Żeby plusy nie przesłoniły nam minusów. Po co właściwie ten młodzieżowiec?
Weszło

Żeby plusy nie przesłoniły nam minusów. Po co właściwie ten młodzieżowiec?

Karol Klimczak już teraz osiągnął swój cel – wrzucając na początku swojej kadencji w roli głównego rozdającego w spółce Ekstraklasa SA temat obowiązku posiadania w kadrze młodzieżowca, wywołał ogólnopolską dyskusję o szkoleniu. To na pewno duży plus i jesteśmy nawet skłonni pochwalić prezesa Lecha Poznań, że w tak prosty sposób zmotywował całą piłkarską Polskę do wysiłku intelektualnego związanego z myśleniem o przyszłości naszej piłki w kontekście jakości młodych piłkarzy. Na tym jednak pochwały się kończą – mamy bowiem wrażenie, że pomysł to tak drastyczne pójście na skróty, jak leczenie wybitego palca amputacją całej ręki. 

Ale nie uprzedzajmy faktów – postanowiliśmy rozpisać cały temat w przystępnej formie plusów i minusów. Tym bardziej, że zamysłem pomysłodawców nie było zapewne wyłącznie wyeksponowanie zawodników poniżej 21. roku życia.

dQHu7hf

Bez wątpienia byłaby to największa korzyść. Nie jest to jakaś pilnie strzeżona tajemnica – im młodszy piłkarz, tym większe szanse grubego transferu gotówkowego. Czasem wystarczy kilkadziesiąt rozegranych minut, kilka strzelonych goli, by znacząco podnieść wartość młodziana, momentami zresztą trochę wbrew jego rzeczywistemu potencjałowi. Najbardziej drastyczne przykłady? Wojciech Pawłowski. Bartosz Kapustka. W nieco mniejszym stopniu też Bartłomiej Drągowski, Krystian Bielik, Kamil Wojtkowski. Błysnęli gdzieś w okolicach seniorskich zespołów, zagrali kilka dobrych meczów, czasem jedną dobrą rundę i wystarczyło w zupełności, by zapracować na transfer do lepszej piłkarskiej rzeczywistości oraz dużą porcję frytek dla klubu, który ich wylansował. A właśnie w te frytki zdaje się celować Klimczak, co widać po sposobie budowania jego własnego klubu. Chodzi o to, by utrzymując jak najwyższą jakość zespołu, promować młodych i następnie wypychać ich za duże pieniądze w różnych kierunkach. Trudno odmówić logiki takim ruchom, ale jednocześnie trudno sobie wyobrazić, że wystarczy jedynie gra w Ekstraklasie, by nawet jednonogiego 18-latka opędzlować do Chievo albo Rennes.

Zapewne zamysł jest taki, że każdy klub ma przynajmniej 2-3 zawodników, których da się wystawić na afisz, a za półtora roku korzystnie sprzedać. Ale mamy wrażenie, że jest to zamysł przesadnie optymistyczny.

TMkHJ2I

I to może być klucz do odczytania całej misji Klimczaka. Chodzi nie tyle o zwiększenie poziomu szkolenia, o ogrywanie młodych, czy szeroko pojęte dobro polskiego futbolu, ale premiowanie klubów, który już wcześniej przestawiły się na myślenie długofalowe. Nawet jeśli Klimczak otwarcie się do tego nie przyzna, nie wierzymy, że nie przemknęła mu przez głowę myśl: ja tu odstawiam tłustą akademię za myliony a potem Wisła przywozi tabun Hiszpanów i nas ogrywa. Co mnie po tym Kownackim, Linettym czy Bednarku, skoro na naszej pracy korzystają reprezentacje młodzieżowe oraz Sampdoria, a nie sam Lech Poznań? Ale gdyby tak wprowadzić wymóg zrównujący szansę? Żebyśmy my mogli spokojnie sobie promować Kownackiego, bo w drugiej drużynie też będzie biegał podobny wiekowo szczyl?

Po wprowadzeniu takiego przepisu momentalnie zwiększą się szanse na tytuł dla klubów, które mają rozbudowane akademie. Czyli innymi słowy – promowane będzie mądre zarządzanie. Luka w tym systemie? Mądre zarządzanie to nie zawsze tylko wprowadzanie do klubu zdolnej młodzieży. I dlaczego w ogóle odgórnie określać, które zarządzanie jest lepsze, skoro w ostatnich kilku latach mistrzostwa zdobywał przede wszystkim klub nieszczególnie stawiający na wychowanków?

