka: w związku z tym, że mieszkam sam, po truchcie zdejmowałem koszulkę… dłużej niż trwał trening. Dostawałem szału, że nie mogę wykonać tak prostej czynności, miałem ochotę przeciąć ją na pół nożyczkami, ale uznałem, że się nie poddam. Kiedy w końcu zaliczyłem swoją mission impossible, prawie popłakałem się ze szczęścia. Po takim wypadku dużo częściej masz jednak ochotę beczeć z bezradności: bo wielką trudność sprawia ci założenie głupich skarpetek, bo możesz spać tylko na jednym boku, bo nie jesteś w stanie normalnie się uczesać, bo branie prysznica to spory wyczyn, bo powtarzanie setek razy tych samych monotonnych czynności w trakcie rehabilitacji z taśmą ryje głowę.

To wszystko naprawdę uprzykrza życie na maksa, nie zamierzałem się jednak skupiać na minusach i mozolnie, krok po kroku, szedłem do przodu. Pierwszy szybki bieg (dla mnie na treningu to 4:20/km) dał mi olbrzymią satysfakcję i trochę śmiechu. Na wysokości Łazienek wyprzedziłem parę trzydziestolatków. Podczas wymijania spotkałem się z nimi wzrokiem i zauważyłem, że byli totalnie skonfundowani, ponieważ „połknął” ich gość z… ręką na temblaku. Wyglądali na takich, którzy zmobilizowali się do wyjścia na trening po raz pierwszy od dawna, a tu proszę, inwalida brutalnie ich odsadził. Musiało boleć.

Dlaczego w ogóle biegałem z temblakiem? Na pewnym etapie stwierdziłem, że ćwiczy się z nim lepiej, gdyż po prostu utrzymuje ramię podczas ruchu we w miarę stabilnej pozycji. Co nie oznacza, że nie bolało. Mniejszy lub większy (częściej) dyskomfort przy biegu odczuwałem przez około dziesięć tygodni, przy jeżdżeniu na trenażerze również – każda próba minimalnego zwiększenia zakresu ruchu prawej ręki wiązała się z nieprzyjemnym kłuciem tuż nad obojczykiem. 

Dużo większy stres niż podczas biegania czy jeżdżenia w domu czułem przed pierwszym rowerem na dworze, w sierpniu. Jechałem dokładnie tą samą trasą, na której miałem wypadek, więc wyobraźnia pracowała na maksa. Kiedy tylko wymijała mnie jakaś większa fura – ciężarówka albo dostawczak – przygryzałem ze zdenerwowania wargi. Wiedziałem jednak, że muszę się przełamać, nie będę przecież do końca życia ćwiczył na trenażerze. Owszem, nie przeszkadza mi ten sprzęt, ale umówmy się – esencją kolarstwa jest jednak jazda po szosie i delektowanie się nowymi widokami.

Trening zaliczyłem bez żadnej kolizji, ale nie będę was oszukiwał – nadal czuję zdenerwowanie na myśl o tym, że wiosną trzeba będzie regularnie jeździć po ulicach. Cóż, pozostało kilka miesięcy na to, żeby pokonać te demony tak, jak pokonałem swoją kontuzję. Zwycięzcą poczułem się tak naprawdę 16 sierpnia – właśnie wtedy pierwszy raz poszedłem na basen. Lewa ręka płynęła kraulem, prawa czymś pieskopodobnym, nieważne, istotne było to, że jest postęp. Po wyjściu z wody szczerzyłem się jak dureń, ratownik musiał uznać, że oto jego kąpielisko odwiedził wariat. Z każdym kolejnym treningiem w wodzie zwiększał się zakres ruchu, od początku października wynosi 100%. Nieźle zważywszy na to, że pesymistyczne prognozy mówiły o niemożności pływania do maja 2018…

Piszę wam o tym wszystkim nie tylko dlatego, że dziś mija pół roku od mojej kraksy. Jest też drugi powód: końcówka listopada to czas, w którym wielu sportowców-amatorów wraca do zajęć po roztrenowaniu. Niektórym z nich nie chce się ćwiczyć, bo za oknem jest zimno, deszczowo, nieprzyjemnie. Mam prośbę: jeśli znowu złapie was leń, przypomnijcie sobie ten tekst. Pomyślcie jak duże macie szczęście, że nic wam nie dolega i tak po prostu możecie cieszyć się bieganiem, pływaniem i kręceniem na rowerze. To jest fantastyczna sprawa, o której na co dzień się nie myśli, bo przyjmujemy ją za pewnik. Kontuzja zmienia perspektywę, możecie mi wierzyć.

I jeszcze jedno: faktycznie da się z niej wyjść silniejszym, co przypominam szczególnie mocno tym czytelnikom, którzy akurat mierzą się z poważnym urazem. Gdy go poskromicie, radość z treningów będzie jeszcze większa, słowo honoru.

KAMIL GAPIŃSKI