Jak to jest być mięsem armatnim – oto najgorsi bokserzy świata
Inne sporty

Jak to jest być mięsem armatnim – oto najgorsi bokserzy świata

Pamiętacie Eddiego Edwardsa? Skoczek-parodysta narażał się tylko na śmieszność, w najgorszym razie mógł zaliczyć bolesny upadek przy kolejnym lądowaniu na buli. Wesoło bywa też w innych dyscyplinach: węgierski pseudo bokser, który dał popis w weekend w Wieliczce, zainspirował nas do stworzenia listy najgorszych pięściarzy świata. Jak złych? Dość powiedzieć, że gość z rekordem 0-45 wcale nie jest z nich najsłabszy. Oni ryzykują dużo więcej od Eddiego Orła, bo każdy występ w ringu mogą zakończyć brutalnym nokautem. Po co wiec ciągle boksują?

W sobotę w Kopalni Soli w Wieliczce odbywała się gala boksu zawodowego. To kolejna edycja imprezy organizowanej przez Tomasza Babilońskiego. Jednym ze stałych elementów kampanii promocyjnej jest przypominanie, że żadna inna gala nie odbywa się tak nisko pod ziemią. W tym przypadku nie tylko położenie ringu było na wyjątkowo niskim poziomie. Do samej lokalizacji idealnie wpasował się Laszlo L. Fekete. 30-latek pokazał boks tak żenujący, że aż trudno w to uwierzyć. Andrzej Kostyra stwierdził, że z Węgier przyjechała do Polski 100-kilowa puszka soku pomidorowego, a Maciej Miszkiń dodał: Panie Andrzeju, Fekete nie umie boksować.

Zostaliśmy oszukani – próbuje tłumaczyć promotor Tomasz Babiloński. A Mateusz Borek dolewa oliwy do ognia i ujawnia, że kabareciarz z Nyergesújfalu za swój pożal się Boże występ otrzymał 3 tysiące euro. Przyznajcie, że Babiloński „odrobinę” przepłacił…

Sergiej nie wie, co powiedzieć

On miał cztery walki na koncie, wszystkie wygrane przed czasem. Myślałem, że coś potrafi. Nie wiem, co powiedzieć – skomentował mocno zażenowany Sergiej Werwejko po błyskawicznym znokautowaniu węgierskiego parodysty. My wiemy: Laszlo Fekete to pseudobokser, który na przyzwoitej gali w ogóle znaleźć się nie powinien. Promotorów powinien zastanowić fakt, że wszystkie cztery walki stoczył w ciągu nieco ponad miesiąca i nokautował rywali którzy łącznie mieli na koncie 5 zwycięstw i 90 porażek. Ale z drugiej strony – Węgier to żaden ewenement. Światowe ringi są takich zawodników pełne. Co więcej, do najgorszych mu jeszcze daleko. Inna sprawa, że nie bardzo wyobrażamy sobie, co potrafi na przykład taki Kalman Vagyoczki, który z Fekete nie wytrzymał nawet rundy w swoim 45. zawodowym pojedynku. Wcześniejsze 44 także przegrał…

Węgrzy w ogóle to mocna nacja jeśli chodzi o „puszki soku pomidorowego”. Weźmy na przykład takiego Gabora Balogha. Na szczęście trzy lata temu, w wieku 39 lat zakończył karierę. No dobra, słowo „kariera” jest tu mocno na wyrost, ale z drugiej strony używa się go też na przykład w przypadku osób grających w polskich telenowelach, więc od biedy może być. Jego przygoda z zawodowym boksem trwała nieco ponad 15 lat. W jego przypadku „zawodowy” nie oznacza raczej profesjonalnego podejścia do sportu, a jedynie to, że występy na galach były jego sposobem na życie. W ciągu wspomnianych 15 lat do ringu wychodził 120 razy, średnio 8 razy w roku, czyli raz na półtora miesiąca. Ale to statystyka mocno zaburzona. Przez cztery lata od debiutu stoczył tylko 12 walk. Od 2004 do końca 2006 wyszedł do ringu tylko pięć razy. Rozkręcił się dopiero w 2008 roku. Od tego momentu zdarzało mu się występować po dwa, a nawet trzy razy… w miesiącu. Jak mu szło? Cóż, swoje już przyjął w życiu, więc nie będziemy się nad nim znęcać. Wystarczy podać suche liczby: 5 remisów, 112 porażek, w tym 40 przez nokaut. I 3 zwycięstwa. Swoją drogą, jakim ogórkiem trzeba być, żeby dać się pokonać komuś takiemu?! Wyobrażacie to sobie? Wychodzisz do gościa, który ma 38 lat i przegrał 55 walk z rzędu, po czym… zaliczasz deski w drugiej rundzie. Serio?

Grunt to rodzinka

No dobra, wiemy, że trudno w to uwierzyć, ale Borovics i Balogh wcale nie są najgorsi. Na pewno absolutny rekord w kategorii najgorsza bokserska rodzina dzierżą bracia Stricklandowie. Najstarszy jest Jerry, urodzony w 1953 roku. Zadebiutował na zawodowym ringu 21 lat później i boksował aż do 2000 roku. W tym czasie stoczył 135 walk, z których 13 wygrał (5 przed czasem), a 122 przegrał (78 przez nokaut). Młodszy Ed boksował w wadze ciężkiej i – nie bójmy się tych słów – on to dopiero był wielką puszką soku pomidorowego. Trzeba przyznać, że jego „kariera” była prowadzona w mocno oryginalny sposób. W zawodowym debiucie na przykład mierzył się z mającym na koncie 22 zawodowe walki (tylko jedną przegraną) Markiem Carrierem. Debiut Eda zbyt udany nie był – zakończył się nokautem w drugiej rundzie. Przegrywanie przed czasem tak mu weszło w nawyk, że w ciągu kolejnych ośmiu lat zaliczył 29 nokautów z rzędu. Potem dał sobie spokój z boksem na ponad trzy lata, zanim wrócił na dwie kolejne walki. Cóż, niespodzianki nie było – obie przegrał przed czasem… Za wiele dobrego o tej karierze powiedzieć nie można. Cokolwiek pozytywnego? Cóż, z pewnością był konsekwentny: 32 walki, 32 porażki, 32 nokauty. Co więcej – nigdy nie trwało to dłużej niż dwie rundy…

Zdecydowanie najlepszym bokserem w tej rodzinie był najmłodszy Reggie. On w latach 1987-2005 stoczył 359 zawodowych walk, co daje średnio 20 rocznie. Bilans? Jak na tę rodzinę, zaskakująco pozytywny: 66 zwycięstw (14 przez nokaut), 17 remisów i 276 porażek. Ze statystyk wynika jednak, że nikt nie ma na koncie tylu przegranych walk, co trzeci ze Stricklandów.

W przeciwieństwie do Eda, on był wartościowym przeciwnikiem. Wielu promotorów wiedziało, że Reggie da odpowiedź na pytanie, czy młody-zdolny bokser rzeczywiście się do czegoś nadaje. Przykładem może być Mike Stone. Wygrał 10 kolejnych walk (8 nokautów), w tym w debiucie z Jerrym Stricklandem. W 11. mierzył się z jego najmłodszym bratem. Przegrał w piątej rundzie i wszystko się posypało. Zaliczył jeszcze trzy porażki i dał sobie spokój z boksem.

Do ringu co 5 dni

A Reggie? On sobie z boksem bynajmniej nie dał spokoju. Boksował regularnie i na w miarę przyzwoitym poziomie. Dość powiedzieć, że z 276 porażek tylko 26 doznał przed czasem. Co więcej, regularność miał taką, jak chyba żaden inny bokser zawodowy. Pamiętacie Balogha i jego dwie, a nawet trzy walki w miesiącu? Dla Stricklanda to małe piwko przed śniadaniem. On w rubryce zawód wpisał: „bokser na telefon” i trzeba przyznać, że robotę traktował poważnie. Na przykład w lutym 1993 roku do ringu wychodził aż pięć razy: szóstego, dziesiątego, siedemnastego, dziewiętnastego i dwudziestego czwartego. Grubo? Nic z tych rzeczy, w marcu i kwietniu toczył po sześć walk! W sumie w ciągu 82 dni boksował więc aż 17 razy, czyli częściej niż co 5 dni. Co więcej, mimo takiego maratonu, wygrał w tym czasie cztery pojedynki.

Po co to wszystko? Oczywiście, dla pieniędzy. Jak przyznawał w jednym z wywiadów, za walkę brał od 500 do 2,000 dolarów. Największa wypłata wyniosła 3,500.

Dostaję 20-25 tysięcy dolarów rocznie za samo odbieranie telefonu. Wydaje mi się, że to najwspanialsza robota na świecie: odebrać telefon i zarobić dwa tysiące dolarów – opowiadał. – Dopóki po walce jestem w stanie policzyć forsę, którą dostaję, jest ok.

Jednak nie wszyscy się z nim zgadzali. Na przykład do wniosku, że nie jest ok, doszły komisje bokserskie w Ohio, Illinois, New Jersey i Pensylwanii. W Nevadzie także odmówiono mu wydania licencji.

Jeśli nie pozwolisz boksować takim wojownikom jak Reggie Strickland boksować, nie będziesz miał dobrych gal. Ci goście wychodzą do ringu i gwarantują dobre walki, za jakie płacą ludzie. Czy myślę, że on wygra? Nie. Na 45 jego walk, które widziałem, wygrał trzy, w których bardzo się starał. On potrafi boksować i wie jak o siebie zadbać. Gdyby w młodości zaczął z odpowiednimi ludźmi, mógłby być mistrzem, poważnie – uważa Jake Hall z Komisji Boksu stanu Indiana.

Profesor dobił do 300

Podobnym do Stricklanda typem boksera jest także Anglik Peter Buckley. Przez 19 lat zawodowej kariery dopracował się przydomka „Profesor”. Cóż, gdyby miał wykładać na uniwersytecie, jego przedmiot nazywałby się pewnie: Prawo Serii. W jego przypadku seria zaczęła się w październiku 2003 roku i trwała równe pięć lat. W tym czasie nie wygrał ani jednego z prawie 90 pojedynków.

Trochę trudno nam się wczuć w psychikę sportowca z takimi osiągnięciami, ale zakładamy, że dwa zanotowane w tym okresie remisy traktował jak prawdziwe święta. Wreszcie, ostatniego dnia października 2008 roku pokonał Matina Mohammeda. I chyba „Profesor” już wiedział, że nic lepszego go w ringu nie spotka, więc szybciutko zakończył karierę. Okazja była podwójna: nie tylko pierwsze zwycięstwo od pięciu lat, ale także jubileuszowa, 300. walka.

Od dłuższego czasu czekałem na 300. walkę, to był wynik, jaki chciałem osiągnąć. Nie chcę już dalej boksować. Ludzie wciąż mi mówią, że za kilka tygodni zadzwoni telefon z propozycją walki i się zgodzę. Ale kiedy ja mówię: dość, to właśnie to mam na myśli – mówił przed ostatnim pojedynkiem w karierze. – Skąd tyle walk? Zawsze byłem w gymie, zawsze w treningu. Wystarczyło, że dostawałem telefon kilka godzin przed walką i najczęściej podejmowałem wyzwanie. Kiedy dzwonisz do murarza, żeby wybudował ci ścianę, on nie prosi o trzy tygodnie na przygotowania, tylko przyjeżdża do pracy.

I właśnie to robił przez całą karierę Peter Buckley. Oczywiście, z 300 walk przegrał prawie 90 procent. Ale, podobnie jak Reggie Strickland, dla wielu był trudnym, wymagającym rywalem. Walczył z wieloma znakomitymi zawodnikami, na przykład Naseemem Hamedem i Scottem Harrisonem. Z oboma wytrzymał pełny dystans. W ogóle, choć przegrał 256 razy, to tylko 10 razy były to porażki przed czasem.

Król nokautu… inaczej

Na przeciwległym biegunie jest inny z zawodowych przegrywaczy – Simmie Black. Ten amerykański bokser wagi super lekkiej boksował przez ćwierć wieku. W tym czasie do ringu wychodził 202 razy. 164 razy przegrywał, z czego aż 95 razy przez nokaut. Skoro mowa o stanowych komisjach bokserskich – lekarzom z komisji, która odnawiała Blackowi licencję, gratulujemy poważnego podejścia do hasła „dbanie o zdrowie zawodnika”.

Coś pozytywnego na koniec: Black, podobnie jak „Profesor”, wiedział, jak pożegnać się w ringiem. Już dobrze po czterdziestce stoczył cztery ostatnie walki. Wszystkie wygrał, a Maxa Ramseya nawet znokautował. Trochę nie dziwimy się, że Ramsey postanowił po tym pojedynku poszukać sobie innego zajęcia. Z całą sympatią do naszych Bratanków z Węgier, Laszlo L. Fekete powinien zrobić dokładnie to samo. Jak najszybciej…

JAN CIOSEK