Emg8guD

To trochę nauka pływania poprzez wrzucenie niemowlaka na głęboką wodę, ale trzeba przyznać – wymusza przynajmniej próby walki z wymaganiami. Pierwszy skutek wprowadzenia limitu młodzieżowców to z pewnością dynamiczny rozwój skautingu młodzieżowego. Widać to doskonale na przykładzie klubów z niższych lig, gdzie wymóg gry młodzieżowcem już istnieje. Kluby przeczesują dokładnie wszystkie mniejsze zespoły w poszukiwaniu młodych chłopaków, którzy są w stanie prosto kopać piłkę. Kolejnym krokiem – gdy już wydrenowany do reszty zostanie rynek młodych w I czy II lidze – będzie rozwój własnych struktur, albo konieczność kupowania od lepszych szkółek. Tu zresztą pojawia się znów Klimczak z charakterystycznym uśmiechem – bo przecież dobroduszny Lech nie będzie takim sknerą i chętnie podzieli się swoimi Tomczykami czy Serafinami. Za drobną opłatą… Kluby więc będą zmuszone albo wydawać kasę na młodych zawodników, albo zakasać rękawy i wychować sobie własnych.

IPlUnTE

Naciągana wizja, ale mimo wszystko – może gdyby istniał taki wymóg, opóźnilibyśmy choć trochę wyjazd najlepszych młodych piłkarzy? Może tych wszystkich rozjeżdżających się po świecie juniorów można byłoby utrzymać, dzięki zapewnieniu regularnej gry w Ekstraklasie? Trzeba sobie jednak powiedzieć jasno, że to plus wyłącznie dla ligi, bo czy taki Grabara na pewno skorzystałby, jeśli zamiast do Liverpoolu wyjechałby do Wrocławia? Czy Kownackiemu na pewno wyszłoby na dobre rozegranie kolejnego sezonu przeciw Sandecji i Bruk-Betowi a nie Interowi i Fiorentinie? Wątpliwa sprawa.

8io0WEb

Nie trzeba być ekonomistą, nie trzeba śledzić trendów na światowych giełdach. Regulacje rynku zawsze kończą się szaleństwem cenowym. Przywołać można tutaj zarówno angielski przepis o „homegrown players”, który sprawia, że każdy Anglik potrafiący celnie podać piłkę śpi na pieniądzach, jak i chińskie obostrzenia. Najpierw tabelka. Zwróćcie uwagę, jak różni się wartość wyceny Transfermarkt i cena, jaką zapłacono za poszczególnych piłkarzy.

3VTQo5i

Z czego to wynika? Ano z tego, że obrzydliwie bogatym chińskim klubom zakazano kupowania zagranicznych bramkarzy, w imię szkolenia golkiperów dla chińskiej reprezentacji. Efekt jest taki, że za naprawdę mizernych gości, którzy nie mieliby szans na karierę w Europie płaci się naprawdę spore pieniądze – bo po prostu na rynku jest ich niewielu, a jednocześnie centralne planowanie wprowadziło przymus posiadania chociaż jednego. W podobny sposób zapewne ułożyłyby się ceny młodzieżowców – i szybko mogłoby dojść do absurdalnych sytuacji, w których słabiutki 21-latek byłby sześć razy droższy od rok starszego średniaka. A wtedy zaczyna się robić „rynek pracownika” – w futbolu zjawisko dość groźne. Dlaczego?

X2ZZLf9

Każdy piłkarz, pod każdą szerokością geograficzną, zawsze będzie przekonywał: rywalizacja o miejsce w składzie jest duża, dzięki czemu cały zespół robi postępy. Sportowcy często podkreślają – gdy przestajesz podnosić sobie poprzeczkę, przegrywasz. A jak to będzie wyglądało w przypadku, w którym w drużynie jest tylko jeden młodzieżowiec w miarę przystający do poziomu Ekstraklasy? Już teraz młodzi wiedzą doskonale, że dla klubów są bardzo ważni – jako potencjalna szansa na wysoki zarobek przy transferze na zachód. Ostro walczą o swoje – zarówno o klauzule, jak i odpowiednią liczbę rozegranych minut. W przypadku, gdy będą mieli w dodatku zapewniony plac – delikatnie rzecz ujmując, może im odjebać. Już teraz część ekspertów wskazuje na rozwydrzenie młodych zawodników, którzy od dzieciństwa trenują w najlepszym sprzęcie na najlepszych murawach, jeżdżąc na mecze wypasionym klubowym autokarem i jadając w klubowych stołówkach. Bywają nawet przygotowani do gry, ale nie są przygotowani do walki, do szarpania się o swoje, do podnoszenia się po upadkach i pracy po godzinach. Dla wielu morderczy przeskok z juniorów do seniorów to nie wyższy pressing i mniej miejsca na rozegranie, ale właśnie brak opieki, brak przymusu, przerzucenie odpowiedzialności na młodego piłkarza. Tu już nikt nie prowadzi za rękę, nie sprawdza, czy na talerzu nie zostało mięso. Skoro już teraz ten okres jest bolesny – jak będzie w przypadku, gdy młodzieżowiec od początku będzie mógł sobie pozwolić na roszczeniową postawę?

LzUwPjR

Cudów nie ma – miejsc w składzie jest jedenaście. Zablokowanie jednego z nich przez młodzieżowca, w wielu klubach będzie oznaczać, że na ławce usiądzie jeden z jedenastu najlepszych zawodników w klubie. Czyli grać będzie dziesięciu najlepszych i młody. Czyli składy nie będą optymalne, będą optymalne (w najgorszym wypadku) w zaledwie 91%.

sQJtn7M

Tu już trochę się czepiamy, ale co z 22-latkami? Czy nie stanie się czasem tak, że po utracie statusu młodzieżowca, dziesiątki piłkarzy będą po prostu wyrzucane na śmietnik? Jak dbać o harmonijny rozwój utalentowanego lewego pomocnika, jeśli po zakończeniu udanego w jego wykonaniu sezonu trzeba będzie zrobić miejsce w składzie dla kolejnego młodzieżowca? Czy w takim wypadku prostsze nie będzie odstrzelenie 22-latka i zastąpienie go kolejnym młodym? Kogoś przecież trzeba poświęcić.

clJgN4u

A może to plus? Minusy sprowadzają się bowiem do jednego – obniżania poziomu. „Kogoś będzie trzeba poświęcić”, „jedno miejsce będzie zablokowane” – to są fakty, niepodważalne i niepodlegające dyskusji. Jeśli aktualnie w większości klubów nie ma pośród najlepszych jedenastek zawodnika ze statusem młodzieżowca, to wprowadzenie tego przepisu w prostej linii oznacza obniżenie poziomu – zastąpienie zawodnika godnego pierwszej jedenastki zawodnikiem na ten moment pierwszej jedenastki niegodnym.

Tyle że pojawia się tutaj wątpliwość – czy można jeszcze obniżyć poziom, skoro w tym sezonie bezboleśnie da się oglądać jakieś dwa, może trzy mecze w tygodniu? Czy nie jesteśmy czasem na dnie, na którym już nie robi nam różnicy, czy gra zawodnik słaby, czy też bardzo słaby? Nie byłby to wniosek optymistyczny, ale… może prawdziwy?

***

Jedno nie podlega dyskusji już dziś – trudno tak naprawdę powiązać tę receptę z jakimś konkretnym objawem słabości polskiej piłki. Wprowadzenie limitu dotyczącego minimalnej liczby młodzieżowców na boisku czy w ogóle w kadrze miałoby sens, gdyby polskie kluby aż puchły od utalentowanych juniorów, którym po prostu nie daje się odpowiedniej szansy. Ale czy tak jest w istocie? Naszym zdaniem – nie. Wręcz przeciwnie, już teraz wolny rynek wymusił na klubach czasami dość absurdalne promowanie młodych zawodników – co najlepiej widać na liczbach. Wystarczy porównać jak grali i za ile zostali sprzedani Vadis Odjidja-Ofoe i Petar Brlek na przykład. Wystarczy jakaś nikła obietnica przyzwoitej gry – jak w przypadku Pestki w Cracovii, Świderskiego w Jadze czy Listkowskiego w Pogoni, by chłopcy dostawali swoje szanse. Napierają na to kluby, napierają na to właściciele – bo ze sprzedaży 19-latka z doświadczeniem w Ekstraklasie można zbudować 1/5 budżetu.

Sęk w tym, że tych utalentowanych młodych po prostu nie ma – a jeśli są, to od razu sprzedaje się ich do mocniejszych lig. Brakuje nie odwagi do stawiania na młodych, ale… pieniędzy. Pieniędzy do rozbudowy akademii, pieniędzy do opłacania kontraktów młodzieży, pieniędzy dla trenerów, pieniędzy do zatrzymywania najbardziej utalentowanych na rodzimych boiskach. Jeśli już cokolwiek regulować – to naszym zdaniem raczej limit minimalnego budżetu klubowej akademii, limit minimalnej liczby boisk w bazie treningowej, limit minimalnej liczby trenerów z odpowiednim wykształceniem zatrudnionych w drużynach młodzieżowych.

Nie potrzebujemy w Ekstraklasie więcej młodych zawodników. Potrzebujemy więcej dobrych zawodników.

Fot. FotoPyK