Jak co poniedziałek… WUJO!
Weszło

Jak co poniedziałek… WUJO!

Autorem tekstu jest osoba niezwiązana z polską piłką, podobieństwo do wszelkich faktycznie istniejących osób – przypadkowe, a fabuła – fikcyjna. Tekst ma charakter żartobliwy i w żaden sposób nie ma na celu urażenie kogokolwiek.

*

Wiecie, kiedy przesiaduję w barze przy dobrym drinku, podrywam panienki na charyzmę, szarmanckość i urok osobisty. Tak zaciągnąłem do łóżka większość świnek w swoim życiu. Ale jak wyrwać najlepszą laskę, taką prosto z okładki, zdawałoby się, niedostępną? Zdradzę Wam tajemnicę, misie kolorowe: olewajcie ją. Albo chociaż udawajcie, że nie jesteście nią zainteresowani. Oczywiście, do takiej techniki trzeba mieć odpowiednią klasę i status społeczny. Jeśli poważni ludzie, tacy jak ja, starają się o względy jakiejś cizi, to taka sprytna cizia może celowo im odmawiać, żeby podbudować swoje ego. Mnie tam żadna nigdy się nie opierała, ale mam wielu znajomych, którzy doświadczyli takiej przykrej sytuacji. Oj, żebyście widzieli jak mój rosyjski przyjaciel, Wołodia, uganiał się za pewną gimnastyczką artystyczną. Chodził za nią jak pies na smyczy! Dopiął swego, ale straconej godności już nie odzyska.

Ale, wracając do tematu: jeśli jakaś panienka wodzi Was za nos, najlepiej jest odwrócić sytuację i sprawić, by to ona uganiała się za Wami, zamiast Wy za nią. Wtedy świnka zobaczy, co może stracić, i zacznie panicznie pokazywać, że jej na Was zależy. Jak wspominałem, żadna kobieta nie odważyła się wodzić mnie za nos, za to zdarzył się jeden taki klub.

Mowa tu oczywiście o Legii oraz jej dwóch prezesach. Pierwszym prezesem, do którego robiłem podchody, był Przaśny Bodzio. Może i nie miałby szans na tytuł prezesa stulecia, a po klubie nosił się czasem tak, że pracownicy myśleli, że chce im wywróżyć przyszłość z ręki, ale jedno trzeba mu przyznać: miał skurwiel łeb do negocjacji. Zwykle brał takiego misia, i częstował go whisky. Rozlewał delikwentowi po pełnej szklance. I tak wychylali jedną, drugą, piątą, nastą… po czym Bodzio wyskakiwał z tekstem:

– No, Panie X, cieszę się, że się dogadaliśmy, warunki ustalone, tylko złożę podpis… Ale! Mamy w klubie taką tradycję, że za udany transfer wznosimy toast piwem Królewskim.

I wtedy na stół lądowały czteropaki Królewskiego. Co, myślicie że parę piw po takiej ilości to pryszcz? Mogę powiedzieć jedno: on to robił dla uśpienia czujności. Taki misio myślał sobie że sprawa załatwiona, że już można odpuścić, zrelaksować się. Wtedy procenty uderzały do głowy ze zdwojoną mocą. Jak Przaśny wyczuwał ten moment, zaczynał swoje przedstawienie. Podchodził do szafy grającej Wurlitzer OMT 1015, wpisywał tajny kod, i bach! Szafa zaczynała grać „Sen o Warszawie” oraz wysuwała kranik, z którego lała się kolejna łycha! I Bodzio zaczynał swoje gadki, że w sumie to się zastanowił, i kwota zaproponowana za takiego grajka to za drogo, że połowę ceny może dać, a tak w ogóle po co mu wzmocnienia, skoro ma Kuchego. Potencjalny delikwent wymiękał, i zgadzał się na wszystko, byleby szybciej wypierdolić z gabinetu prezesa. Dlatego uwielbiałem ustalać z nim warunki kontraktu. Niestety, nigdy nie doszliśmy do porozumienia, bo ja nie jestem pętem pasztetowej robiony, żeby dać się pokonać przez takie tanie sztuczki, a jak Przaśny widział że nic nie wskóra, to kończył negocjacje (czasami z głową na stole). Ale powiem jedno: warto było poświęcić mu te przepite przegadane godziny, gdyż moje rady oraz częsta obecność w klubie zaowocowały pasmem sukcesów, które będzie trudne do powtórzenia.

Drugi i zarazem obecny prezes, Darek Szopen, to człowiek z zupełnie innej bajki. W wystroju gabinetu nastąpiła zmiana o 180 stopni! Wcześniej stała szafa grająca, która służyła za barek, maszyna do flipera, konsola do gier czy wygodne siedzisko dla sekretarki. Teraz? Po lewej stronie rowerek do ćwiczeń, po prawej japońskie krzaki pogody ducha i egzotyczne meble, ustawione według zasad feng shui.

Od razu wiedziałem, że będzie nam się trudno dogadać. Spytacie dlaczego? Przecież Miodek wydaje się takim sympatycznym misiem, do owinięcia wokół palca. No właśnie, kurwa… tylko on ma taki charakter, że w pierwszej kolejności wokół palca owinął go Jacek Bibliotekarz! Pamiętam jedno z naszych spotkań w gabinecie, gdzieś początkiem sierpnia. Wchodzę, a tam nasz ówczesny trenerski Magik siedzi nad Dareczkiem, i mu tłumaczy zawiłości swojej książki. A książka już do połowy otwarta. Temu wszystkiemu przyglądał się Żewłak, leniwie siedzący na siedzisku dla sekretarek.

– Widzi Pan, Panie prezesie, tym właśnie różni się szczęście od farta. Podam przykład. Niech Pan sobie wyobrazi, że ma przygotować kolację dla małżonki. Poszedł Pan do sklepu osiedlowego na Wilanowie po jakieś krewetki i butelkę białego wina. Ale, co za pech, zapomniał Pan portfela. Gdyby był Pan w tym sklepie pierwszy raz, kasjerka być może zgodziłaby się, żeby zabrał Pan zakupy i przyniósł pieniądze jutro. Wtedy byłby to fart, bo nic by nie wskazywało na taki przebieg zdarzeń. Poza, oczywiście, Pana urokiem osobistym. Ale jeżeli Pan będzie regularnie chodził do tego samego sklepu na swoim osiedlu, i pewnego dnia zapomni Pan portfela, po czym uśmiechnie się do ekspedientki i spyta czy może zapłacić kiedy indziej, to ona prawie na pewno zgodzi się na taki układ. Dlaczego? Bo Pan sobie tą sytuację wypracował.

Darek popatrzył się na Jacka z podziwem, a ten misio kontynuował:

– I tak samo jest z Kuchym. Jak on uparcie, co mecz będzie stał w polu karnym, to piłka kiedyś do niego trafi, i zdobędzie bramkę. Fart? Nie. Szczęście? Tak. Bo on pomógł doprowadzić do takiej sytuacji.

– Ale on nie jest panienka spod latarni, żeby stać! On ma, kurwa, napierdalać! – przerwałem ten radosny monolog. Jacuś stanął jak wryty, a Żewłak omal nie wystrzelił z tego fotela kiedy usłyszał mój głos. Tylko Darek popatrzył na mnie otępiałym wzrokiem. Ja pierdolę, pomyślałem, ten gość ma już tyle makaronu nawiniętego na uszy, że cała jedenastka Squadra Azurra nie zdołałaby tego przejeść.

– Yyy, Panie prezesie, ma Pan gościa. Ja może dokończę kiedy indziej. Chodź Michał, idziemy.

Michał zerwał się na równe nogi, i popędził za Plackiem. Przy wyjściu z gabinetu usłyszałem tylko jego głos:

– Czekaj Jacek, to mówisz że jest jakiś sposób na to, żeby brać ze sklepu wino bez płacenia?…

Jak najgłośniej zatrzasnąłem za nimi drzwi, tak że dopiero ich trzask ocucił Darka. Podszedłem do niego i mówię:

– Prezesie, ratuj ten klub. Nie widzisz, że ten Misio przegra tytuł? Że cała Polska będzie śpiewać „Gdzie Twoje berło i korona”?!

– Janusz, ja rozumiem twoje obawy. Ale ty się o nic nie martw. Ten klub ma trzy etapy rozwoju: libacja-profesjonalizacja-korporacja. Libacja była za poprzedniego prezesa, i do tego nie chcę wracać – orzekł Miodowy, a obruszył się przy tym tak, że aż mu kędziorki na głowie zatrzepotały.

– Darek, kurwa, ale klub to nie jest call center, czy inne korpo! Tutaj nie pracujesz ze słupkami finansowymi, tylko z ludźmi. Piłkarzami. Prostymi, oddanymi chłopakami, którym czasem trzeba przyłożyć batem po plecach, a czasem zaprosić na piwo i spytać co tam u żony. Tego, czy będą umierali za ciebie i za trenera, nie da się wypracować czytając trzydziestoletnim chłopom książkę o tym, czym się różni szczęście od farta. Przecież dla nich te słowa to jest jeden chuj! Darek, piłka i mentalność ludzi, którzy w niej siedzą, nie zmieniła się aż tak bardzo, jak twierdzi ten kuglarz, ochrzczony przez Przaśnego „warszawskim Guardiolą”. Tu nie załatwisz nic przez maile, tylko musisz spotykać się z ludźmi, albo podzwonić!

– Maile, maile… maile! – Krzyknął Miodek, po czym chwycił za telefon, i wykręcił numer do …ehh. – Halo? Mateusz? Słuchaj, bo ja teraz przekształcam klub w korporacje… Tak… Tak, dokładnie tak, jak mówiłeś na swoim wykładzie „Corporation-innovation, Twoja droga do sukcesu”. Słuchaj, ty tam podałeś przykład, jak motywować pracowników. Słuchaj, a napisałbyś mi podobnego maila? Oczywiście, że nie za darmo. Przecież wiem, że porady Kołcza Mateusza Grzesiuka kosztują, nawet jeśli przyjaciel prosi. Tak, tak, zasada pierwsza: ceń swój czas. No, oki, to dzięki Mati, widzimy się wieczorem na pilates, to mi go przekażesz. No to pa!

– Jak grochem o ścianę… – powiedziałem zrezygnowany, kierując się w stronę drzwi. – Miodek, ja to pierdolę, nie dogadamy się, a honor swój mam. Wystarczy, że latałem za tobą od marca, płaszczyć się już nie mam zamiaru. Ja mam stos innych ofert. Tylko nie dzwoń do mnie, kiedy wszystko zacznie ci się walić jak budynki w Kabulu. Aha, i nawet nie chcę wiedzieć co to jest to pilates, ale już sama nazwa wydaje się niepewna.

Od tego czasu nie miałem bezpośredniego kontaktu Darkiem. I co się stało przez ten miesiąc? A to się stało, misie kolorowe, że Chopin w połowie sierpnia się za mną stęsknił. Dzwonił, pisał SMS-y, zapraszał na rozmowy. Jak byłem na Bermudach, to skurwiel mi nawet telegram przysłał! A ja na to… nic.

I tak Legia dostała od bandy pastuchów, wylatując z europejskich pucharów drugiego sortu, a wcześniej tradycyjnie dostali w miejscowości, gdzie jest więcej kur niż ludzi. Po drodze przyszły wymęczone zwycięstwa z Płockiem i Lubinem. Piszę, że wymęczone, bo rywale stołecznej drużyny byli wyraźnie wymęczeni dniem wczorajszym. Powiem jedno: ostatni raz widziałem tak zawianych piłkarzy, kiedy oglądałem Anglików w meczu z nami na Basenie Narodowym.

1 września wysłałem do Darka pierwszego SMS-a od czasu naszej rozmowy w gabinecie. Wiadomość brzmiała: Zaczyna się rok szkolny. Niech Pan prezes się zastanowi, gdzie jest miejsce belfra… i czy co niektórzy uczniowie czasami nie za często jeżdżą na wakacje. Następnie wydarzenia potoczyły się lawinowo. Legia pojechała do Wrocławia, a tam czekał na nią sympatyczny miś Jasio. Człowiek wyśmiewany w stolicy, który podobno potrafiłby rozpierdolić każdą drużynę, gdyby tylko dano mu odpowiednio dużo czasu. Powiem jedno: ludzie na mieście mówili o Jasiu samą prawdę. Rozpierdolił. I to koncertowo. Tylko szkoda, że Legię! W dodatku akurat tak się złożyło, że za sterami Legii stał trenerski Magik, warszawski Guardiola, Jacek-placek! Pięć minut po meczu dostałem telefon.

– Słucham cię, misiu?

– Belfer zwolniony, biuro podróży „Żebrak Travel” zamknięte. Na pierwszego zatrudniłem Chorwata, specjalistę od szkolenia.  Ale to tymczasowo, jak się zdecydujesz, to go przesunę z całą świtą do akademii. Na razie przyjedź na tydzień, obserwuj z boku jak drużyna funkcjonuje. O pieniądze się nie martw, tylko wyciągnij nas z tego bagna. Wujo, coś… coś we mnie pękło… – powiedział zapłakany głos w słuchawce.

Z uwagi na natłok obowiązków związanych z ratowaniem stołecznej piłki, ten felieton piszę w piątek. Przeczytacie go w poniedziałek, więc sami, bogatsi o jeden mecz więcej, będziecie mogli ocenić ile pracy mam przed sobą. Czy powinno być lepiej? Powinno, w końcu gorzej już być nie może. Ale czy będzie dobrze? To zależy od tego, na ile pozwoli mi banda Rometa.

WUJO