Image and video hosting by TinyPic
Wraca najlepsza liga świata (tym razem na serio)
Inne sporty

Wraca najlepsza liga świata (tym razem na serio)

Dość często używamy zwrotu „wraca najlepsza liga świata”. Raz – wiadomo, przy starcie Ekstraklasy, bo koszula bliższa ciału. Drugi raz – przy starcie La Liga, bo właśnie w Hiszpanii grają najlepsi piłkarze świata. Trzeci – przy powrocie Premier League, w której roi się od klubów z rzeszą fanów pod każdą szerokością geograficzną. Zazwyczaj piszemy to jednak z pewnym przekąsem, albo chociaż z mrugnięciem okiem. Tym razem jesteśmy zupełnie poważni. Wraca niepodważalnie najlepsza, najbardziej elitarna liga świata. Wraca jedyna liga na całym globie, w której skupieni są bodaj wszyscy najlepsi zawodnicy w danej dyscyplinie. Wraca jedyna liga, której dziesiąta drużyna mogłaby spokojnie ogrywać wielokrotnych mistrzów ze wszystkich pozostałych lig. Wraca liga Jamesa, Curry’ego i Thompsona, wraca liga, gdzie „amazing happens”. Wraca NBA!

Co więcej – być może to ostatnie sezony rozgrywane w takim stylu, z taką intensywnością i takim przytupem. Od dawna mówi się o potrzebie reform, na które przyklaskują dyrektorzy finansowi przeliczający już zyski z azjatyckich tournee, ale które budzą też niechęć tradycjonalistów. Odejście od 82 meczów? Od maratonów, podczas których ekipy grają dzień po dniu przez prawie cały tydzień? Od tych absurdalnych wymagań, które sprawiają, że to właśnie występujący w USA koszykarze wyglądają na najbardziej obciążonych sportowców na kuli ziemskiej? Na razie jednak zamachów na świętość nie ma, zamiast tego – do bólu klasyczny sezon, choć jednocześnie nie ma mowy o plagiacie sprzed roku czy dwóch lat. Dlaczego?

Klasyczny, bo Golden State Warriors nadal jest faworytem i wrogiem publicznym numer 1.

Dynastia. W Golden State Warriors odmienili już to słowo przez wszystkie przypadki, podobnie zresztą jak sformułowania „mistrzowska drużyna Michaela Jordana” oraz „legendarne Byki”. Wojownicy zdobyli dwa pierścienie w ostatnich trzech latach, raz przegrywając w finale z Cleveland Cavaliers po pamiętnym roztrwonieniu przewagi 3:1 i zmarnowaniu doskonałego rekordu z części zasadniczej – 73 zwycięstw i 9 porażek. Gdy po pierwszych dwóch grach finałowego starcia GSW prowadziło 2:0 wygrywając najpierw 15, a potem 33 (!) punktami, wydawało się, że wreszcie pada legenda najlepszego sezonu Chicago Bulls, gdy najpierw wygrali 72 z 82 meczów sezonu, a następnie w play-offach rozbili w pył wszystkich rywali przegrywając tylko 3 mecze w całej tej fazie – w tym dwa w wygranym 4:2 finale ze Seattle Supersonics. Ostatecznie jednak przed detronizacją legendy powstrzymał Warriorsów praktycznie jeden człowiek – LeBron James, prowadząc swoich „Kawalerzystów” do zwycięstwa 4:3.

Skąd jednak powszechna nienawiść do GSW, którzy stali się obiektem nie tylko zazdrości, ale też nienawiści wielu fanów koszykówki? Pomijając, że po prostu całkiem śmieszne było wygranie 73 meczów sezonu zasadniczego, by w końcówce przy trzech „piłkach meczowych” przegrać tytuł – GSW dokonało czegoś niespotykanego. Dream-team z Thompsonem, Currym czy Greenem jeszcze się wzmocnił – ściągając z Oklahomy City Thunder Kevina Duranta, do tej pory bezskutecznie próbującego rywalizować z Warriors w swojej konferencji. „Nie możesz ich pobić – przyłącz się do nich”. Finalista z 2016 roku skupił więc w swoim składzie cztery niekwestionowane gwiazdy ligi – podczas gdy największy rywal, James, miał przy boku właściwie jedynie Kyrie Irvinga.

W 2017 roku więc nie było już żadnych wątpliwości. Najpierw nieco słabszy, ale wciąż diabelnie mocny sezon – tylko 15 porażek. Potem zaś marsz przez play-offy: 4:0 z Portland Trail Blazers, 4:0 z Utah Jazz, 4:0 z San Antonio Spurs i wreszcie 4:1 z Cleveland, rewanż za ubiegłoroczne poniżenie. Jak zawsze, gdy tworzy się taka dysproporcja między najlepszą drużyną a resztą stawki – mistrz zaczyna budzić nienawiść. I pytania: kto będzie w stanie ich zatrzymać?

Na razie zdobyli dwa pierścienie w trzy lata. Jak przypominają na każdym kroku gwiazdy z Golden State Warriors – ich celem jest pobicie prawdopodobnie najlepszej drużyny w historii, czyli Chicago Bulls z lat 1991-1998, gdy Byki wygrały sześć z ośmiu tytułów. Na razie robią wszystko, by tak się właśnie stało – w składzie utrzymano wszystkie gwiazdy, a mimo przysługującej mu podwyżki, Durant zadowolił się utrzymaniem zarobków – by nie trzeba było osłabiać drużyny z uwagi na jego wysoki kontrakt. Tym samym GSW przystępują do gry tak naprawdę jeszcze mocniejsi niż rok wcześniej, a w dodatku zgrani, zmotywowani i pewni swego. Na papierze powinni wykręcić kolejny rekordowy sezon, a potem w play-offach rozbić w pył wszystkich, nawet jeśli w finale Konferencja Wschodnia miała wystawić swój zespół all-stars. Takie prognozy towarzyszą tylko największym mistrzom. Reszta typowego dla takich drużyn towarzystwa została już tu wymieniona – zazdrość, zawiść, niechęć, determinacja, by choć na chwilę powstrzymać tę nieludzko silną machinę.

Co na to kibice Warriors? Cóż, wyobrażamy sobie, że mogą tylko przypominać rywalom: jesteśmy waszym mistrzem.

Klasyczny, bo na Wschodzie nadal siła złego na jednego.

Na Wschodzie bez zmian. Nadal wydaje się, że całe granie tych wszystkich ekip sprowadza się do roli urozmaiconego treningu dla LeBrona Jamesa przed jego finałowymi starciami z Golden State Warriors. Próżno szukać w Konferencji Wschodniej drużyn, które mogłyby na spokojnie rzucić rękawice mistrzom z Oakland, poza naturalnie tą, która ma w składzie króla. Co prawda wzmocniło się kilka zespołów, większość już od lat ma status ciekawych, rozwijających się projektów, to nadal wystarczy jeden LeBron, by raczej nie przejmować się pogonią. Najpoważniejsi przeciwnicy? Ha. Niedawni przyjaciele. Tu jednak przechodzimy do punktu…

Klasyczny, bo znów staje pod znakiem wychodzenia z cienia.

Tak jak w pewnym sensie Russell Westbrook został w ubiegłym sezonie zmuszony do wyjścia z cienia Kevina Duranta (albo raczej – wzniesienia się na poziom, na którym to Durant byłby w jego cieniu), tak w tym sezonie „na swoje” wyprowadził się… Kyrie Irving. Oczywiście, przyczyn zaskakującego transferu mogło być więcej – przeczuwanie, że po sezonie James opuści Cleveland, zostawiając za sobą spaloną ziemię, czy chęć zbudowania swojej drużyny na bardziej perspektywicznych zawodnikach, to i tak najbardziej medialna jest wersja o wiernym giermku, który zostawia swojego przełożonego, by samemu zostać rycerzem. Czytaliście „Sycylijczyka”? Mniej więcej wiadomo, o co tutaj chodzi – dość słuchania wiecznie „LeBron mistrz, LeBron król”, czas na własny show.

Trzeba przyznać, że miejsce do błyszczenia wybrał sobie Irving naprawdę godne – bo Boston i bez niego był dość mocny, a razem z Irvingiem do miasta słynącego z topienia herbaty dołączył Gordon Hayward z Utah Jazz. Razem z Horfordem – to groźna trójka, która powinna solidnie zamieszać na Wschodzie. Oczywiście, konkurencja jest niewielka, ale mimo wszystko – gdybyśmy mieli typować kogokolwiek do ewentualnego zwycięstwa nad Cavsami w drodze po finał – to właśnie bostończyków.

Klasyczny, bo Gortat ma dalej grać swoje.

Nie możemy nie wspomnieć o Marcinie Gortacie. Co prawda sam Marcin przekonuje, że powoli przechodzi na drugą stronę rzeki, ale jako jego wierni fani w ogóle nie przyjmujemy tego typu rozważań do wiadomości. Tak, wiemy również, że Mahinmi, zmiennik Marcina, wreszcie jest zdrowy, a gdy do pełni sił dojdzie też Markieff Morris – możemy być naprawdę zawiedzeni liczbą minut Polaka. Na razie jednak staramy się myśleć pozytywnie – Bradley Beal i John Wall to wciąż nie są weterani, wręcz przeciwnie – to właśnie teraz wjeżdżają w prawdopodobnie najlepszy swój okres – wzmocnieni też systematycznie rozwijającym się Porterem. Gortat, mimo że na tle innych ligowych centrów wydaje się trochę dinozaurem, w Waszyngtonie nadal sprawdza się bez zarzutu. Podczas gdy w nowoczesnej koszykówce nawet najwyżsi muszą rzucać trójki i dryblować – Marcin skupia się na przepychankach, w których osiągnął mistrzostwo. Może z takim wachlarzem zagrań nie sprawdziłby się w wielu mocnych ekipach, ale akurat w Wizards, gdzie Wall potrafi wyczyniać cuda po zasłonach Polaka – to nadal może dobrze żreć.

Oczywiście, skoro sam Marcin stara się tonować nastroje wokół swojej osoby, a nawet wokół całego klubu („na tle Bostonu i Cavs, na papierze nie jesteśmy mocarzami”), to nie chcemy mu się wcinać w paradę, ale jako wierni sympatycy jego talentu i ogółem jego osoby – liczymy, że znajdą się na podium konferencji, a potem powalczą dzielnie z Celtics/Cavs w play-offach. A może uda się przejść? Może uda się dojść nawet do samego finału? Nawet jeśli to dość abstrakcyjny scenariusz – będziemy wierzyć, dopóki będzie możliwy.

Klasyczny, bo Zachód znów tłamsi Wschód.

Skoro już jesteśmy przy Wizards – to ma być trzecia siła wschodu. Z Bealem, Wallem i Gortatem. Właściwie samo komentuje się porównanie obu konferencji, gdy zestawimy Waszyngton z trzecią siłą Zachodu, czyli Oklahoma City Thunder (przyjmujemy protesty, naszym zdaniem TOP 3 za plecami Houston i Warriors, ale poziom na tamtym końcu USA jest cholernie wyrównany). A przecież są jeszcze Spurs z Gayem, Leonardem czy Aldridgem. Są Timberwolves z Wigginsem i Townsem. Nawet Pelicans z Cousinsem i Davisem. Nie no, Wschód jest słaby. Bardzo.

***

Bez plagiatu, bo król ma nowe towarzystwo.

„Dobra Weszło, ale weźcie napiszcie o czymś, czego nie było sezon temu”. No to nie było na pewno takiego Cleveland Cavaliers. LeBron James głośno domagał się wzmocnień, ale jakoś nie potrafimy ocenić, czy Kawaleria jest mocniejsza niż rok temu. Gdyby zdrowy był Thomas, faktycznie, mógłby od razu wskoczyć za Irvinga i rozwiać nasze wątpliwości. Ale Thomas zdrowy nie jest – za co zresztą ma podwójny żal do swojego ukochanego Bostonu. Grał dla Celtics z całym sercem, z wybitymi zębami, z urazem biodra, z szeregiem innych kontuzji. Tworzył tam jednoosobową armię, walczył, by Boston był jak najbardziej atrakcyjnym miejscem dla największych graczy. Samodzielnie wygrywał mecze. Aż w końcu… został oddany, akurat w momencie, gdy leczy kontuzję, pogłębioną przez – a jakże – występy w Bostonie zanim uraz się w pełni wygoił. Dziś mówi, że ma żal jedynie do dyrektora sportowego, który podjął ostateczną decyzję. Jednocześnie zaznacza jednak, że już nie może się doczekać powrotu, naturalnie w barwach Cavs.

Kto jest do gry na teraz? Wielkie spotkanie po latach czeka LeBrona z Dwyane Wadem, który wprawdzie ma sto piętnaście lat, ale werwę nastolatka. Gdyby jeszcze dorzucił do tego zdrowie, regularność… To istotne wzmocnienie, mimo wieku. Doszedł także Crowder z Bostonu, przydatny na łuku, czy D-Rose z Knicksów – kolejny szklany, ale naprawdę utalentowany gracz. Nade wszystko jednak – nie ma już Irvinga. To jest tak istotna zmiana towarzystwa, że ten sezon z pewnością nie będzie przypominał poprzedniego w starciach Cavsów.

Bez plagiatu, bo mamy nową super-trójkę.

Po cichutku, pomalutku – a na Zachodzie wyrasta nowa licząca się siła. Westbrook, osierocony przez Duranta i pozostawiony jako samodzielny najlepszy strzelec, asystent, zbierający, przechwytujący, śpiewający i oprowadzający wycieczki po Oklahomie, dostał nowych kumpli. I to nie byle jakich. Paul George. Carmelo Anthony. Nie jest to może Big Three z najlepszych chwil tej ligi, ale czy kogoś zadziwi, jeśli zajmą miejsce Houston tuż za plecami Warriors? A może nawet… Nie, to byłoby zbyt ckliwe. Westbrook pokonuje starego kolegę z jego olbrzymimi „nowymi przyjaciółmi”? Nadaje się co najwyżej na „Kapitana Jastrzębia”.

Bez plagiatu, bo w siłę rosną młode wilki.

Giannis Antetokounmpo przytył ponoć 6 kilogramów, dzięki czemu będzie obsadzał nie trzy, jak sezon temu, ale cztery pozycje na boisku. Piąty może być pachołek, a Giannis i tak wykręci coś koło triple-double. Rok starszy i rok lepszy jest Towns ze swoją ekipą, świetnie rozwija się Porzingis, są Jokić czy Embiid. Mniejsze ekipy mają swoich mniejszych kozaczków, z których każdy marzy przede wszystkim o wkręceniu się do tej najbogatszej części ligi. Grecki wszechstronny zawodnik już teraz jest typowany do roli jednego z najmocniejszych w lidze w tym sezonie. A takich gości, których czas ma nadejść za kilka, maksymalnie kilkanaście miesięcy jest przecież w NBA mnóstwo.

Bez plagiatu, bo tak grubego „okienka” nie było dawno.

Irving? Thomas? Hayward? Anthony? George? Chris Paul? Mnóstwo transferów z udziałem najgłośniejszych nazwisk. Będzie na bogato.

Bez plagiatu, bo tutaj nigdy nie ma plagiatów.

Amen!

KOMENTARZE (20)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Transilvanian Nosferatoo

1. „Na Wschodzie bez zmian.” No sorry. Irving i Hayward w Bostonie. Realna siła do detronizacji Cavs…

2. „przecież są jeszcze Spurs z Gayem”. Z Gayem? Ktos kojarzy gdzie Gay aktualnie gra? Spurs to ekipa Leonarda. To jakby powiedziec, ze Chicago w latach 90 bylo ekipa Kukoca a Lakersi z czasow ’00 byli druzyna Fishera.

3. „Są Timberwolves z Wigginsem i Townsem”. Kolesie grajacy 2 i 3 lata? Jak wiem ze jeden podpisal spory kontrakt, ale pierwszym nazwiskiem w Minnesocie jest Jimmy Butler. Nie wspomne o takich grajkach jak Jeff Teauge czy Jamal Crawford (3x Sixth Man Award)

4. „czy D-Rose z Knicksów – kolejny szklany, ale naprawdę utalentowany gracz”. No tak. Utalentowany. Przeciez MVP sezonu zasadniczego, ale sensowniej napisac „utalentowany”

5. „świetnie rozwija się Porzingis, są Jokić czy Embiid”. Embiid? Kolejny kwiatek – wazny bo dostal wysoki kontrakt? Gosc zagral jedynie 31 meczow w NBA.

frankensteiner316

no boston taka sila do detronizacji cavs ze zamiast 25 punktami te swoje cztery mecze w plejofach przejebia 20. Also jakby wymienili teague albo crawforda przed Townsem to chyba by mogli ten caly portal skasowac. Also Embiid na pewno jest wazniejszym graczem dla druzyny i dla ligi niz taki porzigins

Transilvanian Nosferatoo

Porzingis to drugi Nowitzki – zawodowiec z etyką pracy. Embiid to drugi Andrew Bynum – grajek, który cos tam gra, ale poki co jest i bedzie znany z pozaboiskowych wyglupow.

To jest zdecydowana roznica mentalnosci.

Taszi

No i Hayward się połamał w meczu otwarcia, nie wygląda to zbyt dobrze. Ciekawe czy wróci na parkiet w tym sezonie…

Taszi

Nie ma w NBA „kawalerzystów”, są „kawalerowie”. Jak już musicie spolszczać nazwy to chociaż róbcie to umiejętnie.

Nedi81

no, i jeszcze Jeziorany!

StaszekPrawy

Kawalerzy i Jezioraki.

Taszi

Cavalier to po angielsku kawaler, zresztą wystarczy spojrzeć na logo drużyny z Cleveland aby dojrzeć tam szpadę. Ale oczywiście lepiej zrobić z siebie durnia w komentarzu.

przegrany jak Celtic
WZL & Parasol Wrocław

Nie ma Cavaliera, jest Leśny Dzban.
Cleveland Forest Jar

10swi.stak

Fajnie, że coś o NBA się pojawiło. Szkoda tylko, że autor nie napisał słowa o Jimmy Butler 😉 Kapitalny zawodnik, może być ważniejszy w Minnesocie od KAT i Wigginsa. Jak trafią z formą, to playoffy mają z urzędu, a kto wie czy nie powalczą o TOP3 😉

Nedi81

Znowu się zacznie…wiadro kawy, zarwane seriami noce, problemy w robocie, L4 niejednokrotne, otumanienie w dzień, niezrozumienie najbliższych, FoxTv na głównej, kurwa, jak ja to uwielbiam!!!

fioot

banda murzynow biegajaca za pomaranczowym balonem przez godzinke na boisku 20×10 to niby najbardziej obciazeni ‚sportowcy’ swiata? xD

frankensteiner316

no na pewno granie w nba jest bardziej obciazajace niz np granie se w pileczke gdzie se tam pobiegasz chwile ale i tak 3/4 czasu nie jestes nawet w poblizu grania i tylko musisz trzymac pozycje albo kryc typa XD

fioot

a kto tu mowi o pilkarzach? istnieja ludzie ktorzy biegaja po 100 kilometrow dziennie przez rok wiec??? xD poza tym mowie, nazywanie bezmozgich czarnuchow rzucajacych jakas pilka ciezko nazwac sportowcami.

frankensteiner316

a kogo kurwa obchodza jakies typy co se biegaja 1000000 kilometrow w 20 minut?

fioot

a kogo kurwa obchodza koszykarze nie liczac skrajnych zjebow i murzynow? xD jestes jednym z tych kurwa wiggerow i masturbujesz sie jak sie dowiesz ze twoj ulubiony czarnuch przebiegl 6 kilometrow w 2 dni i jest tak bardzo obciazony ze bardziej sie nie da?

frankensteiner316

przeciez ty jestes skrajnym zjebem to chyba niezly z ciebie fan basketbalu

Miszcz Joda

„Przy starcie La Liga bo właśnie tam grają najlepsi piłkarze na świecie”

Niektórym to już równo na banię pierdoli. Więcej gra choćby w Serie A. A są jeszcze lepsze ligii pod tym względem.

FC Bazuka Bolencin

Cóż z ignorantami oglądającymi tylko Real/Barce, Legie u nas i od biedy Bayern (Lewandowski) tak już jest. Też mi się to w oczy rzuciło.

michaelai3

Dobrze, ze na Weszlo wreszcie zaczelo sie cos pojawiac o NBA, szczegolnie ze sezon szykuje sie pierwsza klasa. Czas pozegnac sie ze snem do czerwca.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY