Image and video hosting by TinyPic
Koledzy z drużyny nacierali się krwią owcy. To miało przynosić szczęście
Weszło Extra

Koledzy z drużyny nacierali się krwią owcy. To miało przynosić szczęście

Przed pierwszym grupowym meczem z Kazachami porozmawialiśmy ze Stuartem Duffem, pierwszym Brytyjczykiem w historii ligi naszych dzisiejszych rywali. Dziś, przy okazji drugiego spotkania z tym rywalem przypominamy wywiad, z którego dowiecie się naprawdę wiele o osobliwych rytuałach przed- i pomeczowych Kazachów. O nacieraniu się krwią, dawaniu w prezencie kawałków owczej głowy i iście sprinterskim tempie wlewania w siebie alkoholu, słowem – o wszystkim tym, czego w wielkiej piłce raczej nie uświadczycie.

***

– Im lepiej było na boisku, tym zabawa była lepsza. Czasami potrafiła przeciągnąć się nawet na kolejny dzień! Mogło się zakręcić w głowie, jak jeden po drugim wznosił za coś toast. A to za zdrowie, a to za powodzenie… Bywało i tak, że przerwy od kieliszka do kieliszka trwały mniej niż minutę, nie było nawet czasu na złapanie oddechu. O zabijaniu owiec na boiskach piłkarskich, krzywdzących stereotypach z Borata i niekończących się toastach. O tym, czy da się grać w 45 stopniach i o tym, dlaczego otrzymanie kawałka zwierzęcej głowy uważane jest w Kazachstanie za wielki honor porozmawialiśmy ze Stuartem Duffem, obecnie piłkarzem szkockiego Cove Rangers, ale i pierwszym Brytyjczykiem, który kiedykolwiek grał w lidze kazachstanu.

Pewnie gdybyś dostawał dolara za każdym razem, gdy słyszysz to pytanie, byłbyś milionerem, ale zaryzykuję – czy Kazachstan faktycznie wygląda jak w filmach o Boracie?

No wyobraź sobie, nie jesteś pierwszym, który o to pyta. Drugim ani trzecim też raczej nie (śmiech).

Tak myślałem.

Wiesz, zanim tam się przeprowadziłem, film o Boracie też był pierwszą rzeczą, jaka przychodziła mi na myśl, gdy słyszałem „Kazachstan”. Ale gdy tam przyjechałem, zobaczyłem jak krzywdzący to był obraz, jak podobny miejscami ten kraj jest do krajów zachodnich i daleki od moich wyobrażeń. No i ludzie – mili, grzeczni, bardzo uczynni. Koledzy w szatni szybko pouczyli mnie też, żebym nie wspominał raczej przy ich rodakach o „Boracie”, bo ludzie odbierają go jako bardzo niesprawiedliwy, czuli się nim mocno urażeni. Trudno im się dziwić, prawda?

No raczej nie jest to film, którym będą się reklamować kazachskie agencje turystyczne…

Właśnie. Dlatego rozumiesz, jak duża jest ludzka frustracja, gdy dostają w twarz takim stereotypem, podczas gdy rzeczywistość jest zupełnie inna. Mało kto jednak sprawdza to osobiście, ludziom łatwo przyswaja się takie obrazki pełne przesady.

Jak to w ogóle się stało, że wylądowałeś w Kazachstanie?

Byłem zaskoczony tą ofertą, to na pewno. Ale wygooglowałem co nieco na ich temat, potem już na miejscu pokazali mi infrastrukturę, miasto – wszystko to wyglądało naprawdę dobrze, profesjonalnie. Jak tylko pojawiłem się tam podpisać kontrakt, to już wiedziałem, że to właściwe miejsce do życia.

W sumie nie bardzo miałeś kogo wypytać, czego się spodziewać.

Można powiedzieć, że byłem prekursorem. Z tego co wiem, to żaden inny Brytyjczyk przede mną nigdy wcześniej nie grał w tamtejszej lidze.

Łatwo ci było się zaadaptować tam, na miejscu?

Ja generalnie jestem osobą z bardzo otwartym umysłem. Największą kulturalną przepaścią był język – niewiele osób mówi w języku kazachskim, 90% ludzi mówi po rosyjsku, za to mało kto po angielsku, co początkowo było dość dużą przeszkodą. Po Kazachach bardzo mocno widać też ich religijność. Tam większość ludzi to praktykujący muzułmanie, czego widok praktycznie na każdym kroku dla mnie było dużą nowością. No i jedzenie. Dla Brytyjczyka, który jest przyzwyczajony do określonych smaków, a które tam nie są uważane za normalne, przejście na tamtejszą kuchnię jest dość… hmm… powiedziałbym, że zaskakujące (śmiech).

Coś jeszcze cię zaskoczyło od razu, gdy tam przyjechałeś?

Wiedziałem, że latem potrafi być naprawdę nieznośnie ciepło, ale nie spodziewałem się, że aż tak.  Większość meczów graliśmy w wieczornych porach, bo w ciągu dnia temperatura potrafi dochodzić do ponad plus 40 stopni. Pamiętam takie spotkanie, które graliśmy praktycznie na granicy z Kirgistanem przy 45 stopniach. Widziałem, że po 60 minutach mało kto był w stanie choćby truchtać po boisku, niektórzy mieli problem z chodzeniem. Co dziesięć minut sędzia musiał robić przerwy na picie, na złapanie oddechu, bo po prostu nie dało się w takim klimacie rozegrać nawet nie 45 minut, a kwadransa bez przerwy. Ale nie mogę narzekać, bo jak tylko się przyzwyczaiłem, to zauważyłem, że moja kondycja stała się lepsza niż kiedykolwiek – właśnie dzięki trudnym warunkom, w jakich odbywaliśmy treningi, w jakich graliśmy spotkania. Trzeba też powiedzieć, że Kazachowie zatrudniają coraz lepszych trenerów, którzy dbają o wysoką intensywność treningów, dlatego można mówić, że trochę im jeszcze brakuje taktycznie czy technicznie, ale fizycznie to już jest najwyższa półka.

Z kolei zimą było potwornie zimno, większość obozów treningowych w tamtym okresie odbywaliśmy w Turcji, bo sezon w Kazachstanie trwa od marca do listopada. Wracamy z jednego z nich do Ałmat, a tam na chodnikach warstwa śniegu gruba na dziesięć stóp! Nie powiem, byłem lekko zszokowany.

af52963eb3ff402daafd7803d33f483f

Słyszałem też o różnych dziwnych rytuałach Kazachów.

O, tak (śmiech). Trochę tego było. Pewnego razu w ramach zacieśniania więzi w zespole poszliśmy razem z szefami klubu, z całym sztabem, z wszystkimi zawodnikami na wielką wystawną kolację. W pewnym momencie kelner przyniósł gotowaną głowę owcy, wyłupił jej oczy i przekazał je osobie, która nosi okulary. Potem odciął jej kawałek ucha i dał komuś, kto gorzej słyszy…

Tobie też coś się dostało?

Tak, dostałem kawałek głowy, mający symbolizować doświadczenie. To w tamtych kręgach jest uważane za bardzo duże wyróżnienie, chociaż muszę przyznać, że czułem się dziwnie, gdy kelner odcinał część dla mnie (śmiech).

Jest też sporo religijnych przesądów dotyczących samych meczów. Zdarzało się, że przed spotkaniem razem z trenerem do szatni wchodził kapłan i oprócz odprawy mieliśmy dodatkowe błogosławieństwo. O, albo wyobraź sobie, że podczas jednego z muzułmańskich świąt, już nie pamiętam dokładnie jakiego, na murawie zabija się w ofierze owcę. Muzułmanie twierdzą, że to przynosi później szczęście w meczu, że dzięki temu w spotkaniach u siebie mogą liczyć na pomoc z niebios. Sporo zawodników podchodzi później też do tej zabitej owcy i naciera się jej krwią po całym ciele, co ma zapobiec kontuzjom.

To nie jest coś, co widzi się każdego dnia na zachodzie Europy.

Ale musiałbyś zobaczyć, jak oni mocno w to wierzą, jaką wagę przykładają do takich rytuałów. Tak ich wychowano. Chociaż zastanawiam się, jak wielkim szokiem byłyby dla nich przenosiny do innego kraju, powiedzmy do Wielkiej Brytanii, gdzie takie rzeczy są postrzegane „troszkę” inaczej.

Podobno po meczach też bywa ciekawie.

To aż tak nie różni się od tego, co mamy w Szkocji czy ogólnie w Wielkiej Brytanii. Piłkarze często zabierają swoje partnerki i wychodzą w miasto. Z tą różnicą, że w Kazachstanie mniej pije się piwa, a więcej wódki. W końcu na ich kulturę duży wpływ miała kultura rosyjska. Oczywiście dużo zależy od wyniku meczu, ale im lepiej było na boisku, tym zabawa była lepsza. Czasami potrafiła przeciągnąć się nawet na kolejny dzień! Mogło się zakręcić w głowie, jak jeden po drugim wznosił za coś toast. A to za zdrowie, a to za powodzenie… Bywało i tak, że przerwy od kieliszka do kieliszka trwały mniej niż minutę, nie było nawet czasu na złapanie oddechu.

Jak w ogóle wyglądają tam stosunki piłkarzy zagranicznych i Kazachów? Tworzą się grupki, czy wszyscy trzymają się razem?

Generalnie zagraniczni gracze trzymają tam ze sobą, a lokalni ze sobą, bo tak jest im na początku najłatwiej. Ale nie ma absolutnie żadnego problemu, by całą drużyną wyjść na kolację czy do baru. Kazachowie nawet do tego namawiają, starają się włączyć w swoje plany również piłkarzy z zagranicy, żeby czuli się tam jak najlepiej. Mnie zabierali do restauracji, do kina, oprowadzali po mieście, pokazywali gdzie można zrobić zakupy. Proste rzeczy, ale dają poczucie jedności, tworzą zażyłość. To później przekłada się na drużynę.

Jak teraz patrzysz na Astanę grającą drugi sezon z rzędu w fazie grupowej pucharów, na inne kazachskie zespoły ucierające nosa mocniejszym ekipom, czujesz swego rodzaju satysfakcję? Jak parę lat temu mówiłeś, że czołowe drużyny stamtąd mogłyby rywalizować o mistrzostwo Szkocji, twoi rodacy pukali się w głowę.

Faktycznie, wtedy ludzie mówili mi: „musisz być szalony, czy ty w ogóle wierzysz w swoje słowa? Nie ma szans!” A ja uparcie twierdziłem, że w Kazachstanie jest pięć-sześć drużyn, które mogą na poważnie grać w Europie. Że potrzebne jest im jeszcze to ogranie, doświadczenie, dalsze inwestowanie w obiekty, w infrastrukturę, mądre zarządzanie, by móc to robić regularnie z dobrym skutkiem. Teraz widać, że tak właśnie się dzieje – Kajrat radzi sobie dobrze w pucharach, Astana dopiero co była w Lidze Mistrzów, a teraz niewiele im brakowało, by symbolicznie wyeliminować w drodze do Champions League Celtic. Zresztą w zeszłym roku mój były zespół Kajrat grał z inną moją byłą drużyną Aberdeen i to drużyna z Ałmat przeszła dalej, więc widzisz, że to nie były puste słowa. Że poziom piłki w Kazachstanie naprawdę poszedł mocno w górę. Zresztą – nie tylko piłki. Prezydent i burmistrzowie miast bardzo dużo inwestują w rozwój sportu, widać że im na tym zależy. Dzieciaki są trenowane przez wykwalifikowanych ludzi od najmłodszych lat, zdecydowanie postawiono na rozwój futbolu, ale też kolarstwa, boksu, pływania czy lekkiej atletyki.

Kazachstan jest jednym z najszybciej rozwijających się państw w tamtym regionie, żyjąc tam przez dwa lata mocno doświadczyłeś tych zmian?

Gdy przyjechałem do Kazachstanu po raz pierwszy, wciąż było widać sporo postsowieckiej architektury. Dużo typowych starych radzieckich blokowisk. Z biegiem czasu wyburzano je jedno po drugim i stawiano nowe centra handlowe, apartamentowce, wszystko o wysokim standardzie. W rok w Ałmatach wybudowano  kilkunastokilometrową autostradę przebiegającą dookoła miasta. Kiedy już Kazachowie zdecydują się na coś, robią to z niezwykłym rozmachem, porządnie i w świetnym tempie, zmiany widać praktycznie jak na dłoni. Zresztą najlepszym przykładem jest Astana – piłkarze, z którymi grałem mówili mi, że dziesięć lat temu w tym mieście nie było praktycznie niczego. A teraz to miasto wygląda jak mały Nowy Jork!

Ten szybki rozwój Astany, a wraz z miastem klubu stamtąd, w który pompowane są duże pieniądze, podsyca rywalizację między Kajratem w którym grałeś, a FK Astana właśnie?

Zdecydowanie. To jedna z najbardziej zażartych rywalizacji, w jakich miałem okazję uczestniczyć. Astana jest klubem „prezydenckim”, dlatego zawsze te spotkania są odbierane jako coś więcej, niż tylko mecz. Pieniądze kontra tradycja. I tak jak Kajrat od początku piłki w Kazachstanie był w czołówce, tak FK Astana to historia podobna do samego miasta – z niczego do wielkiej potęgi. Największym ciosem dla ludzi z Ałmat było oczywiście przeniesienie stolicy do Astany, odebranie tego statusu ich mieście. Możesz sobie wyobrazić, jak wiele społecznych podtekstów ma ta cała rywalizacja.

Czemu po dwóch latach ostatecznie wróciłeś do Szkocji? Czytałem wtedy rozmowę z tobą, mówiłeś że chętnie spróbowałbyś jakiegoś innego egzotycznego wyzwania.

Chciałem zostać w Ałmatach, ale w tamtejszej lidze jest taka zasada, że jeżeli jesteś obcokrajowcem i masz powyżej 30 lat, musisz zaliczyć co najmniej jeden występ w narodowej reprezentacji na przestrzeni dwóch ostatnich lat, by móc dalej tam występować. Mi się to nie udało. Chciałem nadal grać poza granicami kraju, pojawiły się jakieś zapytania z egzotycznych kierunków, ale – no właśnie – tylko zapytania, żadnych konkretów. Więc miałem do wyboru: skończyć karierę albo grać półamatorsko i godzić to z pracą. Wróciłem do Szkocji, gdzie pracuję w firmie paliwowej i godzę to z grą w Cove Rangers.

Ale gdyby pojawiła się oferta gry gdzieś na wschodzie…

To bym ją przyjął! Chyba nie jestem takim typowym Brytyjczykiem, bo cały czas coś ciągnie mnie poza wyspy (śmiech).

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY