Image and video hosting by TinyPic
Zenit Kazań, czyli czołg z Tatarstanu napędzany gazem
Inne sporty

Zenit Kazań, czyli czołg z Tatarstanu napędzany gazem

„Sport to nie polityka”, „pieniądze nie grają” – znacie te dwie bzdury. W siatkówce takie teksty najśmieszniej brzmią w kontekście rosyjskiego Zenitu Kazań, czyli bezsprzecznie najlepszej drużyny w Europie ostatnich lat. Jak narodził się hegemon? Jak wyglądają jego powiązania z Kremlem? Jak pobyt w tym siatkarskim Realu Madryt wspomina jedyny Polak? Poznajcie historię klubu, w którym pieniądze płyną z takim ciśnieniem, jak gaz w gazociągu Nord Stream.    

***

Można powiedzieć, że w Kazaniu emocje wkrótce sięgną zenitu. W ich napakowanej pucharami gablocie brakuje już tylko jednego trofeum – za klubowe mistrzostwo świata – i wkrótce kolejna okazja, żeby tę ostatnią półeczkę zapełnić. Wtedy zdobędą siatkarską koronę Ziemi. Wygrają wszystko.

gablota

KMŚ to jak dotąd impreza dla nich przeklęta. W ostatnich dwóch sezonach dochodzili tam do finału, ale w obu przypadkach przegrywali z Brazylijczykami z Sada Cruzeiro. Przed rokiem nie było nawet czego zbierać, bo skończyło się na gładkim 0:3. Z kronikarskiego obowiązku odnotujemy tylko, że były jeszcze dwa trzecie miejsca w 2009 i 2011 r.

Ten ostatni skalp ma zostać zdobyty już w grudniu w Polsce, która przejęła imprezę po tym, jak przez osiem kolejnych edycji organizowano ją najpierw w Katarze, a później w Brazylii. Oprócz aktualnych mistrzów świata z Belo Horizonte, plany spróbuje pokrzyżować im nasz duet ZAKSA Kędzierzyn-Koźle i PGE Skra Bełchatów, a także włoskie Cucine Lube Civitanova, argentyński Personal Bolivar, irański Sarmayeh Bank Volleyball Club i chiński Shanghai Volleyball Club.

Brak tego mistrzostwa wywołuje w klubie największą irytację, bo jak dotąd Zenit zgarniał tytuły w ilościach hurtowych. Liga Mistrzów? Zdobyta pięć razy (plus jeden przegrany finał). Mistrzostwo Rosji? Ustrzelone dziewięć razy. Puchar i superpuchar kraju? To już dla nich taka monotonia, że nawet nie chce nam się liczyć.

A to wszystko w klubie, który nie osiągnął jeszcze nawet pełnoletności. Kto wychował tak zachłannego nastolatka?

***

Wychowała go republika Tatarstanu. Warunki były wręcz cieplarniane, bo to przecież kraina ropą i gazem płynąca. To tam biegnie największy na świecie rurociąg „Przyjaźń”, to również tam przechodzą gazociągi magistralne, w których w kierunku Europy zachodniej płynie gaz z azjatyckiej części Rosji. Dla niektórych może to wyglądać na koniec świata, ale dla rosyjskich oligarchów to pępek świata. To stamtąd płynie forsa.

mapa

kazan

Klub – jeszcze pod nazwą Dinamo – oficjalnie został powołany w maju 2000 r. Polityczny stempel miał od zawsze, ponieważ został założony decyzją tatarskiego ministra spraw wewnętrznych, powiązanego ze strukturami FSB, czyli agenturalnym molochem powstałym w miejsce KGB. Drużyna mocne plecy miała od zawsze, ale w parze z tym szły również oczekiwania. A te były oczywiście najwyższe i sięgały szybkiego awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej oraz celowanie w mistrzostwo.

Analizując narodziny tej drużyny w oczy rzuca się przede wszystkim to, że ona nawet nie potrzebowała czasu, aby się rozkręcić. Ona po prostu wygrywała od samego początku.

Tym początkiem był dopiero czwarty poziom rozgrywek w Rosji. Dinamo wciągnęło tą ligę nosem wygrywając 26 z 28 meczów. W kolejnym sezonie – 2001/2002 – też szli na ostro. Wówczas zakończyli ligę z bilansem 40-8, co dało im ostatecznie awans do przedsionka Superligi, czyli Wyższej Ligi „A”.

Kiedy elita była już na wyciągnięcie ręki, klub po raz pierwszy ruszył tam, co w późniejszych latach stało się jego specjalnością – poszedł na zakupy. Największą sprowadzoną gwiazdą był wtedy wicemistrz olimpijski z Sydney Rusłan Olichwier. Transfery okazały się udane, bo awans został oczywiście zrobiony. Mimo to przed startem premierowego sezonu w Superlidze drużyna nie była zaliczana do grona faworytów. Ale może to właśnie jej pomogło, bo na dzień dobry zdobyła… brązowy medal w lidze i Puchar Rosji. Przez cztery sezony ich porażki w bardzo ważnych meczach można byłoby więc policzyć w zasadzie na palcach jednej ręki.

To właśnie po tym sukcesie prezydentem klubu (jest nim do dziś) został Rafkat Kantjukow, także mocno powiązany ze światem polityki prezes spółki Tattransgas.

kantjukow

Naturalnie przyniósł ze sobą worki pełne rubli, które miały pomóc zbudować zespół zdolny namiesza też w Europie. Oczko w głowie Kantjukowa zmieniło wtedy nazwę na Dinamo Tattransgas Kazań.

Narodzinom potęgi z bliska mógł przyglądać się Robert Prygiel, czyli pierwszy Polak w Superlidze, który w 2003 r. trafił do Surgutu.

– Już jako beniaminek potrafili namówić do gry u siebie wybitnych zawodników, takich jak chociażby Dmitrij Fomin. Ściągnęli też brazylijskiego rozgrywającego Raphaela, który później wiele lat grał w Trentino, gdy Włosi w swoich najlepszych czasach wygrywali Ligę Mistrzów. Już wtedy było widać, że jest to klub, który będzie walczył o najwyższe cele. Oczywiście w dużej mierze też dzięki potężnemu sponsorowi, który za nimi stał. Bo od kiedy jest nim Gazprom, klub ma tak naprawdę taki budżet, jaki tylko chce – mówi Prygiel.

***

Wspomniany Gazprom, czyli państwowy koncern trzymający łapę na 60 proc. zbadanych złóż gazu w Rosji, wkroczył do klubu po zakończeniu sezonu 2007/2008 wykupując Tattransgas.

Zespół z Tatarstanu miał już wtedy na koncie pierwsze mistrzostwo Rosji oraz przede wszystkim zdobytą – w debiucie! – Ligę Mistrzów (dramatyczne 3:2 z Coprą Piacenza w Łodzi). Taki wynik zagwarantowała im silna paka, którą tworzyli wówczas m.in. Amerykanie Lloy Ball i Clayton Stanley oraz Siergiej Tietiuchin, Andriej Jegorczew i Aleksandr Kosariew. Kiedy wznosili oni do góry puchar Ligi Mistrzów, byli jeszcze Dinamem, ale po dealu z Gazpromem szyld zmieniono na Zenit. Oznaczało to mniej więcej tyle, bogaty klub stał się właśnie obrzydliwe bogaty.

Jak to się stało, że Gazprom, czyli spółka już wtedy będąca jednym z głównych narzędzi polityki zagranicznej Władimira Putina, wkroczyła w klub z Tatarstanu? Tego nie wiadomo. Ale prawda jest taka, że w połowie poprzedniej dekady światowy lider wydobycia gazu mocno wszedł w sport inwestując m.in. w kluby piłkarskie: Zenit Sankt Petersburg i Schalke 04.

hala

kibice11

kibice222

Tak finansową gorączkę w ogóle panującą wtedy w lidze wspominał w swojej biografii Łukasz Kadziewicz, były zawodnik Gazpromu Surgut (czyli on też dostawał pobory od rosyjskiego państwa) i Lokomotiwu Biełgorod:

Trafiłem na moment, gdy ich liga odzyskiwała blask i pojawiały się w niej gigantyczne pieniądze pompowane przez państwowe spółki. Za wszystkim stał Kreml. Komuś widocznie nie spodobało się, że rosyjskie gwiazdy zachwycają kibiców za granicą, a nie swoich. W Odincowie, Kazaniu, Moskwie, Nowym Urengoju czy Surgucie odkręcono kurek z pieniędzmi, co poskutkowało masowymi powrotami. Wracali Aleksiej Kazakow i Igor Szulepow z Trentino, Roman Jakowlew z Modeny, Stanisław Dinejkin z Treviso, Konstantin Uszakow z Ankary czy Dmitrij Fomin z Japonii. Do tego dochodziło kilku dobrych obcokrajowców, francuski środkowy Dominique Daquin, hiszpański przyjmujący Rafa Pascual czy kupa Brazylijczyków. Oni wszyscy tworzyli gwiazdozbiór”.

W Zenicie to wszystko od początku miało jednak rozmiar XXL.

Robert Prygiel zwraca uwagę, że w Kazaniu, czyli stolicy Tatarstanu, mieszają się ze sobą światy polityki i biznesu, ale zawodowy sport też nie jest tam wyjątkiem. – W działalność klubu ingerują prawdopodobnie najwyższe władze państwowe, są tam również jakieś koneksje z FSB, ale nawet nie chcę w to wnikać, żeby za dużo nie powiedzieć. Tak czy inaczej, wiele mówiło się nawet o kontaktach trenera Władimira Alekny z służbami. Ile w tym prawdy, nie wiadomo, ale jego postać zawsze przewijała się w klubie. Zanim został trenerem, pomagał tam, był doradcą.

***

Wspomniany Alekno został trenerem w tym samym momencie, kiedy do klubu wszedł Gazprom. Zastąpił na stanowisku Wiktora Sidielnikowa, któremu jak widać nie pomogła nawet wygrana w Champions League. Alekno przychodził wtedy do Kazania jako były selekcjoner kadry Rosji, z którą zdobył brąz igrzysk olimpijskich w Pekinie i wicemistrzostwo Europy.

I ten gość o aparycji misia polarnego został jednym z głównych architektów dekady sukcesów, które dopiero miały nadejść.

photo_1493400238_4

O jego podejściu do zawodników krążą legendy. Jedna mówi, że chcąc zmobilizować swoich siatkarzy do cięższej pracy, potrafił ich nawet ośmieszyć przerzucając na siłowni większe ciężary niż oni. Z jednej strony więc – słusznie lub nie – przypięto mu łatkę zamordysty, ale z drugiej nie brakuje też opinii, że to po prostu fantastyczny facet potrafiący porwać za sobą zawodników. Większość siatkarzy – gdyby tylko pojawiła się taka szansa – poszłoby do jego drużyny na kolanach.

Kiedy objął Zenit, do dziś tylko w jednym sezonie nie zdobył krajowego mistrzostwa. Na wygraną w Lidze Mistrzów musiał wprawdzie poczekać aż do 2012 r., ale jak już chwycił do rąk ten puchar, tak następnie wnosił go jeszcze w latach 2015, 2016 i 2017. Kto wie jednak, jakby się to wszystko potoczyło, gdyby właśnie w 2012 r. Rosjanie przegrali w finale ze Skrą Bełchatów. Mistrz Polski miał ich już na widelcu zarówno w partii czwartej, jak i tie-breaku, ale końcówkę lepiej wytrzymali jego ludzie.

Nic więc dziwnego, że na swojej ławce widziałoby go wiele liczących się klubów i reprezentacji.

Tak, wiem, federacja Iranu rozważa moją kandydaturę na trenera ich reprezentacji. Chcą ponoć spotkać się ze mną podczas Final Four Ligi Mistrzów w Turcji, kiedy będę tam z Zenitem. Ale kontaktowały się ze mną również związki z Polski, Argentyny, Japonii… Moje stanowisko pozostaje jednak niezmienne. Jeśli mam pracować, to tylko w Rosji – mówił w 2014 r. Alekno.

No bo w sumie gdzie mu będzie lepiej? Tym bardziej, że po ponownym objęciu reprezentacji (łączył wtedy dwa stanowiska) i zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego w Londynie, w kraju ma status trenerskiego cudotwórcy.

No i kasa cały czas się zgadza.

– Fenomenem tego klubu jest po prostu ogromna liczba pieniędzy, nieporównywalna z żadnym innym klubem na siatkarskiej mapie świata. Standardy płac, organizacja i cała otoczka są na zupełnie innym poziome niż wszędzie indziej. Matthew Anderson i Wilfredo Leon (w klubach Superligi mogą grać tylko dwaj obcokrajowcy – red.) to dziś praktycznie najlepsi siatkarze na świecie i jeśli trener Alekno sobie takich życzy, to po prostu takich dostaje. Tam pieniądze nie stanową żadnej przeszkody – mówi Prygiel.

W pierwszej dziesiątce najlepiej opłacanych siatkarzy świata, trójka pochodzi ze stolicy Tatarstanu. Są to wspomniani już Leon i Anderson, a także Maxim Michajłow. Portal worldofvolley.com – który uchodzi raczej za bardzo dobrze poinformowany – podał, że największe pobory na świecie ma obecnie Leon i jest to około 1,4 mln dolarów. Może w zestawieniu z zarobkami czołowych piłkarzy to drobniaki, ale w świecie siatkówki to gigantyczna pensja.

Jerzy Mielewski, komentator Polsatu Sport: – Mówi się, że pieniądze nie grają, ale jak widać ich budżet, kontrakty… To inna półka nawet w porównaniu z solidnymi wypłatami w lidze włoskiej. Ale trzeba też powiedzieć, że to nie tylko same pieniądze, bo ten zespół jest po prostu fajnie zbudowany i dobrze trzymany przez Władimira Aleknę. Z naszej perspektywy jest to o tyle ważne, że ogromną robotę robi tam Leon, który już niedługo będzie występował w naszej reprezentacji. Trzeba to podkreślać, bo w moim przekonaniu jest to 60 proc. siły ognia tej drużyny.

***

Jedynym Polakiem, po którego Zenit wyciągnął rękę, był Łukasz Żygadło. Nasz rozgrywający trafił do siatkarskiego Realu Madryt przed sezonem 2013/2014 z Fakieła Nowy Urengoj. To on miał zastąpić na boiskowej reżyserce utytułowanego Włocha Valerio Vermiglio.

Niestety, już na samym początku doznał paskudnej kontuzji stawu skokowego, która wymagała operacji. Nie rozegrał przez to żadnego meczu w sezonie i rozwiązano z nim kontrakt. Zapytaliśmy go jednak, jak wspomina czas spędzony w Kazaniu.

– Propozycję gry w Zenicie dostałem bezpośrednio od Władimira Alekny podczas meczu gwiazd ligi rosyjskiej, jakiś miesiąc po tym, jak wyeliminowaliśmy Kazań z Pucharu Rosji wygrywając z nimi 3:0. Poprosiłem o kilka dni do zastanowienia i podjąłem decyzję o podpisaniu kontraktu. Takiemu klubowi raczej się nie odmawia – wspomina w rozmowie z Weszło.

łuk

– Siatkarze mają tam wszystko, czego tylko potrzebują. Jeżeli zawodnikowi nie odpowiadał na przykład trener od przygotowania fizycznego, mógł zatrudnić swojego. Jeżeli potrzebował specjalistycznego basenu lub innych urządzeń, miał w Kazaniu dostęp do wszystkiego. To, co w Rosji robiło dużą różnice, to także czarter, dzięki któremu oszczędzało się bardzo dużo czasu podczas uciążliwych przelotów w trakcie ligi i rozgrywek europejskich.

I dodaje: – A Alekno? Zwróciłem uwagę na istotną rzecz, do której często odwoływał się w okresie, kiedy toczył ciężkie boje z Lokomotiwem Bełgorod. Kazań, w odróżnieniu od tej drużyny, nie jest kuźnią talentów, tam się ich nie wychowuje, tylko po prostu kupuje. Jak podkreślał, w Biełgorodzie jest wielu wychowanków, którzy zrobiliby wszystko dla swojego klubu, bo się z nim utożsamiają. Często nawiązywał do tego, chcąc dzięki temu bardziej zmobilizować swoich zawodników.

Warto też przypomnieć, że Łukasz Kadziewicz, który jako jedyny Polak wystąpił w finałach rosyjskiej Superligi, w 2010 r. zmierzył się tam właśnie z Zenitem. Jego Lokomotiw Biełgorod przegrał jednak wyraźnie w czterech meczach (1:3).

***

Ile potrwa jeszcze rosyjska hegemonia w Europie? W Europie, bo w skali świata jedynym batem jest na nich jedynie wspomniana na wstępie Sada Cruzeiro. A może wszystko zatrzyma dopiero zakręcenie gazowego kurka? Na to się jedna póki co nie zanosi.

Ciekawostką jest, że na krajowym podwórku wyrósł im jednak w tym sezonie ciekawy przeciwnik, także marzący o podboju najpierw kraju, a później Starego Kontynentu. Mowa o Zenicie Sankt Petersburg, który po prostu wykupił licencję na grę w Superlidze i właśnie rozgrywa swój debiutancki sezon. Można powiedzieć – też drużyna z probówki. A żeby było jeszcze ciekawiej, ta ekipa również nawożona jest forsą z Gazpromu, co już skusiło do transferu kilka głośnych nazwisk. Ewentualna porażka Kazania z nimi byłaby chichotem historii.

Robert Prygiel w detronizację ferajny Władimira Alekny jednak jakoś nie wierzy. – Nie sądzę, żeby Sankt Petersburg był w stanie im zagrozić. Na pewno są traktowani jako pewna alternatywa dla Kazania, uboższy brat, ale jestem przekonany, że Zenit będzie rządził jeszcze długo, długo, długo.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. zenit-kazan.com

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
jeremy

wyjdę pewnie na ignoranta i może za seksistę ale siatkówka to sport dla kobiet i tylko w takim wydaniu ją toleruje.

blazej przybylowicz

faktycznie, wyszedłeś.

Dymczasem

raz, dwa, trzy!, aaaa raz, dwa, trzy!, aaaa raz, dwa, trzy!, uuuuuu…

Joopiter

Dobry tekst, dzięki.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY