Chyba musimy porozmawiać o trzecim napastniku…
Weszło

Chyba musimy porozmawiać o trzecim napastniku…

Od 12 czerwca 2016 roku, od meczu otwierającego dla nas mistrzostwa Europy we Francji, reprezentacja Polski rozegrała do wczorajszego wieczoru dokładnie 1500 minut. Robert Lewandowski, od 12 czerwca 2016 roku, aż do wczorajszego wieczoru, rozegrał w reprezentacji Polski 1410 minut, opuszczając jedynie mecz towarzyski ze Słowenią niemal dokładnie rok temu. Nie trzeba być zwycięzcą konkursu matematycznego Kangur, by obliczyć, że testowanie gry bez udziału naszego najlepszego zawodnika miało miejsce przez szalone 90 minut – czyli w dokładnie jednym, jedynym meczu przeciw Słoweńcom. 

Wczoraj mieliśmy dopiero drugą okazję, by przekonać się jak kadra wygląda bez „Lewego” i zasadniczo wyszło to wszystko całkiem przyzwoicie – mocny rywal, niewiele sytuacji pod naszą bramką, kilka zalążków akcji po drugiej stronie. Jak na zespół, który miał się rozlecieć jak domek z kart – ta próba wyszła w porządku. Nie fantastycznie, nie świetnie, ale też nie tragicznie – po prostu w porządku.

Osobne słowo trzeba jednak poświęcić ewentualnemu zastępstwu Roberta Lewandowskiego. W tym celu spójrzmy jeszcze kawałek dalej – na ostatnie trzy lata, czyli czas od towarzyskiego meczu ze Szwajcarią w listopadzie 2014 roku.

Mecze bez RL9:

– Grecja 0:0 – ustawienie z jednym napastnikiem, w roli zastępcy – Arkadiusz Milik,
– Czechy 3:1 – ustawienie z jednym napastnikiem, w roli zastępcy – Arkadiusz Milik,
– Finlandia 5:0 – ustawienie z jednym napastnikiem, w roli zastępcy – Arkadiusz Milik,
– Litwa 0:0 – ustawienie z jednym napastnikiem, w roli zastępcy – Arkadiusz Milik,
– Słowenia 1:1 – ustawienie z jednym napastnikiem, w roli zastępcy – Łukasz Teodorczyk,
– Urugwaj 0:0 – ustawienie z jednym napastnikiem, w roli zastępcy – Kamil Wilczek.

Robi wrażenie, prawda? Szczególnie, jeśli przypomnimy sobie, że Arkadiusz Milik jest po dwóch poważnych kontuzjach, z czego tej drugiej jeszcze nie wyleczył – i nie wiadomo, w jakiej formie pojedzie do Rosji. Jeśli Adam Nawałka stanąłby przed tragicznym wyborem, jakim jest gra od pierwszej minuty bez dwóch podstawowych napastników… Nie możemy nawet przewidywać, co mogłoby się stać. Taki scenariusz w ostatnich trzech latach sprawdziliśmy bowiem tylko dwa razy – ze Słowenią, gdy mecz rozpoczął Teodorczyk, a po przerwie graliśmy dwójką Teo-Wilczek i wczoraj, z Urugwajem, gdy po 67 minutach gry Wilczka zmienił Świerczok.

Innymi słowy – jeśli chcielibyśmy rzetelnie oceniać możliwości Wilczka czy Teodorczyka (bez asysty Lewandowskiego, która każdemu napastnikowi zdecydowanie ułatwia sprawę) – musielibyśmy opierać się na dokładnie 180-minutowym wycinku rzeczywistości. Trochę niewiele, by cokolwiek wyrokować, a już z pewnością za mało, by kogokolwiek skreślać. Na wszelki wypadek zerknijmy, jak wygląda całościowy dorobek rezerwowych napastników.

Łukasz Teodorczyk: 

– łącznie 21 minut z Czarnogórą, Rumunią i Kazachstanem,
– 90 minut ze Słowenią (gol),
– 10 minut z Rumunią (asysta),
– 85 minut z Armenią,
– 17 minut z Serbią,
– 22 minuty ze Szwajcarią.

Kamil Wilczek:

– 5 minut z Armenią,
– 45 minut ze Słowenią,
– 67 minut z Urugwajem.

Można oczywiście narzekać, że ich udział przy bramkach jest niewielki, ale spójrzmy na sprawę uczciwie – żaden z nich nie dostał tak naprawdę realnej szansy, może poza 90-minutowym występem Teodorczyka przeciw Słowenii, w którym napastnik Anderlechtu trzasnął gola.

To jest jedna strona medalu, po której werdykt musi być jasny: jeśli bierzemy pod uwagę grę w reprezentacji, to nie da się w tej chwili przewidzieć, kto, w jaki sposób i z jakim skutkiem byłby zastępcą dla Lewandowskiego, jeśli Milik w Rosji nadal będzie kuśtykał.

Jest też jednak druga strona. Wilczek i Teodorczyk występują także w klubach. I na tle ich występów poza kadrą, da się już w jakiś sposób wypracować wnioski na przyszłość. Przypomnijmy – mówimy tutaj o napastnikach, którzy mają odpowiednio 29 i 26 lat, nie wymyślili jak dotąd prochu i niewiele wskazuje, by w niedalekiej przyszłości mieli rozwiązać problem Bayernu z zastępstwem dla Lewandowskiego. Wręcz przeciwnie – jeśli zsumujemy ich dorobek z tego sezonu, wliczając do niego nawet gole strzelone amatorom w rozgrywkach pucharowych, łącznie nadal będą mieli na koncie tyle samo bramek, ile Krzysztof Piątek w Ekstraklasie. Kamil Wilczek w lidze duńskiej trafił dwukrotnie, ostatnio nawet stracił miejsce w pierwszym składzie. Dołożył do tego sztycha w pucharze, ale biorąc pod uwagę klasę rywala – trzeba to wycenić mniej więcej podobnie jak debiutanckiego gola Dawida Kownackiego przeciw Foggii w Pucharze Włoch. Łukasz Teodorczyk wygląda jeszcze gorzej – bo zagrał już przeszło 1300 minut, a trafił wciąż tylko trzy razy. Do tego w ostatnim meczu z Brugią zasiadł na ławce i pojawił się na boisku na ostatnie pięć minut.

Na tle dorobku obu panów z ubiegłego sezonu, jesień wygląda w ich wykonaniu po prostu fatalnie i tak jak nie zdziwił nas brak powołania dla Teodorczyka, tak i wykreślenie z listy Wilczka nie byłoby żadną sensacją. Kto za nich? Ha, i tu właśnie jest cała zagwozdka. Ale przypomniała nam się pewna dość szczególna sytuacja. Pamiętacie jeszcze pierwsze mecze Arkadiusza Milika w seniorskiej reprezentacji? Młodzieżówka grała właśnie ważne mecze eliminacyjne do jakiegoś Pucharu Syrenki, czy czegoś równie prestiżowego. Dorosła kadra z kolei walczyła z Gibraltarem. Wiadomo było, że Milik jest bardziej potrzebny u młodych, ale Nawałka postawił na swoim i zabrał go na mecz z pół-amatorami.  My sami krytykowaliśmy go za to posunięcie, ale szybko okazało się, że selekcjoner miał rację – i od podstaw zbudował sobie doskonałe uzupełnienie Roberta Lewandowskiego.

Wiecie już, do czego zmierzamy? Tak, wczoraj młodzieżówka grała z Wyspami Owczymi. Dawid Kownacki wprawdzie dostał czerwoną kartkę, ale wcześniej strzelił gola. Tak samo jak w swoim poprzednim ligowym meczu z Interem. I jeszcze poprzednim, z Crotone. I jak – dwukrotnie – z Finlandią U-21 na początku października. I tak jak – dwukrotnie – z Gruzją U-21 na początku września. Wiemy, że w Sampdorii grywa ogony ogonów, wiemy, że wczoraj razem z całą swoją ekipą skompromitował się remisem z młodzieżówką państwa z liczbą ludności zbliżoną do Bełchatowa. Ale wiemy też, że nie wygląda dużo gorzej, niż którykolwiek z pary Wilczek-Teodorczyk. W końcu też strzelił w tym sezonie trzy gole.

Zapytacie: A może jednak Świerczok? Albo Stępiński? Albo Piątek? Albo Niezgoda? I za każdym w sumie będą stały podobne argumenty.

Sęk w tym, że wszystkich – od Wilczka i Teodorczyka, po Niezgodę i Kownackiego, łączą trzy sprawy: nie są w czołówce klasyfikacji strzelców swoich lig, nie grają od deski do deski w swoich klubach, ani razu nie dostali prawdziwej szansy w reprezentacji Polski. Nikt wobec tego nie jest w stanie określić, jak wygląda hierarchia polskich napastników od trzeciego miejsca w dół. Nie jest to problem tak długo, jak długo zdrowy jest Robert Lewandowski, ewentualnie Arkadiusz Milik. Jeśli obu zabrakłoby podczas któregoś meczu w Rosji, bylibyśmy zdani na improwizację.

Powody do optymizmu? Jeden, zasadniczy. Na ponad pół roku przed mistrzostwami świata debatujemy na temat TRZECIEGO napastnika w kadrze. Od 2006 roku na tym etapie przed mundialem mogliśmy dyskutować co najwyżej nad przyczynami fiaska w eliminacjach. Nie chcemy przez to napisać, że to wydumany problem, ale… to jednak trochę wydumany problem.

Fot.FotoPyK