Legia zrobiła swoje – pewne zwycięstwo na podmiejskiej potańcówce
Weszło

Legia zrobiła swoje – pewne zwycięstwo na podmiejskiej potańcówce

Było w tej imprezie wszystko, co potrzebne do udanej potańcówki w niewielkim mieście. Dwóch śmieszków-zawadiaków za mikrofonami? Obecni. Gość z numerem 68 na koszulce i fryzurą na Davida Beckhama 2005 podający do rywala? Jakże. Cios z bańki? No, może nie cios, ale Szewczyk wkładający głowę pod buta Astiza, byle wcisnąć piłkę do bramki zasłużył na osobne słowo komentarza. A w kluczowym momencie zgasło światło na kilkanaście minut i chyba nie było ani na stadionie, ani przed telewizorami ani jednej osoby zawiedzionej takim scenariuszem.

Drutex Bytovia Bytów podjęła Legię Warszawa w meczu, który raczej nie zostanie wizytówką Pucharu Polski. Pomijając już, że oglądało się i słuchało tej transmisji jak dość przaśnego reportażu ze sparingu na końcu świata, duży zawód towarzyszył nam właściwie już w momencie czytania składów. Trener Romeo Jozak stwierdził najwyraźniej, że na pierwszoligowca spokojnie wystarczy ekipa, której część prędzej widzielibyśmy w meczach rezerw Legii Warszawa w ramach III ligi. Trzeba dodać, że… wcale się nie pomylił. Jeszcze nie rozsiedliśmy się dobrze w fotelach, jeszcze nie udało się dostosować wzroku do nieco niższej jakości transmisji, a już Szymański udowadniał, że jest jednym z najlepszych młodych legionistów ostatnich lat. Sadiku w drugiej minucie dał warszawiakom prowadzenie i wydawało się, że to tyle emocji na dziś – dalej pozostanie nam już podziwianie walki Michała Kopczyńskiego z Bartłomiejem Poczobutem, Cristiana Pasquato z Januszem Surdykowskim i Daniela Chimy Chukwu z samym sobą.

Wrażenie to pogłębiało się z każdą minutą. Gospodarzom trzeba oddać, że biegali, ale skoro nawet temu nieszczęsnemu Chukwu marnującemu co trzecią piłkę udawało się czasem oszukać defensywę – Bytów nie mógł dziś liczyć na fetę do rana. Legia nie grała jakiejś wielkiej piłki, ale:

– gdy próbowali podać, często piłka faktycznie trafiała do innych członków tej samej drużyny
– gdy próbowali przyjąć, często piłka faktycznie zostawała przy nogach zawodników przyjmujących
– gdy próbowali powstrzymać bytowian, zazwyczaj po prostu bezpardonowo ich powstrzymywali

Biorąc pod uwagę, że obrona Bytovii kompletnie nie radziła sobie, gdy Legia przerzucała ciężar gry – z pozycji warszawiaków wystarczyło czekać. Pewnie się pogubią. Pogubili się – poza tym pierwszym gongiem w 2. minucie – dwa razy. Najpierw, gdy po wrzucie z autu piłka szybko przeszła na lewe skrzydło do Pasquato, który miał przed sobą autostradę do bramki. Oczywiście nikt w Bytowie nie nadążył przejść do drugiego boku, więc Włoch po prostu sobie podjechał do bramki i pewnie pokonał golkipera. Drugi raz, już w drugiej połowie, zagubił się ten finezyjnie uczesany młodzieniec z numerem 68. Wolski tak wczuł się w rolę Pana Piłkarza (miał fryzurę Pana Piłkarza, numer Pana Piłkarza i elegancję w ruchach Pana Piłkarza), że czymś na kształt no-look passa obsłużył… Armando Sadiku. Doskonałe podanie od rywala Albańczyk wykorzystał raczej bezlitośnie i Legia zakończyła mecz z trzema golami strzelonymi na wyjeździe.

Łyżka dziegciu? Tak, jak zwykle. Przede wszystkim – stałe fragmenty. Znów zaszwankowało kompletnie krycie przy rzucie rożnym na krótki słupek – magicznemu zagraniu, wobec którego bezradne jest 90% linii defensywnych w Polsce. Legioniści totalnie się zagubili, co wykorzystał wspomniany Szewczyk, wkładając nogę tam, gdzie Astiz wahał się włożyć buta. Ale co gorsza – legioniści pozwalali też Bytovii na dochodzenie do pozycji strzeleckich na przedpolu. Na ich szczęście – brali się za to Jakóbowski i Surdykowski, więc i Cierzniak potrafił sobie z tym poradzić.

Ogółem jednak – ani przez moment losy dwumeczu nie były zagrożone. Legia przyjechała po swoje, wzięła swoje minimalnym wysiłkiem, może się skupić na kolejnych wyzwaniach. To należy docenić – bo tego też brakowało im na początku sezonu. Teraz nawet z Chukwu w składzie, nawet z bezbarwnym Kopczyńskim, Cierzniakiem w bramce, Turzynieckim i Pasquato – udało się to zrobić w miarę bezboleśnie. Inna sprawa, że cały ten dwumecz powinien się skończyć równo z awarią światła. Reszta to marnowanie czasu. Chociaż przyznajemy, zawsze fajnie, jak wjeżdża na scenę coś „freakowego” – na przykład wygaszenie świateł na kilkanaście minut i puszczenie przez Polsat boksera z Węgier.

fot. FotoPyK