Image and video hosting by TinyPic
Konferansjer za zero złotych plus VAT, czyli Smokowscy organizują MP w biegu na milę
Weszło fit

Konferansjer za zero złotych plus VAT, czyli Smokowscy organizują MP w biegu na milę

7 października na warszawskim AWF-ie odbędą się mistrzostwa Polski amatorów w biegu na milę. Ich pomysłodawcami są Ada i Tomek Smokowscy, czyli małżeństwo, które zaliczyło razem niejeden maraton. Podczas którego z nich o mało co nie doszło rozwodu? Dlaczego znany dziennikarz sportowy żałuje, że w Pradze nie był dla swojej żony sierżantem? Co sprawiło, że w trakcie biegu w Nowym Jorku Ada… upodobniła się do ludzika Michelin? Zapraszamy do lektury.

Czy twoja szanowna małżonka wpadła kiedyś na biegowy pomysł, po którym powiedziałeś jej „Ada, to nie wypada”?

Tomasz Smokowski: Nie, bo u nas to ja jestem osobą od tych głupich idei. Często bywa tak, że wymyślam start w dziwnym miejscu, a Ada odpowiada „o nie, ja tam z tobą nie biegnę… chyba że będzie możliwość zaliczenia pięciu czy dziesięciu kilometrów”.

Ada Smokowska: Ja w naszym małżeństwie wymyślam inne dzikie aktywności, od tych biegowych jest jednak Tomek. Czasem chce wystartować w miejscu, do którego kompletnie nie mam ochoty jechać, wtedy wysyłam go tam samego. Przykład? Chociażby Petersburg, do którego wybrał się w pojedynkę, bez choćby jednego kumpla. Ja, jako kobieta, nie jestem w stanie zrozumieć takiego zachowania, chyba tylko faceci są zdolni do tego typu wycieczek.

TS: Do ciekawej sytuacji doszło w tym roku – oboje chcieliśmy biec w maratonie w Tokio, ale ja z powodu kontuzji musiałem zrezygnować. Mieliśmy jednak już wykupione pakiety oraz cały pobyt, więc uznaliśmy, że tam polecimy. Zanim doznałem urazu, Ada wcale nie miała ochoty przygotowywać się do tego startu, ale ja ją oczywiście namówiłem. „Japończycy są zwariowani na punkcie biegania, zobaczymy jak to wygląda od środka, pobiegniemy razem, nie będę się spinał na wynik”. Zgodziła się, a potem wyszło tak, że musiała startować sama. Nie była z tego zadowolona. Kiedy zobaczyłem ją na trasie, dostrzegłem przeciągłe spojrzenie mówiące „co ja tu, do cholery, robię?!”. Przyznam, że trochę się wtedy wystraszyłem (śmiech).

AS: To był mój ostatni maraton. Ten dystans jest dla mojego organizmu olbrzymim obciążeniem, zarówno psychicznym jak i fizycznym. Nie sprawia mi radości, dlatego nie ma sensu się męczyć. W życiu zaliczyłam siedem czy osiem maratonów, ale nigdy nie czułam się podczas nich szczęśliwa.

To dlaczego nie zrezygnowałaś na przykład po drugim?

AS: Potrzebowałam trochę czasu, żeby dojść do tego wniosku. Bardzo chętnie będę jeździła teraz z Tomkiem po świecie i mu kibicowała, ale już nie z perspektywy zawodniczki, chyba że będą to krótsze dystanse, jak właśnie 10 km.

TS: Bieganie uczy człowieka wielu prawd o nim samym. Ja jako zadaniowiec chciałem sprawdzić, czy istnieje próg bólu, który jestem w stanie przekroczyć, a potem utrzymać. Ada jest zupełnie inna, nie lubi dochodzić do tego momentu, w którym start przestaje sprawiać przyjemność, bo zaczyna się cierpienie.

AS: Najchętniej biegam wtedy, gdy nie muszę patrzeć na zegarek i na przykład sprawdzać tętna. Nie mam wtedy tej presji, że muszę zrobić jakiś trening, po prostu odczuwam przyjemność wynikającą z ruchu fizycznego.

Ja mam tak, że nie wystartuję w maratonie, jeżeli nie jestem do niego przygotowany na 100%. Muszę wiedzieć, że mogę zrobić życiówkę, to mnie napędza. Tomku, masz podobnie?

TS: Nie do końca – ja zawsze biegałem po trzy, cztery maratony rocznie. Wiadomo, że na tyle nie da się przygotować szczytu formy, więc siłą rzeczy niektóre z nich traktowałem treningowo. Ale generalnie to oczywiście lubię być odpowiednio wyszykowany do biegu i mieć świadomość, że mogę wykręcić w nim dobry wynik. Takie starty wspomina się potem dużo lepiej niż te, do których człowiek był średnio gotowy, w efekcie czego na 30 km rozpoczynała się „umieralnia”.

Jak wspominasz ten samotny Petersburg, o którym opowiadała Ada?

TS: OK, ale na generalnie wolę, gdy żona jest na trasie, ta świadomość na mnie dobrze działa. Kiedy wiem, że będzie czekała np. na 25 i 32 km, to fajnie mi „dzieli” bieg na odcinki. Wiadomo, że do połówki maratonu dobiega się siłą rozpędu, a potem już mam myślenie w stylu: aha, jeszcze 4 km i spotkam Adę pierwszy raz. Za następnych siedem znowu ją zobaczę, a potem to już zostanie całkiem niedaleko do mety. Takie myślenie pomaga mi na starcie, odpędza tego diabełka, który na pewnym etapie maratonu szepcze człowiekowi do ucha „zwolnij, po co się tak męczyć?”.

Czasem dobrze jest też nałożyć na siebie samego małą presję. Życiówkę w maratonie wykręciłem w Valencii, gdzie 6 km przed metą spotkałem Adę. Przebiegając obok niej zdążyłem krzyknąć „zaesemesuj do wszystkich znajomych, że idę na rekord i teraz już tylko przyspieszam”. Oczywiście wcale nie miałem pewności, że tego dokonam, ale skoro padło takie zdanie, to chwilę potem w głowie zrodziło się zobowiązanie, które trzeba było wypełnić.

FullSizeRender (16)

Zdarzało wam się też biegać maratony wspólnie.

TS: W Warszawie zbierałem Adę z jezdni.

AS: To był mój pierwszy maraton, będący jednocześnie największą porażką. Przebiegłam go po półrocznym przygotowaniu, gdzie wcześniej w ogóle nie uprawiałam tego sportu. W ramach przygotowań zaczęłam wychodzić na treningi z Tomkiem, on był tym gościem, który krzyczał mi do ucha „dasz, kurwa, radę!” I udało się, ale wspominam ten bieg masakrycznie. Skończyłam go w kiepskim czasie 5:18, a na trasie umierałam parokrotnie: kładłam się na ziemi, łapały mnie skurcze, no tragedia.

Co wtedy robił Tomek?

AS: Krzyczał „wstawaj, zrobisz to”!

Myślałaś wtedy nad rozwodem?

TS: W trakcie biegu pewnie się nad tym zastanawiała (śmiech).

AS: Świetny maratończyk Janek Marchewka podjechał do nas na rowerze, zobaczył w jakim jestem stanie i powiedział: „Tomek, ściągnij ją z trasy. Czy ty widzisz jak ona wygląda?”. Małżonek odpowiedział z dużym spokojem, że dam radę.

TS: Dosyć długo leżeliśmy pod Trasą Łazienkowską. Oglądam ją z dołu i oglądam, i tak się zastanawiam: ruszymy się stąd kiedyś, czy nie?

AS: Po całej tej historii koleżanka, która towarzyszyła nam na rowerze, miała koszmary przez kilka nocy. Śniłam jej się ja i ten maraton. (śmiech) W sumie dziwne, że wtedy nie powiedziałam „nigdy więcej”. Na szczęście w końcu zmądrzałam i przerzuciłam się na inny sport – teraz kręci mnie wspinaczka, chociaż z biegania oczywiście nie zrezygnowałam, po prostu uprawiam je dla przyjemności.

FullSizeRender (17)

Gdzie jeszcze startowaliśmy razem?

AS: W Nowym Jorku. Walczyłam wówczas o „złamanie” czterech godzin, bo mój rekord życiowy to 4:00:11, niestety nie udało się.

TS: W dużej mierze w związku z naszą głupotą. Wiadomo, że biegacz nie ma wpływu na pogodę czy trasę, ale już na to, co zje przed startem jak najbardziej tak. My natomiast popełniliśmy kosmiczny błąd.

AS: Taki, jakbyśmy biegli pierwszy raz w życiu.

TS: Poszliśmy do azjatyckiej knajpy na makaron. Ale jak już tam usiedliśmy, zobaczyliśmy, że mają m.in. fajne kalmary i krewetki. No i objedliśmy się nimi jak idioci. Następnego dnia do piętnastego kilometra czuliśmy się dobrze. Potem, na Queens, Ada pokazuje mi dłonie, które są całe spuchnięte, jak u tego ludzika z reklamy Michelin. Pewnie dostała uczulenia od glutaminianu sodu, którego lubią sobie dodać do potraw w tego typu restauracjach.

AS: Miałam zamiar zejść z trasy.

TS: Była dobrze przygotowana do tego startu, dlatego nie chciałem, by rezygnowała.

AS: Mówił do mnie coś w stylu „przejdźmy się kochanie, warto mieć medal z Nowego Jorku”. Ja myślę: „kurna, mam iść 25 km? Masakra!”

TS: Zrobiliśmy marszobieg do mety i niestety nie udało się złamać tej cholernej czwórki. Blisko było za to w Pradze. Pluję sobie do dziś w brodę, że jej wtedy nie pomogłem. Biegłem sobie bez napinki na 3:23, a mogłem jednak zostać z Adą i ją kontrolować. Podholowałbym ją w decydującym momencie i miałaby „trójeczkę” z przodu. Ja jestem na trasie takim trochę sierżantem z wojska. Ostatnie pięć kilometrów zmotywowałbym ją więc do tego, żeby nieco przyspieszyła, kurcze, naprawdę szkoda, że tego nie zrobiłem.

AS: Też żałuję – gdybym złamała „czwórkę”, nie męczyłbyś mnie potem, żeby startować w kolejnych maratonach (śmiech).

E90CA622-89CB-4533-B761-6471E802CAD6

Czym czołowe światowe maratony różnią się od polskich?

TS: Odbiegamy od tych największych biegów liczbą kibiców przy trasie. W takim Tokio od pierwszego do ostatniego metra tłumy ludzie wspierały biegaczy. Krzyczeli bez przerwy, to naprawdę motywowało. Imponuje mi też, jak np. w Nowym Jorku potrafią sobie poradzić ze strefami czasowymi dla poszczególnych biegaczy. Startują z… trzech różnych punktów i na pewnym etapie to wszystko łączy się w jedną całość. Ani przez moment nie ma tam wrażenia, że coś się zblokowało. Fajne jest też to, że do końca możesz korzystać z toalety. U nas jak np. stoisz w strefie ludzi biegnących na 3:15 i nagle zachce ci się siku kilka chwil przed startem, a to częsty problem, to nie masz już za bardzo jak dostać się do kibla. Tam nie ma z tym problemu – każda grupa czasowa ma do dyspozycji np. po pięć toi toiów.

Skąd pomysł, żeby zabrać się za organizację biegu na milę? W Polsce panuje jednak moda na długie dystanse: maratońskie albo wręcz górskie ultra.

AS: Prawda, ale chcielibyśmy ją „przełamać” i pokazać ludziom, że po pierwsze bieganie powinno się zaczynać od krótszych form, a po drugie to naprawdę fajna zabawa. Szczególnie dla facetów, którzy bywają jak ja to mówię „ścigaczami”. Na tym dystansie można porywalizować z kumplem i udowodnić sobie, kto jest szybszy!

Dlaczego mila a nie np. 800 m? Ten dystans jest u nas popularny za sprawą medalisty mistrzostw świata Adam Kszczota.

TS: No więc właśnie dlatego, że dystans jednej mili nie jest specjalnie rozpropagowany w Polsce. Wiesz, my od początku wymyśliliśmy sobie, że chcielibyśmy otrzymać od PZLA zgodę na to, aby zwycięzca biegu miał tytuł amatorskiego mistrza kraju. Działacze zachowali się super, zgodzili się bez problemów, ba, objęli całe wydarzenie patronatem, co oczywiście bardzo nas cieszy. Naturalnie nie zamykamy też naszej imprezy dla ludzi z zawodowymi licencjami, ale podkreślam, że nie będą klasyfikowani w walce o tytuł. Pobiegnie z nami np. Marcin Lewandowski, więc nawet jeśli wygra, nie może liczyć na złoto (śmiech). Ale raczej tego nie zrobi, żeby nie niszczyć ducha w narodzie.

AS: W Polsce biega się głównie po ulicy albo górach. Brakuje imprez odbywających się na bieżni, która przecież jest kolebką lekkoatletyki. Chcielibyśmy do niej wrócić, pragniemy, aby ludzie zrozumieli, jak podczas zawodów na stadionie czuje się Lewandowski.

TS: Mamy ochotę na to, by się odróżnić właśnie poprzez nierobienie entej imprezy w parku czy na ulicach.

AS: Chociaż nie była to nasza główna motywacja do przeprowadzenia październikowych zawodów.

TS: Mamy bardzo fajny kontakt z AWF-em, gdzie cały event się odbędzie. Mają tam piękny obiekt, „zatopiony” w zieleni, z profesjonalnym tartanem. To będzie impreza, która potrwa kilka godzin, więc uczestnicy nie muszą się bać, że puścimy ich wszystkich jedną falą po bieżni. Będą biec po 25 osób, przy czym gdy jednak grupa osiągnie metę, to druga stanie już na starcie. To wszystko wymaga dużego organizacyjnego wysiłku, co by zabawa nie rozjechała nam się w czasie. Żeby poszło sprawniej, mamy zamiar puszczać w każdej grupie ludzi o zbliżonych umiejętnościach. Na stronie www.1mila.pl , na której od 1 września można się zarejestrować na całą zabawę, należy podać swój wynik na 5 km. To pozwoli mniej więcej określić czas, jaki dany uczestnik osiągnie na milę, co z kolei da nam możliwość „wdrożenia” go do odpowiedniej grupy. Na bieżni będzie telebim, na którym tuż po danym wyścigu wyświetlą się jego wyniki i powtórki. Chcemy, żeby dzięki temu biegacze mieli wrażenie, że uczestniczą w profesjonalnym mityngu lekkoatletycznym, który mamy zamiar przeprowadzać regularnie, co roku. W październiku robilibyśmy mistrzostwa Polski amatorów na milę na dworze, a kolo marca – w obiekcie zamkniętym. AWF buduje właśnie bardzo ładną halę, grzechem byłoby jej nie wykorzystać.

AS: W Stanach Zjednoczonych i Anglii, chociażby w związku z systemem metrycznym, którym się posługują, mila jest popularnym dystansem. Mamy nadzieję, że m.in. dzięki naszym działaniom do podobnej sytuacji dojdzie za jakiś czas w Polsce.

To może z czasem ktoś pobije rekord Bronisława Malinowskiego na tym dystansie, który ma już… 41 lat.

TS: Swoją drogą niesamowite, że tyle się utrzymał! To pokazuje, że ludzie za często nie biegają w Polsce tego dystansu. Jak to zmienimy, to kto wie, ale raczej 7 października nie znajdzie się żaden kozak, który by poprawił rezultat pana Bronka. Warto dodać, że limit na pokonanie mili podczas naszych zawodów to dziewięć minut. Ja byłem za tym, żeby to było dziesięć, ale zostałem przegłosowany w firmie, że to bez sensu, za wolno. Uznaliśmy, że robimy imprezę biegową, a nie zjazd miłośników człapania. Chociaż oczywiście najważniejsze przymiotniki określające ten event, to „amatorski i otwarty”. Nie bójcie się więc zapisywać, nie myślcie „gdzie ja się będę pchał na AWF na tartan”, to naprawdę będzie wyjątkowy, sympatyczny dzień, ale poświęcony amatorom a nie profesjonalistom.

Słyszałem, że ty poprowadzisz tę imprezę razem z Pawłem Januszewskim, w przeszłości wspaniałym biegaczem na 400 m przez płotki.

TS: Tak jest i robię to za zero złotych plus VAT, więc nie oszukujmy się – bardzo psuję rynek konferansjerów (śmiech). Oczywiście nie będziemy z Pawłem gadać do mikrofonu przez cały dzień, bo stracilibyśmy głosy, nasz komentarz poprzerywa muzyka.

21271233_1385678928224319_2755189181918986833_n

Poza Marcinem Lewandowskim wystartują jacyś celebryci?

TS: Moim największym celem jest zwerbowanie na ten event… Sebastiana Mili. Ostatnio za dużo nie gra w Lechii Gdańsk, to chociaż dam mu szansę, żeby trochę się spocił (śmiech). Nie wyobrażam sobie, żeby bieg na milę odbył się bez Mili! Już z nim o tym gadałem, ale wykorzystam łamy Weszło, by się przypomnieć: Sebastian, nie możesz nasz zawieść.

Bardzo mocno jarasz się bieganiem, po odejściu z NC+ praca organizatora lekkoatletycznych eventów będzie jednym z  twoich głównych zajęć?

TS: W bieganie jestem wkręcony od bardzo dawna. Jak wiesz prowadzimy od kilku lat nasz portal www.ligabiegowa.pl , gdzie ludzie rywalizują i zdobywają nagrody. Bieganiem się bawimy i zachęcamy do zabawy z nami innych, choć z tych pierwszych odpowiedzi na twoje pytania o bieganiu maratonów mogłoby wynikać coś zupełnie innego: że to jakaś straszna tyrka. Ale nie, to nieprawda. Tyle że mając już swoje doświadczenia na koncie wiemy dużo o tym jak biegać, by robić to mądrze. Wracając do twojego pytania: będę pomagał mojej kochanej żonie w propagowaniu i promowaniu idei biegania wśród amatorów, ale rzecz jasna to nie będą moje jedyne aktywności.

Co więc jeszcze chcesz robić w życiu po życiu?

TS: Mógłbym ci powiedzieć, lecz potem musiałbym cię zabić. Rozumiem, że musiałeś zadać mi to pytanie, ale ja mam obowiązek odpowiedzieć ci taktycznie: „pomidor”.

ROZMAWIAŁ KAMIL GAPIŃSKI

KOMENTARZE (12)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
711dronow

„Ja mam tak, że nie wystartuję w maratonie, jeżeli nie jestem do niego przygotowany na 100%. Muszę wiedzieć, że mogę zrobić życiówkę, to mnie napędza.”
Jest i nasz Gapcio! Panie Kamilu, proszę nastepnym razem więcej o sobie, fani czują niedosyt.

Warka

Wkradła się literówka. Redaktor z busolą miał na myśli „żytniówkę”.

gamon_gamonia_romana_koltonia

Gapcio, ale to nikogo nie interesuje poza tobą.

711dronow

BAN

jeremy

Fajnie poczytać. My maluczcy możemy podziwiać jak to towarzystwo wzajemnej adoracji opowiada o Tokio, New York, krewetkach itd.

711dronow

Napisałem wcześniej komentarz, że nikt ci nie bronił zostać synem posłanki PO. Niestety komentarz zniknął, a w obawie przed banem nie zamieszcze go ponownie.

RobertMateja

Doktor Finkelbaum

Tekstu nie czytam, bo po co, ale z chęcią poczytam sobie komentarze.

podsluch

Biegactwo dla otępiałych

hds

Wszystko fajnie, ale Smokowski rezygnujacy z pracy w C+ i zajmujacy sie bieganiem to tak jak Micheal Jordan rzucajacy koszykowke by pograc w bejsbol. Nie wiem czy wyszlo to na dobre koszykowce, bejsbolowi lub Jordanowi. Na bank nie wyszlo to na dobre nam kibicom. NIc to. Powodzenia, zdarcia butow i rekordow na biezni zycze.

Vinnie
Pogoń Szczecin

Bluza Liverpoolu? Bardzo szanuję, zawsze wiedziałem, że Smoku to super człowiek. To będzie nasz sezon Panie Tomku.

Borg

„zaesemesuj do wszystkich znajomych, że idę na rekord i teraz już tylko przyspieszam”

„przejdźmy się kochanie, warto mieć medal z Nowego Jorku”.

„Podholowałbym ją w decydującym momencie i miałaby „trójeczkę” z przodu.

…to dla kogo ty to człowieku robisz ?

All eyes on me !”

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY