Image and video hosting by TinyPic
Złamanie 2:30 w maratonie jest dla mnie ważniejsze niż tytuł triathlonowego mistrza świata
Weszło fit

Złamanie 2:30 w maratonie jest dla mnie ważniejsze niż tytuł triathlonowego mistrza świata

Jako pierwszy polski triathlonista w historii wywalczył na Hawajach mistrzostwo świata na dystansie Ironman – w niedzielę nad ranem naszego czasu okazał się najlepszy w kategorii wiekowej 45-49. Marcin Konieczny opowiada nam ze szczegółami o historycznych zawodach, ale także o tym, jak kiedyś w wodzie przepłynęło po nim… 1800 osób, dlaczego klub, który reprezentuje to totalna patolka, co zresztą bardzo mu się podoba, oraz o swoim sportowym Świętym Graalu. 

Jesteś mistrzem świata już od ponad doby, jak zmieniło się w tym czasie twoje życie?

Po zwycięstwie na Hawajach spytałem swoją Kasię „jak to jest być córką mistrza świata?” Odpowiedziała ze spokojem, że dokładnie tak samo, jak być córką kandydata na mistrza (śmiech). Nie mogę też liczyć na fory w domu: dziś jest moja kolej na robienie śniadania, więc jak tylko skończymy ten wywiad, to jadę po pieczywo do sklepu. Nie ma lekko!

Jeśli coś się zmieniło, to zasięgi na moim facebookowym profilu MKON-a (klik). Post, który dałem po zawodach, zalajkowało około dwa tysiące osób – w Polsce to chyba nie ma tylu triathlonistów! Dla mnie to jest kosmos, bo nie jestem żadnym celebrytą i nie przywykłem do tego, że moje wpisy spotykają się z aż tak szerokim odbiorem.

Doszło już do ciebie co ty właściwie zrobiłeś? Obok złota Jurka Górskiego na mistrzostwach świata w podwójnym Ironmanie to przecież jedno z najważniejszych wydarzeń dla polskiego triathlonu.

Piszący do mnie wiadomości prywatne ludzie używają często zwrotu „historyczny wyczyn”. W sumie mają rację, bo nikt w naszym kraju wcześniej nie zdobył złota na Hawajach w żadnej kategorii wiekowej. Jestem z tego dumny jak cholera, nawet jeśli ktoś kiedyś wyrówna ten wynik, co mam nadzieję się stanie, to będę mógł powiedzieć, że ja i tak byłem pierwszy. Konieczny stał się prekursorem polskiego triathlonu, nieźle. (śmiech)

Kiedy rozmawialiśmy w zeszłym roku, mówiłeś, że twoim celem jest zdobycie na Hawajach tytułu w kategorii M-50 w 2022 roku. Jak cię znam, fakt, że sięgnąłeś po mistrzostwo świata już teraz, nie zmienia twoich planów.

Jasne. Dużo roboty przede mną, by wygrać te zawody. Po moim starcie spojrzałem na wyniki z M-50 i powiem ci, że ci goście nieźle wymiatają – najlepsi byli tylko o pięć minut gorsi ode mnie. Żeby w ich wieku utrzymać taki poziom, będę musiał naprawdę solidnie trenować. Mam nadzieję, że to mi się uda, to byłaby taka moja „ucieczka” od starości. Bo o to tak naprawdę w tym wszystkim chodzi – uważam, że zachowanie dobrej formy w pewnym wieku jest w sumie ważniejsze od samych wyników.

Starczy ci motywacji do ciężkich, długoletnich treningów? Już jesteś mistrzem, więc głód sukcesu w przyszłości może być mniejszy.

Czuję takie niebezpieczeństwo, przyznaję. Ale pamiętajmy, że te zawody są dopiero w 2022 roku, więc nawet jeśli do tego czasu złapie mnie dołek, mogę sobie zrobić np. roczną przerwę od triathlonu. A wtedy chęć rywalizacji i zwycięstw znowu powinna się pojawić.

Rozbierzmy twój start na czynniki pierwsze. Po prawie czterech kilometrach pływania wyszedłeś z wody jako 86. zawodnik w swojej kategorii. Do Richa Violi, który ostatecznie zdobył wicemistrzostwo świata, miałeś wówczas prawie jedenaście minut straty.

Przyglądając się hawajskiemu wyścigowi z zeszłego roku postanowiłem sobie, że chcę powtórzyć wynik zawodnika, który wygrał moją kategorię wiekową – miał 9h 15 min. Następnie rozkminiłem, że jak popłynę na Hawajach w godzinę i piętnaście minut, to będzie dla mnie dobry punkt wyjściowy do spełnienia założeń. Treningi przed zawodami pokazywały jednak, że nie jestem w wybitnej formie w wodzie, więc nie wiedziałem, czy uda mi się zrealizować ten cel. Na szczęście okazało się, że pływanie samemu w Polsce versus pływanie z ponad dwoma tysiącami zawodników, to jest jednak coś zupełnie innego: gdy wystartowaliśmy, czułem się naprawdę super. Jak okrążaliśmy statek, który jest zacumowany w połowie trasy, to zerknąłem na zegarek i zobaczyłem na półmetku, że mam czas 31 minut. Wtedy już wiedziałem, że będzie dobrze. Całość skończyłem w 1:04, czyli dużo lepiej niż przewidywałem. Wychodząc z wody, nie miałem natomiast pojęcia, ile tracę do najlepszych age grouperów, takich jak Viola.

21232147_972022796270476_8496556151983952789_n

Tym razem na Hawajach ominęła cię wodzie tzw. pralka, czyli pływanie pośród bardzo ciasno stłoczonych zawodników.

Pomogło mi to, że przed startem ustawiłem się skrajnie z boku, takie zachowanie to efekt przykrych doświadczeń z 2012 roku. Wówczas jak klasyczny Janusz czekałem na wystrzał startera w pierwszym rzędzie, w samym epicentrum wydarzeń. Efekt? Z 2400 uczestników, na oko jakieś 1800 osób po mnie wtedy przepłynęło (śmiech). Teraz było inaczej, cieszę się też z tego, że na oceanie jakoś specjalnie nie bujało. Powiem ci, że dzień przed mistrzostwami robiłem rozpływanie – fale były tak duże, że cały czas widziałem przed sobą tylko ścianę wody. Załamałem się tym, uznałem, że takie warunki mocno mi przeszkodzą. Na szczęście skończyło się na strachu.

Przejdźmy do roweru: zakładałeś, że przejedziesz 180 km w 4:45. Miałeś o pięć minut gorszy wynik, ale i tak poszło ci super, bo to był drugi rezultat w kategorii.

Gdy szykowaliśmy się do tych zawodów z moim trenerem Tomkiem Kowalskim, to bardzo namawiał mnie, żebym na odcinku rowerowym nie szalał. Ja miałem w pamięci cyferki z Ironmana w Barcelonie, gdzie na 265 watach pojechałem czas 4:35. Teraz chciałem mieć właśnie 4:45, więc Tomek mówił „wystarczy, że będziesz śmigał około 240 watów i osiągniesz ten wynik”. Nie chciało mi się w to wierzyć, głównie dlatego, że wiatr na Hawajach jest bardzo zmienny, więc walka z nim wymaga energii. Ale ok, zdecydowałem się zaufać trenerowi. No i miał rację – kiedy śmigałem w stronę Hawi, waty były nawet niższe, a ja i tak jechałem ze średnią około 42 km/h. Pomagał mi mocno wiatr, oczywiście zdawałem sobie sprawę, że po nawrocie przestanie być moim sprzymierzeńcem i zrobi się masakra.

Poproszę o szczegóły.

Tam są bardzo silne boczne wiatry, dochodzące do 60 km/h, nawiasem mówiąc z tego powodu na Hawajach zabronione są dyski na tylnym kole. Podczas zawodów widziałem zawodników, których… przestawiało o dobre pół metra, gdy akurat natknęli się na mocniejszy podmuch. Patrząc na to wszystko miałem duszę na ramieniu, ale mimo to po prostu cisnąłem do przodu licząc, że to jakoś wytrzymam. Udało się, cały czas miałem „luźną” nogę, nie czułem zmęczenia, za to we znaki mocno dawał mi się też upał. Ktoś, kto założył podczas tej imprezy kask czasowy, popełnił bardzo duży błąd, na szczęście ja go uniknąłem, to kolejny pozytywny efekt występu z 2012 roku.

Kiedy śledziłem twój występ na trackerze, w pewnej chwili można było zauważyć, że jedziesz niemalże obok Rafała Hermana i Michała Podsiadłowskiego.

Faktycznie przez około 10 kilometrów jechałem bardzo blisko Rafała. To połączyło się z momentem, w którym musiałem się zatrzymać. Herman krzyczał do mnie „co się stało?!”, a ja byłem nieźle obsrany, bo miałem problem z kołem. Na szczęście coś mi się tylko do niego przykleiło, jakaś taśma, obyło się więc bez wymiany dętki i innych tego typu historii. Oczywiście w trakcie tego zamieszania w głowie pojawiały się myśli w stylu „idzie tak dobrze, więc coś się musi zaraz spierdolić”. (śmiech)

Rafał mi wtedy uciekł, potem go dogoniłem i pojechałem dalej. A Michał złapał mnie koło 90. km, co uważam za dobry wynik, podobnie jak fakt, że na całym dystansie specjalnie mocno mi nie odjechał. Pamiętajmy o tym, że to najszybciej jeżdżący na rowerze polski triathlonista amator.

Po zejściu z roweru miałeś osiem minut straty do lidera w grupie 45-49. Tym razem ktoś cię o tym poinformował?

Tak, moja żona Ewa. To ciekawa historia – przed zawodami umówiłem się z Emilem Wydartym, triathlonistą i… kapitanem statku, że będzie jej pisał na telefon wiadomości o tym, jak wygląda sytuacja w mojej kategorii. Miał czas, aby to robić, bo akurat odbywał wachtę (śmiech). No więc dzięki nim zdawałem sobie sprawę, że po etapie kolarskim jestem trzeci. W takiej sytuacji człowieka korci, żeby przyspieszyć na biegu, ale nie można tego robić. Trzeba pamiętać o tym, że przede mną maraton i lepiej rozłożyć te siły mądrze, a nie pruć do przodu ile fabryka dała. Zachowałem spokój nawet gdy minął mnie gość z age groupy. Zostawił mnie w tyle jak taczkę, pomyślałem wtedy „trudno, jestem czwarty, ale zobaczymy, czy na 30 km też tak będzie zasuwał”. Sam natomiast konsekwentnie biegłem na wspomniany wcześniej czas dziewięć godzin i piętnaście minut. Osiągnięcie go było moim głównym założeniem, miejsce, które wtedy zdobędę, stawało się drugorzędną sprawą. No i oczywiście – jako że życie bywa przewrotne – nie udało mi się wypracować tego rezultatu, skończyłem zawody w 9:18, a i tak byłem pierwszy. Coś czuję, że w tabelach Ironmana będę pokazywany jako jeden z większych cieniasów w grupie 45-49 w historii. (śmiech)

Na swoim blogu wspominasz bieg jako koszmar. Liczyliście, że będzie w trakcie padać, a tymczasem na niebie nie pojawiła się choć jedna chmura.

Przez cały tydzień przez zawodami kropił deszcz, prawie nie było słońca, miałem nadzieję, że podczas mistrzostw warunki będą podobne. Zamiast tego musieliśmy walczyć w niezłej „patelni”. Specyfiką zawodów na Hawajach jest to, że pierwsze 15 km biegnie się „po mieście”, a pozostałe kilometry trzeba zaliczyć po autostradzie, całkowicie odkrytej na promienie. Na deser człowiek otrzymuje cholerny, czterokilometrowy odcinek w Energy Lab, który po prostu zabija biegaczy. To niecka, w której temperatura wzrasta jeszcze o jakieś trzy stopnie. Uratowały mnie zimne napoje i lód, który wkładałem pod czapkę i… w gacie. Koszmarnie wspominam ten maraton, chyba już nie chcę o nim rozmawiać. Ok, dodam jeszcze tylko, że podczas ostatnich dwunastu kilometrów czułem się tak zmęczony, że było mi wszystko jedno. Pomyślałem, że nawet jeśli spadnę np. na ósme miejsce, to trudno, bo ważne jest tylko to, żeby dobiec. Na moje szczęście „zgony” innych zawodników następowały wcześniej niż mój.

W którym momencie poczułeś, że wygrasz?

Dopiero na samym końcu, na tym charakterystycznym czarnym dywanie. Na dwóch ostatnich kilometrach aż trzy razy musiałem się zatrzymywać z powodu skurczów mięśni dwugłowych. Bałem się, że w końcu stanę przez na dobre i ktoś mnie wyprzedzi. Na szczęście do tego nie doszło.

Metę przekroczyłeś z temperaturą ciała wynoszącą 40 stopni…

Wbiegłem na nią w pełni świadomy, ale po chwili zrobiło mi się słabo, w związku z tym poprosiłem wolontariuszy, żeby mnie zaprowadzili do namiotu medycznego. Opiekowano się tam mną półprofesjonalnie – pani, która zmierzyła mi temperaturę, postanowiła, że potrzebuję kroplówki. Szybko dodała, że podaje ją pacjentom codziennie, niestety wkłuwała mi się w żyłę… trzy minuty. Nie mogła tego zrobić, więc w końcu powiedziałem, żebyśmy sobie darowali, bo ręka zaczyna mnie boleć gorzej niż ta przegrzana głowa (śmiech). Poleżałem tam z pół godziny obłożony lodem i wyszedłem o własnych siłach.

22449869_1383834091715274_2066535732755223126_n

Ja wiem, że nie pijesz alkoholu, ale czy w związku z tym sukcesem nie miałeś ochoty, żeby jednak zaszaleć? Okazja była podwójna, bo dzień później obchodziłeś 45. urodziny.

Po wszystkim marzyłem tylko o jednym: żeby szybko spotkać się z rodziną, a następnie pojechać do domu i położyć się spać. Na szczęście samochód mieliśmy zaparkowany w takim miejscu, że można było swobodnie wyjechać. Oczywiście, jak już byłem w mieszkaniu i wziąłem prysznic, to za cholerę nie mogłem zasnąć. Uznałem jednak, że nie ma co marudzić, bo po takim wysiłku to sama możliwość leżenia jest super sprawą. Fajne jest też to, że nie musiałem jechać po odbiór roweru ze strefy zmian, zrobili to za mnie moi bliscy.

Na Hawaje przyleciałeś dwa tygodnie przed imprezą. To był wystarczający okres do adaptacji?

Tak, chociaż początki na wyspie były koszmarne. Pamiętam pierwsze bieganie – myślałem, że roztopię się w trakcie, a przecież robiłem je o szóstej rano, a nie w południe! Generalnie organizm przyzwyczaił się do klimatu, ale nie mogę powiedzieć, że to zawody, które ukończyłem w komforcie.

Zdobycie tytułu daje ci automatyczną kwalifikację na MŚ w 2018 roku. Już zapowiedziałeś, że w nich nie wystartujesz. Dlaczego?

Zbieraliśmy z moją żoną pieniądze na ten wyjazd pięć lat, za rok raczej nie będziemy mieli budżetu, żeby tu znowu przylecieć – kosztowało nas to wszystko łącznie około 25-30 tys. zł. Ale nawet gdyby znalazł się sponsor, to ja bym mu chyba podziękował i powiedział „nie”. Tak upodliłem się na tym sobotnim biegu, że potrzebuje dłuższej przerwy od pełnego Ironmana. Robiłem je dwa lata z rzędu, na tym poziomie, na którym ja startuję, oznacza to bardzo intensywne przygotowania. Warto od nich odpocząć i – może to zabrzmi idiotycznie, bo nie jestem już najmłodszy – popracować nad prędkością na krótszych dystansach, żeby… łatwiej było mi zdobyć mistrzostwo świata w 2022. (śmiech)

Jak więc będzie wyglądał twój sezon 2018?

To ma być rok biegania! Chcę wreszcie złamać 2:30 w maratonie, spróbuję to zrobić wiosną, a jak się nie uda, to jesienią. Na teraz to mój największy krótkoterminowy cel. Jeśli chodzi o triathlon, to chyba wystartuję tylko w jednych zawodach, na połówce w Gdyni. Spróbuję tam wywalczyć kwalifikację na MŚ na 1/2 do Francji na 2019.

Złamanie dwóch i pół godziny w maratonie jest dla ciebie ważniejszą sprawą niż zdobycie mistrzostwa świata w triathlonie?

Tak. Ja to traktuję jak swojego sportowego Świętego Graala. Uważam, że to zdecydowanie trudniejsze zadanie dla mnie, niż złamanie 9h w Ironmanie. Powód? Mam już 45 lat, a prędkości na maratonie w przy takim biegu są bardzo wysokie – średnia to 3:33/km.

Zanim wrócisz do Polski, powygrzewasz jeszcze stare kości na Hawajach?

Co ty, już we wtorek mamy samolot do kraju. Muszę wracać, bo przede mną dużo pracy. Przypominam, że jestem trenerem biznesu w House of Skills, prowadzę szkolenia dla firm, mam mocno zapełniony grafik na najbliższe miesiące i lata. Lubię tę robotę, ale niestety jej minusem jest to, że nie można prowadzić dwóch szkoleń jednocześnie. W związku z tym bardzo dużo muszę jeździć, nawet nie chcę liczyć, ile dni w tym roku spędzę jeszcze poza domem. Dobrze, że tylko dwa razy będę wyjeżdżał z Olsztyna w Polskę w niedzielę, żona tego nie lubi, więc staram się unikać takich sytuacji.

Na koniec naszej rozmowy warto powiedzieć, że jesteś pierwszym mistrzem świata w historii Klubu Sportowego Niemaniemogę. Opowiedz o nim coś więcej.

To jest bardzo specyficzny klub – ma jednego zawodnika i parunastu działaczy (szczegóły). Muszę przyznać, że oni są kompletnym betonem. Przycinają na delegacjach, zabierają mi nagrody za zwycięstwa, generalnie – totalna patolka, wstyd zadawać się z tymi ludźmi (śmiech).

A już tak serio to inicjatywa, dzięki której zbieramy pieniądze na Szkołę Mistrzostwa Sportowego w Szklarskiej Porębie oraz na fundusz stypendialny Nidzickiego Funduszu Lokalnego. Robimy to m.in. poprzez sprzedaż gadżetów – czapek, bluz i tym podobnych z logo „Nie ma nie mogę”. Zainteresowanych zapraszam na stronę, na niej są wszystkie szczegóły. Nasza praca ma sens – rocznie zbieramy na dzieciaki około 40 000 zł. Działalność charytatywna daje nam olbrzymią satysfakcję, chyba nawet większą od uprawiania sportu.

ROZMAWIAŁ KAMIL GAPIŃSKI

PS. Obszerny wywiad o życiu Marcina i jego podejściu do treningów możecie przeczytać tutaj

KOMENTARZE (3)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
tss

#nikogo

qdlaty81
WIDZEW

Triathlon a utrzymanie dobrej formy to dwie zupelnie inne sprawy.

Pobiegac dla zdrowia jest wskazane. 2km max 3 razy w tygodniu. Na pewno nie 42km i to w zadnym wieku.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY