Image and video hosting by TinyPic
Jak utrzymamy ten wynik, to jedziemy na kręgle
Blogi i felietony

Jak utrzymamy ten wynik, to jedziemy na kręgle

Niższe ligi. Najlepszy wynalazek futbolu. Gdy zbliża się przerwa reprezentacyjna, meczów w weekend jest niewspółmiernie mniej niż w najgorętszym okresie, kiedy spotkania nakładają się dziesiątkami, to najdoskonalsza odtrutka, jaką można sobie wyobrazić. Uwierzcie mi, sprawdzałem – przy zaserwowaniu sobie w niedzielę trzech spotkań IV ligi, klasy okręgowej i B-klasy nawet Ekstraklasa, najbardziej przaśna liga świata, na chwilę staje się piękną królewną, do której najchętniej lgnęłoby się od zaraz, chociażby w celu odwinięcia powtórki boju Arki z Cracovią.

Niższe, amatorskie ligi to jednak przede wszystkim pasjonaci. Ludzie, którzy cenią sobie dziewięćdziesiąt minut na pastwisku, opatrzone wcześniejszą podróżą, a i często późniejszym uzupełnianiem płynów. I tak zlatuje im dzień. Dzień, który mogliby zagospodarować na tysiąc innych sposobów. Ale z drugiej strony dzień, który mógłby być zwykłym, szarym dniem, a dzięki ich małemu światu (ale za to wielkiej pasji) jakby nabiera barw. Uderzył mnie ostatnio widok na jednym z meczów polskiej Serie A – na oko sześćdziesięcioletni trener przyjechał ze swoją drużyną, typowym outsiderem, zagrać mecz. Wydawać by się mogło – kolejne zwykłe spotkanie. A jednak niemal przez cały czas żywiołowo reagował na boiskowe wydarzenia, motywował zawodników, i ogólnie był zżyty z drużyną mocniej niż niejeden szkoleniowiec na znacznie wyższym poziomie. Po stracie jednej, drugiej, czy siódmej bramki nie zmieniał swojego podejścia. Skończyło się na ósemce – kolejnej wysokiej porażce. I tak jestem pewien, że w następnym meczu, przy okazji następnej wysokiej przegranej, będzie zachowywał się podobnie.

Nie chcę idealizować tego zachowania, ale jest ono dla mnie symbolem czystej, nieskażonej niczym pasji. Może przesadzam, ale chciałbym posiadać w sobie aż taką motywację, jaką miał ten trener. Żeby poświęcić większą część niedzieli dla takiego meczu, trzeba to bezwarunkowo kochać.

W obliczu tego typu historii bolą tym bardziej pojawiające się tu i ówdzie opinię, że niższe ligi umierają. Przykład: jeden z ostatnich wywiadów Leszka Milewskiego z Maciejem Nędzim o dolach i niedolach B-klasowego działacza.

„Nawet w Łodzi, która ma przecież kilkaset tysięcy mieszkańców, a nie tak dużo klubów, nie ma tak wielu chętnych do gry. Kluby wymierają śmiercią naturalną. Juniorzy wchodzą w wiek seniorski i zaczyna się praca, studia, mało komu chce się dalej kopać w niższej lidze.”

Nie ukrywam, ten casus dopadł też mnie. Jakiegokolwiek talentu nigdy nie było można mi zarzucić, całą swoją „karierę” grałem na forstoperze (tak, taka pozycja jeszcze istnieje) w regionalnych rozgrywkach juniorskich. Ale jednak wytrzymałem od piątej klasy podstawówki aż do zakończenia wieku juniora. Nie ma co ukrywać – granie na pozycji forstopera nie jest zbyt wymagające, nawet nie musisz dobrze się ustawiać, by przeciąć piłkę, bo poziom jest taki, że ona pewnie i tak trafi cię sama. Nie miałem złudzeń co do szans gry w IV-ligowych seniorach. Choć na przedostatni mecz zeszłego sezonu nawet z nimi pojechałem, lecz ktoś zapomniał moich badań, więc nie mogłem usiąść nawet na ławce. Mój klub powołał od tego sezonu swoje rezerwy, grające na poziomie A-klasy. Niby ciekawa opcja, ale jakoś się do tego nie garnąłem. Szkoła, chęć rozwijania się w trochę innych projektach, które mogą przynieść mi trochę więcej profitów w przyszłości, niż kopanie piłki na ósmym poziomie rozgrywkowym – z tymi niższymi ligami było mi jakoś nie po drodze. Patrząc na przykład tego klubu – nie uświadczy się w nim zbyt wielu młodych zawodników. Przepis o dwóch młodzieżowcach w podstawowej jedenastce trochę zaciemnia obraz. Proporcje są mocno zachwiane.

Wracając do drużyny tego sześćdziesięcioletniego trenera. Oni też mieli w swoim składzie, z wyjątkiem dwóch młodzieżowców, samych wiekowych zawodników. A-klasa, ósmy poziom rozgrywkowy… Świetnie, że starsze osoby znajdują w sobie pasję do grania w piłkę, ale tak mała liczba młodych graczy jest przerażająca. Choć też mnie nie dziwi. Na własnym przykładzie wiem, jak to funkcjonuje i jakie są motywacje młodych zawodników, żeby jednak nie ciągnąć tego dalej.

Jednak nim definitywnie zakończyłem swoją przygodę z piłką, kilka lat na tych kartofliskach spędziłem.

Podczas mojego kopania się po czole w rozgrywkach juniorskich zdarzył mi się jeden sezon, gdzie naprawdę coś zatrybiło. To było dwa lata temu. Pamiętam, że na ostatnim treningu przed startem rozgrywek frekwencja nie powalała na kolana, ale z drugiej strony w osiem osób dało się jakoś przeżyć. Można było zorganizować gierkę czterech na czterech, czy pograć w dziadka… No, może z tym dziadkiem to przesada. Nie chcąc odkrywać najlepszych kart przed ligą, nie potrafiliśmy wymienić pięciu dokładnych podań, mimo że w środku biegała tylko jedna osoba, a koło było wielkości ambicji o podboju Ligi Mistrzów Wojciecha Stawowego. Tak sobie kopaliśmy, kopaliśmy, wzajemnie się na siebie wkurwialiśmy i najwyraźniej wtedy wykrystalizował się trzon drużyny. Mówiąc dokładniej – po prostu na trening doszły trzy spóźnione osoby, i tym sposobem mieliśmy już pełną jedenastkę. Tydzień do ligi, a my mamy cały skład. Pierwszy sukces można było obwieścić i opijać jeszcze przed wyjściem na boisko.

Zderzenie z ligową rzeczywistością niespodziewanie nie było bolesne. Do dziś w kwestii pierwszego meczu opinie są podzielone. Nierozstrzygnięte zostało, czy wpływ na korzystny wynik miał nasz ciężko przepracowany okres przygotowawczy, czy wyraźna niedyspozycja rywali, którzy wydawali się co najmniej przedwczorajsi. Żarty żartami, ale potem szło nam naprawdę dobrze. Wygraliśmy z faworytem ligi na jego terenie 1:0, i ogólnie goliliśmy wszystkich jak Janusz Wójcik w czasach świetności. W tym sezonie strzeliłem nawet swoją pierwszą i ostatnią bramkę w życiu (chyba że doliczymy samobóje, to wtedy mogę sobie zapisać cztery gole). Kluczowy miał okazać się ostatni mecz. Wyjazd na trudny teren, na którym wcześniej przegraliśmy 1:6, ale też mecz z rywalem niewalczącym już o nic. Do wygrania ligi wystarczył nam remis.

– Oni się na was naprawdę spinają. Ich trener mówił, że tak jak przez cały sezon nie mieli ludzi do grania, tak teraz przyszło ich dwudziestu – przestrzegał w szatni nasz trener.

No i faktycznie. Nawet ławkę mieli wypełnioną po brzegi. Konkretniej – kto się na niej nie zmieścił, siedział na trawie obok. U nas skromnie, bo też cały sezon jechaliśmy raczej na żelbetonowej jedenastce.

Rozpoczął się mecz. Nie minął kwadrans, a my zdążyliśmy już stracić dwie bramki. W międzyczasie uciąłem sobie pogawędkę ze znajomym z przeciwnej drużyny.

– Jak utrzymamy ten wynik, to jedziemy na kręgle.
– Co?
– Do naszego prezesa dzwonił trener tej drużyny, z którą bijecie się o awans. Mówił, że jak nie odpuścimy i wygramy, to stawia nam wszystkim kręgle a trenerowi butelkę whiskey.
– No to się zmotywowaliście…
– Normalnie nigdy nie przyszłoby nas tylu, tym bardziej na mecz o nic. Ten napastnik, który strzelił wam dwie bramki, cały sezon grał w seniorach.

Skończyło się naszą porażką 1:3. Pompowany od dłuższego czasu balonik pękł z hukiem godnym pożegnania Polaków z Euro 2012. Z tego, co wiem, po powrocie mieliśmy już przyszykowany lokal do świętowania i inne tego typu bajery. Nie wypaliło, skończyliśmy na drugim miejscu. Wystarczył remis, jakiś łut szczęścia, a skończyło się – chyba tak to trzeba nazwać – klęską. Kiedy zdasz sobie sprawę, że ucieka ci coś, na co pracowałeś i czemu poświęcałeś się przez cały rok, to – delikatnie mówiąc – nie jest to fajne uczucie. W szatni nikt nie płakał, to chyba byłaby przesada, ale rozczarowanie było spore.

Nasz kapitan chciał jednak walczyć do końca.

– Może zgłosimy do PZPN-u, że zagrali tak mocnym składem?

Kurtyna.

*

Ten sezon był pełen zwrotów akcji. Pełen wzruszeń i smutków. Nie brakowało także momentów, gdzie postawa fair play schodziła na dalszy plan.

Tak naprawdę kwestia mistrzostwa mogła rozstrzygnąć się jeszcze przed ostatnim meczem. Wcześniej nie wymieniałem nazw klubów, teraz, dla uwiarygodnienia, będzie to konieczne. Grałem w Gryfie Polanów (okolice Koszalina), ale w tym przypadku nie to jest najważniejsze. Ligę przegraliśmy ze Zrywem Kretomino. Jak już wspominałem – mieliśmy wszystko w swoich rękach. Wystarczył nam remis. W ostatecznym rozrachunku zrównaliśmy się punktami i przegraliśmy bilansem bezpośrednich spotkań. Kilka kolejek przed końcem Zryw grał na własnym boisku ze Sławą Sławno – drużyną, która wystawiała głównie drugi garnitur, bo najlepsi juniorzy występowali w seniorach. Gdy schodzili do juniorów, zawsze kończyło się pogromem. Zryw postanowił więc sprytnie przełożyć mecz, tak aby kolidował ze spotkaniem seniorów. Miał się odbyć o godzinie 15 lub 17, gdzie typowymi godzinami są 11 i 13. Nie było tajemnicą, że młodą Sławę trenują gracze seniorów. Żaden z nich nie mógł odpuścić swojego meczu w lidze okręgowej, więc juniorzy zostali bez trenera. Ostatecznie do Kretomina w ogóle nie przyjechali. Musieli oddać mecz walkowerem.

Komentarze z forum (pisownia oryginalna, całość TUTAJ)

„Zryw w normalnym układzie byłby bez szans, tyle że władze klubu zrobią wszystko aby mecz odbył się w jak najbardziej nie odpowiadającym terminie dla Sławy.Ale może Sława spotka się z Gryfem Polanów w mniej atrakcyjnym składzie i to Gryf będzie kończył rozgrywki na 1 miejscu. O tym chyba marzy trener Zrywu.”

„Tu w tych rozgrywkach o rywalizacji sportowej nie może być mowy bo wyniki tej ligi zostały wypaczone przez zagrywki regulaminowe a nie sportowe, Gryf Polanów też odpryskiem po działaniach działaczy Zrywu zostanie ukarany w tabeli .Nadmieniam że nie mam tu na myśli zawodników grających w Zrywie . Chłopcy którzy grają w tym klubie muszą mieć świadomość że wyniku z trawy nie podnieśli . W dniu dzisiejszym Sława odda trampkarzom i juniorom starszym oba mecze walkowerem z tej przyczyny że nie mogła ustalić dogodnego czasu rozegrania tych spotkań . Powodem tego jest nie obecność trenerów z przyczyn osobistych i brak możliwości zapewnienia w zmienionych godzinach opieki kierowniczej i trenerskiej . Sława chciała i chce zagrać ze Zrywem nawet pod wodą czy gdziekolwiek ale nie ma woli rozegrania tych zawodów po stronie działaczy Zrywu Kretomino. Sława ma mecz seniorski o godzinie 17.00 z Leśnikiem a Zryw zmienił godziny 11,00 i 13,00 na 13, 00 i 15,00 co uniemożliwia Sławie obsługę tych trzech meczy w jednym dniu. Leśnik też nie zgodził się na zmianę terminu meczu seniorów bo to są naczynia połączone ze Zrywem. Dlatego szkoda mi młodych zawodników Zrywu i Gryfa w szczególności GRYFA bo punkty dla Zrywu regulaminowo się należą lecz sportowo NIE!!!!!!!”

Później było o tyle ciekawie, że w przedostatnim meczu Sława nam się ewidentnie podłożyła, wystawiając drugi garnitur. Trochę za dużo tej patologii jak na poziom juniorski.

*

Na kartofliskach mamy też ciekawy przekrój, jeżeli chodzi o… szatnie. Zdarzają się a to nowoczesne, a to niczym nieodbiegające od standardów lat 80′. Zdarzają się zarówno szkolne, jak i specjalnie przygotowane na przyjęcie drużyny przeciwnej baraki. Nieraz tych szatni nie ma w ogóle, więc pozostaje przebieranie się w autobusie.

– Szatnia może być nieco zalana, bo w nocy trochę popadało.

Normalne, prawda? No i była tak zalana, że trzeba było przebierać się w autobusie.

– U nas nie ma szatni, bo tniemy koszty. Ale za to możemy sobie pozwolić na trzech sędziów.

Dość ciekawie wygląda to w nadmorskim Darłowie. Szatnia wygląda w porządku, ale już prysznic umiejscowiony jest tak, że kąpiąc się, możesz dostrzec część boiska. Konkretnie umożliwia to wielka szyba. Nikt bowiem nie pomyślał, że prysznice powinny znajdować się raczej w jakimś dyskretniejszym miejscu. Każdy, kto przechodzi, może zobaczyć kąpiących się zawodników.

*

Jeżeli miałbym wybierać swój mały the best of śmiesznych sytuacji, które wydarzyły się podczas mojego nieudolnego kopania piłki, na pierwsze miejsce wywindowałbym przemowę naszego trenera przed meczem z Iskrą Białogard. Wyjazd na teren faworyta. Otwarcie sezonu. Spore oczekiwania, bo celowaliśmy w mistrzostwo. Mój pierwszy sezon w juniorach starszych.

– Co prawda to dopiero pierwszy mecz, ale uważam, że będzie to jedno z kluczowych spotkań tego sezonu. Być może między nami i Iskrą rozstrzygnie się kwestia mistrzostwa. Dzisiejszy mecz jest niesamowicie ważny. Gra będzie „na styku”. Wygra ten, kto popełni mniej błędów.

„Wygra ten, kto popełni mniej błędów”. Zdanie, którego nigdy nie zapomnę.

Naturalnie popełniliśmy tych błędów więcej.

Konkretnie my 14, oni 0.

Żeby było jeszcze śmieszniej: tydzień po tej klęsce wygraliśmy z Victorią Sianów… 11:0.

Druga sytuacja miała miejsce za czasów mojej gry w trampkarzach. W Sianowie musieliśmy radzić sobie bez naszego trenera, zastępował go ktoś inny. Mecz był bardzo wyrównany, chyba skończył się remisem 2:2. Rozpocząłem na ławce, wszedłem około 70. minuty. Problem w tym, że… trener nie powiedział mi, na jaką pozycję! Po prostu kazał się rozgrzewać, potem wypisał zmianę, i wysłał do sędziego. Wiedziałem, że wchodzę za prawego pomocnika, ale nie miałem pojęcia czy mam tam zostać, przecież ta pozycja nigdy nawet nie stała obok mojej ulubionej. Miałem z 13 czy 14 lat i po prostu bałem się zapytać. Tak sobie biegałem i cały czas o tym myślałem. Nikt jednak nie miał pretensji, więc chyba było dobrze.

Postanowiłem sobie wtedy za punkt honoru, że jeżeli w przyszłości zostanę trenerem – a raczej nie zostanę – to jednak będę informował zawodników, na jaką pozycję mają wchodzić.

*

Gdyby to ode mnie zależało, wprowadziłbym odgórny zakaz – niższe ligi nie mogą nigdy umrzeć. I już! Ileż tam tydzień w tydzień pojawia się historii. Gdzie nie spojrzymy, gdzie nie pojedziemy, tam dzieje się coś ciekawego. Rzućmy okiem poza granicę naszego kraju. W sierpniu Baldock Town rozgrywało mecz jednej ze wstępnych rund Pucharu Anglii z North Greenford United Football Club. Relacja była prowadzona na oficjalnym koncie twitterowym aż do 78 minuty.

Po 78. minucie nastała cisza jak makiem zasiał.

Mecz został przerwany? Redaktor wybrał alternatywną formę spędzania czasu? Nic bardziej mylnego. Po prostu… wszedł na boisko. Zapomniał jedynie wyselekcjonować zastępcę.

Bohaterem Liam Kenna.

Cóż, folklor i jakaś taka autentyczna prawdziwość. Na amatorskim poziomie nic nie jest udawane, wszystko bierze się z serca.

Norbert Skórzewski

Fot: Derby: RKS Błyskawica Rozbórz – Start Mirocin. A-klasa Przeworsk. Fanpage „Typowy kibic A-Klasy”

KOMENTARZE (7)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Stabwound

Z tą pasją, to nie wiem. Uwielbiam oglądać Kartofliska i tak na bazie tego wydaje mi się, że zarówno ci ludzie, którzy jadą pół Polski, żeby zobaczyć mecz w jakiejś B-klasie, jak i piłkarze, trenerzy, prezesi takich klubów, traktują to jak taką lekko hipsterską formę rozrywki. Jadę oglądać chujowy mecz, żeby pokazać wszystkim, jaki jestem inny od typowego die-hard fana Barcelony czy ManU. W domyśle – lepszy, elitarny, bo niby podniecam się drużyną z Wiskitek, a nie klubami ze świecznika. Podobnie z piłkarzami, większość ma polewkę z tego wszystkiego, ktoś przyjedzie najebany, ktoś nie dotrze w ogóle, ktoś tam się cieszy, że udało się strzelic honorowego gola w meczu przegranym 20 bramkami, jakieś drużyny rywalizują, kto jest gorszy, itd. Na bank jest tam sporo ludzi, którzy naprawdę to kochają, ale też wydaje mi się, że na fali popularności „against modern football” wielu ludzi trochę pozuje na piłkarza-luzaka, który trenuje piłke tylko po to, żeby grac chujowo, lub leżeć najebanym na ławce rezerwowych albo amatora efektownej piłki, którego derby Manchesteru interesuja mniej niż pojedynki Kamaxu Kańczuga na polu pełnym krowich placków.

Martainn

Myślę, że w niektórych przypadkach tak jest, ale w wielu nie. Ja kiedyś też kopałem się po czole w niższych ligach. Najwyżej grałem w okręgówce i nawet w tej B-klasie jak też kiedyś kopałem to w wielu wioskach taki mecz to było naprawdę święto, a piłkarze podchodzili do nich bardzo poważnie. Trenowali 3-4 razy w tygodniu, na meczu sporo kibiców, niektórzy jeździli na wyjazdy. My podchodziliśmy do tego typowo na luzie, ale nie można powiedzieć że było olewactwo. Większość z nas uczyła się lub pracowała w różnych miejscowościach, więc ciężko było spotykać się na tej wsi i trenować. Najczęściej spotykaliśmy się tylko na meczach i potem każdy się rozjeżdżał, a mimo to udało nam się w jednym sezonie awansować do A-klasy. Każdy mimo wszystko podchodził do meczu na poważnie;)

Stabwound

Właśnie to miałem na myśli, że jeśli trenujesz kilka razy w tygodniu, a później nie docierasz na mecz, albo jedziesz na drugi koniec Polski na mecz C-klasy, przyjmujesz 10 browarów na twarz i nie wiesz, jak się nazywasz – to żadna pasja. Raczej poza na pasjonata.

p_w

Nie giną, tylko zmieniają formę. Doskonały przykład mam w mojej okolicy, tj. Toruń. Ludzie zamiast męczyć się w A-klasie czy B-klasie i jeżdzić po wiochach, gdzie po wygranej można dostać w łeb wolą grać w zorganizowanych ligach na orlikach.

Poziomy rozgrywkowe są 3, łącznie lig jest 5. Spotkania zawsze na tych samych boiskach więc nie trzeba jeździć. Gra się też o konkretne rzeczy jak awans do ligi wyższej czy np. uniknięcie spadku więc jest motywacja. Dodatkowo każdy mecz nagrywany, więc można sobie obejrzeć swoje bramki, wszystko dobrze zorganizowane, statystyki czy tabela na bieżąco. Nie ma co się więc dziwić, że ligi pod patronatem PZPN są w lekkim odwrocie, gdy rośnie im taka konkutencja

Martainn

To u nas w regionie działa liga LZS, gdzie nie jest to liga występująca w systemie ligowym, a złożona z lokalnych LZS i grają o mistrzostwo LZS. Typowi pasjonaci, bo nie można nigdzie wyżej awansować ani nic.

TylkoRks

Kibice i zawodnicy RKS”u pozdrawiają Weszło!

22499124_1724367637606274_1159075363699074013_o.jpg
Zadi

Jeśli RKS to tylko RKS Huwdu

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY