Ancelotti stracił szatnię. Wraz z nią – posadę
Niemcy

Ancelotti stracił szatnię. Wraz z nią – posadę

Porażka 0:3 z PSG zadziałała w Bayernie jak tornado. Zerwała dach pozorów i sprawiła, że na otwarty widok wystawione zostały wszystkie problemy, z jakimi Bawarczycy borykają się w ostatnim czasie. Na czele z utratą panowania nad swoimi zawodnikami Carlo Ancelottiego, w którego uzdrowicielskie zdolności władze klubu właśnie przestały wierzyć. Włoch nie poprowadzi już mistrzów Niemiec w kolejnym meczu, bo oto zapadła decyzja o jego zwolnieniu.

***

– Byłem zaskoczony, że znalazłem się na ławce. Doprawdy nie wiem, czego oczekuje ode mnie trener, co chce zobaczyć w moim wykonaniu…

Thomas Mueller po ligowym meczu z Werderem Brema, kiedy został przez Ancelottiego posadzony na ławce.

***

– Czy wy, zawodnicy, stoicie murem za Ancelottim?
– Nie odpowiem na to pytanie.

Arjen Robben przed meczem z PSG.

***

– Lepiej dla mnie będzie, jeśli nic na ten temat nie powiem.

Franck Ribery po meczu z PSG, pytany o decyzję Ancelottiego o posadzeniu go wśród rezerwowych.

***

Do tych wszystkich wypowiedzi dochodzi jeszcze słynny już wywiad Lewandowskiego dla Der Spiegel, który nie uderza może bezpośrednio w Carlo Ancelottiego, ale już w prowadzoną przez niego drużynę – owszem. Udzielony właśnie wtedy, kiedy Włoch przestawał panować nad szatnią, kiedy stosunki z niebywale ważnymi dla Bayernu ostatnich lat postaciami i tak były juz mocno zaognione.

Ancelotti, który wcześniej znany był z tego, że potrafi utrzymać swoich najlepszych zawodników zadowolonych – jak choćby w Realu, gdzie przecież musiał zapanować nad ego między innymi Cristiano Ronaldo – teraz odchodzi z Monachium jako pokonany. Gdy obejmował posadę, pisaliśmy, że wkłada ręce do kieszeni, bo piłkarze sami będą dopisywać do jego CV kolejne trofea, tak jak robili to z poprzednimi szkoleniowcami. Szczególnie, że akurat Ancelotti znany był z budowania zażyłej relacji ze swoimi piłkarzami. Wydawało się wręcz, że trener z gatunku tych niezafiksowanych na punkcie pełnej kontroli nad każdym najdrobniejszym aspektem, zupełnie inny niż „dyktator” Guardiola, to recepta na natychmiastowy sukces. Na zwycięstwo w Lidze Mistrzów, które przecież udało się Carlo osiągnąć w poprzednim miejscu pracy, w Madrycie.

Już w poprzednim sezonie pojawiały się niepokojące sygnały. Były mecze, w których gra obronna Bayernu wyglądała jak gra trzylatka w Scrabble. Chaotycznie, bez jakiegokolwiek ładu i składu. Doszło nawet do tego, że pierwszy raz od 2004 roku Bawarczycy przegrali dwa mecze o stawkę z rzędu w pierwszej połowie sezonu, już w listopadzie. Rywale w lidze jednak eliminowali się sami, pozwalając na ukończenie rozgrywek z piętnastopunktową przewagą nad wicemistrzowskim Lipskiem. W Champions League daleko było do zachwytów, bo przecież Bawarczycy wyszli z drugiego miejsca w grupie, ulegając po drodze nie tylko Atletico Madryt, ale i Rostowowi. Ale doszli do ćwierćfinału po standardowym rozjechaniu Arsenalu i dopiero tam dwukrotnie dostali bolesną lekcję od Cristiano Ronaldo i spółki (3:6 w dwumeczu). Przyszłych zwycięzców, więc mimo to kataklizmu nie obwieszczano.

Ten nadszedł jednak szybciej niż się spodziewano. Dziś Bayern nie porywa, na jego mecze nie czeka się jak na kolejną dawkę narkotyku, tylko łyka je jak średniej jakości kawę w jesienny poranek. Bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej chęci. Bawarczycy wciąż mają dość jakości, by wygrywać większość meczów nawet nie grając wybitnie, ale jednocześnie zbyt mało polotu, zbyt mało radości z gry, by robić to w przekonującym, efektownym stylu. Męczą kibiców, nie sposób nie odnieść wrażenia, że siebie też. Że formuła gry pod batutą Ancelottiego wypaliła się i nie pozostał po niej już nawet wątły płomień, a jedynie gdzieniegdzie sporadyczne resztki żaru. Chyba najbardziej widocznym tego symbolem są mający dziś muchy w nosie Robben i Ribery.

2176015-45477710-2560-1440

Robben i Ribery, o których wpływie na wygraną bandy Ancelottiego w Der Klassiker z Borussią mniej niż pół roku temu w samych superlatywach („Robben i Ribery urządzają imprezę jak w 2013”) pisał przecież Guardian. Chwaląc równocześnie, jak Włoch w tym arcyprestiżowym starciu poukładał Bayern po swojemu. Nie wydaje się dziś, by Holender i Francuz mieli umierać na boisku za swojego trenera. By planowali wyprawić podobne przyjęcie jak wtedy, na boisku przeciwko Borussii. No chyba, że mowa o imprezie z okazji odejścia Ancelottiego.

Ancelottiego, który miał Bayernowi pomóc wznieść się na wyżyny, a tak naprawdę cofnął go do okresu przed wielkimi triumfami Juppa Heynckesa, osiągając wyniki znacznie gorsze od swoich dwóch poprzedników:

Carlo Ancelotti (od lipca 2016) – 60 meczów, 137 punktów, 2,28 pkt/mecz
Pep Guardiola (od lipca 2013 do czerwca 2016) – 161 meczów, 388 punktów, 2,41 pkt/mecz
Jupp Heynckes (od lipca 2011 do czerwca 2013) – 109 meczów, 265 punktów, 2,43 pkt/mecz

Czara goryczy musiała się przelać, gdy przyszły dwa tak fatalne występy – szczególnie w obronie – jak ten w weekend z Wolfsburgiem i ten wczorajszy, tak dla Bayernu ważny. Mający utwierdzić Bawarczyków w przekonaniu, że nie wchodząc do zaproponowanej przez PSG gry na stawki znacznie wyższe niż dotychczas, postępują słusznie. Po 0:3 na Parc des Princes nie jest to już tak oczywiste.

A że we władzach FCB zasiadają ludzie rozumni, którzy nie zamykają oczu i nie nakładają na uszy słuchawek chodząc po klubowych korytarzach, musieli poczuć, że z tym człowiekiem u sterów statek nie wypłynie już na szerokie wody. Że nie da on gwarancji, że podróż nie skończy się na mieliźnie. Czas więc na nowego kapitana, który w spadku dostanie naprawdę zacną – choć przy tym równie, jeśli nie bardziej wymagającą – załogę.