Image and video hosting by TinyPic
Usłyszałem, że nigdy nie wrócę do piłki. Wiedziałem, że spróbuję
Weszło Extra

Usłyszałem, że nigdy nie wrócę do piłki. Wiedziałem, że spróbuję

Michał Koj od dziecka marzył, by grać w Górniku Zabrze. Do klubu trafił jako nastolatek, przebijał się w juniorach, lecz kolejne przystanki na trasie do pierwszego składu zabrzan były dość zaskakujące: Chorzów i drużyna lokalnego rywala, położone blisko dwa tysiące kilometrów dalej Ateny, wyjazd na drugi koniec Polski i gra w Pogoni oraz powrót… do Ruchu. Losy pogmatwane, ale zarazem ciekawe. 

Jednak niewiele zabrakło, by dzisiejszy lider ekstraklasy nie grał już ani w Górniku, ani w jakimkolwiek innym klubie. Po dość niewinnym zderzeniu głowami w jednym z meczów przez pewien czas był sparaliżowany. A gdyby w porę nie udał się do lekarza, mógłby na stałe zostać przykuty do wózka lub umrzeć. 

Bardzo długą drogę musiałeś przebyć, by zagrać w tym wymarzonym Górniku. 

Przede wszystkim bardzo krętą. Do Górnika trafiłem jako nastolatek, grałem w MSPN-ie i szło mi całkiem nieźle. A klubowi kibicowałem od małego. Chyba jeszcze mam gdzieś pamiątkowe zdjęcia z meczów. Na pierwszym byłem jako 12-latek. Rok później pojechałem ze starszymi kolegami na swój debiutancki wyjazd. To był mecz z Wisłą Kraków, więc niedaleko, ale oficjalnej zgody od mamy nie było. Znajomi zapewnili, że będę bezpieczny, no i akurat obyło się bez większych ekscesów. Można powiedzieć, że wpadłem po uszy.

Dlaczego więc odszedłeś do Ruchu Chorzów? 

Prezes MSPN-u cały czas robił mi problemy. Nigdzie nie chciał mnie puścić, gdy w grę wchodziły na przykład zagraniczne wyjazdy. Nawet żeby trafić do Ruchu, musiałem najpierw odbębnić pół roku w macierzystym klubie, w Slavii Ruda Śląska. Po prostu trzeba było odejść, by móc się dalej rozwijać.

Bo ty od początku bardzo dobrze się zapowiadałeś, prawda? 

Może ujmę to tak – kiedyś lepiej niż teraz! Dostrzegano we mnie potencjał na większe granie. Omijały mnie wtedy kontuzje, a to jest podstawa, by iść do góry. Do pewnego momentu wszystko wyglądało świetnie.

Jakim cudem 16-latek z Rudy Śląskiej wylądował w Panathinaikosie?

Normalnie, przez… Ajax Amsterdam. Holendrzy organizowali kiedyś specjalny camp na Korfu. Skierowany był głównie do greckich dzieciaków, które chciały spróbować sił w piłce, ale zaproszono też wielu zawodników z całej Europy, w tym mnie po jednym z meczów reprezentacji. Dlaczego miałbym nie spróbować? Dwa tygodnie na Korfu generalnie piechotą nie chodzą. Okazało się, że byli tam skauci innych klubów – między innymi Olympiakosu i Panathinaikosu. Najpierw dostałem zaproszenie na testy do Pireusu. Wypadłem dobrze i mogłem tam trafić, ale z czasem Krzysztof Warzycha zaprosił mnie do Aten, żebym tam również się pokazał.

Niezły dylemat.

Druga opcja od początku wydawała się lepsza, bo Panathinaikos to poniekąd polski klub, a to dla 16-latka, który wyjeżdża do obcego kraju, ma znaczenie. Ciągle kręcił się tam Jacek Gmoch, który jest w Atenach znaną osobą, tak samo Józef Wandzik, a przede wszystkim Warzycha. On jest tam bożyszczem. Przebywałem z nim, więc mogę potwierdzić, że nie może nawet spokojnie zjeść posiłku w restauracji. Na lotnisku do bramki bez niego idzie się pięć minut, a z nim… trzydzieści, bo każdy chce sobie zrobić zdjęcie. Poza tym, w Panathinaikosie miałem lepsze warunki do rozwoju i w pobliżu była polska szkoła.

Trzeba jednak trochę odwagi, by w takim wieku rzucić wszystko i zamienić Chorzów na Grecję. 

Chciałem czegoś spróbować. Od samego początku, gdy zabrali mnie na testy i rozmowę z panią psycholog, to był dla mnie inny świat. Większe obawy miała moja mama, ale spotkał się z nią Warzycha – opowiedział, jak to będzie wyglądać i zapewnił, że będą starali się wysyłać mnie jak najczęściej do Polski. Mama też musiała tam polecieć, by zobaczyć ośrodek i podpisać papiery. Warzycha został moim prawnym opiekunem.

Jak to? 

Takie przepisy. Miałem 16 lat, więc ktoś musiał sprawować nade mną opiekę, nie mogłem zostać tam puszczony samopas.

Trzeba jeszcze przypomnieć, że tamten Panathinaikos to była trochę inna drużyna niż dzisiaj. 

Grali w Lidze Mistrzów, między innymi z Barceloną. A w składzie mieli Gilberto Silvę, Djibrila Cisse i wielu reprezentantów Grecji jak Karagounis, Katsouranis czy młody Ninis, który uchodził za wielki talent. Najpierw mogłem na nich popatrzeć z boku, a później poznać i potrenować z nimi, bo przez dwa miesiące byłem z pierwszym zespołem. Super przeżycie.

Jak to wszystko wyglądało od środka?

Codziennie rano miałem treningi indywidualne. Prowadził je ojciec Samarasa, który był ważną osobą w akademii. Już samo to robiło wrażenie. Z reguły nie chodziłem do szkoły, klub opłacał mi korepetycje – głównie z tych przedmiotów, z których pisałem maturę. Oczywiście później miałem jeszcze normalne treningi.

Ktoś z twoich kolegów zrobił karierę?

Na pewno do pierwszej drużyny przebił się Kostas Triantafyllopoulos. Bramkarz Stefanos Kapino przeszedł później do Olympiakosu, czyli ekipy największego wroga. Dziś jest w reprezentacji Grecji. Zadebiutowało na pewno jeszcze kilku, ale musiałbym to posprawdzać, bo z czasem przestałem śledzić ich losy. Tyle tylko, że to już był trochę inny Panathinaikos. Zaczął się kryzys. W klubie było coraz mniej pieniędzy, więc siłą rzeczy zagraniczni piłkarze, którzy zarabiali sporo, szukali innych miejsc, dzięki czemu robiło się miejsce dla młodych.

Dlaczego tobie nie udało się przebić? 

Jak mówiłem, był taki okres, gdy pracowałem z pierwszą drużyną. Przed chwilą w Polsce grałem z rówieśnikami, a tam na treningach wpadałem na takiego Cisse. I fajnie, i ciężko. Postawiłem sobie za cel debiut, ale później miałem operację kolana. Powrót się przeciągał. Kluczowa chyba była głowa. To wszystko trochę mnie przytłoczyło. Zaczął mi doskwierać brak znajomych, brak rodziny, no i brak wypłat. To nawet za dużo powiedziane, bo miałem tam niewysokie stypendium, które starczało tylko na własne wydatki. Ale nawet tego mi nie wypłacali. Miesiąc w miesiąc musiałem się o to prosić lub fatygować Krzyśka Warzychę, by to załatwił. Szacunku za wiele w tym nie było.

Ale wikt i opierunek miałeś zapewniony?

Mieszkaliśmy w specjalnym ośrodku. Powiedzieć, że przypominał więzienie to przesada, ale rygor był duży. By z niego wyjść, trzeba było mieć zgodę prezesa lub trenera, który na karteczce musiał napisać, gdzie chcemy iść i dlaczego. I tak za każdym razem, gdy chciałeś iść do kina czy nawet do głupiego sklepu. Inaczej zatrzymaliby cię na bramie. Dziwnie to wyglądało, tym bardziej, że na ten ośrodek nikt nie mógł też wchodzić. Trzeba było zapomnieć o zapraszaniu znajomych. Nawet rodzice sześciolatków nie mogli oglądać treningów swoich dzieci. No i my też coraz mocniej odczuwaliśmy kryzys.

W starym artykule na stronie Pogonie wyczytałem, że biedowałeś, czasami brakowało jedzenia.

Aż takich dramatów nie było, ale czasami zdarzało się, że na kolację dostawaliśmy ryż z obiadu. Albo jak przyszedłeś ostatni, to czegoś mogło dla ciebie zabraknąć i tak dalej. Widać było oszczędności na każdym kroku.

ZABRZE 25.09.2017 EKSTRA TALENT GORNIK ZABRZE --- GORNIK ZABRZE EXTRA TALENT MICHAL KOJ FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Jak dzisiaj patrzysz na ten wyjazd?

Nie było debiutu, ale i tak uważam, że to dobry czas. Nie wiem i nigdy nie się dowiem, co by było, gdybym nie wyjechał. Może zamiast siedzieć w ośrodku w Atenach, polubiłbym w tym wieku dyskoteki, nocne życie i dziś już nie grałbym w piłkę? Wiem za to, że sporo zyskałem. Po pierwsze – pod względem piłkarskim. Rozwinąłem się technicznie, choć oczywiście dziś żadnym wirtuozem nie jestem, tylko wpierdalaką! (śmiech) Podciągnąłem się też fizycznie. Przybyło mi kilka kilogramów mięśni, bo siłownię mieliśmy 3-4 razy w tygodniu, a w Polsce nie mieliśmy jej w ogóle albo raz w tygodniu. Po drugie – dużo zyskałem życiowo. Nie zawaliłem szkoły, bo maturę zdałem bez problemu. Jednak przede wszystkim nauczyłem się dwóch języków.

Mówisz po grecku?

Tak, czasami uciekają mi wyrazy, ale szybko sobie przypominam. Jak byliśmy z Ruchem na obozie na Cyprze, to bawiłem się w tłumacza, gdy w pobliżu nie było Krzyśka Warzychy.

Grecy nie wkurzali cię swoim podejściem do życia?

Bywało to wkurzające, ale zarazem bardzo ciekawe było to, że potrafili być zupełnie innymi ludźmi w życiu i na boisku. Poza murawą wszystko na spokojnie, wszystko na jutro, nie ma pośpiechu. A w piłce nic z tych rzeczy – spina boisku, na treningach ciągłe jeżdżenie na dupach i jeszcze więcej agresji niż w Polsce.

Czyli bajka dla ciebie.

Na początku nie było łatwo, bo trenowałem ze starszymi, a pojechałem tam jako chucherko. Jest gdzieś w internecie zdjęcie, na którym widać, jak szczupły byłem. Ciężko było się przepychać, ale z czasem nabrałem już tych mięśni. Straciłem wtedy trochę na szybkości. Wtedy to miałem, dzisiaj trochę pozostawia do życzenia. Jest coraz lepiej, wyniki ciągle się poprawiają, ale takiego Makuszewskiego trzeba kopać po kostkach!

Dziś to fajne wspomnienia, ale wtedy do Polski wracałeś podłamany.

Nie byłem w najlepszej kondycji psychicznej. Nie zaliczyłem debiutu przez dwa i pół roku, no i tak jak wcześniej byłem okazem zdrowia, tak w Atenach zaczęły męczyć mnie kontuzje. Po powrocie nie bardzo wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Dostałem zaproszenie na testy do AEK-u Larnaka, byli na obozie w Polsce. Pojechałem tam nieprzygotowany, bo granie na podwórku z kolegami to jednak nie to samo, co trenowanie z drużyną. W drugim dniu naciągnąłem mięsień i dziękuję, dobranoc.

Przez kilka miesięcy po powrocie z Aten grałeś tylko z kolegami?

No nie. Zapukałem do starych drzwi tutaj w Górniku. Po miesiącu powiedzieli mi, że mogę zostać, ale możliwe, że nie będę łapał się do Młodej Ekstraklasy, bo tam będą schodzi piłkarze z pierwszej drużyny. Zaproponowali mi kontrakt w wysokości… 500 złotych. Nie chcieli mi wprost powiedzieć, że mnie nie chcą, stąd takie gadanie i ta zawrotna suma – dali mi to do zrozumienia w inny sposób. Zabolało.

Zwątpiłeś w siebie?

Wróciłem do domu z tą kontuzją i zacząłem studia na AWF-ie w Katowicach. Nie poddawałem się całkowicie, ale w głowie były myśli, by poszukać sobie innego pomysłu na życie. Studia zawsze są jakąś alternatywą. Na uczelni nie zabawiłem jednak długo, bo po kilku tygodniach dostałem telefon od Norberta Sawickiego, który dziś jest moim doradcą i przyjacielem. Współpracujemy już od pięciu lat – bez umów, bez żadnego ściągania pieniędzy z pensji czy bez wykłócania się o wszystko. Pomaga mi, gdy czegoś potrzebuję.

Mówisz o tym, bo wcześniej miałeś złe doświadczenia z agentami?

Szkoda gadać.

Wtedy udało się załatwić Pogoń?

Inaczej – udało się załatwić testy w drugiej drużynie Pogoni.

Nie brzmi super. 

Ale jak nie masz klubu przez kilka miesięcy, to zawsze jest to jakieś światełko w tunelu. Tym bardziej, że od początku było gdzieś mówione, że drzwi do pierwszej drużyny nie są dla mnie zamknięte. Chęć pokazania się z mojej strony była ogromna. Miałem być testowany przez dwa tygodnie, a po dwóch dniach trener Adam Gołubowski kazał mi jechać do domu, żeby się spakować. Skoro pojawiła się szansa powrotu do normalnej piłki, nie miałem wątpliwości, czy jechać na drugi koniec Polski. Po pół roku Artur Skowronek zaprosił mnie na trening pierwszej drużyny, ale po tygodniu go zwolniono – wiadomo, jak to jest w ekstraklasie. Kolejną szansę dostałem od trenera Wdowczyka. Wziął mnie pod skrzydła i podbudował psychicznie. No i pozwolił pierwszy raz zagrać w lidze. Debiut z bramką!

Samobójczą…

Ale zwycięski (śmiech). Później Pazdan mi pozazdrościł i też walnął swojaka. Dzisiaj się z tego śmieję, ale wtedy tak nie było. Na szczęście chłopacy i trener pozytywnie mnie odebrali. W Pogoni dostałem jeszcze kilka szans, ale wtedy kontuzje stały się moim utrapieniem. Dwa razy miałem operowane kolano, sparing z Lechem kończyłem z dziurą w mięśniu, do tego złamany nos i kolejna operacja. Tak się bujałem od kontuzji do kontuzji. Czas jakoś przeleciał. Odbyłem rozmowę z Czesławem Michniewiczem. Miałem jeszcze rok kontraktu. Zaproponował przedłużenie i wypożyczenie do Arki, ale się nie zgodziłem. Nie mając nic załatwionego, wróciłem na Śląsk.

Tym razem do Ruchu a nie Górnika.

Gdy pierwszy raz odezwali się do mojego menedżera, powiedziałem, że nie idę. Za drugim – to samo.

Dlaczego?

Z różnych względów.

Kibicowskich?

Może po jakiejś części też, ale ważniejsze były inne rzeczy. Miałem kilka ofert. Najbliżej byłem Rakowa Częstochowa i gdyby wtedy awansowali do I ligi, to pewnie tam bym wylądował. Jeśli chodzi o Ruch, wiedziałem, że są problemy z płatnościami. Powiedzieli mi, że mają miesiąc obsuwy, a mieli dwa lub trzy. Do tego dochodziło ryzyko, że przez brak gry w ostatnich miesiącach, odbiję się od tej ekstraklasy i kolejne pół roku spędzę na dupie. Szybko okazało się jednak, że te obawy były bezpodstawne, bo trener Fornalik postawił na mnie od pierwszego meczu.

Gorzej z tymi drugimi obawami. 

Przez pierwszy sezon nie było tak źle. Z reguły miesiąc obsuwy, chyba raz zdarzyło się, że aż trzy. Później pojawiły się jednak problemy z wypłaceniem premii za pierwszą ósemkę. Do dzisiaj nie dostaliśmy tych pieniędzy, ale sądziliśmy się z Ruchem i należą nam się. Wynik zrobiliśmy ponad stan, jak na panujące warunki, bo na wszystko brakowało. Jeśli chodzi o odżywki, medykamenty i tak dalej, na tle innych drużyn byliśmy jak nędzarze.

Ale chyba nie dlatego spadliście.

Dużo rzeczy się na to złożyło. Zacznijmy o najważniejszego – nie graliśmy tak, że bez cienia wątpliwości mogłeś powiedzieć: „oni zasługują, żeby zostać w lidze”. Nie zmienia to jednak faktu, że mieliśmy pecha. Był gol Siemaszki ręką, do tego kilka bardzo dziwnych decyzji przy karnych – nie gwizdano ich nam, a gwizdano przy naszych „przewinieniach”. Czasami czuliśmy się tak, jakby chcieli się nas już pozbyć z tej ligi. No i do tego dochodzi kwestia organizacji. Jeśli w marcu słyszysz, że zaległe pieniądze będą za dwa tygodnie, a nie dostajesz ich do maja, to jest średnio. To siada na psychikę, bo chłopacy mają rodziny i tak dalej. Jak tu się skupić, gdy nie masz pieniędzy i ciągle jesteś robiony w konia?

Często widzę, że jest to bagatelizowane na zasadzie – piłkarz zarabia tyle, że dwa-trzy miesiące bez pensji nie robią mu różnicy.

Ja akurat nie miałem tego problemu, ale trzeba pamiętać o kredytach i o tym, że ludzie prowadzą swoje biznesy, inwestują i tak dalej. Różnie bywało. Nam z kolei zarzucano, że spadliśmy, bo chcieliśmy odejść. Gówno prawda. Spadek to brzydka plama w CV. Żaden piłkarz jej nie chce.

2016.08.20 KRAKOW LOTTO EKSTRAKLASA PILKA NOZNA SEZON 2016 / 2017 06 KOLEJKA CRACOVIA KRAKOW - RUCH CHORZOW NZ MICHAL KOJ RUCH PRZERWA WODA WYSOKA TEMPERATURA FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl FOOTBALL LOTTO EKSTRAKLASA SEASON 2016 / 2017 ROUND 06 CRACOVIA KRAKOW - RUCH CHORZOW FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

CHORZOW 28.08.2016 MECZ 7. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2016/17: RUCH CHORZOW - LEGIA WARSZAWA 0:2 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: RUCH CHORZOW - LEGIA WARSAW 0:2 MICHAL PAZDAN MICHAL KOJ VADIS ODJIDJA OFOE FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

No i do trzech razy sztuka – trafiłeś do Górnika.

Była oferta z Piasta i jeszcze kilku klubów I ligi, między innymi z Miedzi. Na rozmowach w Górniku byłem jeszcze zanim zrobili awans. Rozwiązałem kontrakt z Ruchem i na początku rozmawiałem o warunkach pierwszoligowych. Później trochę się zmieniło.

Nigdy nie obraziłeś się na Górnik?

Jakiś żal miałem i pamiętałem, ale dziś Górnik to już inni ludzie, inne zarządzanie, inny stadion… Wszystko jest inne. Tych trenerów, którzy mnie wtedy nie chcieli, już nawet nie ma w klubie. Cieszę się, że tak to się potoczyło.

Niedawno Mateusz Janiak z Przeglądu Sportowego napisał poruszający tekst o twoim zdrowiu. Naprawdę było aż tak źle?

W pewnym momencie było fatalnie. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak niebezpieczne może być każde zderzenie na boisku lub nawet najmniejszy uraz głowy. Najłatwiej machnąć ręką i powiedzieć: „przejdzie mi”, ale nie powinno się tak robić. Trzeba jechać do lekarza i się przebadać. Po swoim przypadku wiem, że gdybym nie trafił do szpitala, mogłoby się skończyć tragicznie.

Tragicznie, czyli? 

Sparaliżowaniem lub śmiercią. Gdyby krwiak rozlał się do mózgu, nie byłaby to tylko pouczająca historia, którą mogę teraz opowiedzieć.

Na początku całkowicie to zlekceważyłeś, prawda?

Sytuacja była niewinna, są ich setki w każdym meczu. Czasami nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale jak ktoś dobrze trafi w głowę, choćby w bójce, to może zabić. Ja dostałem w 90. minucie, a adrenalina była taka, że nawet nie myślałem o zejściu. Na drugi dzień pobolewała mnie głowa, ale jeszcze poszedłem do sauny… Na pewno nie było to korzystne, ale nie myślałem, że coś mi jest! W niedzielę obudziłem się już z takim bólem głowy, że nie mogłem wytrzymać. Do tego wymioty. Pojechałem do szpitala, a dalej niewiele pamiętam. Podłączyli mnie pod aparaturę i urwał mi się film. Mama coś do mnie mówiła, ale nic nie pamiętam. Ledwie ruszałem rękoma, a od pasa w dół byłem sparaliżowany. Normalnie mam łaskotki, ale wtedy zero reakcji, żadnego czucia w nogach. Na szczęście po jakimś czasie wróciło.

Lekarze powiedzieli ci, że już nie wrócisz do piłki?

W szpitalu w Rudzie Śląskiej usłyszałem, że nie ma żadnych szans. Pęknięta czaszka, krwiak, paraliż. Nie ma mowy.

Świat ci się zawalił? 

W pierwszej chwili tak. A jeszcze leżysz w tym szpitalu, przychodzą do ciebie ludzie i musisz udawać, że wszystko jest w porządku, uśmiechać się. No nie polecam. Ale szybko zdecydowałem, że będę walczył. Mama, która jest pielęgniarką, wzięła płytki z tomografii i poszła z nimi do profesorów. Oni powiedzieli, że nie jest tak źle, choć też mieli obawy. Koniec końców trener Waldek Fornalik załatwił mi neurologa, który podbił wszystkie papiery, oczywiście po szeregu kilkudziesięciu badań. Wszystko zostało sprawdzone od A do Z. Musiałem grać w kasku ochronnym, bo każde odbicie piłki bez niego powoduje wstrząs, co mogło być dla mnie groźne.

Podobno długo miałeś całkowity zakaz gry głową. 

Ciężko było, bo ja z tego przecież żyję.

Jak Covilo. 

I widać, że po urazie nie gra głową już tak świetnie jak wcześniej. Był nie do przeskoczenia, a dziś wielu się to udaje.

Ty zacząłeś kalkulować?

Na początku odpuszczałem te pojedynki, ale powiem ci, że treningi swoją drogą, a mecze swoją. Dochodzi adrenalina i nawet nie do końca pamiętasz, czy masz ten kask czy nie, po prostu wchodzisz. A generalnie kask trochę przeszkadza, bardzo poci się głowa. Ale gdy wchodzisz na obroty, nie myślisz o tym, że jesteś jak czołgista z „Czterech Pancernych”.

Może to mylne wrażenie, ale czy nie było tak, że w pewnym momencie trochę oszalałeś – wszyscy dookoła mówili, że to niebezpieczne, a ty uparłeś się, że będziesz grał?

Musiałem powalczyć. W końcu się udało i znaleźliśmy doktora, który podbił wszystko. Krwiak nie znika ot tak, wchłaniał się stopniowo. Na początku przy powrocie do treningów było jakieś ryzyko, ale z czasem już coraz mniejsze.

Dzisiaj jest okej? 

Tak. Choć wiadomo, że gdybym dostał w to samo miejsce z podobną siłą, to mogłoby się skończyć bardzo źle. Staram się jednak o tym nie myśleć.

Ale to twoje zderzenie z Sochą znów wyglądało fatalnie.

Naprawdę cieszyłem się, że dostałem z drugiej strony. Dla mnie to nie było nic wielkiego – rozcięcie, kilka szwów i tyle, choć Socha chyba długo dochodził do siebie. Ale gdyby to była ta druga strona głowy, mógłbym się trochę podłamać psychicznie. Wtedy zaczęłoby się kalkulowanie. A tak zagrałem tydzień później w meczu, co prawda znów w kasku, ale zawsze. Cieszę się z tego, co mam. Gdybym miał się zamartwiać, to równie dobrze nie wychodziłbym z domu, bo mógłbym dostać od kogoś w łeb na ulicy i skończyć tak samo.

ZABRZE 15.07.2017 MECZ 1. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2017/18: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSZAWA --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSAW MICHAL KOJ TOMASZ LOSKA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Tradycyjne pytanie do gracza Górnika – kiedy spuchniecie?

Cały czas to słyszę. Gdy wygraliśmy dwa mecze, mówili, że pociągniemy do piątej kolejki. Później, że do dziesiątej. Piętnasta, to już maks! A my nie spuchniemy, nie łudźcie się. Gramy wąskim składem, ale mam nadzieję, że kontuzje dalej będą nas omijać. Wiadomo, że będą pauzy za kartki, ale to tylko jeden mecz. Do zimy musimy zrobić swoje, a później dobrze przepracować okres przygotowawczy. I nie przejmować się takimi głosami, bo mamy świadomość, jak pracujemy i jak jesteśmy poukładani taktycznie. Znamy swoją wartość.

Jeśli chodzi o ciebie, to przestały ci się przytrafiać głupie błędy, które wynikały – przynajmniej tak mi się wydaje – z braku koncentracji.

Ciężko mi odpowiedzieć. Na pewno jestem zdecydowanie lepiej przygotowany motorycznie. Na początku sezonu jeszcze było różnie, ale dziś naprawdę nie muszę się zastanawiać, czy braknie mi sił czy nie. Mogę biegać i biegać. A wszystko zaczyna się od tego i od głowy.

Czujecie się trochę lekceważeni przez resztę Polski? Pojawia się na przykład ostatnio taki motyw, że wasze wyniki bolą warszawskich dziennikarzy.

W szatni taki temat w zasadzie nie istnieje, a ja to już w ogóle nie przejmuję się takimi rzeczami. Ci, którzy nam dobrze życzą, dalej będą to robić. Ci, którzy życzą źle, nawet teraz gdy jest dobrze, znajdą coś by się przyczepić. Piszą, że jesteśmy najsłabszym liderem w Europie? Okej, to nas tylko motywuje. Gdyby Legia była tym liderem z takim samym bilansem, może tematu by nie było, ale co z tego, że napisali? O mnie na Weszło też było wiele nieprzychylnych artykułów.

Pamiętam tekst pt. „Piłkarska pornografia Michała Koja”.

I było tego więcej, ale na mnie to działa motywująco. Gdy ktoś na mnie naskoczy, jeszcze bardziej chce mi się zasuwać na treningach. Gdyby trener powiedział, że jestem fajtłapą, to bym się przejął, a tak to nie ma czym. Liczy się jego zdanie, a nie to dziennikarzy czy ludzi, którzy obserwują to gdzieś z boku. To on mnie wystawia, to on daje mi pracę, a ja mam spełniać jego wymagania. W przeszłości zdarzało się, że byłem krytykowany za sposób gry, który w teorii nie pasował do mojej pozycji, ale nie wynikało to z tego, że nie potrafiłem się zachować. Po prostu takie mieliśmy założenia taktyczne, o czym nikt nie pomyślał.

Z drugiej strony jest też mnóstwo pochwał pod naszym adresem, którymi nie możemy się zachłysnąć. To nawet nie jest połowa drogi, mamy tego świadomość. Mogą być wpadki, pewnie będą, ale musimy robić swoje.

Dalej włożysz głowę tam, gdzie inni zastanawiają się nad włożeniem nogi?

Nie odstawiam jej. To zderzenie z Sochą było przykładem. Mógłbym odpuścić, bo widziałem, że na mnie nabiega, ale to nie byłoby fair wobec trenera i drużyny. No bo oni za mnie na pewno by się wpierdzielili.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. 400mm.pl

ROKI KONIEC

KOMENTARZE (8)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
KaeM16

Dobry wywiad, wielu ciekawych rzeczy się dowiedziałem. A samemu Kojowi serca do gry nie można odmówić, tylko jego braki techniczne są niestety widocznie, ale na miano solidnego ligowca wystarczy.

Naprany
Górnik Zabrze

Na początku sezonu był dla mnie wraz z Wolniew.iczem najsłabszym ogniwem w podstawowej 11 Górnika, tak od kilku spotkań widać wyraźny postęp.

Marlowe
Legia Warszawa

Czytam codziennie prasę warszawską. Nie pamiętam żadnych artykułów krytykujących Górnika. Czytałem natomiast (w PS na Weszło i Futbolfejs) o tym, że w Zabrzu dziennikarze piszą o tym, że w Warszawie takie artykuły są pisane. Nie wiem, o co chodzi. Jakiś chory temat. Za to klikalny. W tle zła, zepsuta i zazdrosna Warszawa. To musi zadziałać.

Kolo

Tu nie chodzi o krytykę, tylko takie szpilki wbijane właśnie w stylu „najsłabszy lider Europy” Gdyby to Legia była na pierwszym miejscu każdy prawie da sobie łeb uciąć, że taki artykuł by nigdy nie powstał.

werseo

tak czy siak, legia to stara sowiecka kurwa.

werseo

Czuję dysonans, wywiad dobry, piłkarz – tragiczny.

matysgry

No tak… Jedni mają Koja, drudzy wypożyczonego z jak to piszesz „sowieckiej k…” Hołownię. Myślę, że to co czujesz nazywa się zazdrością.

werseo

raczej obiektywizmem, Koj jest chujowy i przyznają to nawet kibice tego klubu.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY