Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Dzieci poszły do szkoły, a więc skończyło się lato. Pieprzyć kalendarze, które mówią inaczej. Skończyło się dzisiaj. Było i nie ma. Od teraz ciężkie tornistry, szaruga i zamiatanie liści. Matematyka i geografia, zamiast biegania za piłką.

Matematykę przestałem lubić jakoś koło szóstej klasy podstawówki, gdy już trzeba było spędzać przy niej trochę więcej czasu i do ocen celujących przestała wystarczyć zasada „zdolny, ale leń”. Natomiast z geografii zawsze byłem mocny, w dużej mierze dzięki sportowi. Wiedziałem, że Lubin to nie Lublin, bo Zagłębie to nie Motor, wskazać mogłem dowolne miasto na mapie i jeszcze dodałbym, kto jest w mieście najlepszym zawodnikiem, gdyby o to pytano. Zlokalizować mogłem Liberię, bo George Weah, albo Nigerię, bo Jay Jay Okocha. Wiedziałem, gdzie jest Detroit, bo przecież Isiah Thomas, wiedziałem też, gdzie Nowy Jork, bo przecież Patrick Ewing. Być może jako jedyny w klasie wiedziałem, czym jest Utah i gdzie tego czegoś szukać. Stolice krajów były takie proste do wykucia – wszak za wyjątkiem dziwacznych Niemiec i dziwacznej Turcji, wystarczyło zastanowić się, które kluby z danego państwa są najsilniejsze.

A więc tak, lato przeminęło. Było to lato, w trakcie którego wszystko wyglądało nie tak, włącznie z grą reprezentacji Polski wczoraj. Nasze kluby odpadły z pucharów tak dawno, że powoli zaczyna mi się mylić, kto z kim przegrał i w jakich rozmiarach, a występy Jagiellonii to prehistoria mniej więcej taka, jak duet Waldemar Adamczyk – Zakari Lambo. Lato, w trakcie którego piłkarze kopali głównie do własnych bramek, sędziowie mylili się nawet podczas oglądania powtórek w telewizji, a prezesi ponosili klęski gabinetowe. Wszystko, ale to naprawdę wszystko było złe, i – jak w internetowym klasyku – tory też były złe.

*

Polska przegrała 0:4 z Danią, czym nie jestem zdziwiony, bo w moim czasach przegrywała 0:3 z Gruzją – a przyzwyczajenie drugą naturą człowieka. Zgadzam się, że styl był mocno żałosny i aż nieprzystający do poważnej przecież drużyny, ale wychodzę z założenia, że jeśli w ogóle istnieją dobre momenty na zaśpiewanie „nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”, to ten był bardzo dobry.

O dziwo, dostrzegam, że kibice byli bardziej skłonni śpiewać „nic się nie stało”, gdy odpadaliśmy z Euro 2012 w żałosnym stylu, niż teraz – gdy mimo porażki mocno trzymamy się na pierwszym miejscu w grupie. Wtedy współczucie, a teraz złość. Nawałka jednak się nie nadaje, a Pazdan z ministra obrony spadł do roli Misiewicza, który na boisku jest chyba tylko wyłącznie dzięki koneksjom. Najśmieszniejsze, że nikt nie mówi, kto niby miałby zagrać, gdyby nie grać miał Pazdan, bo trzeba byłoby powiedzieć, że Cionek, a to konkretnie, kompletnie bez sensu.

Jestem jak najbardziej za tym, żeby się lekko zaniepokoić, ale całkowicie przeciw, by zaniepokoić się trochę bardziej. Nawet nie martwi mnie fakt, że w Kopenhadze było 0:4, a nie 0:1, bo uważam, że istnieją drużyny i okoliczności, kiedy porażka 0:4 może dać więcej niż 0:1. I to jest właśnie taka drużyna i taka okoliczność. Materiał do przemyśleń dla piłkarzy (chyba ostatnio stały problem podczas zgrupowań – za mało piłki w piłce) oraz dla trenera. Dzisiaj ciekawy tekst zamieścił Michał Sadomski (TUTAJ) na temat wąskiej grupy zawodników, z których korzysta selekcjoner. Ma to z pewnością dobre strony, gdy wszystko idzie dobrze, ale w zasadzie tylko wtedy. Nawałka całkowicie zrezygnował z rozgrywania meczów towarzyskich, dzięki czemu Polska wspięła się tak wysoko w rankingu FIFA, ale w efekcie nic nie wiemy o zapleczu pierwszej jedenastki i ewentualnych roszadach w przypadku sytuacji losowych. W Danii na prawą obronę wszedł stoper z Serie B, a za znajdujących się pod formą Pazdana czy Jędrzejczyka nie miał kto zagrać, no chyba że za Jędrzejczyka Rybus. Trener na własne życzenie stał się niewolnikiem grupy 12-13 zawodników.

Niemniej jeśli ktoś ma wyciągnąć wnioski, to Nawałka właśnie, który jako pracoholik rozłoży każdą minutę zgrupowania i każdą sekundę meczów na czynniki pierwsze. Dlatego właśnie przyjmuję tę porażkę nawet z lekką dozą optymizmu – gdyż stanowi ona potrzebny materiał do analizy, którą lepiej przeprowadzić teraz, a nie w czerwcu 2018.

*

Ogólnie to całe lato to wiadomo: chuj, dupa i kamieni kupa. Spośród miliona przyczyn mizerii naszego futbolu (bieda, bieda i jeszcze raz bieda), zastanawiam się nad mankamentami, które można z łatwością i szybko usunąć.

I teraz was zaskoczę – brakuje nam sędziów takich jak w Hiszpanii.

Dobrze, dam wam chwilę na opanowanie śmiechu… Jeszcze chwilę… OK, chodzi mi mianowicie o to, że od paru lat powtarza się w Polsce, że sędzia „ma pozwalać grać”, a kluczowa jest „płynność meczu”. Komentatorzy powtarzają: „takich fauli się nie gwiżdże”.

Hiszpańscy sędziowie pod wieloma względami są beznadziejni – dyktują rzuty karne od czapy albo nie dyktują prawidłowych, nie widzą goli w sytuacjach bardzo klarownych. Ale jedno muszę im oddać – nie pozwalają na drobne faule i są w tej kwestii konsekwentni.

U nas w piłce na poziomie ekstraklasy praktycznie nikt nie drybluje. Każdy drybling kończy się całą serią nieodgwizdanych fauli, bo przecież „są tak drobne, że takich się nie gwiżdże”. W związku z tym drybling jako taki jest bez sensu, bo ryzyko straty piłki na skutek serii nieodgwizdanych fauli wydaje się zbyt duże. W ogóle zawodnicy w zakresie dryblingu – takie mam wrażenie – uwsteczniają się. Momentami mam wrażenie, że dziś Adam Fedoruk ze swoim chłopskim zwodem byłby w tej lidze zjawiskiem.

Drobne faule podczas dryblingu: nie gwiżdżemy. Drobne faule podczas gry z klepki, gdy wystarczy piłkarza lekko wytrącić z równowagi: nie gwiżdżemy. Być może nasza liga – nie od razu, ale w dłuższej perspektywie – stałaby się trochę bardziej znośna do oglądania, gdyby sędziowie stanęli po stronie graczy z piłką, a nie tych, którzy chcą im piłkę odebrać. Nie chodzi tu więc o to, czy arbiter jest dobry, czy nie, ale o ogólną taktykę prowadzenia meczów. A ta u nas i w Hiszpanii znacząco się różni. Czy sędzia ma dbać o „płynność gry”? Nie, sędzia wręcz nie może dbać o płynność gry, bo to z założenia oznacza patrzenie przez palce na część przewinień, byle tylko nie gwizdnąć.

Nie upieram się przy tej diagnozie, ale rzucam temat do przemyślenia: czy nie robimy naszej lidze krzywdy i czy sami nie oduczamy piłkarzy grać w piłkę, czy nie niszczymy jednostek najbardziej kreatywnych i pozytywnie zakręconych, byle tylko utrzymać piłkę w ruchu?

Aż skończyło się lato i piłkę zabrali nam przedstawiciele innych krajów. Oni akurat bez faulu.

KRZYSZTOF STANOWSKI