Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

93 minuta meczu, w którym dwóch gości wiozło mistrza Polski jak chciało, a Jan Tomaszewski wręczał Złotą Piłkę sztucznej murawie. 93 minuta i kluczowy moment:

DGQI-Z3UMAAPfKB

Siedmiu zawodników Legii na połowie rywala, sześciu podwieszonych bardzo wysoko. Jakakolwiek strata to wielkie ryzyko kontry, a wiadomo jakich idealnych do kontr sprinterów miała Astana.

Mączyński traci piłkę. Robi się tak bardzo przewidywalnie:

Screen Shot 08-03-17 at 09.46 AM

Przy całej aktualnej przeciętności Legii, uważam, że awansowałaby gdyby nie ta katastrofalna szarża z szablą na czołgi.

Swoją drogą, jak bardzo z perspektywy doceniać trzeba takiego Nikolicia. Mistrz efektywności, nie efektowności. Najwięcej pokazywał bez piłki przy nodze, a więc ustawieniem. Ktoś może to deprecjonować, ale przecież piłkarz przez 95% meczu futbolówki nie ma. 95% meczu to dla niego gra bez piłki, dla każdej pozycji znacząca co innego, dla napastnika oznaczająca szukanie luk w systemie. Nikolić umie to doskonale, co teraz pokazuje w MLS, gdzie strzela jak na zawołanie i trafił do All Star Team.

Tak jak Vadisa nie dało się zatrzymać, tak zastanawiam się: czy Niko na pewno był poza zasięgiem? Tak naprawdę Legia zdobyła mistrzostwo bez napastnika, teraz próbowała atakować Ligę Mistrzów bez napastnika. No bez przesady, na Astanę, która naprawdę potrafi murować na wyjeździe? To się musiało skończyć, jak się skończyło – waleniem głową w mur.

Legia zeszłorocznej jesieni w perspektywie to był naprawdę mocny zespół, który niewykluczone, że będzie się wspominać długo. Ciekawe kiedy Legia znowu zmieści w składzie takich kozaków jak Ofoe, Nikolić, Prijović. Dzisiejsza ekipa jest jej cieniem. Być może brakuje im jeszcze zgrania, ale obawiam się, że ta paczka po prostu nie ma tyle umiejętności. Może się okazać, że każdy z wyżej wymienionych na nasze warunki był – przynajmniej na tym etapie rozwoju Ektraklasy – ewenementem.

Tyle dobrego, że niektórym otworzyły się klapki na oczach i zauważyli, że choć Legia ma najwięcej forsy w Polsce, to wcale nie musi się wzmacniać się kadrowo przepuszczając ją na zagraniczne gwiazdeczki.

Ilu zastanawiało się co też robi Magiera, gdy wpuszczał Szymańskiego, a nie Pasquato?

A potem Szymański był najlepszy na boisku.

Mam wrażenie, że kibice Legii odzwyczaili się od myśli, że młody wychowanek może stanowić realną wartość na dziś.

Choć to przecież powinna być naturalna kolej rzeczy.

***

Cieszy mnie ta sytuacja:

Screen Shot 08-03-17 at 09.54 AM

Trener jest najłatwiejszym celem. Najbardziej powierzchowna diagnoza sytuacji – nie idzie, to winny trener. Nie wygraliśmy ważnego meczu, zawalił, jest patałachem. Napastnik nie trafił do pustaka – wina trenera. Nowy zawodnik biega jak baran, bo jeszcze nawet nie pamięta w jakim dokładnie jest kraju – wina trenera. Pomocnik objada się podwawelską zamiast trenować – wina trenera. Transfery dopinane w połowie ważnego meczu – wina trenera.

Generalnie szkoleniowiec nie odpowiada tylko za gradobicie, trzęsienia ziemi i koklusz. Ja bardzo was przepraszam, ale:

kurwa, trenowanie drużyny to nie są Simsy.

Tak byłoby najwygodniej, że jeden facet zapomniał warsztatu. Każdy chciałby w to uwierzyć, że zwalnia się jednego człowieka i wszystko jest pięknie. To wspaniała perspektywa, wizja uniwersalnego panaceum. Ale jeśli ktoś wierzy, że taka sytuacja ma miejsce często, to wierzy w baśnie. Równie dobrze moglibyśmy resztę felietonu poświęcić rozważaniom na wyższość Świętego Mikołaja nad Królikiem Wielkanocnym.

Magiera ma ten sam warsztat co wtedy, gdy wyciągał Legię z kryzysu, każdym pucharowym meczem zaprzeczając słowom Hasiego, który twierdził, że Legia z każdym dostanie 0:6 w cymbał.  Magiera nie robił tego sam, bo odpowiedzialność za sukcesy i porażki spada na niejeden bark, ale o tym wydaje mi się, że kibice pamiętają tylko wtedy, gdy idzie dobrze.

Czysto na rachunek prawdopodobieństwa: co jest realniejsze, że trener pogubił się ze wszystkim z czym mógł, czy okoliczności, na które ma umiarkowany wpływ, nie są tak korzystne jak dawniej? Trener to przede wszystkim pewna myśl, filozofia, długofalowy plan. Jakość trenera definiowana przez wynik w ostatnich dwóch meczach – to relikt lat dziewięćdziesiątych.

Nie jestem za tym, by rozkładać tytanowy parasol ochronny nad szkoleniowcami. Ale jestem za tym, by dokonać wysiłku i poszukać przyczyn kryzysu głębiej, niż rzuconego „to chuj nie trener”. Postarać się realnie zmierzyć na kim ciąży odpowiedzialność. Moim zdaniem doskonale robi to w przypadku Legii ten tekst na Weszło.  Bynajmniej nie żadna laurka dla Magiery, ale – po prostu – to się kupy trzyma. Argumentacja, że Legia przegrała mecz, bo Magiera nadaje się tylko do prowadzenia zespołów w Championship Managerze 01/02, to fantazjowanie.

***

Sandecja miała wnieść do ligi folklor. Na razie wniosła nieprzyjemny ferment rozkładającej się cebuli. Nie jest to winą piłkarzy, nie jest to winą kibiców, tylko sprytnych inaczej działaczy.

Wiem, że Polska to nie Anglia, gdzie menago decyduje o transferach, jak się uprze to zwolni fizjoterapeutkę, ciecia i jupiterozapalacza, a jak się bardzo uprze, to zmieni nawet herb klubu na własną facjatę. Niemniej również w Polsce trener odpowiada za wyniki, powinien więc mieć ważny głos w sprawie kreowaniu zespołu. Na pewno nie powinien dowiadywać się smsem, że na testy przyjedzie zawodnik, o którym jasno wypowiadał się, że go nie chce.

Zrobienie sobie pozytywnego PR-u tanim kosztem – Adu tłukł się do Polski za własne pieniądze – miałoby etyczny sens wtedy, gdyby w zamian otrzymał uczciwą szansę sprawdzenia swoich umiejętności. Działacze, w tym dyrektor sportowy Arkadiusz Aleksander, doskonale zdawali sobie sprawę, że tak nie będzie, bo Mroczkowski nie chciał Amerykanina już pół roku wcześniej.

Po jaką cholerę go więc tutaj ściągali mimo to?

Żeby użyć znanego nazwiska na planszy szachowej wewnętrznej gierki między trenerem, a działaczami? Czy rzeczywiście od początku do końca to miał być promocyjny happening?

Aleksander napisał na Twitterze: „My swój cel minimum osiągnęliśmy już po 5 min jego pobytu w Polsce” i wyszła czysta żenada. Potem dodawał, że sam traktował Adu mega poważnie, chciał dać szansę chłopakowi po przejściach, tak jak Sandecja dała ją wcześniej Gliwie, Janczykowi, Cabajowi.

Nie mam powodu by mu nie wierzyć. Ale skoro wiedział jak podchodzi Mroczkowski do Adu, to wyszło zawracanie Amerykaninowi dupy, połączone z wykorzystaniem go do osobistych wojenek z trenerem poprzez prowokację. Podawanie później dalej na TT artykułów, w których jakiś urzędnik miasta jedzie po Mroczkowskim to wymowny epilog, bo skoro panowie trener i dyrektor strzelają do siebie otwarcie w mediach, to tylko pokazuje to w jaką kabałę dał się wplątać Adu.

Nie cieszy mnie, że za sprawą Sandecji o polskim klubie mówi się na świecie źle. Ale mam nadzieję, że Adu uda się swoją wersję wydarzeń przedstawić w Wietnamie, Nigerii i Kostaryce, bo póki co jeden dzień podkopał jego i tak wątłe szanse na znalezienie klubu, na czym wciąż mu wyraźnie zależy.

Nie zasłużył na to.

Oj, opornie idzie w Nowym Sączu nauka trochę poważniejszej piłki. Na razie zrobili sobie taką reklamę, że bliżej im do Miliardera Pniewy.

Leszek Milewski

Napisz do autora o wyższości Świętego Mikołaja nad Królikiem Wielkanocnym