Weszło na stopa #8 – Boniek Garcia, liga nikaraguańska i namiot na stadionie narodowym
Weszło

Weszło na stopa #8 – Boniek Garcia, liga nikaraguańska i namiot na stadionie narodowym

Za mną kolejny tydzień zmagań w Ameryce Centralnej. Zresztą jeden z ostatnich, bo na koniec października mam już kupiony bilet do Kolumbii, gdzie w dniu przylotu wybiorę się na Derby Bogoty, czyli stolicy tego kraju. Dzisiaj będzie jednak o czymś zupełnie innym. Zabiorę Was na dwa mecze ligi nikaraguańskiej oraz na Estadio Nacional de Nikaragua, gdzie… przespałem jedną z lepszych nocek mojego życia. Przypomnę wam postać Bońka Garcii i opowiem trochę o porze deszczowej, bo nie samym sportem przecież człowiek żyje.

Po opuszczeniu salwadorskiej faweli, w której spędziłem – nie wiem, czy nie najlepsze dziesięć dni podczas mojej podróży, wśród misjonarzy z Domu Serca – trzeba było ponownie się przełamać i stanąć na drodze z kciukiem wystawionym do góry. Człowiek jest istotą dziwną, do tego cholernie leniwą. No, dobrze – nie będę generalizował. Ja jestem leniwy! A gdy poczuję za dużo luzu, mniej obowiązków, to szybko odechciewa mi się podróży. Bo podróż jest męcząca. Śpisz w namiocie, uciekasz przed deszczem, nie zamkniesz namiotu to wpieprzy się do środka piętnaście komarów i ponad setka mrówek. A po nieprzespanej (bo komary, bo mrówki, bo gorąco) nocy musisz wstać wcześnie rano i wyjść na wylotówkę. Po prostu nie zawsze się chce. Dodatkowo narzuciłem na siebie całkiem duży projekt. Jeszcze bowiem przed Bożym Narodzeniem chciałbym wydać książkę na temat mojej zeszłorocznej wyprawy do Azji, więc w tak zwanym wolnym czasie… No, po prostu go nie ma. I nie, żebym się żalił. Siedzę właśnie nad Pacyfikiem w Nikaragui, świeci słońce, a ja chodzę w krótkich spodenkach. Generalnie jest zajebiście, plusy też dostrzegam. Dobra, kontynuując… Wyjechałem z Salwadoru, chociaż równie dobrze mógłbym pozostać tam do końca mojej wyprawy, i już pierwszego dnia dostałem ostro po dupie.

Dochodziła już godzina 16:30, a ja cały czas miałem do granicy ponad 80 km. To sporo zważywszy na to, że Salwador jest najmniejszym krajem Ameryki Centralnej. Gdy do tego dodamy fakt, iż w tej strefie klimatycznej ciemno robi się już około 17:30 to sami widzicie, że nie byłem w najlepszej sytuacji. Jednak tym razem szczególnie mi się nie spieszyło, stałem przy tej drodze i „lajkowałem” przejeżdżające obok mnie samochody. My, autostopowicze mamy kilka podstawowych zasad, które sprawdzają się na każdym kroku. Pierwsza – ruch zawsze jest większy w przeciwnym kierunku. Druga zaś odnosi się do tego, że jeśli nie idzie i przez kilka godzin stoi się przy drodze w deszczu czy w ogromnym skwarze to znaczy, że zaraz przydarzy się coś zajebistego. Jak się domyślacie, tak też było i w moim przypadku. Gdy już powoli zaczynałem rozglądać się za polanką/pustostanem do rozbicia namiotu pewien samochód zatrzymał się dwieście metrów przede mną po czym na wstecznym kierował się w moją stronę.

– Donde? – usłyszałem.
– Honduras.
– Claro! Do you speak English?

Z moim hiszpańskim jest jak jest, dobrze o tym wiecie, więc ucieszyło mnie, kiedy okazało się, że kierowca i jego dziewczyna są nauczycielami angielskiego. Tak spodobało się im to co robię, że mimo moich licznych, grzecznościowych protestów zdecydowali się podrzucić mnie kilkadziesiąt kilometrów dalej, do samej granicy.

Ale nie mogło być tak pięknie, więc Honduras przywitał mnie deszczem. Nosz kuźwa! Noc spędziłem na polanie wśród kilku krówek. Nad ranem jednak i one schowały się gdzieś w krzaczory uciekając przed ulewą. W Ameryce Centralnej jest aktualnie pora deszczowa. I o ile w Azji przed tą deszczówką rok temu skutecznie uciekałem, to tutaj jest to niemalże niemożliwe. Pada codziennie. Sorry, taki mamy klimat!

Gdy ruszyłem w stronę Tegucigalpy – stolicy Hondurasu standardowo złapałem pakę. Mordka mi się ucieszyła, wrzuciłem plecak, po czym sam wskoczyłem do środka. Po uśmiechu nie było śladu, gdy po kilku kilometrach słońce schowało się za chmurami, a z góry lunął deszcz. Znowu… Padało przez ponad godzinę. Przykryłem się więc płaszczem, ale po kilkunastu minutach i tak byłem całkowicie mokry. W środku paki zrobił się mały basen.

O Hondurasie zbyt wiele nie wiem. Że stolica to Tegucigalpa, że leży gdzieś pomiędzy Gwatemalą, Salwadorem i Nikaraguą oraz to, że w Hondurasie mieszka pewien Hondurenio. Nazywa się Garcia, Boniek Garcia. I uwaga, w Hondurasie zwą go nawet: Boniekdinho! Pewnie część z was już o nim słyszała, bo artykuł o honduraskim Bońku był nawet na Weszło, ale nie zaszkodzi i teraz o nim wspomnieć. Oscar Boniek Garcia jest piłkarzem i to całkiem dobrym. Od 2012 roku gra w MLS w Houston Dynamo, a przecież leszczy tam nie biorą. Tak się przypadkowo złożyło, iż w latach 80-tych ojciec naszego bohatera zakochany był w Bońku – Zbigniewie Bońku, obecnym prezesie PZPN. I właśnie wtedy gdy pan prezes grał w „Starej Damie” urodził się chłopak, któremu ojciec dał imię po naszym zawodniku.

Myślicie, że to dziwne? To co powiecie na to… Ostatnio nieopodal Zielonej Góry urodził się Neymar. Neymar Kowalski, może Neymar Nowak – nieistotne. Nazwiska nie pamiętam, może to i dobrze. Ja kiedyś chciałem mieć psa. Poprosiłem nawet mamę, żeby mi go kupiła. Miał się nazywać Messi. A co? Skoro dzieciaka można nazwać Neymar, to psa tym bardziej. Zresztą pies Isco z Realu Madryt nazywa się Messi. Dobra, trochę się zagalopowałem. Nie wiem dlaczego, ale imię Boniek za Oceanem Atlantyckim mi jeszcze nie przeszkadza. Czuć w tym trochę nutkę romantyzmu. Natomiast Neymar… Nic już więcej nie napiszę.

Będąc w Hondurasie załapałem się na mecz eliminacji do mundialu z Kostaryką, który był… w Kostaryce! Znowu nici z obejrzenia meczu na stadionie. Poszedłem więc do baru, a tam poznałem miłego Honduranio i razem obejrzeliśmy widowisko. Jeszcze do 90. minuty goście prowadzili 1:0 będąc już prawie na Mundialu, prawie, bo w doliczonym czasie Kostarykańczycy wyrównali. Jeden punkt nie dający praktycznie nic. W Hondurasie, wierzcie mi, nikt nie wierzył w jakiekolwiek szanse awansu na mundial. Perspektywa meczu z najsilniejszym w Ameryce Centralnej Meksykiem oraz liczenie na przerżnięcie Amerykanów z najsłabszą drużyną – Trynidadem i Tobago. Odpuściłem ten mecz, bo postanowiłem pojechać do Nikaragui, by tam załapać się na spotkanie ligi nikaraguańskiej. Futbol jest jednak niesamowity! Wszyscy wiecie co się stało… USA przerżnęło z Trynidadem. Honduras wygrał z Meksykiem, a na mundial jedzie Panama! I tylko żal mi dupę ściskał, iż tego dnia nie byłem w Panamie, a przekraczałem granicę Honduras – Nikaragua.

Do Nikaraguy jechałem praktycznie tylko po to, by załapać się na mecz Juventusu Managua. Istniała jeszcze opcja dostania się na mecz Realu Madriz, ale życie samo napisało scenariusz, który z perspektywy czasu okazał się idealny! Posłuchajcie sami…

Mecz Juventusu zaplanowano na środę o godzinie 20:00. Wjeżdżając do Nikaragui we wtorek w godzinach porannych wiedziałem, że czasu mam naprawdę sporo. 250 km to dystans do zrobienia w jeden dzień. Nie spieszyłem się… Przeczekałem ulewę, na drogę wyszedłem dopiero po dwóch godzinach, gdy pojawiło się słońce. Po około 90 minutach miałem przejechane ledwie trzydzieści kilometrów. Byłem jednak spokojny, wiedziałem, że zaraz zatrzyma mi się auto na jakiś dłuższy dystans. Nie pomyliłem się. Wielka amerykańska ciężarówka stanęła tuż przede mną. Złapałem błyskawicznie za plecak i po kilku sekundach się na nią wspiąłem.

Gdzie Pan jedzie? – zapytałem grzecznie po hiszpańsku.
– W tę samą stronę, co ty – usłyszałem odpowiedź po angielsku.

Zdziwiłem się, ale po chwili szybko przerzuciłem się na angielski: – Jest pan Amerykaninem?

– Nie, ale ty jesteś.
– Nie, ja nie. Jestem z Polski.
– Ale i tak jesteś Gringo – zaśmiał się.
– To skąd pan jest i jakim cudem mówi pan z amerykańskim akcentem?
– Nazywam się Carlos i jestem z Salwadoru, ale spędziłem kilka lat w pace w Los Angeles. Wsiadasz czy nie?

22522301_1569409543119845_373084225_o

Wsiadłem!

Z kierowcą błyskawicznie złapałem świetny kontakt. Ewidentnie nadawaliśmy na tych samych falach. Carlos, jak się okazało, jechał w okolice Managuy. Przejechaliśmy więc razem ponad 250 kilometrów, co jednak trwało prawie sześć godzin.

Nie spieszy mi się, więc nie będę zapierdalał. I tak mnie dzisiaj nie rozładują – tłumaczył się kierowca.
A co pan wiezie?
– Nie bój się, broni żadnej nie mam, nic ci nie zrobię – zaskoczył mnie kolejny już raz.
Jestem o to dziwnie spokojny. Za to ja mam nóż – zaśmiałem się.
– Większy od mojego?

W tym momencie wyciągnął maczetę. Wielką jak diabli…

– Broni nie mam, ale o nożu nic nie mówiłem.

Carlos był wielki. Sam o sobie mówił: „jestem gruby i brzydki. W życiu trochę się nakradłem. Głównie samochodów, a dzisiaj nie mam swojego. Jeżdżę ciężarówką, a po Salwadorze poruszam się autobusami”.

Po kilku godzinach rozmowy rozpocząłem temat mojej ewakuacji. Kierowca nie jechał do Managuy, więc postanowiłem wysiąść na trasie i tam poszukać miejsca do rozbicia namiotu.

– Zrobisz co uważasz, ale zawsze możesz przespać się u mnie. Mam dwa łóżka, więc weźmiesz sobie to górne. A wcześniej wypijemy kilka piwek. A może znajdziemy też wódkę. Chciałbym usłyszeć co ekspert z Polski mówi o naszej wódce. Czy smakiem dorównuje waszej…
Brzmi jak całkiem sensowny plan.

Po kilkunastu kilometrach Carlos zatrzymał się na stacji paliw.

– Idę po kilka piw, zaraz wracam.

Wrócił, rzeczywiście trzymając w ręku 12 browarów.

– To jest kilka? – zaśmiałem się.

Gdy wypiliśmy wszystkie piwa okazało się jednak, że wcale nie było ich tak wiele. Carlos odpalił więc ciężarówkę i ruszyliśmy na pobliską stację paliw po kolejną porcję. Zaproponował kolejne 12, ja jednak kategorycznie odmówiłem. Czułem, że po 12 na głowę to już za dużo.

Obudziłem się rano. Nie zgwałcił mnie, nie okradł. Zawiózł najpierw do restauracji na śniadanie i prysznic, a później odwiózł w stronę głównej drogi, skąd błyskawicznie złapał – a jak inaczej – pakę do stolicy!

Gdy dojechałem do miasta i znalazłem dobry internet, szybko rozpocząłem poszukiwania informacji na temat piłki nożnej w Nikaragui. Totalnie przez przypadek okazało się, iż tego dnia w stolicy odbędą się dwa spotkania Primera Division. Wcześniej, bo o godzinie 15:00 San Francisco podejmie lidera – Real Esteli. Udałem się więc na stadion i gdy dotarłem na tablicy wyników widniał rezultat 0:1. No dobra, trochę podkoloryzowałem. Bo nie było tablicy… Nie było też biletów, a murawa nawet z daleka wydawała się być w opłakanym stanie. Spytałem siedzącego obok mnie chłopaka, a ten wskazał wynik meczu.

To był jeden z najdziwniejszych meczów, jaki w życiu widziałem. Sporo w Polsce mówi się ostatnimi laty o korupcji. Wydaje mi się jednak, iż osobiście nie byłem jeszcze nigdy świadkiem sprzedanego meczu. Do zeszłej środy. Niewiarygodne jest to, jak mocno trudzili się sędziowie, by pomóc gościom w dowiezieniu zwycięstwa do końca. Odgwizdywanie spalonych, których na tysiąc procent nie było. Siedziałem za liniowym i widziałem jak doskonałą widoczność miał. Napastnik schowany metr za ostatnim obrońcą. Bach – chorągiewka do góry. W drugą stronę? Brak jakiejkolwiek reakcji. Goście byli lepsi, prowadzili zasłużenie, ale w drugiej połowie stracili koncentrację, co wykorzystał lewy obrońca San Francisco. Mizernym strzałem spróbował pokonać bramkarza drużyny przeciwnej, piłka leciała i leciała, jakimś cudem minęła wszystkich obrońców i tuż przed bramkarzem odbiła się na jednej z miliona kępek. Wpadła do siatki! Kurwa, co to był za szał na trybunach! Niewiarygodne. Sam, widząc to jak bardzo sędziowie starają się pomóc gościom, darłem się jak głupi. Chłopak zdjął koszulkę, rzucił się na trenera i razem z całą drużyną długo celebrowali strzeloną bramkę. A czy mówiłem wam wcześniej, że San Francisco to ostatnia drużyna ligowej tabeli i że podejmowała lidera? Nie? To teraz mówię.

W końcówce meczu sędzia dwoił się i troił, by pomóc liderowi. Wolne z kapelusza, żółte kartki, spalone. Było wszystko. Brakowało jedynie karnego. Na szczęście gospodarze nie dali choćby minimalnego powodu do podyktowania jedenastki i takim oto sposobem ostatni zespół w lidze grając przeciwko trzem sędziom i całej drużynie lidera tabeli ugrał punkt!

Na drugi mecz udałem się w stronę centrum na Estadio Nacional de Nicaragua. Najprościej mówiąc – na ich stadion narodowy. Oczywiście, jeśli chcemy go porównać do naszego Narodowego… No, nie ma to sensu. Dla kibiców na czas spotkania otworzono jedną trybunę za bramką. To była to słuszna decyzja. Kibiców Juventusu na meczu nie było bowiem w ogóle. Większość fanów, która przyszła na mecz, sympatyzowała z ekipą Ferretti, a więc teoretycznie gośćmi środowego meczu. Teoretycznie, bo w praktyce Ferretti również jest ze stolicy kraju i swoje mecze odbywa na tym samym obiekcie. W Managui mamy aż sześć klubów piłkarskich i tylko dwa stadiony, a drużyny muszą się nimi dzielić. Ferretti, jak się później dowiedziałem, to taki nikaraguański Lech Poznań. Nie ma zbyt wielu tytułów mistrzowskich. Najwięcej takowych posiada Diriangen, ostatnimi czasy nie liczące się jednak w ogóle w walce o mistrzostwo. Z kolei najbardziej utytułowaną ekipą ostatnich lat jest Real Esteli zgarniający puchary niemal co roku. Raz na jakiś czas piłkarze Realu stracą panowanie w kraju na rzecz Feretti… Czyli jak z Legią i Lechem.

Gdy pojawiłem się na stadionie pewien chłopak rzucił do siedzącego cztery rzędy niżej kolegi:

Patrz, Mochilero (mochila to z hiszpańskiego plecak. Mochilero, prawdopodobnie coś w stylu „podróżnik”. Jako, iż wszedłem na trybuny z wielkim plecakiem, pasowało jak ulał).
Skurwysyn Gringo – odpowiedział chłopak patrząc na mnie groźną miną.

Sami widzicie… nie zostałem przyjęty jakoś szczególnie sympatycznie.

Mecz rozpoczął się punktualnie o godzinie 20:00. Pierwszą akcję zobaczyłem jednak po kwadransie. Już tak mam, że często od tego co dzieje się na boisku, bardziej interesuje mnie zachowanie trybun. Na meczu Juventusu kibice gości siedzący w sektorze dla gospodarzy, jakieś pięć metrów ode mnie, rozpoczęli całkiem żywiołowy doping. Co prawda nie było ich zbyt wielu, bo doliczyłem się raptem dwudziestu trzech chłopa, jednakże trzeba im oddać, że wspierali swój klub od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty.

Mecz zakończył się wynikiem 1:2 dla gości, ku uciesze wszystkich zgromadzonych kibiców. Bramki jakie zdobyła ekipa Ferretti to prawdziwe dzieła sztuki. Dwie bomby posłane w lewe okienko bramki Juventusu wprawiły cały stadion w naprawdę olbrzymią ekstazę. Oglądając je oczami wyobraźni, już widziałem siebie piszącego ten artykuł śmiejącego się z was, że to jest prawdziwy futbol, że takie bramki tylko w podwórkowych ligach. Już widziałem Wasz ból tyłka, gdy zamieszczę tu wideo i wtedy spostrzegłem, że na całym stadionie nie było ani jednej kamery! Żadnej! Więc teraz mogę jedynie wam wmówić, że mecz naprawdę był cudownym widowiskiem i powinniście mi zazdrościć tego, że chodzę sobie na mecze ligi nikaraguańskiej, podczas gdy wy oglądacie przereklamowaną Ligę Mistrzów. A co!

I tak już zupełnie na koniec… Po meczu, nie mając pomysłu na nocleg, przeczekałem aż zgasną jupitery a stadion opustoszeje i rozbiłem namiot na trybunach. Nocka na stadionie narodowym w Nikaragui? Zadanie wykonane!

22553634_1569409429786523_1616168736_o

Z Nikaragui, Mateusz Koszela
Autostopem w świat sportu

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Luka Brasi

Zajebista historia. Będziesz miał o czym w przyszłości wspominać. Szanuję!

wpDiscuz