Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Improwizacja Gołota – Bowe na legijnym parkingu. Pogoń trenująca w asyście policji. „Jak na derbach tak zagracie to po meczu wpierdol macie” płynące z gdańskich trybun. Nie VAR jest technologią pierwszej potrzeby w polskiej lidze, a wpierdolomat, który w czasie rzeczywistym obliczałby piłkarzowi prawdopodobieństwo otrzymania po ryju. 

Mam dwa projekty wpierdolomatu. Pierwszy wyglądałby tak, jak na głównej grafice, a każdy klub Ekstraklasy byłby zobowiązany mieć go na swoim stadionie – oczywiście wiązałoby się to z wymogiem licencyjnym. Piłkarze z wpierdolomatu korzystaliby na zasadach challengu. Dwa razy na mecz mogliby sprawdzić kiedy zostanie im spuszczony łomot jeśli wynik nie ulegnie zmianie – czy po najbliższej kolejce, czy już teraz pod autokarem, czy też może wiosną, w urodziny, w imieniny, za trzy lata podczas nocy letniego przesilenia, a może na starość. Droższe wpierdolomaty od razu podawałyby czy zawodnik dostanie z liścia, w szczepionkę, a może na horyzoncie majaczy możliwość otrzymania chłosty barszczem Sosnowskiego na gołe plecy.

Drugi projekt, wymagający więcej kunsztu i finezji ze strony konstruktorów – widziałbym tu zdolne ręce naddniestrzańskich inżynierów – zakładałby wpierdolomaty naręczne. To zupełnie inny poziom zorientowania w sytuacji. Piłkarz przyjmuje piłkę z lewej strony pola karnego, ma przed sobą dwóch obrońców i wbiegającego napastnika. Szybki rzut oka na wpierdolomat i wie, że jeśli pójdzie w drybling i zawiedzie, to zostanie natarty śniegiem, jeśli wrzuci niedokładnie zrobią mu pokrzywkę, a jeśli spowolni akcję wycofaniem piłki dostanie trzy śledzie. Oczywiście jeśli jest to zawodnik, którego lista przewin jest długa jak papirus z Iliadą, kary wzrastałyby w tempie geometrycznym: klęczenie na grochu, lanie kablem od prodiża, szlaban na Commodore oraz kreskówkę „Beast Wars” na Polsacie.

Wpierdolomat naręczny od razu pozwoliłby zawodnikowi ocenić sytuację i ten nie łamałby sobie głowę krępującymi nogi pytaniami. Gwiazda włączy wpierdolomat, poczeka góra minutę aż program obliczy prawdopodobieństwo, a potem będzie wszystko wiedzieć. To zawsze wielka ulga, gdy wiesz co – w razie czego – złego cię czeka. Dzięki tej świadomości graczowi udzieli się spokój, a rozpoczęta akcja  będzie miała większe prawdopodobieństwo powodzenia.

Tak słyszałem, że Legia rok po Lidze Mistrzów będzie wyznaczać w Ekstraklasie nowe standardy, ale nie sądziłem, że będą to standardy tak alternatywnej, prastarej motywacji. Niemniej najwyraźniej przyjęło się na ligowych salonach i należy spodziewać się, że rozprzestrzeniając się w tym tempie dotrze nawet do Niecieczy. Może skończy się na wpuszczeniu Kupczakowi gęsi do mieszkania, wsypaniu Śpiączce cukru do bigosu, ale zawsze.

Czy zamierzam się wyzłośliwiać na temat kibiców, bo uważam, że Lechia z Koroną zagrała zajebisty mecz, ręce same składały się do oklasków, łzy radości ciekły mi po policzkach wartkim potokiem, a nagranie postawy Lechii powinno być nagranym na VHS futbolowym wzorcem z Cevres?

Czy uważam, że Biedronka zrobiłaby doskonały marketingowy interes zastępując świeżaki naklejkami z Gyurcso, prezesem Mroczkiem i dyrektorem Stolarczykiem, po zebraniu których szczęśliwy zakupowicz otrzymałby bilet na papricanę?

Zaskoczę was, ale nie.

Sam rozumiem co to frustracja postawą piłkarzy – kibicuję wszak Widzewowi. Zanim zaczniecie mówić, że dziennikarz powinien być ultra-hiper-obiektywny, a więc nie sympatyzować z żadnym klubem, coś wam zdradzę: nikt nie rodzi się dziennikarzem sportowym. Na początku jesteśmy zwykłymi Sebami i Lechami biegającym za piłką po boisku w lesie, a także normalnymi kibicami drużyny, do której z jakichś przyczyn nam najbliżej. To część edukacji piłkarskiej, wzrastania pasji, bez której tego zawodu nie da się uprawiać. Może po latach z różnych przyczyn sympatia do danej drużyny osłabnąć, ale nie musi. U mnie nie osłabła, nie widzę sensu kogokolwiek okłamywać, w konsekwencji wpieniam się niesłychanie widząc jak kaleczy w ostatnich tygodniach Widzew, przegrywając z Andrespolią Wiśniowa Góra, remisując z GKS-em Wikielec, a nieliczne zwycięstwa zazwyczaj wyszarpując w siedemnastej minucie doliczonego czasu gry po heroicznym boju.

Wszystko na czwartym poziomie rozgrywkowym i w zaledwie regionalnym pucharze. A jeszcze po Pelikanie piłkarze obrazili się i nie poszli podziękować za doping.

Piłkarze, dla których zagranie meczu w Widzewie to szczyt kariery, którego – sądząc po wynikach – nie zdobyli, tylko wjechali tu windą. I oni lekceważą siłę kibicowską która w III lidze wypełnia stadion na osiemnaście tysięcy. Powiedzieć, że to nieporozumienie, to wejść na szczyty kurtuazji.

Ale gdyby piłkarze dostali wpierdol, nieporozumieniem byłoby nie nazwać tego skandalem. Żadna gra tego nie uzasadnia, żaden wypad do dyskoteki również. To w sposób oczywisty przekroczone granice, co chyba takie oczywiste nie jest, bo poruszenia nowym ligowym trendem nie widzę.

Kibic nie wyjdzie na boisko, nie wygra na meczu, jest bezsilny, a niewiele rzeczy w życiu tak boli jak bezsilność. Każdy z nas wie jakie to uczucie kibicować parodystom, bo wzór na obliczenia wpierdolomatu zawsze byłby różnicą między oczekiwaniami i rzeczywistością. Futbol to królestwo wygórowanych oczekiwań – by nie powiedzieć bujania w obłokach- więc wpierdolomat u większości zawodników grzeje się i dymi jak lokomotywa parowa. Żaden trener jeszcze przed sezonem nie powiedział: „Naszym celem na ten sezon jest z hukiem spieprzyć się z ligi”, „Chcemy grać jak banda amatorów, a nawet gorzej, bo u amatorów widać pasję”. Żaden piłkarz jeszcze nie powiedział: „Może będę miał jakieś okazje, a jak Bóg da, to je zmarnuję”, „zamierzam dreptać w środku pola, drapać się po tyłku i szeroko rozstawiać łapy jak nie dostanę podania”.  Rozdźwięk między oczekiwaniami, a rzeczywistością będzie zawsze, jest w przewadze, zresztą nie tylko w piłce.

Rozumiem, że jest daleka droga od pokrzyczenia sobie na trybunach, a wymierzeniu plaskacza w ciemnej uliczce. Ale głęboko wierzę, że kibic ma lepsze, skuteczniejsze, zdrowsze, ciekawsze, zabawniejsze i inteligentniejsze sposoby reagowania na fakt, że w ukochanych barwach występują wkłady do koszulek.

Nawet taka groźba to jawne przekroczenie granic, dalece większe, niż piłkarz tańczący w dyskotece, jedzący pizzę, podający w aut. Przede wszystkim jednak to miecz obosieczny, jak z prostackim napisem – załóżmy – „Widzew to chuj”, gdzie piszący sam sobie wystawia cenzurkę.

Bo jak chcesz komuś dopiec i to sprytnie zaplanujesz, może się udać. O takich przypadkach kręcą filmy.

Ale jak chcesz tylko obrzucić kogoś – za przeproszeniem – gównem, to nie ma szans, żebyś sam nie ufajdał rąk.

Leszek Milewski

PS: Jeśli czujesz nagłą i nieodpartą chęć przeprowadzenia z autorem rozmowy motywacyjnej, może ukoi cię wiedza, że kiedyś na boisku w lesie poprzeczka – ścięta sosna – spadła mu na łeb. 

Napisz autorowi, że i tak ma wpierdol