4-4-2 czy 4-2-3-1? Wyniki nie kłamią – byle z Lewandowskim w gazie
Weszło

4-4-2 czy 4-2-3-1? Wyniki nie kłamią – byle z Lewandowskim w gazie

Wczoraj mogliśmy otrzymać nieco zafałszowany obraz – z Danią zagraliśmy tak fatalnie, że nawet dość średni mecz w wykonaniu reprezentacji Polski obudził nadzieję, że prawdziwe oblicze tej drużyny to zwycięskie mecze z Rumunią, a nie klęski w Astanie i Kopenhadze. Kontrast był tak duży, że zaczęliśmy dopatrywać się mocy sprawczej w ustawieniu. 4-2-3-1, wyglądające fatalnie na tle dynamicznych Duńczyków, zmieniono na stary, dobry system z duetem napastników Lewandowski-Milik. Przez chwilę pomyśleliśmy – gdybyśmy wyszli tak w Kopenhadze, to żaden Eriksen by nas nie powstrzymał. Ale czy to znajduje odzwierciedlenie w faktach?

Najkrócej rzecz ujmując: nie znajduje.

Oczywiście w grze dwójką napastników, z których każdy potrafi być cholernie groźny, każdy ma świetne warunki fizyczne, potrafi uderzyć z dystansu, ale i odnaleźć się między obrońcami jest sporo zalet. Odciążony Lewandowski może przyjąć normalnie piłkę, albo chociaż odegrać z klepki. Widzieliśmy to przede wszystkim w dwóch doskonałych akcjach Milik-Lewandowski-Milik (fatalny strzał tego ostatniego) i Błaszczykowski-Lewandowski-Błaszczykowski (niecelne dogranie na pustaka do Milika, choć chyba Arek powinien być lepiej przygotowany na podanie Kuby). Poza tym jednak – ilekroć Kazachowie próbowali podwajać czy potrajać Lewandowskiego, robiło się miejsce dla skrzydłowych i Milika. Gdyby odrobinę lepszy mecz grał Grosicki – to mogło przynieść kolejne 2-3 gole. Gdyby dośrodkowania nie kończyły się na pierwszym z Kazachów…

Ale dość gdybania. Zalety widać gołym okiem. Sęk w tym, że liczby z naszych ostatnich meczów, ale i szeroko rozumiane „wrażenia artystyczne” nie potwierdzają wyższości gry dwoma napastnikami nad systemem z trójką środkowych pomocników.

Po udanym Euro, gdzie przez cały czas graliśmy w ustawieniu 4-4-2 przyszły eliminacje do Mistrzostw Świata w Rosji. I wygląda to tak:

4-4-2: 3 zwycięstwa, 1 remis
4-2-3-1: 3 zwycięstwa, 1 porażka

Takie liczby naturalnie nic nam nie mówią, więc zerknijmy nieco głębiej.

Przede wszystkim: w 4-4-2, z Milikiem i Lewandowskim w ataku, przeżyliśmy szok na wejściu, gdy nie udało się utrzymać 2:0 na boisku w Astanie. I była to w głównej mierze wina braku skuteczności Arkadiusza Milika, bezlitośnie ostrzeliwującego wszystkie miejsca na stadionie, poza bramką rywali. 4-4-2 graliśmy też z Armenią, wygrywając wyjątkowo szczęśliwie, po golach ze stałych fragmentów gry. Wczorajsze 3:0 z Kazachstanem na papierze wygląda nieźle, ale mecz zapamiętamy raczej jako drogę przez mękę, niż koncertowe poniżenie dwie klasy słabszego przeciwnika. A gdyby jeszcze sędzia uznał bramkę Kazachów? Tak naprawdę więc z czterech spotkań w tym ustawieniu bardzo dobrze zagraliśmy raz – przeciw Duńczykom, gdy po 50 minutach prowadziliśmy 3:0 po show Roberta Lewandowskiego.

A jak graliśmy z samotnym „Lewym” z przodu? Okej, gigantyczna wtopa z Danią, to wiemy, to jest wciąż świeże. Ale wcześniej trzy zwycięstwa: wyszarpane 2:1 w Czarnogórze i dwa najlepsze mecze od czasów Euro, czyli dwa zwycięstwa nad Rumunami. Nawet jeśli założymy, że tutaj również, przede wszystkim na Narodowym, niósł nas na plecach Lewandowski – to i tak lepszy bilans, niż w przypadku meczów z duetem napastników. Może nam więc wydawać się, że naszemu najlepszemu piłkarzowi lepiej gra się gdy część obrońców ściąga Milik, możemy przywoływać różnicę między meczem z Duńczykami na Narodowym a ostatnią kompromitacją w Kopenhadze, ale nie uciekniemy od faktów – w dwóch z trzech najlepszych meczów tych eliminacji, graliśmy w ustawieniu 4-2-3-1.

Szerszy obraz? Niestety, nie jest specjalnie optymistyczny. Śledząc przebieg wszystkich ośmiu spotkań, analizując grę, personalia, sztuczki taktyczne i fortele Nawałki, a nawet personalia dziesięciu piłkarzy operujących za plecami Lewandowskiego – wszystko sprowadza się do błysków poszczególnych indywidualności. Najczęściej Lewandowskiego, nie ma sensu się spierać, który potrafi zrobić coś z niczego, czasami jeszcze Grosickiego czy Błaszczykowskiego. Właściwie nie ma nawet w tym nic złego – Argentyna bez Leo Messiego wyglądała tak tragicznie, że aż trudno uwierzyć, a przecież to państwo z o wiele większą liczbą klasowych piłkarzy grających w najsilniejszych europejskich klubach.

Mamy jednak wątpliwości, co do ustalania samego systemu. Wczoraj przemknęło nam przez głowę – a może nowoczesne 3-5-2, z tyrającymi na bokach wahadłami w postaci Rybusa i Piszczka? Po analizie wyników w każdym z używanych przez Nawałkę systemów nie mamy jednak wątpliwości, jak powinien wyglądać proces wyboru na ostatnie dwa mecze:

„Robert, jak dzisiaj wolisz? Okej, tak będzie”.

Fot.FotoPyK