Legia? Polonia? Warszawa ma dużo więcej piłkarskich skarbów
Weszło

Legia? Polonia? Warszawa ma dużo więcej piłkarskich skarbów

W czasach clickbaitu lepiej pisać o Barcelonie, Realu i PSG. A jeśli o klubach z Warszawy, to o Legii. Naturalnie w internecie, bo papier umiera. Zrobiliśmy wywiad z Adamem Drygalskim i Łukaszem Cielemęckim, dziennikarzami, którzy postanowili pójść na przekór i wydać przewodnik piłkarski o wszystkich 38 klubach ze stolicy, Legia dostała w nim dokłądnie tyle samo miejsce, co każdy B-klasowy zespół. Jaki klimat mają mecze niższych lig? Ilu Janów Tomaszewskich i Michałów Kucharczyków w nich gra? Jak to jest, jak wchodzisz na boisko, pada, jest zimno, przegrywasz 0:5, podchodzisz do kapitana, a on mówi: „mi też się nie chce”? Dlaczego na okręgówkę potrafi przyjść tysiąc osób i jakie najlepsze okrzyki padają z loży szyderców? Który zespół regularnie przychodzi po meczach do „Ulubionej”, czyli knajpy, której współwłaścicielem jest Adam oraz czy zdarza się, że przychodzą do niej piłkarze Legii i reprezentacji Polski? Zapraszamy do lektury.

Jeden z was jest warszawiakiem, drugi „słoikiem”.

Drygal: Ja jestem tym pierwszym.

Cielak: Ej, obrażasz! Moja babcia wyprowadziła się z Warszawy przed wojną, a ja wprowadziłem się tu mając dziewięć lat, więc stawianie mnie w jednym rzędzie ze „słoikami” jest niesprawiedliwe! (śmiech)

Co jest dla was symbolem Warszawy?

Drygal: Na pewno Pałac Kultury, o którym jest teraz głośno. Dla bardziej rdzennych warszawiaków bazar na Olimpii, Kino Muranów, Ząbkowska, Stara Praga, Brzeska. Ludzie spoza Warszawy na pewno od razu kojarzą z miastem Łazienki, Stare Miasto…

Cielak: Galerię Mokotów, Złote Tarasy… Niestety coraz częściej idzie to w tym kierunku. Dla mnie symbolem Warszawy jest kwadrat czterech ulic na Mokotowie, gdzie się wychowałem. Między nimi jedna ławka, każdy każdego znał.

Drygal: I przechodząc do wątków piłkarskich – dla mnie Marymont, jest na nim tak bajkowy klimat… To bardzo dobrze, że chcą go odbudować. W „Skarbach Miasta” chcieliśmy jak najbardziej oddać ten piłkarski klimat z Warszawą w tle. A może warszawski klimat z piłką w tle. To nie tylko Legia i Polonia. Warszawa ma dużo więcej piłkarskich skarbów.

Napisaliście książkę o wszystkich warszawskich klubach, a którym kibicujecie?

Drygal: Ja mam takie podejście jak Stefan Szczepłek – to, że lubię Polonię nie znaczy, że nie lubię Legii. Pracowałem w Polonii, byłem tam rzecznikiem za czasów Wojciechowskiego, ale kibicuję Warszawie, wszystkim drużynom z mojego miasta. Odkąd urodziła się moja córka Iga, mam z kim w domu pogadać o piłce. Iga ma niecałe sześć lat, ale była już na kilku stadionach. Najbliżej nam na Hutnika a poza tym nie trzeba tam siedzieć w jednym miejscu przez dwie godziny, więc dziewczyna może się wyszaleć. Dostała nawet szalik od władz klubu, zna nazwiska kilku piłkarzy. Uczestniczyła w zbieraniu informacji do tekstu o Okęciu. Z kolei jak oglądałem z nią mecz z Danią w telewizji, to się po prostu rozpłakała przez to 0:4. Taki warszawski dzieciak, który wie gdzie gra Hutnik i kto to jest Lewandowski, ale o Realu i Barcelonie nie ma zbyt dużego pojęcia. Jeśli już to pewnie tylko dzięki kolegom z zerówki chodzącym po korytarzach w koszulkach Messiego, czy innego Ronaldo. Z jednym ma problem, na Jagiellonię mówi Legiollonia. Kiedyś jej chyba wytłumaczę, że w piłkę grają nie tylko w Warszawie.

Cielak: Ja kibicuję Legii, od małego. Był nawet czas, że jeździłem na wyjazdy.

Dlatego w „Skarbach Miasta” to właśnie ty, a nie Drygal, napisałeś tekst o Polonii?

Cielak: Stary, to był mój najszybciej napisany tekst w życiu. Dziesięć sekund, jedynie się podpisałem. (śmiech) Prawda jest taka, że grafik się pomylił i podpisał jako mój. Tak poszło do druku. To oczywiście artykuł Drygala, kto miałby napisać o Polonii – ja, legionista czy gość, którego nazwisko skandowano na Konwiktorskiej?

Jak to?

Cielak: W zeszłym sezonie z jakiegoś powodu przy meczu nie mógł pracować spiker Polonii, więc Jerzy Engel zadzwonił do Adama i poprosił o zastąpienie go na jeden mecz. Jak trybuna „Kamienna” zorientowała się, że to on spikeruje na meczu, kibice na stadionie zaczęli krzyczeć „Adam Drygalski!”.

Drygal: To bardzo miłe, patrząc na to, że nie byłem piłkarzem, tylko po prostu pracownikiem klubu.

Rozumiem ludzi grających w niższych klasach, bo mimo że nie zarabiają na kopaniu piłki, to dla nich fan, rywalizacja, emocje, nawet w ósmej lidze. Ale wytłumaczcie, po co ludzie chodzą takie mecze oglądać?

Drygal: Czasem ludzie idą, żeby wypić piwko i się pośmiać, często są to znajomi i znajomi znajomych zawodników, ale wiele klubów ma też swoich oddanych kibiców. Na Świt chodzi regularnie 200 osób, na Hutnik jakieś 300. Na ostatnie derby Hutnik-Olimpia przyszło tysiąc osób, czyli tyle co na ostatni mecz Polonia – Legia II na Konwiktorskiej.

Jak na okręgówkę może przyjść tysiąc osób?

Cielak: Hutnik wytworzył wokół siebie taką kibicowską atmosferę, ludzi, którzy byli raz na ich meczu, aż ciągnie na kolejny.

Gdzie warszawiak, który ma wolną, nudną sobotę, powinien iść?

Drygal: Marymont, Hutnik, Świt, Okęcie i Olimpia – te kluby zdecydowanie polecamy, świetny klimat.

Cielak: Jak pójdzie na Kołową, to przy dobrych wiatrach obejrzy jednego dnia trzy mecze, bo gra tam kilka drużyn – GKP Targówek, Korona, Kamionek, Legion. Jak chcesz siedzieć i obejrzeć longiem kilka meczów przy piwku, to najlepszy wybór. Każde boisko w niższej lidze to inny klimat i inne warunki. Kapitalną rzecz zrobili na Marymoncie, tam są trzy boiska i czasem mecze odbywają się na bocznym. Mazowiecki ZPN przyczepił się, że to boisko nie ma trybun, a takie są wymogi, więc postawiono tam małą trybunkę na 15 osób, która jest na parkingu przy boisku i zajmuje trzy miejsca parkingowe. Sztuka dla sztuki. Ale każdy kibic idący na B-klasę musi liczyć się też z tym, że mecz może się nie odbyć. Albo trening, jak w przypadku Radości. Zawodnicy przyszli rano na trening i zobaczyli przeoraną murawę. Przez dziki.  Chłopaki przez miesiące pielęgnowali boczne boisko, bo szkolą dzieciaki, a dziki wszystko zrujnowały.

Trybuny trybunami, a loże szyderców też są?

Drygal: Jasne. Chociaż ludzie bardziej śmieją się z poszczególnych zagrań niż z zawodników. Różne teksty się tam słyszy. Typu „naprzód świt, wy chuje”. Albo „gramy jak pizdy, dlatego dajemy się ruchać.”

Cielak: To często słyszy się na Farmacji, której Adam ma na sobie koszulkę. Dzięki Radkowi z Kartoflisk każdy polski kibic wie, że nie przegrać z Farmacją, to jak wygrać z Bayernem.

Drygal: Ostatnio byliśmy na Świcie i ktoś z trybun krzyknął do grubego sędziego liniowego: „ Arbuza to się kroi przed jedzeniem.”.

Loże szyderców to miejsce spotkań hejterów internetowych?

Cielak: Raczej nie ruszają się sprzed komputerów, nie chciałoby się im ruszyć na B-klasę.

Drygal: Hejterzy z internetu, to moim zdaniem chodzą na Legię, reprezentację Polski. Na wielką piłkę, a nie na Farmację.

Cielak: Ciekawe teksty rzucają też sędziowie. Na meczu Iglicy, która ma jeden z najmłodszych składów, jeden z piłkarzy niekulturalnie się zachował, rywal biegnie do sędziego z pretensjami, a ten: „ja nie wychowam…”. W tekście o Coco Jambo zrobiliśmy sylwetki piłkarzy, po kilka zdań, jak w skarbach „Przeglądu Sportowego”. Kapitana brzmi tak: „Nie ma to jak wchodzisz na boisko, pada, jest zimno, przegrywasz 0:5, podchodzisz do kapitana, a on mówi: mi też się nie chce”.

W waszych „Skarbach Miasta” jest pełno tego typu smaczków, analizy gry zespołów tam nie znajdziemy.

Drygal: Nie byłoby sensu, gdybyśmy robili typowy skarb piłkarski i analizowali, jaką taktyką gra Okęcie, bo oni sami tego do końca nie wiedzą.

Cielak: Warto zaznaczyć, że potencjalnie najłatwiejsze tematy naprawdę trudno napisać. Co możesz napisać o Legii? Przecież o niej powstało już wszystko. Ostatecznie zrobiłem wywiad z Antonim Trzaskowskim, bardzo zasłużonym dla Legii piłkarzem, a nie do końca wyeksploatowanym. Co piętnaście minut łzawiły mu oczy, wzruszał się nawet opowiadając normalną historię z szatni Legii.

Drygal: W takim Legionie Warszawa pierwszy temat, który wpada do głowy to wywiad z Janem Karasiem, który jest tam trenerem. Wielka postać, prezes Pulkowski mówił nam, że ciągle do klubu przychodzą listy z zagranicy z jego zdjęciamii prośbami o autografy. Ale kiedy ostatnio czytałeś wywiad z Karasiem? Pewnie w ogóle, bo on wywiadów po prostu nie udziela. I w takich sytuacjach trzeba szukać tematu na nowo.

Cielak: Poruszyliśmy kilka szerszych problemów. Gość z Błyskawicy Warszawa rozwalił sobie kolano, a to nie jest jak w ekstraklasie, że nasza pierwsza myśl po zerwaniu przez kogoś więzadła to: pewnie wróci za pół roku. Piłkarz niższej ligi tak łatwo nie ma, bo skąd weźmie nagle 15 000 zł na operację? Facet stracił pracę, nie miał za co utrzymać dzieci, pojawiły się jeszcze jakieś problemy z partnerką… Piłka była dla nas wyjściem do czegoś szerszego. W „Skarbach Miasta” nie ma nawet zdania z internetu. Wszystko zebraliśmy sami. Piłkarz z jednego klubu mówił nam, żebyśmy uderzyli do innego, bo ma fajne historie.

Prawdziwe dziennikarstwo w terenie, ale na waszym, warszawskim podwórku.

Cielak: Adam napisał już siedem tekstów, ja żadnego. Miałem tylko nagraną rozmowę z Michałem Listkiewiczem o tym, jak w latach sześćdziesiątych grał w Marymoncie. To człowiek, który opowiada bardzo barwnie, aż dziwiłem się, że tyle pamięta, więc musiałem to zweryfikować. Zwłaszcza, że w połowie wywiadu dosiadł się do nas trener Andrzej Strejlau i – jak to on – przejął rozmowę. Także zrujnował mi wywiad. (śmiech) Któregoś dnia po pracy nie chciało mi się wracać do domu, wsiadłem w tramwaj i pojechałem na Marymont, pokręcić się, poczuć klimat, na zasadzie: może kogoś spotkam. Na miejscu wpadłem przypadkiem na korty tenisowe, siedziało tam trzech starszych panów. Podszedłem, okazało się, że jeden z nich grał z Listkiewiczem w drużynie. Dzięki temu mogłem się dowiedzieć, ile faktycznie zapamiętał, a ile dodał od siebie.

Do tego każdej drużynie robiliście sesje fotograficzne.

Cielak: Filip Cieśliński napisał dla nas jeden tekst, o Drukarzu (a Konrad Ferszter o Ursusie). W takim wypadku Filip ustawił też nam ich na sesję. Przyjeżdżamy, a tam pełna profeska, wszyscy poprzebierani, ustawieni, aż chce się pracować z takimi ludźmi. Coco Jambo też strasznie zajarało się naszym pomysłem. Przed ich meczem umówiliśmy się na sesję, zrobiliśmy fotki, ale brakowało jednego zawodnika. Nie mieliśmy czasu, żeby zostać do przerwy, bo jechaliśmy na kolejną sesję. Spóźniony piłkarz wbiegł na boisko, a że grał z tyłu, to wpadliśmy na pomysł, że zrobimy mu zdjęcie, jak akcja przeniesie się na drugą stronę boiska. Wtedy wbiegłem na murawę z blendą, żeby go oświetlić, zawodnik ustawił się przodem do Piotrka Kuczy i tak powstało brakujące zdjęcie. Bywało, że kilku piłkarzy brakowało na sesji drużynowej, a zależało im, żeby pojawić się w książce i dojeżdżali do nas na sesje innych drużyn, żeby FotoPyK zrobił im zdjęcie.

Drygal: Przy robieniu fot, każdego pytaliśmy o imię, nazwisko, wzrost i wagę. Pytam jednego bramkarza, jak się nazywa, a on:

– Jan Tomaszewski.
– Nie no, chłopie, powiedz serio.
– Ale naprawdę Jan Tomaszewski!

Cielak: Ja miałem podobnie, jak w Wesołej trafił mi się Michał Kucharczyk.

Drygal: Albo pytam gościa o nazwisko…

– Łybacki.
– Jak?
– Łybacki, jak łyba.
– Jak co?
– Jak łyba, taka pływająca.

Okazało się, że gość nie wymawia „R”, a nazywa się Rybacki.

Cielak: Jeden piłkarz mówi, że waży 120 kilogramów, więc powiedziałem mu, żeby może zawyżył do 121 kg, to oficjalnie będzie najcięższym piłkarzem w Warszawie, bo jeden gość też ma już 120 kg. Jednak nie chciał mieć takiego miana.

To był Hildeberto?

Cielak: Nie, jemu w tabelce „waga” wpisaliśmy dwa znaki zapytania, bo tak naprawdę nikt nie wie, ile on waży. (śmiech)

Jak idzie wam sprzedać, wszyscy piłkarze są chętni, żeby kupić książkę ze swoją sylwetką?

Drygal: Są drużyny, których piłkarze wzięli sobie po trzy, cztery książki, a są też kluby, które nie kupiły ani jednej książki. Nie wiemy, z czego to wynika, że z 20 chłopaków żaden nie chce mieć skarbu piłkarskiego ze swoją sylwetką. W jednym jesteśmy nawet na minusie.

Cielak: No właśnie, trenerze pewnej drużyny, proszę oddać nam książkę, miała być na akcję charytatywną, a nie dla pana.

Była też sytuacja z chłopakiem, który wyjątkowo męczył wam dupę.

Cielak: Napisał do nas zawodnik z Kamionka, gdzie i o której może kupić książkę. Nie odpisaliśmy od razu, bo po prostu nie mieliśmy czasu, a on dał nam w ocenach „Skarbów Miasta” na facebooku trójkę. Same piątki i jedna trójka od gościa, który nie miał książki w rękach. Ale mniejsza, wypisywał dalej. Odpisywaliśmy mu, że może kupić tu, tu, tu, przez internet też. A on ciągle truł, czy będziemy na Kamionku, czy weźmiemy dla niego książkę. Nie mieliśmy potrzeby tam jechać, ale ok, pomyślałem, że chłopakowi zależy, to dobra, pojadę, będzie zadowolony. Wyszedł do mnie po treningu, fryzurka, klata do przodu, czułem, że idzie do mnie wielki piłkarz. A grał ogony, i to w B-klasie. Otwiera książkę, przegląda, czy wszystko jest w porządku, jak jakiś zadufany w sobie krytyk, ale doszedł do Kamionka, zobaczył swoje zdjęcie. – Dobra, idę do szatni, zaraz wracam. Wrócił z telefonem: – Przepraszam, a mógłbym zrobić sobie zdjęcie? Chłopie, jak chcesz to rób, jasne. Zrobił fotkę, oddał mi książkę i sobie poszedł. Truł nam tyłek tylko po to, żeby mógł zrobić sobie zdjęcie jego zdjęcia w książce. Może jest po prostu zdigitalizowanym człowiekiem i nie potrzebuje papieru. A trójki w ocenach nie zmienił.

Drygal: Teraz jeździmy po meczach okręgówki, A-klasy i B-klasy i sprzedajemy książki, bo to czasochłonna, ale dużo fajniejsza metoda. Bo zazwyczaj wchodzisz do sklepu, kupujesz i bierzesz. A tutaj wspólnie z kibicami oglądamy mecz, pogadamy, pośmiejemy się. Oczywiście przez internet też można kupić.

Rozmawiając z tobą trzeba poruszyć pewien temat. Ile drużyn z niższych klas zdaje sobie sprawę, że nie ma futbolu bez alkoholu i wpada do „Ulubionej” na rzuty karne?

Drygal: Pojedynczo z pewnością dużo, wielu z tych piłkarzy nie znamy, ale zdarzali się poloniści, a – co jeszcze ciekawsze – też piłkarze Legii. Jako cała drużyna przychodzi Jedność Warszawa, która robi u nas swoje miesięcznice, analizują swoją grę. Piłkarsko idzie im przeciętnie, poza tym trenują tylko dwa razy w tygodniu, ale to świetni ludzie, drużyna „ziomeczków”, także charakterologicznie bardzo pasują do tego miejsca. Poza tym na razie przychodzą po meczach, nie przed. (śmiech)

Opublikujecie jedenastkę „Ulubionej”, czyli skład najlepszych piłkarzy, którzy u was byli?

Drygal: Byłoby trochę hitów, załapały się do niej legendy polskiej piłki, a nawet obecni reprezentanci, zresztą też słynni działacze.

Chyba każdy będzie wiedział, o jakiego działacza chodzi. (śmiech)

Drygal: Ale raczej tego nie zrobimy, nie chcemy robić problemów ludziom, choć nikogo z nich nie trzeba było od nas wynosić. W Polsce ludzie mają przekonanie o piłkarzach, że jak wychodzą wieczorem się napić, to do odcięcia, a że w domach nie mają alkoholu w lodówce.

Uświadomiłem sobie właśnie, że nawet nie wiem, jak „Ulu” powstała.

Drygal: Zaczęło się tak, że zimą siedzieliśmy z Krzyśkiem Oliwą (współwłaściciel „Ulubionej”) w parku i rozmawialiśmy o tym, że fajnie byłoby mieć miejsce, do którego moglibyśmy pójść się napić o każdej porze dnia i nocy, ale żeby było na naszych zasadach.

Naturalnie w parku siedzieliście z piwem?

Drygal: Raczej nawet z wódką. Potem pogadaliśmy o tym z „Aszem”, czyli Arturem Szczepanikiem i jego to mocno zainteresowało, zaczął choć, dowiadywać się, jak założyć własny bar. Zgłosiliśmy się do przetargu miejskiego na lokal, ale oczywiście z myślą, że nie mamy szans i nas odpalą. Ja wyleciałem do Malezji, w zasadzie zapomniałem o tej sprawie, ale któregoś dnia o dziwnej godzinie zadzwonił do mnie „Aszu”.

– Stary, nie masz kiedy dzwonić?
– Właśnie się okazało, że wygraliśmy przetarg na lokal. Zakładamy bar!

Tak zaczęła się „Ulubiona”, lat temu sześć czy siedem.

Cielak: Ja byłem w niej jeszcze przed oficjalnym otwarciem i wtedy poznałem tam swoją narzeczoną…

Drygal: Kilka par było, „Ulubiona” zrobiła nawet kilka dzieci. Można powiedzieć, że „Skarby Miasta” są kolejnym.

Rozmawiał SAMUEL SZCZYGIELSKI

„Skarby Miasta” można kupić na SkarbyMiasta.com. W niedzielę prze meczem Legii z Górnikiem książka do kupienia przed sklepem „Żyleta”.

***

Poniżej fragmenty książki, po kilka zdań o poszczególnych klubach.

Coco Jambo

Zero – pierwszy lider w różowej czapce,  gdy już ci się wydaje, że nie masz siły, poddasz się, nie wstaniesz, wtedy pojawia się on, kapitan drużyny, który pocieszy cię słowami „mi też się nie chce”. Dostał opaskę kapitana, a jeszcze chciałby mieć  szacunek – roszczeniowiec. Chyba opanował sztukę bilokacji, bo na boisku jest wszędzie. Chce być Pirlo, jest jak Makalele. Jego główną zaletą jest to, że jest świadom swoich wad i zalet – dlatego wybrał ksywę jaką wybrał, cóż jaka drużyna taki kapitan.

Amigos

No i Garaż – wspomina Kłyszyński. – W Garażu popijało się piwko, coś zjadło się po meczu. Byliśmy świadkami, kiedy chłopaki z Legii przyjeżdżali do knajpy i wyciągali z zamrażarek buteleczki. Obserwowaliśmy jak Legia przygotowuje się do spotkań w fazie grupowej Ligi Mistrzów – śmieje się trener drużyny.

Amigos nie tylko na co dzień obserwowali wielką Legię, ale mieli również okazję bliżej poznać byłą gwiazdę zespołu z Łazienkowskiej, Nigeryjczyka Kennetha Zeigbo. Tak się akurat złożyło, że jeden z zawodników Amigos, Mariusz Mucha, był zatrudniony przez Legię Warszawa jako opiekun Kennetha. – Pojawił się więc nieoficjalnie na trzech treningach Amigos na piaszczystej Agrykoli i jak sam twierdził, treningi były znacznie lepsze, niż na Łazienkowskiej – dodaje Kłyszyński

Hutnik MKS

Ten stadion budowało jedenaście tysięcy hutników. Jak szedłem na pierwszą zmianę, to po niej, od czternastej do szesnastej pracowałem w czynie społecznym. Po nocy pamiętam, że od siódmej do wpół do dziewiątej biegałem z taczkami na Hutniku. To był, jest i będzie mój stadion i tych tysięcy ludzi. Bielany się wówczas bardzo ożywiły. Ludzie spędzali tu czas. My graliśmy w piłkę, był motocross, były potańcówki z kiełbasą z grilla, kanapkami i piwkiem od Bochenka. Karuzela i statek pływający po Wiśle. Wszystko w czasach głębokiego PRL-u. Szczerze mówiąc, jest mi cholernie przykro, że Warszawa tak to wszystko w ostatnich latach spartoliła. Hutnik był o wiele lepszym gospodarzem, niż Ratusz. Zawsze o dom zadba lepiej jego prawdziwy właściciel, niż armia nieczujących bluesa urzędników.

Marymont

Mecz rozgrywano na bocznym boisku Marymontu. Po strzale piłka przeleciała nad siatką  ochraniającą boisko i spadła na działki. A tam urzędował złośliwy człowiek, który ich nie oddawał. Twierdził, że mu kwiaty niszczymy i w zadośćuczynieniu chciał pieniądze. To, co zrobiłem było obciachem. To wtedy trener Caliński powiedział: „Michał, piłka nożna nie jest chyba dla ciebie. Poszukaj może czegoś innego”. Posłuchałem rady, chwilę pograłem w ręczną i rozpocząłem karierę sędziowską – śmieje się Listkiewicz.

– Świadkiem zakończenia kariery przez Listkiewicza nie byłem, ale znajomi opowiadali. W życiu nie słyszałem o czymś takim. Dostali rzut karny, koledzy dali mu go wykonać. Trafił w boczną chorągiewkę! On może by i w tą piłkę grał, bo był jej pasjonatem. Niesamowitym. No, ale brakowało mu podstawowej rzeczy. Powiem wprost jak to wyglądało. Miał jakiś taki dziwny, wręcz niespotykany brak koordynacji ruchowej. Osobno prawa noga, osobno lewa, inaczej prawa ręka, jeszcze inaczej lewa. To wszystko nie pasowało. Zdarzają się czasem tacy ludzie. Może i dobrze, że tak się stało. Został przecież sędzią międzynarodowym – śmieje się Spoczyński.

Olimpia

Przez szeroką bramkę stadionu wjeżdża człowiek na chopperze. „Nie uzasadnia swojego wjazdu domofonem na słupku furtki”, jak nakazuje przypięta do siatki tabliczka domowej roboty. Handlujący kilka metrów obok spławikami i wędkami starszy pan, kiwa głową na powitanie. – U nas jest prezes, sekretarka, magazynier i magazyn. Jest wszystko, tylko czas się zatrzymał – mówi z rozbrajającą szczerością trener Olimpii Warszawa, Marcin Kaczorowski. Kładzie kask na jednym ze stołów w przystadionowym barze „Kufelek”. – Może pan wierzyć, lub nie, ale ten klub ma duszę. Powiedział pan, że ile mamy drużyn w Warszawie? Trzydzieści osiem? No dobrze, a ile z nich ma duszę? Wie pan o czym mówię? Proszę się rozejrzeć, to wszystko ma ponad sześćdziesiąt lat. To kawał historii tego miasta. Jasne, że nigdy nie byliśmy tak dobrzy, jak Legia, ale miejsca w historii stolicy nikt nam nie zabierze – dodaje Kaczorowski.

Radość

W Radości do dziś pamiętają Nigeryjczyka, którego wszyscy nazwali „High Tower”. Ogromny, ponad dwumetrowy mężczyzna, bez dwóch przednich zębów. Zagrał w zaledwie jednym meczu ligowym. Podczas kilkunastu minut zdążył złamać nosy dwóm z rywali.  Facet ewidentnie bardziej nadawał się na koszykarza. „High Tower” przestał uczestniczyć w treningach, nie zniknął jednak z Radości. Przez pewien czas był kucharzem w domku jednorodzinnym, w którym mieszkali czarnoskórzy piłkarze tego klubu. Później na kilka miesięcy słuch o nim zaginął, aż pewnego dnia do ówczesnego prezesa klubu, Piotra Wąsowskiego zadzwonili ludzie urzędu imigracyjnego. „W autobusie rejsowym w Hiszpanii znaleźliśmy pana murzyna. Ma przy sobie zezwolenie na pracę w Polsce wystawione przez PKS Radość. Co mamy z nim zrobić?”. Zatrzymanym okazał się „High Tower”. Prezes początkowo chciał mu pomóc, zrezygnował, kiedy dowiedział się jak wysokie koszta musiałby ponieść. Radość nie miała kilku tysięcy euro na sprowadzenie „High Towera”.

Grom

Pewnego razu było sobie dwóch facetów po trzydziestce. Nie byli może królami, ani książętami zza siedmiu gór i mórz, ale mieli dobre serca. Na początku opowieści to całkiem spory kapitał, pomijając już drobny fakt, że denarów w sakiewkach im nie brakowało. Sakiewki nie były nie wiadomo jakich rozmiarów, ale umówmy się, żeby przeżyć nie musieli spotkać złotej rybki i wymyślać trzech sensownych życzeń. Założyli więc sobie klub i żeby bajka miała swój urok nazwali ten klub Gromem. Grom strzelił w Planetę Ziemia, w Lipowie, a Lipowo jak może wiecie, jest miejscem, gdzie psy podobno uczą się szczekać tylną częścią ciała.

Świadkiem dialogu trójki reprezentantów Polski był Sylwester Trześniewski, jeden z założycieli klubu. Grom Warszawa, wówczas Grom Lipowo, wspólnie z Andrzejem Wisiakiem wymyślili sobie z nudów. Drużyna powstała dziesiątego kwietnia 2009 roku. Równo rok później data zacznie się kojarzyć wszystkim Polakom z wielką tragedią, ale kto wtedy mógłby to przypuszczać?

KOMENTARZE (18)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Urkides
Legia Warszawa

Dla Warszawiaków ciekawe. Ale prawdę mówiąc ja, jako Warszawiak wolałbym żeby na tych boiskach było więcej nowoczesności i młodości niż duszy.
Na starej Pradze ta dusza miała przeważnie zapach moczu.

Hagen

Dla hanysa też.Chociaż wiele nazw przeczytałem pierwszy raz.Łączy nas piłka…

M.S.

Moi synowie zawsze walą brameczki warszawskim klubom, tylko że w U15 i oczywiście we wcześniejszych latach.

termos
Hutnik Warszawa

To prawda, że na Hutnika zawsze chce się wracać.

Urkides
Legia Warszawa

Nie mogę się doczekać kiedy miasto wybuduje Hutnikowi stadion i boiska treningowe. To miejsce jest stworzone ze względu na lokalizację do szkolenia młodzieży i zespołu co najmniej na poziomie II ligi albo nawet pierwszej.

Leon Kameleon
Hutnik Warszawa

Niestety miasto zupełnie nie dba… mieli nawet pomysł aby tereny sprzedać

Urkides
Legia Warszawa

Przecież jest plan inwestycyjny dla Hutnika. Mają zbudować stadion i kilka boisk z zapleczem socjalnym.
Hutnik to idealny klub partnerski dla Legii.
Uważam że kluby z Wawy powinny ze sobą ściślej współpracować w zakresie szkolenia i wypożyczeń piłkarzy.

3-5-2
Karmazyn Warszawa

Na trzeźwo?

adrian92

Dzięki za info o tej książce, nie wiedziałem nawet że coś takiego powstało :) Potwierdzam, że przez internet można zamówić ją zamówić, jestem ciekawy co napisali o Olimpii czy GKP Targówek, które są mi bliskie tak jak Legia. PS. https://www.sendsport.pl/product-pol-3134-Skarby-Miasta-Warszawa-2017-18.html . Jeżeli lista opisywanych klubów z tej strony się zgadza to czy przypadkiem autorzy nie zapomnieli opisać w książce wolskiego Sarmaty? Klub z tradycjami, do tego chyba się odradzający (po raz kolejny)- na szczęście władze Woli zamierzają odzyskać grunty od deweloperów, którzy przekonujeą, że nie można tam odtworzyć boiska bo teren… jest skażony metalami ciężkimi! Za to sami deweloperzy chcą tam zbudować osiedle. Jak rozumiem wtedy teren nie będzie już miał łatki „skażony”, za to będzie „świetnym miejscem dla rodzin z małymi dziećmi” 😉 K///rwa, jak patrzę na to co się dzieje w tym mieście (nie tylko tu zresztą) to się zastanawiam po co nam Komisja Planowania Przestrzennego- od razu zalejmy wszystko betonem, na chuj nam parki czy tereny pod sport, zróbmy wszędzie drugi „Mordor” :/

adrian92

Nie widzę tu też kilku innych klubów, jak np Warszawianka, ale rozumiem że chodzi tylko o te mające obecnie drużynę w seniorskiej strukturze rozgrywek piłkarskich. Cóż, szkoda, mogli napisać też o dawnych drużynach.

Urkides
Legia Warszawa

Popieram, latem zrobiłem sobie wycieczkę rowerową po „stadionach” i zobaczyłem głównie chwasty. Komuniści bardziej dbali o sport.

adrian92

Można wiele złego powiedzieć o komunistach (i większość z tego będzie prawdą) ale jednego nie można im odmówić: starali się realizować jakieś plany zagospodarowania przestrzeni, co prawda czasami realizowane strasznie „odgórnie”, bez potrzeby zrozumienia lokalnych potrzeb . Jednak po upadku tamtego systemu w tym aspekcie, zamiast mądrze wyśrodkować gospodarowanie przestrzenią, poszliśmy znowu w skrajność, tym razem w stronę wolnej amerykanki. Stąd np taka masa szpecących polskie miasta i wsie masa szyldów/reklam (często, tak na oko, nieaktualnych od co najmniej kilkunastu lat) czy domy albo nawet całe osiedla pobudowane w dawnych tzw. rezerwach pod budowę autostrad. W Warszawie problem jest o tyle istotny, że przestrzeń miejska mocno skurczyła się w ostatnich dekadach, ludzi przybyło (znacznie więcej niż zameldowanych, teraz szacuje się liczbę rzeczywistych mieszkańców na 2,1-2,2 mln) a nikt nie myśli o zachowaniu terenów zielonych/rekreacyjnych, bez których miasto się podusi w smogu. Każdy wolny skrawek ziemi idzie na sprzedaż deweloperom, coś czuję że za dekadę obudzimy się z przysłowiową ręką w nocniku. To mnie boli nawet bardziej niż sam stan infrastruktury, ten można póki takie „boisko” jeszcze jest, ale jak pobudują na nim kolejne betonowe molochy…

Urkides
Legia Warszawa

Adrian, myślę że czasy wolnej amerykanki już mijają, najgorsze były lata 90-e kiedy panował absolutny chaos. Z jednej strony zabudowę miasta trzeba intensyfikować a z drugiej zachować przestrzenie zielone, rekreacyjne i sportowe. Ponieważ jesteśmy na portalu sportowym to lepiej pogadać o sporcie.
Ostatnio czytałem zestawienie nakładów na sport w poszczególnych miastach i regionach. Warszawa i Mazowieckie są na szarym końcu tego rankingu. Wkurza mnie jak patrzę na takie „stadiony” jak Gwardii, Skra, Marymont, Hutnik, Spójnia. Myślę że trzeba szybko przywracać te miejsca warszawskiemu sportowi.
Powstają nowe, ogromne dzielnice bez dobrej infrastruktury sportowej. Ursus, Bemowo, Tarchomin to przecież „zagłębie” dzieciaków bo mieszkają tam przeważnie młodzi ludzie.
Myślę że miasto powinno pomagać w pierwszej kolejności tym klubom które mają pomysł na szkolenie młodzieży i już go realizują. Na przykład udostępnienie takiego stadionu jak Marymont Escoli Varsovia na pewno nie będzie błędem. To jest projekt robiony z głową i gwarantujący odpowiedni poziom.
Ursus powinien otrzymać taką pomoc bo to też klub ze sporym potencjałem demograficznym.
Hutnik ma już podobno obiecaną inwestycję w infrastrukturę.
Również mniejsze kluby powinny dostać pomoc infrastrukturalną w postaci baz treningowych.
Obowiązkiem miasta jest dbać o zdrowie i edukację mieszkańców a sport to bardzo ważna część edukacji.
Warszawa już nie jest biednym miastem. Uwzględniając siłę nabywczą (nie pensje) zrównała się z Wiedniem w poziomie życia a Mazowieckie jest na poziomie średniej unijnej.

3-5-2
Karmazyn Warszawa

A Karmazyn !?

M.

Dużo można pisać, ale obiektywnie druga siłą w Warszawie od kilku sezonów jest Ursus. Brawo Trakotorki. Brawo My.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Rojber Hultajski

rdzenni warszawiacy-padłem

Larry Gopnik

Świetna robota, chętnie bym sobie przeczytał.

wpDiscuz