Image and video hosting by TinyPic
O turnieju, który miał ręce i nogi
Weszło

O turnieju, który miał ręce i nogi

Może i nie mają rąk czy nóg, ale serducho do walki większe niż ktokolwiek. Każdy z nich ma swoją historię – jedni bardziej tragiczną, drudzy mniej – każdy z nich ma swoją walkę, każdy z nich ma za sobą drogę od przystosowania się do normalnego życia bez nogi do… brązowego medalu mistrzostw Europy w amp futbol. Odwiedziliśmy trzecią drużynę kontynentu świeżo po powrocie z mistrzostw rozgrywanych w Turcji i porozmawialiśmy o wypełnionym po brzegi stadionie Besiktasu, schematach gry, łapaniu się za jaja i drodze do sukcesu. Zapraszam na rozmowę z Mateuszem Widłakiem (prezes polskiej i europejskiej federacji amp futbol), Markiem Dragoszem (selekcjoner reprezentacji) i Bartoszem Łastowskim (król strzelców turnieju). 

Zanim jednak przejdziemy do wywiadu, trzy obrazki, które trzeba zobaczyć. 

Oto jak wyglądał finał mistrzostw Europy. Jakość piłkarska, atmosfera – niesamowity widok.

A tak wyglądała radość tuż po meczu o trzecie miejsce:

 

Moment, w którym – nie oszukujmy się – ta drużyna się narodziła.

Ustalmy jedno: o brązowym medalu na mistrzostwach Europy w Turcji zdecydował dobór sparingpartnerów.

Marek Dragosz: Sukces ewidentnie urodził się na Bemowie w meczu z Weszło. Lanie, które od was otrzymaliśmy sprawiło, że ten zespół stał się mocny. To niezaprzeczalnie wtedy zadziały się najlepsze rzeczy w szatni. Zdjęcie Grzesia Szamotulskiego wisi u każdego zawodnika nad łóżkiem.

Słowa uznania dla prezesa, który takich sparingpartnerów dobrał.

Mateusz Widłak: Z analizy możliwych przeciwników wyszło nam, że będziecie na podobnym poziomie co mistrzowie Europy. Niestety to się sprawdziło. Nie ma co ukrywać, to był kluczowy moment. Przede wszystkim dla Marka było to ważne starcie trenerskie z trenerem Stanowskim. Myślę, że wskazało mu drogę, jaką warto podążać na samym turnieju.

Marek Dragosz: Pamiętajmy, że trochę wam jednak odpuściliśmy. Trener Stanowski przewidywał u was wszystko przed meczem, widziałem filmik z szatni. My też przewidzieliśmy to doskonale, że spuścicie nam łomot i dzięki temu zostaniemy trzecią drużyną w Europie. To było zaplanowane. Nie tylko wy jesteście genialni, my tak samo.

Wygraliśmy tylko dlatego, że zabrakło u was wówczas najlepszego zawodnika. Bartek Łastowski zdobył podczas turnieju jedenaście bramek w sześciu meczach, średnia lepsza niż Lewandowski.

Mateusz Widłak: W klasyfikacji króla strzelców wyprzedził Turka o cztery gole. A z tego, co mówili trenerzy, był w słabej formie, więc nie wiem, co byłoby, gdyby był w dobrej.

Bartosz Łastowski: Średnia wychodzi prawie po dwie bramki na mecz. Fajnie, że w każdym meczu mogłem dołożyć swoją cegłę mimo słabszej formy. Szczerze mówiąc bałem się swojego występu na turnieju, nie byłem ostatnio w dobrej dyspozycji. Na treningach i zgrupowaniu przed mistrzostwami zacząłem czuć się już jednak dobrze. Bramki cieszą, ale dla mnie najważniejsze jest to, że mogłem pomóc drużynie.

Dostałeś nagrodę za króla strzelców?

Bartosz Łastowski: Oczywiście, mam statuetkę na dole w bagażniku. Owinąłem ją wszystkim co miałem, żeby się nie potłukła. Taki malutki pucharek z takim kółeczkiem. Przekozackie trofeum.

Trenerze, Bartek zasłużył na pochwałę?

Marek Dragosz: Teoretycznie tak.

A w praktyce?

Marek Dragosz: W praktyce nie mam zwyczaju wyróżniać kogokolwiek. Cały zespół zapieprzał na ten sukces i na to, żeby Bartek był królem strzelców. Jeśli ktokolwiek oczekuje wyróżnienia ode mnie to się rozczaruje. Bartek mnie zna, więc wie, jak jest.

Bartosz Łastowski: Trener raczej opierdala.

Marek Dragosz: Wcale nie. Uważam, że kiedy trzeba pochwalić, to się chwali. Ale publicznie tego robił nie będę. Co innego jest powiedzieć „słuchaj, stary, zagrałeś zajebisty mecz”, a co innego zasugerować, że wszystko opiera się piłkarzu X czy Y. Dla mnie nie ma znaczenia, czy facet zagrał minutę czy pięćdziesiąt, czy strzelił zero bramek czy sto. Wszyscy na to pracujemy i tyle.

amp2

I trzeba przyznać, że cały turniej w waszym wykonaniu miał ręce i nogi.

Mateusz Widłak: Patrząc z boku bardziej okiem kibica miałem wielką satysfakcje i frajdę z gry chłopaków. Pięć z sześciu wygranych meczów, król strzelców, dużo goli strzelonych, mało straconych, fajna gra. Przegraliśmy jeden mecz, ale Turcja jest najlepszą drużyną świata i nie mamy się czego wstydzić. Pocisnęli nas, z drugiej strony mieliśmy dwie poprzeczki, więc były szanse na inny wynik. To mi dało dużo satysfakcji. Pokazało, że przygotowania były dobrze ułożone.

Marek Dragosz: Ja mam swoje odczucia, ale myślę, że może Bartek powinien coś powiedzieć.

Bartosz Łastowski: Na początku turnieju średnio mogliśmy być zadowoleni z siebie, bo nie wyglądało to tak, jak miało wyglądać.

Patrzę po wynikach, a tam 5:1, 4:0 i 3:0.

Bartosz Łastowski: No tak, ale to wszystko było wyszarpane w końcówkach. Nie biegaliśmy za dużo w pierwszych połowach i to mnie martwiło. Ciężko mi powiedzieć, czemu to tak wyglądało. Najbardziej zadowolony jestem z półfinałowego meczu z Turcją. Nie czuję się po tym meczu przegrany, bo dałem z siebie najwięcej, ile mogłem dać, zabrakło nam trochę szczęścia. Jeśli będziemy zawsze grać jak z Turcją, nie mamy co spuszczać głów, bo to był kawał dobrej piłki. Bardzo szybko straciliśmy bramkę i to zaważyło. Mieliśmy swoje okazje, dwie poprzeczki, niedosyt mógł pozostać, ale jestem zadowolony.

Marek Dragosz: Bartek mówił, że w pierwszych meczach nie szło, ale wynikało to z tego, że chcieliśmy zagrać trochę inaczej taktycznie. Być może to wymuszało błędy. To nie jest mecz towarzyski, wytwarza inne emocje, adrenalinę, zaczęliśmy się denerwować, że to nie habla, jakby się chciało. Najtrudniejszym momentem był mecz o trzecie miejsce. Aż przykro było patrzeć na naszą grę. Mnie było wstyd, jak chyba każdemu zresztą. Jedna połowa – źle. Pierwszy czas – źle. Drugi czas – źle. W przerwie padły bardzo mocne słowa, chyba pierwszy raz w trakcie tego turnieju. Przyszedł jednak moment, w którym złapaliśmy się za jaja. Gdybyśmy nie byli zespołem, nie złapalibyśmy się.

Zupełnie niedawno jeden z zawodników, który nie pojechał z nami na turniej powiedział, że ten zespół tworzy mnóstwo indywidualności i to one nadają ton. Na mistrzostwach świata w Meksyku dwa lata temu było takie pierwsze wow, ciary, że można z kimś wygrać, że jednak potrafimy, zwłaszcza pamiętając łomoty, jakie zbieraliśmy dwa lata temu w Kalinigradzie. Jako zespół staliśmy się wtedy bardziej świadomi i dojrzali. Patrzę na to z boku jako trener i aż się chce pracować. Patrzę na ludzi, którzy są ze sobą blisko i mimo że komuś może się coś nie podobać, może się wkurzać, mieć swoje zdanie, to jednak każdy wpasowuje się w to wszystko bez jakichś kłótni. Jak trzeba kogoś opieprzyć – to się opieprza. Jak trzeba dać misiaczka pomocy – to się daje. Mega sprawa. To, że jesteśmy zespołem to nasza największa siła. Każdy z nas miał marzenia. Gdybyśmy wrócili do domu bez medalu, trzeba byłoby mówić o porażce.

Brązowe medale odbieraliście na wypełnionym po brzegi stadionie Besiktasu. Gdy to zobaczyłem – aż ciężko było w to uwierzyć.

Mateusz Widłak: Ja też do tej pory nie mogę uwierzyć w to, co się stało, mimo że sam uczestniczyłem w organizacji.

Marek Dragosz: Byliśmy w środku tego wszystkiego w totalnym amoku. Turcy ze swoją żywiołowością zrobili show. Trochę ściskało dupę, że nie graliśmy w tym meczu.

Bartosz Łastowski: Odebrać brązowy medal przy 40 tysiącach widzów… Coś niesamowitego. Jak wszedłem na boisko i zrobiłem rundkę głową dookoła trybun to nogi się pode mną ugięły. Ciarki na całym ciele. Zazdroszczę chłopakom z Besiktasu, że mogą grać co tydzień przy takiej publiczności.

Marek Dragosz: Trener Anglików wychodząc 1,5 godziny przed meczem na rozgrzewkę powiedział:

– Jest OK. Kilkaset osób siedzi, piękny stadion, zagramy na nowoczesnym obiekcie… Fajna rzecz.

Po rozgrzewce wrócili do szatni i jak wyszli tunelem na boisko i usłyszeli – nazwijmy rzecz po imieniu – pierdolnięcie, to nogi się pod nimi ugięły. 40 koła na trybunach, które non stop się wydziera – niesamowite. Ten dzień to petarda dla promocji amp futbolu. Każda drużyna mówiła, że musi pokazać te obrazki u siebie tym bardziej, że w wielu miejscach ministerstwa czy związki kładą trochę lagę na amp futbol. Czasem zdarza się, że mecz Serie A ogląda osiem czy dwanaście tysięcy ludzi. A tutaj na kulawych piłkarzy przyszło 40 tysięcy. Mówimy o kosmicznej historii. Samo zobaczenie, że coś takiego może się dziać, działa na wyobraźnię. Dla mnie to była – jak mówi pan Hajto – truskawka na torcie.

Mateusz Widłak: Poczułem się niesamowicie tym bardziej, że z organizacyjnych powodów chwilkę się spóźniłem i wszedłem w momencie, gdy stadion był już pełny. Szczerze mówiąc poczułem się… Nie wiem, chyba jakbym pomylił imprezy i zamiast na finał amp futbolu poszedł na mecz Ligi Mistrzów. To jakiś sen. W Meksyku była super atmosfera, w Kalinigradzie było osiem tysięcy na finale, ale nie da się tego porównać z tym gorącym, tureckim dopingiem.

Z chłopakami z federacji długo zastanawialiśmy się, czy to prawda, bo decyzja o miejscu i godzinie finału zapadła dokładnie poprzedniego dnia o… 21:40. Czyli nawet nie dzień wcześniej, a paręnaście godzin wcześniej. Turcy mówili, że przy dobrych wiatrach przyjdzie dziesięć tysięcy ludzi. Ciężko było mi uwierzyć w to, że można będzie tak szybko zorganizować taką publikę. A później okazało się, że trzeba otwierać kolejne sektory… I kolejne…

amp3

Jakim cudem udało się zgromadzić tylu ludzi? Masa osób w ogóle nie weszła na stadion.

Mateusz Widłak: Od samego rana były paski w telewizjach, zapowiedzi w gazetach, na portalach w wiadomościach. Stadion jest w samym centrum Stambułu, który ma 20 milionów mieszkańców. W tym samym czasie Turcja przegrała eliminacje do mundialu, kibice potrzebowali niejako sukcesu piłkarskiego. Prześledziłem ich media i amp był stawiany trochę w kontrze do ich reprezentacji narodowej. Na trybunie VIP też zaroiło się od dużych postaci – był prezes Galatasaray, minister sportu, syn Erdogana… Gdy VIP-y musiały jechać na boisko, nie mogły zmieścić się do windy, musieliśmy ich upychać jak sardynki.

Ciężko wyobrazić sobie taki sukces gdyby finał był rozgrywany – powiedzmy – na stadionie Legii.

Moim zdaniem byłoby to możliwe przy odpowiednim prowadzeniu tego i zaangażowaniu mediów. Na samym stadionie było widać, że kibice nie robią tego, bo muszą czy ktoś im kazał – to po prostu było dobre widowisko. Na czym polega fenomen Turcji? Myślę, że na tym, że piłka tam w ogóle jest bardzo ważnym elementem życia. Trochę jak w Brazylii, są szaleni na jej punkcie. Sam amp futbol i sport niepełnosprawnych ma tam inny status. Inaczej traktują go media, instytucje, to po prostu inna dyscyplina. Jest siatka, kosz, piłka, amp futbol. Trochę wynika to też z tego, że wojsko ma tam bardzo duże znaczenie. W amp gra wielu weteranów wojennych. Kapitan, który strzelił w finale gola na 2:1 jest bohaterem narodowym i można go oglądać w reklamach w telewizji. Nie tylko dlatego, że gra w amp, ale dochodzą też kwestie patriotyczno-wojskowe. Związek piłkarski też bardzo stawia na amp futbol. Gdy zaczynali, grali mecze pokazowe w przerwach meczów Galatasaray i Besiktasu. Związek daje promocje, media, środki, możliwości. Jeśli chodzi o samą ampfutbolową federację myślę, że ludzie są tam tacy sami jak my. Po prostu mają bardzo duże wsparcie z zewnątrz.

Liga turecka, która jest zawodowa, pewnie będzie chciała sięgnąć teraz po paru chłopaków z naszej kadry.

Marek Dragosz: Gdyby któryś z chłopaków mógł profesjonalnie uprawiać ten sport, byłoby cudownie. Mam nadzieję, że środowisko menedżerskie ich nie popsuje. Kiedyś już były takie pomysły z Bartkiem, ale to wszystko musi mieć ręce i nogi. Jechanie tam tylko po to by jechać mija się z celem. Wiesz dobrze, że w  tym – nazwijmy to – normalnym futbolu też był taki okres, gdy polscy piłkarze tam wyjeżdżali, a potem wracali mocno zniesmaczeni. Nie każda oferta musi być doskonała.

Mateusz Widłak: Mogą być jakieś propozycje. Teraz pojawił się nowy, silny klub, który wykupił z Osmanlisporu za gotówkę najlepszego piłkarza. Przed rokiem cztery kluby złożyły Messiemu propozycje i chyba na tym turnieju nie obniżył swoich notowań. Może Kubie Kożuchowi coś zaproponują? Wiem też, że Turcy rozmawiali już z jednym Włochem. Dużo gra tam piłkarzy z Afryki, krajów arabskich czy Uzbekistanu, teraz wzięli się za Europę.

Bartku, co wtedy nie zagrało?

Bartosz Łastowski: Początkowo mailowaliśmy i wszystko szło zgodnie z planem, było wręcz dopięte na ostatni guzik. Potem stwierdzili jednak, że nie są w stanie mnie utrzymać, a zapewniali wszystko. Zawiodłem się. Tuż przed Amp Futbol Cup wrócili do tej oferty. Skonsultowałem się z paroma osobami – przede wszystkim z rodzicami – i ustaliliśmy, że to jeszcze nie jest ten czas. Mam nadzieję, że po tym turnieju w Turcji zmienią zdanie o 180 stopni.

Dałeś pretekst, by o ciebie walczyli.

Bartosz Łastowski: Jak najbardziej.

Myślisz o wyjeździe?

Bartosz Łastowski: Na razie nie wiem, czy są zainteresowani, czy nie. A póki nic nie wiem – nie interesuję się tym. Przyjdzie oferta to zacznę rozmyślać.

Zdradź Bartku coś z kulis, bo wiadomo, że mega wesołą grupą. Z czego kręciliście beczkę?

Bartosz Łastowski: Hasło okoń!

(Bartek rzuca hasło w kierunku chłopaków siedzących w autokarze, wszyscy doskonale wiedzą, o co chodzi)

Najwięcej śmiechu brało się z kalambur, w które graliśmy przed meczem. Ktoś źle przeczytał hasło, ktoś powiedział hasło nie będąc tego świadomym, potem to każdy łapał i sobie wypominał.

Marek Dragosz: Pierwszy raz na zgrupowaniach zaczęliśmy grać w różne gry dzień w dzień. A to kalambury, 5 sekund, jenga. W cokolwiek nie graliśmy zawsze było tak, że hotel pękał ze śmiechu. Grubo było.

Jakieś sytuacje z meczów, które siedzą w głowie?

Bartosz Łastowski: Mi siedzi poprzeczka z Turcją.

Marek Dragosz: A ja wspominam, jak się Rafał przetoczył przez Hiszpanów w meczu o trzecie miejsce. Zrolował ich tak, że aż mi było szkoda tego chłopaka na dole. Był czerwony, wstał zielony. Mecze były poważne, ale po meczach zawsze dawaliśmy upust radości.

Bartosz Łastowski: Po meczach mieliśmy swoje przyśpiewki, czasem na spontanie wymyślaliśmy nowe. Było śpiewanie z całego serca, żeby wszystko z siebie wyrzucić i w pokoju myśleć już o następnym meczu.

Mateusz Widłak: „Nie mamy rąk, nie mamy nóg, ale i tak gramy jak z nut”.

amp4

Trenerze, słyszałem, że trzeba było wykonać ogrom mrówczej pracy przy analizach rywali. Jak to konkretnie wygląda?

Marek Dragosz: Dużo analizy wykonałem przed turniejem, ale już w trakcie trafialiśmy na rywali, których nie dało się przewidzieć. Wielkie ukłony w kierunku Kamila Michniewicza, mojego serdecznego druha, który wykonywał u siebie w domu fantastyczną robotę analityczną. Na turnieju wszystko działo się szybko. Losowanie ćwierćfinałów miało miejsce o 21, a o 15 następnego dnia graliśmy mecz.  W tym czasie Kamil składał w Polsce w całość wszystkie stałe fragmenty gry, konkretne sytuacje danej drużyny – tyle, ile się dało. Gdyby go nie było musiałbym poświęcić na to trzy razy więcej czasu, czyli prawdopodobnie nie spałbym całą noc.

Ludziom się może wydawać, że po prostu wpadacie na boisko i kopiecie, a to wszystko wygląda bardzo profesjonalnie.

Guzik prawda. Gramy z drużyną X i jesteśmy w stanie zlokalizować w niej słabe i mocne punkty, schemat rozegrania, powtarzalne sytuacje, przestrzenie do gry, które są nam potrzebne. Zawsze analizujemy też rzuty rożne: to jak rozgrywa je rywal i to, jak najlepiej byłoby dla nas je rozegrać. Byliśmy przygotowani do każdego meczu. Niezależnie od tego, czy rywal był słabszy czy lepszy – każdemu się należy szacunek. Ale na tym najwyższym poziomie amp takie właśnie – wydawałoby się – duperele odgrywają rolę. Najwięcej meczów jest na 1:0, 2:1, wszystko na styku. Detale – jak mówi klasyk – decydują.

Było je widać w meczu z Irlandią – dwa gole po stałych fragmentach gry, do tego bramka po mądrze założonym wysokim pressingu. Powtarzalne sytuacje.

I tak chcieliśmy grać. Założyliśmy sobie przed meczem, by z premedytacją otworzyć środek, by można było w nim odbierać piłkę. Dlatego mieliśmy problem grając z wami – szukałem materiałów wideo, ale niczego nie znalazłem.

To był nasz oficjalny debiut.

Byliście totalnie nie do rozszyfrowania. Nie pracował dla nas wtedy żaden analityk i niestety w przerwie też nie byłem w stanie rozkmnić waszych schematów.

Mateusz Widłak: Poza tym trawa była nierówno skoszona, to też mogło mieć duży wpływ.

Mateusz, jak wyglądała twoja praca na turnieju z perspektywy prezesa europejskiej federacji amp futbol?

Mateusz Widłak: Rola prezesa europejskiej federacji była dużo cięższa. Mam satysfakcję, bo te mistrzostwa Europy zaczęły się w mojej i Simona głowie i gdyby nie nasze mocne ruchy, to by tej imprezy nie było. W zeszłym roku nie odbyła się żadna duża impreza – ani mistrzostwa świata, ani Europy. Kolejny rok bez dużej imprezy byłby dla amp futbolu bardzo ciężki. Najtrudniejsze było to – ja to przeforsowałem – by po raz pierwszy w historii na imprezę było wpisowe. To nasza ampfutbolowa bolączka, że zawsze wszystko było za darmo, kraje nie płaciły za zakwaterowanie czy wyżywienie. Przy tej liczbie krajów wiązało się to z tym, że niechętnie te imprezy organizowano, stąd ta przerwa. Prowadziliśmy od początku całe przygotowania, namawialiśmy Turcję na zorganizowanie mistrzostw, lataliśmy sprawdzić, gdzie byłoby najlepiej je rozegrać. W trakcie samych mistrzostw było specyficznie. To inna kultura. Są duże plusy, zrobili wiele rzeczy bardzo fajnie, ale są też elementy, które zrobilibyśmy inaczej. Efekt był taki, że siedzieliśmy po nocach i ustalaliśmy różne rzeczy tak jak z tym finałem.

Podczas finału najbardziej stresującym momentem był chyba incydent, gdy jeden z rosyjskich zawodników zaatakował sędziego.

Mateusz Widłak: Mecz Turków z Rosjanami był na bardzo wysokim ciśnieniu. Kibice szaleli, pierwszy raz komplet, ogólnie gorąca atmosfera. Turcy z Rosjanami mają pewną historię w ampfutbolu, bo nigdy jeszcze z nimi nie wygrali i wręcz panicznie się tych Rosjan boją. Mówiłem im kilka razy, że to mnie dziwi, bo Turcja na każdego powinna wychodzić pewna swego. Gorąco było już podczas samego losowania, Turcy nie potrafili przeżyć, że trafili właśnie na Rosję. Protestowali, przerwali losowanie, mimo że było wszystko uczciwie.

Rosjanie wygrywali 1:0 i dosłownie w ostatniej sekundzie meczu sędzia gwizdnął karnego dla Turcji, który był – powiedzmy – wątpliwy. Rosjanie czuli się oszukani i protestowali bardzo długo, zeszli do ławki, nie chcieli wrócić. W końcu Turcy strzelili karnego, rozbici Rosjanie w dogrywce stracili też drugą bramkę. Woleje są już u Turków powszechne, a teraz doszła do tego asysta takim skorpionem – piłkarz wybił się kulami do góry i podał piętą do zawodnika, który sieknął bombę z woleja. Znów zaczęło się gorąco. Najpierw było spięcie, gdzie doskoczyła ławka i dużo osób. Potem w trakcie gry Rosjanin dostał drugą żółtą kartkę i zaczął schodzić z boiska, po czym zawrócił i popchnął arbitra. Sędziowie przerwali mecz i zeszli do szatni, efektem tego decyzja o wykluczeniu Rosji z mistrzostw. Przykra sprawa. Jedyny pozytyw taki, że pierwszy raz ludzie czują, że jest jakaś federacja, która ma nad tym jakąś kontrolę.

Panowie, jakie plany na wieczór?

Marek Dragosz: Idziemy się napić jak ludzie.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

amp1

Fot. Bartłomiej Budny

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Ogromny szacunek dla tych chłopaków

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY