Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Niedawno miałem przyjemność spędził interesujące siedem dni w Barcelonie w towarzystwie Jarosława Kołakowskiego, czyli jednego z najprężniejszych polskich menedżerów (on sam uściśliłby, że najprężniejszego). Z całego wyjazdu, podczas którego oczywiście rozmawialiśmy bardzo dużo na temat piłki i tego co się w niej aktualnie dzieje, w pamięci zapadło mi jedno zdanie: – Transfer należy oceniać z perspektywy momentu, w którym został dokonany, a nie tego, co wydarzyło się później.

Jest to spojrzenie inne niż u ludzi, którzy agentami nie są. Oni – my, wy – wolą zaczekać rok i wtedy wyrokować: to był nieudany transfer, ten z kolei transfer był udany.

Ale zdaniem Jarka – to błąd. Nawet kupuję jego sposób myślenia.

– Transfer albo jest zasadny, gdy się go robi, albo nie. Trzeba brać pod uwagę cenę piłkarza, jego dorobek, jego możliwości wpasowania się w nowe otoczenie, potrzeby zespołu, sposób gry, możliwości techniczne i fizyczne. Może się więc zdarzyć tak, że klub X dokona naprawdę dobrej transakcji, czyli zakontraktuje akurat takiego zawodnika, jaki jest mu pod każdym względem potrzebny. I jednocześnie może się zdarzyć tak, że ten piłkarz za rok okaże się niepotrzebny, ponieważ rzuciła go żona i załamał się psychicznie, albo ma inne problemy prywatne, może przyplątać się kontuzja, może się wydarzyć sto różnych rzeczy skutkujących tym, że po prostu w nowym otoczeniu mu się nie powiedziecie. Ale sam transfer – w tamtym momencie, w tamtych warunkach – był zasadny – mówił.

Działa to tez w drugą stronę – zły transfer z czasem może okazać się zbawienny. Trochę na zasadzie kupna samochodu, na który nas nie stać, ale jednocześnie takiego, w którym w samą porę wystrzeliły poduszki powietrzne i uratowały nam życie.

Jeśli tak spojrzymy na piłkarskie transfery, możemy dojść do dość paradoksalnych wniosków – takich mianowicie, że dobre transfery są złe, a złe są dobre i to tylko kwestia spojrzenia z odpowiedniej perspektywy. Liczba nielogicznych rozstrzygnięć sportowych jest tak wielka, że wszystko wywraca się do góry nogami. I dopiero po rzetelnej analizie możemy przekonać się, jak paskudną pracę mają dyrektorzy sportowi. Rzadko kiedy ich przewidywania – oparte na jakichś logicznych przesłankach – bronią się na boisku.

Popatrzmy na ten sezon.

Czy transfer Gytkjaera był dobry? Dzisiaj powiemy, że nie, ale w momencie dokonania transakcji tak go można było ocenić.

Czy transfer Sadiku był dobry? Dzisiaj powiemy, że nie, ale w momencie dokonania transakcji tak go można było ocenić.

Czy transfer Chukwu był dobry? Dzisiaj powiemy, że nie, ale w momencie dokonania transakcji tak go można było ocenić.

Czy transfer Śpiączki był dobry? Dzisiaj powiemy, że nie, ale w momencie dokonania transakcji tak go można było ocenić.

Tę listę można znacząco wydłużyć, dobierając piłkarza z dowolnego klubu. I w dowolną stronę.

Na przykład – czy transfer Patryka Małeckiego z Pogoni do Wisły był dobry? Dzisiaj powiemy, że tak, ale w momencie dokonania transakcji można było mieć bardzo duże wątpliwości – patrząc na formę i wymagania finansowe piłkarza. Albo sprowadzenie Marco Paixao do ligi? Z perspektywy czasu strzał w dziesiątkę, ale tak generalnie pachniało absurdem i groteską, to się niemal nie miało prawa udać (a udało się podwójnie, bo jeszcze brat). Gdybyśmy cofnęli się do sierpnia 2016 roku i zadali sobie pytanie, czy Górnik Zabrze dobrze robi ściągając Igora Angulo, mielibyśmy wątpliwości.

Zakupy do polskiej ligi trochę przypominają zakupy w internecie u niepoważnego dostawcy – płacimy, ale nigdy nie wiemy, czy przyjedzie lampa, czy może krzesło. Andrzej Czyżniewski zwykł mawiać: – Ci wszyscy piłkarze, skoro do nas trafiają, mają jakiś feler. Pytanie tylko jaki i jak duży.

W dużej piłce płaci się za przewidywalność – i piłkarzom, i trenerom. Jest na rynku cała masa piłkarzy i trenerów, którzy niczego nie gwarantują. Jeśli bierzesz Guardiolę, to płacisz fortunę za to, że wiesz, jak będzie wyglądała twoja drużyna i jaka będzie etyka pracy szkoleniowca. Wynik jest wypadkową wielu czynników, ale samo zatrudnienie akurat tego człowieka daje ci jasność, co otrzymasz. Z zawodnikami sprawa jest równie prosta: jeśli kupujesz Luisa Suareza za 80 milionów euro, to wiesz, że będzie umiał strzelić gola, będzie umiał podać, przepchnąć się, przedryblować rywala i że nie zrobi kupy w majtki na widok pełnego stadionu. Jakość kosztuje, jak to w życiu.

W przypadku piłkarzy do polskiej ligi grasz w ruletkę. Czerwone – uda mu się. Czarne – nie uda mu się. Mógłbyś zwielokrotnić szanse na sukces (czerwone – uda się, czarne – uda się, jedynie zero – nie uda się), gdyby cię było na to stać. Ale cię nie stać, więc wybierasz z półki, na której są piłkarze, którzy sami nie wiedzą, co mają do zaoferowania. Często są to najtrudniejsi do oceny zawodnicy: tacy, którzy w jednym miejscu grają dobrze, w innym źle i nikt nie wie, na czym polega różnica.

A skoro mówimy o ruletce, to w zasadzie biorą w łeb jakiekolwiek przewidywania. Wierzcie się – łapię się na tym non-stop. Swoimi nieudanymi przepowiedziami piłkarskimi mógłbym wytapetować pokój. I najchętniej nigdy nie próbowałbym zgadywać, komu się coś uda, a komu nie, ale po pierwsze – jest to silniejsze, bo w sumie na tym polegają te wszystkie dyskusje o piłce od poniedziałku do piątku, po drugie – ciągle jestem o coś pytany. Włączają kamerę i pytają mnie: – Czy to będzie dobre posunięcie klubu?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: – Nie wiem… Ale przecież nie mogę ciągle mówić, że nie wiem, bo przyjdzie ktoś, kto powie, że wie (mimo że też nie wie). Dlatego trzeba zgadywać. Jeśli zgaduję w oparciu o fakty, nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Jeśli zgaduję ot tak, wtedy miewam.

Ostatnio Tomek Włodarczyk na Onecie pyta mnie: – Czy nowemu trenerowi Pogoni się powiedzie?

Drodzy państwo, skąd ja mam to wiedzieć? Może tak, może nie. Pożyjemy, zobaczymy. Jak ktoś chce, to mogę powiedzieć, że mu się powiedzie, a jak ktoś woli inaczej – to mogę powiedzieć, że się nie powiedzie.

Miesiące mijają i pytania zmieniają się nieznacznie.
Lipiec – czy Lech się wzmocnił czy osłabił?
Sierpień – czy Sadiku i Pasquato podbiją ligę?
Wrzesień – czy Angulo przestanie strzelać?

Ciągle wróżenie z fusów.

Piszę o tym także dlatego, że co jakiś czas ktoś wyciąga z archiwum krytyczny tekst o osobie, której akurat dobrze idzie. Na przykład ostatnio – o Lettierim. I tłumacz się, że napisałeś, iż w Niemczech wygrywał rzadziej niż raz na ruski rok (przecież tak było). Albo, że spodziewałeś się totalnej padaki. No tak, zestawiając przeszłość trenerską (całkowicie nieudaną), sytuację klubu (całkowicie niepewną) i wejście do zespołu (całkowicie fatalne) spodziewałem się totalnej padaki i gdybym mógł cofnąć czas to – nie uwierzycie – znowu spodziewałbym się totalnej padaki. Nawet mając świadomość wszystkiego, co wydarzy się później, nie zdobyłbym się na pochwalenie tego ruchu, ponieważ po prostu nie byłbym w stanie oprzeć tekstu na racjonalnych argumentach.

Nauka na następne lata, bo nie wierzę, że wytępię to u siebie w miesiąc czy rok – nie przewidywać niczego. Zająć się ocenianiem zdarzeń dokonanych, zamiast zgadywać, co może nam przynieść los. Obserwujemy ligę, w której cenieni trenerzy mogą lądować na ostatnim miejscu, słabi mogą punktować, beznadziejni piłkarze strzelać, a dobrzy – wycierać tyłkami ławki rezerwowych. To jest po prostu jeden wielki totolotek, a my jesteśmy jeleniami próbującymi właściwie wypełnić kupon.

KRZYSZTOF STANOWSKI