Image and video hosting by TinyPic
Piłka spełnia nieoczywiste marzenia
Blogi i felietony

Piłka spełnia nieoczywiste marzenia

Kolega, który gra teraz w drugoligowej Gwardii Koszalin, powtarza, że granie w piłkę traktuje stricte hobbystycznie, a przy okazji może poczuć namiastkę tego, co doświadczają profesjonalni piłkarze. Nieważne, czy występuje na szczeblu centralnym, czy pałęta się po trzecim i czwartym poziomie rozgrywkowym. Mecze, wyjazdy i treningi to dla niego coś więcej niż tylko sposób na zabicie nadmiaru wolnego czasu – bardziej odskocznia i szansa na choć częściowe spełnienie marzeń z dzieciństwa. Fajne podejście, łapanie chwil, które być może zostaną w pamięci do końca życia.

Niektórzy zawodnicy, grając w piłkę czysto amatorsko, dostają jednak szansę, by wejść w ten świat jeszcze głębiej. Pamiętam, jak w styczniu przygotowywałem dla Weszło artykuł o reprezentacji Wojska Polskiego, która szykowała się do wyjazdu na mistrzostwa świata wojskowych w Omanie. Jak widać, nieraz sprawy układają się tak, że nawet piłkarze łączący grę w piłkę z pracą – w tym przypadku w wojsku – mogą wystąpić na Mundialu. Turniej trwał kilkanaście dni, nasza reprezentacja niestety nie wyszła z grupy, ale choć przez chwilę ci gracze, najczęściej reprezentujący kluby z czwartego i piątego szczebla rozgrywkowego, mogli poczuć się jak zawodowcy. Zgrupowanie, hotel w Omanie, regeneracja po meczach i te sprawy – pełen profesjonalizm.

To, co zauważyłem, tworząc ten reportaż, to autentyczna radość tych ludzi z faktu, że za chwilę przyjdzie im reprezentować Polskę z orłem na piersi. Na co dzień nie rozpoznaje ich nawet kasjerka w osiedlowy spożywczaku, tymczasem gdzieś na drugim końcu świata mają okazję reprezentować Polskę na mistrzostwach świata. To działa na wyobraźnie i nieważne, że to tak naprawdę podrzędny amatorski turniej. Szyld Mundialu jest szyldem samym w sobie, a pasja jest pasją. – Dziwisz się, że dla nas to taka frajda? Spójrz, w niższych ligach grają tysiące zawodników, a my, było czy nie było, zostaliśmy wybrańcami. Jasne, to wszystko dzięki pracy w wojsku, ale myślę, że doskonale rozumiesz, o co mi chodzi. Człowieku – my reprezentujemy Polskę! Żołnierzowi trudno znaleźć większy powód do dumy, a jak jeszcze może dokonać tego w dyscyplinie, którą kocha? Coś pięknego – powiedział mi przed turniejem jeden z rozentuzjazmowanych zawodników. Drugi z kolei więcej czasu niż na boisku spędzał z telefonem w ręku. Mniej więcej co pół godziny dostawałem nową fotkę czy to z hotelu, czy z treningu. Tutaj mam małą zagwozdkę, której nie udało mi się wyjaśnić. Jakim cudem trenował (a musiał trenować dobrze, bo wychodził w pierwszym składzie) i przy okazji co chwilę robił zdjęcia? Odpowiedź, że posiada podzielność uwagi, nie wydawała się do końca przekonująca, a bardzo mocno przy niej obstawał. Zaraz ktoś powie, że co to za turniej, co to za „Mundial” skoro piłkarze latają po treningach z telefonami. Podaję tylko przykład, jakiś kompletny ewenement, ale skoro trener nie zwracał na to uwagi, to ten zawodnik pewnie robił to dość dyskretnie. Ot, ciekawostka. Ówczesny drugi trener Tomasz Chrupałła przyznał po turnieju, że pod względem organizacji i dyscypliny było naprawdę dobrze. Zrobiono wszystko, by piłkarze przez te kilkanaście dni poczuli się jak profesjonaliści

Wyniki co prawda nie dopisały, ale zawodnicy i tak przeżyli świetną przygodę. Podobnie będzie niedługo z reprezentacją Polski w futsalu. Futsaliści, choć nie byli faworytami, po trudnych i wymagających bojach, zwieńczonych barażowym zwycięstwem z Węgrami, wywalczyli przepustkę na mistrzostwa Europy. Dla nich to też będzie coś wielkiego – powalczą nie tylko o pozostanie w naszych świadomościach, ale też o masę wspomnień. Kto nie chciałby się przecież pochwalić tym, że grał na takim turnieju? Finały rozegrane zostaną w Słowenii w dniach 30 stycznia – 10 lutego i na pewno warto będzie te zmagania śledzić.

Dalej reprezentacja Polski w AMP Futbolu, która zajęła trzecie miejsce na rozgrywanych w Stambule mistrzostwach Europy piłkarzy po amputacji, a brązowe medale odebrała na wypełnionym po brzegi stadionie Besiktasu. Nasza drużyna uchodziła za jednego z faworytów, pewnie wygrała swoją grupę, a przy ciut większym szczęściu mogła pokusić się o awans do finału. Było czy nie było zdobyła coś, czego nie posiadają piłkarze obecnej reprezentacji Polski – medal na wielkim turnieju. Wiadomo, to inna para kaloszy, ale to musi działać na wyobraźnie i jeszcze bardziej nakręcać. Ich gra w piłkę, mimo że są po amputacji, ma ręce i nogi. Jest czymś więcej niż zwykłym wychodzeniem na boisko. Pozwala spełniać marzenia. Spójrzcie zresztą na fragment wywiadu przeprowadzonego zaraz po turnieju przez Kubę Białka. Nic więcej nie trzeba dodawać.

Brązowe medale odbieraliście na wypełnionym po brzegi stadionie Besiktasu. Gdy to zobaczyłem – aż ciężko było w to uwierzyć.

Mateusz Widłak: Ja też do tej pory nie mogę uwierzyć w to, co się stało, mimo że sam uczestniczyłem w organizacji.

Marek Dragosz: Byliśmy w środku tego wszystkiego w totalnym amoku. Turcy ze swoją żywiołowością zrobili show. Trochę ściskało dupę, że nie graliśmy w tym meczu.

Bartosz Łastowski: Odebrać brązowy medal przy 40 tysiącach widzów… Coś niesamowitego. Jak wszedłem na boisko i zrobiłem rundkę głową dookoła trybun to nogi się pode mną ugięły. Ciarki na całym ciele. Zazdroszczę chłopakom z Besiktasu, że mogą grać co tydzień przy takiej publiczności.

Marek Dragosz: Trener Anglików wychodząc 1,5 godziny przed meczem na rozgrzewkę powiedział:

– Jest OK. Kilkaset osób siedzi, piękny stadion, zagramy na nowoczesnym obiekcie… Fajna rzecz.

Po rozgrzewce wrócili do szatni i jak wyszli tunelem na boisko i usłyszeli – nazwijmy rzecz po imieniu – pierdolnięcie, to nogi się pod nimi ugięły. 40 koła na trybunach, które non stop się wydziera – niesamowite. Ten dzień to petarda dla promocji amp futbolu. Każda drużyna mówiła, że musi pokazać te obrazki u siebie tym bardziej, że w wielu miejscach ministerstwa czy związki kładą trochę lagę na amp futbol. Czasem zdarza się, że mecz Serie A ogląda osiem czy dwanaście tysięcy ludzi. A tutaj na kulawych piłkarzy przyszło 40 tysięcy. Mówimy o kosmicznej historii. Samo zobaczenie, że coś takiego może się dziać, działa na wyobraźnię. Dla mnie to była – jak mówi pan Hajto – truskawka na torcie.

Mateusz Widłak: Poczułem się niesamowicie tym bardziej, że z organizacyjnych powodów chwilkę się spóźniłem i wszedłem w momencie, gdy stadion był już pełny. Szczerze mówiąc poczułem się… Nie wiem, chyba jakbym pomylił imprezy i zamiast na finał amp futbolu poszedł na mecz Ligi Mistrzów. To jakiś sen. W Meksyku była super atmosfera, w Kalinigradzie było osiem tysięcy na finale, ale nie da się tego porównać z tym gorącym, tureckim dopingiem.

Z chłopakami z federacji długo zastanawialiśmy się, czy to prawda, bo decyzja o miejscu i godzinie finału zapadła dokładnie poprzedniego dnia o… 21:40. Czyli nawet nie dzień wcześniej, a paręnaście godzin wcześniej. Turcy mówili, że przy dobrych wiatrach przyjdzie dziesięć tysięcy ludzi. Ciężko było mi uwierzyć w to, że można będzie tak szybko zorganizować taką publikę. A później okazało się, że trzeba otwierać kolejne sektory… I kolejne…

Na świeczniku, co naturalne, znajdują się profesjonaliści, a gdzieś tam głębiej, w świecie amatorskiego futbolu, mają miejsce naprawdę ciekawe, często bardzo mocno inspirujące przygody. Skoro piłkarze po amputacji nogi mają w sobie tyle pasji i energii, żeby pomimo swoich życiowych problemów nadal grać w piłkę, no to dlaczego inni, zdrowi ludzie mieliby nie rozwijać swoich pasji i zainteresowań? Takie przykłady mogą dodać nieocenionej motywacji.

Lubię odkrywać takie historie, więc tym bardziej cieszę się, że w czerwcu miałem przyjemność poznać osobiście Jacka Magdzińskiego, polskiego piłkarza grającego obecnie w angolskim Sagrada Esperanca, który trafił tam, bo pewnego razu otrzymał… wiadomość na Facebooku od niemieckiego menedżera, który później przeprowadził jego transfer. Dotąd jego Mount Everestem była polska pierwsza liga.

Podróżowanie i ciekawość świata to piękne cechy, które niewątpliwie poszerzają horyzonty. Piłkarze są w o tyle uprzywilejowanej sytuacji, że ciekawość świata może być nie tylko ich pasją, ale też sposobem na życie. Umówmy się, Adrian Mierzejewski czy Marcin Budziński zarabiają w Australii na coś więcej niż frytki raz w tygodniu. Nieważne jednak jak wielka byłaby tam kasa, potrzeba ogromnego pokładu energii i odwagi, aby zdecydować się na tak nietypowy ruch. Aby rzucić wszystko i wyjechać grać w piłkę do Azji, Australii, czy Afryki trzeba… po prostu trzeba mieć w sobie chęć, aby złamać pewne bariery. Zestawmy ze sobą dwóch zawodników: wspomnianego Magdzińskiego i – strzelam – Mateusza Kupczaka z Bruk-Bet Termaliki. Kiedy skończą swoje kariery, nikt nie będzie o nich pamiętał – nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Który z nich z tych kilkunastu lat kopania piłki wyniesie więcej? To pytanie retoryczne. Pierwszy zostanie z niesamowitymi wspomnieniami, o których – z czystym sumieniem – będzie mógł opowiadać wnukom. Drugiemu pozostanie chwalenie się, że zna każdy zakamarek Niecieczy i pomieszkał sobie kilka lat w pobliskim Tarnowie. Nie uważam, że droga Kupczaka jest zła (zresztą to tylko przykład). Skoro dobrze czuje się tu, gdzie jest, może wyciska maksa ze swojej kariery, no to niech gra i niech wiedzie mu się w Niecieczy jak najlepiej. Uważam jednak, że Magdziński wybrał zdecydowanie ciekawszą drogę, po której pozostanie mu masa wspomnień, o czym zresztą bardzo szeroko mi opowiedział.

Jestem trzecim Polakiem, który gra w piłkę w Afryce. Pierwszym w Angoli. W trudniejszych momentach – chorobowych, bakteryjnych czy typowo mentalnych i emocjonalnych chwilach – chciałbym się kogoś doradzić. Wtedy zdaję sobie sprawę, że nie było nas zbyt wielu i nikt nie wytrzymał tyle, co ja. Na pewno nie jestem wybitnym piłkarzem – polskich zawodników, którzy są lepsi ode mnie, można liczyć w setkach, ale takich, którzy potrafiliby się dostosować do warunków w Angoli i przeżyć to wszystko jak ja, z pewnością jest niewielu. Co ciekawe, w momencie, w którym wyjeżdżałem, dwóch czy trzech zawodników mogło wylecieć ze mną. Dzwonili, pytali. Mieli nawet wiadomości ode mnie, kiedy już tam byłem i… się nie zdecydowali. Poleciało ze mną dwóch Europejczyków, po trzech miesiącach wrócili do domu, bo trener ich odesłał. Jestem przekonany, że to nie jest łatwe. Sam miałem chwile, w których mi się po prostu nie chciało, ale najtrudniejsze mam już na pewno za sobą, teraz czekam na efekty tego wszystkiego. Niekoniecznie w piłce nożnej.

Jacek wybrał trudną drogę, absolutnie niebanalną, więc tym bardziej należy mu się szacunek. Ma, zaryzykuje, jedną z najfajniejszych karier w polskiej piłce. Nie jedną z najlepszych, nie jedną z najbardziej efektownych – po prostu jedną z najfajniejszych. Mieszka z dala od rodziny i przyjaciół (jest z nim tylko dziewczyna), ale przynajmniej spełnia swoje marzenia. Coś za coś. Przed transferem do Angoli grał w czwartej lidze, miał już powoli kończyć z piłką, tymczasem wciąż radzi sobie bardzo dobrze.

Poznałem go w dość ciekawych okolicznościach. Na początku czerwca wybrałem się na mecz Gwardii Koszalin, który decydował o awansie koszalinian do drugiej ligi. W pewnym momencie spiker wyczytywał przybyłych na stadion gości. Wśród nich znalazł się Jacek. Pomyślałem wtedy, że w sumie jest to bardzo dobry pomysł na wywiad. Od razu napisałem do niego na Facebooku, ale przez jakiś czas nie odpisywał. Pamiętam, że po dwóch czy trzech dniach bez wiadomości zwrotnej chciałem już pisać do Kuby Białka, który wcześniej przeprowadzał z nim wywiad, z prośbą o numer. I mniej więcej w tym samym momencie Jacek odpisał. Podał swój numer, zadzwoniłem, umówiliśmy się w Szczecinie, pojechałem specjalnie na tę rozmowę, i naprawdę nie mam czego żałować, bo to była jedna z tych rozmów-samograjów. Magdziński okazał się bardzo pozytywnym człowiekiem i sprawiał wrażenie osoby, wyciskającej ze swojego życia maksa. Po prostu – świetny gość.

Zresztą, każda z tych historii jest bardzo pozytywna. Amatorzy jadą do Omanu i przez kilka dni czują się jak uczestnicy mistrzostw świata. Futsaliści mogą dostąpić zaszczytu gry na mistrzostwach starego kontynentu. Piłkarze po amputacji spełniają swoje marzenia i pomimo wszystko grają w piłkę (z sukcesami!). Do tego trafiają się takie ewenementy jak Jacek Magdziński, którym futbol, pewnie trochę też łut szczęścia, daje coś więcej, niż wieczne kopanie się po czole w niższych ligach.

Bo w piłce nożnej jest miejsce zarówno dla wielkiej komercji, jak i pięknych, romantycznych historii, które odcisną piętno na każdym, kto miał okazję ich doświadczyć na własnej skórze, lub chociaż z zapartym tchem śledzić.

Norbert Skórzewski

https://twitter.com/NSkorzewski

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Matciak

Jest jeszcze Gikiewicz, który przy okazji gry w piłkę, za niezłe pieniądze, zwiedza kawał świata!!! Fajny sposób na życie!

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY