Image and video hosting by TinyPic
Siedem grzechów głównych Lance’a Armstronga
Inne sporty

Siedem grzechów głównych Lance’a Armstronga

Czy uważasz, że powinieneś wciąż mieć te siedem tytułów?” – zapytał go dziennikarz BBC. – Jeśli wejdziesz na Wikipedię i przeczytasz o Tour de France, przy pierwszej wojnie światowej będzie tam ogromna dziura bez zwycięzców. Kolejna będzie przy drugiej wojnie światowej. I wygląda na to, że była jeszcze trzecia. To był niefortunny czas, straszny czas, ale zawsze musi być jakiś zwycięzca – odpowiedział Armstrong.

Zbrodniarz kolarstwa znów wraca na Pola Elizejskie. Oczywiście tylko duchem, ale jego akurat już nikt nie da rady stamtąd przepędzić. Tak długo bowiem jak będzie istniała Wielka Pętla, tak długo będzie żyła legenda „Bossa”.

***

– Nie będę o nim rozmawiał. Armstrong działa na mnie tak jak, jak zepsute jedzenie – ucina od razu dwukrotny wicemistrz olimpijski Ryszard Szurkowski, zanim jeszcze zdążymy powiedzieć, o czym dokładnie piszemy.

– Moim zdaniem on wygrywał Tour de France nie tylko dzięki dopingowi, bo doping wcale nie daje tyle, ile ludzie sobie wyobrażają. Dla mnie był wielki – mówi otwarcie Dariusz Baranowski, który przez pewien czas jeździł z nim w jednym teamie.

– Kiedy wracał do kolarstwa, cieszyłem się mówiąc, że to wyjątkowy człowiek, który wygrał z chorobą. Na zarzuty dopingowe odpowiadałem, że był przecież kontrolowany bardziej niż Al Capone. Ale kiedy później usłyszałem, jak publicznie przyznaje się do winy, to pomyślałem, że wszyscy daliśmy się oszukać, ja sam też dałem się naciąć. Zaraz potem przyszła jednak myśl, że to może jest ten moment, ten czas, żeby wyczyścić całe środowisko. I to moim zdaniem się udało, skończyły się czasy cyborgów, dziś o wygraną w wielkich wyścigach walczy kilku zawodników – uważa z kolei Czesław Lang, organizator Tour de Pologne.

Te opinie pokazują, jak mętna pozostaje wciąż historia Lance’a Armstronga, obwołanego przecież największym oszustem w historii sportu. Jedni cieszą się, że chwast w końcu został wyrwany, drudzy że agencje antydopingowe na spółkę z mediami ubiły legendę, a jeszcze inni mówią o zwykłym żalu, że kawał historii legendarnego wyścigu – mówiąc kolokwialnie – na ich oczach został spuszczony w kiblu.

I tak już pewnie pozostanie. Tak samo jak anatomia upadku Armstronga pozostanie jedną z najbardziej fascynujących.

***

„Pycha”

To wydaje się aż wręcz niemożliwe. Człowiek, który po wygranej walce z rakiem poprzez własną fundację pomagał chorym ludziom na całym świecie, w sporcie był niemalże tego przeciwieństwem. Na kumpli z napędzanego koksem teamu US Postal nawet nie patrzył z góry, on ich mentalnie terroryzował. Pilnował, żeby żaden z dopingowych trybików nie wyłamał się, tylko pracował najlepiej jak może – czyli na swojego lidera. Mania wielkości, zarozumiałość, przerośnięta wiara we własną wartość i nieomylność – taki był.

Armstrong stworzył wokół siebie strukturę zbliżoną do mafijnej. On był bossem, pozostali kolarze z grupy jego lojalnymi żołnierzami, którzy mieli „brać” i wykonywać polecenia. Każdy wiedział, za co odpowiada. Floyd Landis na przykład (niedoszły zwycięzca Tour de France z 2006 r., został przyłapany na koksie cztery dni po triumfie), który później zeznawał przeciwko Teksańczykowi, opowiadał, że jemu przypadało pilnowanie, czy przygotowana do transfuzji krew była przechowywana w odpowiedniej temperaturze.

Pyszny momentami był nawet podczas słynnego wywiadu udzielonego w 2013 r. w programie Opry Winfrey, kiedy to po raz pierwszy publicznie przyznał się do przyjmowania niedozwolonych środków. Chwilami wyglądał na skruszonego, ale zaraz próbował wybielać się tłumacząc, że padł jednak ofiarą upośledzonych czasów kolarstwa. Chociaż od tamtej pory wywiadów udziela niezwykle rzadko, to kiedy już się zdecyduje, wciąż trwa przy swoim. Jak chociażby wtedy, kiedy przyznał, że gdyby miał raz jeszcze przenieść się do połowy lat 90., postąpiłby prawdopodobnie tak samo. Bo dla niego stosowanie EPO czy przetaczanie krwi gdzieś w przyczepie nie było żadnym dopingiem. To było po prostu „wyrównywanie szans”.

Można powiedzieć, że pycha go ostatecznie zgubiła. Kiedy w 2008 r. ogłosił powrót do peletonu po trzech latach spędzonych na emeryturze, wielu jego najbliższych współpracowników – upaćkanych tak jak on w koksie – odradzało mu ten ruch. I nie tylko dlatego, że był starszy i jego szanse na ósmą wygraną we Francji były już ograniczone. Oni po prostu czuli, że ktoś może zacząć znów kopać w przeszłości. Ale on chciał ponownie się ścigać. Zawody triathlonowe, w których w międzyczasie brał udział, nie dawały mu takiej adrenaliny.

„Chciwość”

Szacuje się, że Armstrong na kontraktach reklamowych zarobił w czasie swojej kariery ok. 120 mln dolarów. Amerykańscy analitycy wyliczyli, że gdyby w 2012 r. nie zdyskwalifikowano go i nie odebrano wszystkich siedmiu tytułów w Tour de France i brązowego medalu olimpijskiego z Sydney, z kontraktów reklamowych mógłby zarabiać teraz nawet 20 mln rocznie. Dzięki pięknej historii o pokonanej chorobie i heroicznym powrocie do sportu, w ciągu dekady wyciągnąłby więc być może nawet 200 mln.

Ale tak się nie stało, bo kiedy tylko gruchnęła wieść o jego końcu, główni sponsorzy momentalnie odwrócili się na pięcie. Zrobiły tak chociażby Radioshack (branża elektroniczna), Anheuser-Busch (browar), ale przede wszystkim Nike, które wykładało na niego kasę przez 14 lat. Sportowy gigant jednak nie tylko mu płacił, bo kiedy było trzeba, wyciągał mu nawet pomocną dłoń w krytycznych sytuacjach. Tak było w 2001 r., kiedy Nike wypuściło reklamę będącą odpowiedzą na podejrzenia dopingowe kierowane w stronę ich pupila. Armstrong mówi w niej: „Wszyscy chcą wiedzieć na czym jeżdżę. Na czym jadę? Na moim rowerze. A ty na czym jedziesz?”. Dziś spot wygląda na kiepski żart. I na nieszczęście dla Nike, wciąż hula po internecie.

Wywiad z 2013 r., kiedy przyznał się do stosowania dopingu, niektórzy odczytali nawet jako próbę ratowania reklamowych resztek. Desperacki krok, żeby pozostali sponsorzy zobaczyli, że chce zacząć wszystko od nowa, że może być jednak wiarygodny. Ale kłopotów i tak nie da się uniknąć. Już 6 listopada ma ruszyć proces, który może ostatecznie pogrążyć Armstronga. Pozwał go rząd Stanów Zjednoczonych, ponieważ to właśnie amerykańska poczta była głównym sponsorem grupy US Postal, na której chwałę (?) kolarz jeździł w latach 1998-2005. Dokładnie chodzi o zdefraudowanie państwowych pieniędzy, bo Postal wpompował w grupę 32 mln dolarów. A że w USA prawo ma dosyć ciekawe interpretacje, rząd może domagać się trzykrotności tej sumy, czyli blisko 100 mln dolarów. Armstrong utrzymuje, że takich pieniędzy nie ma. Zabawne jest jednak to, że wspomniana defraudacja wcale nią nie była, bo jak wyliczono, Postal przez te lata zarobił na promocji kolarstwa więcej, niż na nie wyłożył. Bardziej chodzi więc o obecne straty wizerunkowe.

„Nieczystość”

Słuchając opinii osób, które miały okazję poznać „Bossa”, można odnieść wrażenie, jakby pójście na sportową lewiznę wcale nie było wystarczającym powodem do jego potępienia. Jednym z najczęstszych argumentów jest to, że brudni byli niemalże wszyscy.

Przy takim stanowisku wciąż trawa chociażby Dariusz Baranowski, który w latach 1996-1998 jeździł w US Postal. Przez chwilę był więc kolegą Armstronga, który do grupy dołączył właśnie w 1998 r. po kilku operacjach i cyklach chemioterapii spowodowanych chorobą nowotworową.

Zadzwoniliśmy do Baranowskiego i zapytaliśmy, jakie ma dziś o nim zdanie.

Jak pan go wspomina z tamtych lat?

Przejechałem z nim niewiele wyścigów, bo mieliśmy jednak nieco inne plany startowe. Znam go trochę z zimowego zgrupowania, ale pamiętajmy, że Armstrong nie był wtedy jeszcze zwycięzcą Tour de France. Owszem, miał spore sukcesy, był już przecież mistrzem świata, ale to nie była wielka gwiazda. Nie postrzegaliśmy go wtedy w taki sposób, tylko jako bardzo dobrego kolarza, który zachorował na raka i z nim wygrał. Sam poznałem go w okresie, kiedy dopiero wsiadał na rower po zwalczonej chorobie. Na wszystkich robiło to duże wrażenie, że dał radę. Był całkiem fajnym gościem. Później, kiedy ja jeździłem już w Hiszpanii, a on zaczął wygrywać Tour, zawsze zamieniliśmy ze sobą kilka słów podczas wyścigów.

Ale później przestał być już fajnym gościem.

Moim zdaniem on wygrywał Tour de France nie tylko dzięki dopingowi, bo doping wcale nie daje tyle, ile ludzie sobie wyobrażają.

Dlaczego tak pan sądzi?

Był wielkim kolarzem, miał do tego sportu ogromny talent, zdrowie, szczęście, no a że wybrał jeszcze dodatkowe wspomaganie… Tak czy inaczej, jak wiemy, nie on jedyny brał. Dla mnie cały czas zasługuje na szacunek za to, że siedem razy wygrał Tour de France. Powtórzę raz jeszcze: to na pewno nie była kwestia wyłącznie dopingu, ale też jego wielkiego zdrowia i poświęcenia na treningach. Armstrong przed wyścigiem zawsze spędzał setki godzin w Alpach, Pirenejach, miał przejechane wszystkie etapy, znał dosłownie każdy kamyczek leżący na trasie.

I to, że później odebrano mu wszystkie tytuły, a on sam publicznie przyznał się do dopingu, nie zmieniło pana nastawienia o niego?

Nie.

Naprawdę nie?

Jest to mimo wszystko wielka postać. Powrót po chorobie, działalność fundacji, pomoc innym ludziom – nie można o tym wszystkim zapominać. To jedna z największych osobowości, jakie poznałem w swoim życiu. Nic się nie zmieniło.

„Zawiść”

Bardzo wymownie pokazuje ją jedna ze scen z filmu „Strategia mistrza” w reżyserii Stephena Frearsa, który był opowieścią o życiu sportowca. Armstrong – wtedy już zawodnik Astany – wznowił karierę, aby w 2009 r. ósmy raz stanąć jako zwycięzca na Polach Elizejskich. Ale tym razem już się nie udało, Wielką Pętlę wygrał Hiszpan Alberto Contador, czyli jego ówczesny kolega z grupy.

We wspomnianej scenie Armstrong siedzi w swojej przyczepie obok wieloletniego kompana, dyrektora sportowego Johana Bruyneela. Razem oglądają, jak Contador w rozmowie z dziennikarzami rzuca: „Zostawiłem dla Lance’a trzecie miejsce”. „Trzecie…” – mówi do Bruyneela Amerykanin, który z zawiści prawie płacze. Chwilę później wybucha paranoicznym śmiechem.

Według niektórych plotek – które dziś nie sposób oczywiście zweryfikować – Armstrong podczas tamtego wyścigu miał rzekomo zastraszać Contadora, bo nie mógł przeboleć, że jest od niego mocniejszy.

Co ciekawe, w przywołanym filmie pokazano, jakoby Armstrong wspomagał się transfuzjami krwi także wtedy, po powrocie do peletonu. Trudno oczywiście wierzyć w każde słowo skompromitowanej gwiazdy, ale podczas wywiadu dla Opry Winfrey zarzekał się, że do trzeciego miejsca w Tour de France w 2009 r. dojechał akurat na czysto. Uzasadniał to tym, że w peletonie obowiązywały już wtedy tzw. paszporty biologiczne.

„Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu”

EPO, testosteron, hormon wzrostu, kortyzon, transfuzje krwi – tak wyglądało dopingowe menu Lance’a Armstronga podczas wszystkich siedmiu wygranych edycji Tour de France w latach 1999-2005. „Recepty” wypisywał mu oczywiście dr Michel Ferrari, wieloletni opiekun medyczny kolarza (sam został skazany w 2004 r., pogrążyły go zeznania Filippo Simeoniego). Kilka lat później, w liczącym blisko dwieście stron raporcie Amerykańskiej Agencji Antydopingowej (USADA) będzie można przeczytać m.in. o nocnym przetaczaniu krwi w pokojach hotelowych oraz że podczas niektórych wyścigów doping przemycała Armstrongowi nawet ówczesna żona Kristin.

Amerykanin przez lata był oczywiście poddawany setkom kontroli, ale były one kabaretem. Armstrong był bowiem – dzięki swoim kretom oraz oczywiście pieniądzom – uprzedzany o planowanych wizytach. Dzięki temu miał czas na „przepłukanie” organizmu, aby stężenie badanych substancji nie przekraczało dopuszczalnych norm. Zdarzały się ponoć nawet krytyczne sytuacje, kiedy transfuzje krwi przeprowadzane były jeszcze dosłownie tuż przed wkroczeniem lekarzy do pokoju.

A picture posted by Lance Armstrong on his Twitter account on November 10, 2012 shows him laying on a couch with his seven Tour de France yellow jerseys in the background. The picture was sent to Armstrong's 3.8 million Twitter followers under a message reading "Back in Austin and just layin' around." REUTERS/Lance Armstrong/Twitter/Handout (UNITED STATES - Tags: SPORT CYCLING TPX IMAGES OF THE DAY) NO SALES. NO ARCHIVES. FOR EDITORIAL USE ONLY. NOT FOR SALE FOR MARKETING OR ADVERTISING CAMPAIGNS. THIS IMAGE HAS BEEN SUPPLIED BY A THIRD PARTY. IT IS DISTRIBUTED, EXACTLY AS RECEIVED BY REUTERS, AS A SERVICE TO CLIENTS

Pierwsza bomba została zdetonowana w sierpniu 2005 r., kilka tygodni po siódmym triumfie Armstronga w Tour de France. Wtedy to francuskich „L’Equipe” zamieścił na pierwszej stronie nagłówek „Kłamstwo Armstronga”. Artykuł był efektem dziennikarskiego dochodzenia w sprawie sześciu, jak się później okazało pozytywnych próbek na obecność EPO w organizmie Teksańczyka z wyścigu w 1999 r. I chociaż „Boss” ostatecznie jakoś wyślizgał się z tych oskarżeń (zarzuty odrzuciła Międzynarodowa Unia Kolarska – UCI, bo obecność EPO można udowodnić dopiero od 2001 r.), to był to momenty kulminacyjny. Jednak brał.

– W pewnym momencie ta lampka u mnie też się zapaliła. Szczególnie po jego powrocie do peletonu. Ta dominacja, totalna, przez wiele lat… To było dziwne, bo nie ma nadludzi. Dlatego podoba mi się to, jak teraz kolarstwo się wyrównało. I chyba jest to dowód na to, że jest czystsze. Nie powiem, że czyste – bo jak już kiedyś wspomniałem, sam za żadnego zawodowego sportowca ręki sobie obciąć nie dam – ale na pewno siły się wyrównały – mówi Weszło Adam Probosz, komentator kolarstwa w Eurosporcie.

„Gniew”

Pieprzony, mały troll” – tak nazwał kiedyś Davida Walsha, dziennikarza „Sunday Times”, który ostatecznie go pogrążył. On jako jeden z nielicznych czuł wokół Armstronga smród w 1999 r., czyli już po pierwszym zwycięstwie w Tour de France. Walsh wkrótce stał się jego wrogiem numer jeden. Sam kolarz walczył z nim na różne sposoby. Straszył paragrafami, próbował zdyskredytować go w oczach innych dziennikarzy, szczuł na konferencjach robiąc z niego wariata.

Dziś nie każdy już pamięta, ale Irlandczyk w przeszłości był wprost oczarowany Armstrongiem, uważał go za wielką osobowość i dobry materiał na mistrza. Poznali się w 1993 r., kiedy przez blisko trzy godziny rozmawiali w hotelu pod Grenoble. Dziennikarz zbierał wówczas materiał do książki o Tour de France. Wymyślił sobie, że pokaże wyścig m.in. z perspektywy młodego kolarza. 22-letni Armstrong nadawał się idealnie. No i był wygadany. To była jednak zwykła rozmowa o sporcie, rodzinie, życiu, książkach. Żaden z nich nie miał wtedy prawa podejrzewać, że za kilka lat jeden będzie polował na drugiego. – Kiedyś uważano, że mężczyzna myśli o seksie co siedem sekund, ale według nowszych badań zdarza się to dwadzieścia razy na dzień. Moje myśli krążyły wokół Armstronga z częstotliwością mieszczącą się gdzieś pomiędzy – przyznał potem Walsh, który w 2004 r. razem z Pierrem Ballester wydał oskarżającą kolarza głośną książkę „Tajemnice L.A. Co ukrywa Lance Armstrong”.

Upadły gwiazdor dopiero w 2013 r. – czyli już po dożywotnim zdyskwalifikowaniu go przez UCI – publicznie przeprosił Walsha.

Nastawienie Armstronga do swoich wrogów dosadnie opisała też Juliet Macur w swojej książce „Wyścig kłamstw”. Największy kubeł pomyj wylał oczywiście na swoich dawnych kompanów z US Postal – Floyda Landisa i Tylera Hamiltona – którzy, chociaż sami nie byli święci, zeznawali przeciwko niemu.

W czasie czterech godzin rozmowy, którą przeprowadziłam z Lance’em Armstrongiem w ostatnim dniu jego pobytu w posiadłości w Austin, zdołał sprawić, że przekleństwa przestały robić na mnie wrażenie. Oto upakowana w jednym zdaniu, skrócona kompilacja tego, co miał do powiedzenia na temat swoich starych znajomych, członków rodziny, kolegów z drużyny, dziennikarzy i przedstawicieli organizacji kolarskich. Wśród tchórzliwych ciot znalazły się chwalipięty, kutasy, głupki, kurewskie kapusie, gówniane, słabe, chroniące swoje tyłki skurwysyny, zwariowani, szajbnięci, chorzy umysłowo, zbzikowani, toksyczni psychole, a tak w ogóle to nazwanie Betsy (żona jego byłego kolegi z teamu Frankiego Andreu, która też go oskarżała – red.) dziwką było skrótem myślowym, który miał dać do zrozumienia, że lubi seks, i nie, nie spał z żoną swojego kolegi idioty, chociaż przeszło mu to przez myśl. Dopiero po przejrzeniu notatek zdałam sobie sprawę, jak często Armstrong odczłowieczał bliskich sobie ludzi. Stali się manifestacjami złości Lance’a”. 

„Lenistwo”

Chociaż bardziej pasowałby tu grzech zaniechania.

Amerykańska Agencja Antydopingowa oficjalnie oskarżyła go o stosowanie dopingu w latach 1996-2011 w czerwcu 2012 r. (rok po zakończeniu kariery). Oskarżono go również o zmuszanie do tego innych zawodników i stworzenie całego toksycznego programu. Armstrong nieoczekiwanie poinformował wtedy jednak, że nie zamierza… w ogóle walczyć w sądzie, bo dla niego tematu po prostu nie ma – oskarżenia są bezpodstawne. Chociaż sytuacja stawała się dla niego już coraz bardziej krytyczna – wydawało się, że nie pozostało mu już nic innego, niż przyznać się – on dalej szedł jednak w zaparte. Wciąż przekonywał o swojej niewinności i istnieniu wymierzonego w niego spisku.

W życiu każdego mężczyzny przychodzi taki moment, kiedy musi powiedzieć: wystarczy. Dla mnie ten czas właśnie nadszedł (…) Idę dalej. Mam zamiar poświęcić się wychowaniu piątki moich dzieci, walce z rakiem i staraniu się być najmłodszym 40-latkiem na planecie” – napisał w swoim oświadczeniu Armstrong.

Ale najwyraźniej przeczuwał, że idzie na dno, bo kilka miesięcy później postanowił zrezygnować z funkcji prezesa fundacji, która – to trzeba podkreślić – na walkę z rakiem zebrała w sumie ok. 500 mln dolarów. Były gwiazdor być może wolał odciąć się od swojej inicjatywy, żeby nie legła w gruzach przynajmniej jedna rzecz, która udała mu się od początku do końca.

Po tym, jak nie udało mu się zablokować oskarżeń dopingowych, później już tylko biernie wyczekiwał na wyrok, który musiał nadejść. UCI ogłosiła w końcu, że nakłada na niego dożywotnią dyskwalifikację, odbierając jednocześnie wszystkie tytuły, które zdobył od 1998 r.

Armstrong w sportowych kronikach widnieje więc dziś jedynie jako mistrz świata z 1993 r. Chociaż on sam ma na ten temat zupełnie inne zdanie.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

26 komentarzy do "Siedem grzechów głównych Lance’a Armstronga"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
eneene5

Armstrong to chuj człowiek, ale jednak wybitny kolarz. Sam fakt, że po dyskwalifikacji Armstronga nie przyznano nikomu zwycięstwa w tych latach, jasno pokazuje, ze reszta tez nie byla swieta. On byl najlepszy z koksiarzy, ale gdyby wszyscy byli czyści też pewnie by wygrał. Dyrekcja TdF traktuje go jak tredowatego, ale pewnie cieszą się że był taki ktoś, kto swoją osobowością i stylem jazdy otworzył wyścig na rynek USA. A dla fanów na zawsze będzie tym, który najbardziej kozacko odjeżdżał rywalom. Najpierw spojrzenie, potem stójka na rowerze i tak do mety… chyba tylko Contador ostatnio potrafił tak jeździć. Quintana czy Froome to świetni zawodnicy, ale nie zostajesz kibicem kolarstwa patrząc jak Quintana atakuje i po 50metrach ogląda się czy już wszystkich zgubil:)

Lelumpolelum

No Froome to miał piękne ucieczki na TdF, koleś nie jest specjalnie lubiany, ale moim zdaniem jak na dzisiejsze kolarstwo jeździ ciekawie, może nawet efektownie. W zeszłym roku atakował na zjeździe, na podjeździe i na płaskim też dołożył sekund nad Quintaną, na czasówce również był świetny rzecz jasna. O Quintanie mówi się jaki to góral zajebisty, ale jest nudziarzem, może w epoce po EPOce nie da się jeździć efektowniej, ale Kolumbijczyk przynudza strasznie. Wozi się najczęściej na kole Froome’a nie atakuje, dopiero jak już ma duże straty po czasówkach i odjazdach Brytyjczyka, to coś tam próbuje w trzecim tygodniu, ale to mało. Moim zdaniem nie mam jaj, z czasowcem Dumoulinem przegrał Giro, czy Quintana jest lepszy niż w 2014, rozwinął się?

Dani7

„Dzisiaj kolarstwo się wyrównało i nie ma cyborgów”.
Koledzy mają krótką pamięć i zapomnieli co wyczyniał Froome podjeżdżając pod Mont Ventoux

Kutanoid

Czy koksuje to czas pokaże (albo i nie?), na tę chwilę jest świetnym kolarzem, tytanem pracy co podkreśla wielu jego kolegów i rywali (min. Kwiatkowski). Poza tym widać jak mentalnie jest nastawiony na sukces, widziałeś jak w zeszłym roku zjeżdżał na jednym z etapów ? Pedałował siedząc na ramie, jak to zobaczyłem pomyślałem: świr! https://www.youtube.com/watch?v=I9F3CeGr52w
Albo motyw gdy biegnie pod górę zamiast czekać na nowy rower.

Lelumpolelum

Podobno jednak mniej watów generował niż Armstrong.

LOBO

Nigdy nie czytałem na jakiej zasadzie wykonywane są badania antydopingowe i jak to jest z przechowywaniem próbek. Czy mógłby mi ktoś wytłumaczyć jak to jest możliwe, że przez tyle lat był poddawany badaniom, które nie wykazały nic, a gdy zaczęli do niego się dobierać ww dziennikarze, okazało się, że po otwarciu przechowywanych próbek każda z nich wskazywała na doping?

Lelumpolelum

Chyba postęp technologiczny go załatwił.

LOBO

Jestem przekonany, że to akurat nie miało znaczenia.

Poirot

Podejrzewam, że od 25 lat żaden kolarz nie wygral TDF, Giro lub Vulety będąc czystym. Taki sport. Jak dowiedziałem się, że Lance przyznał się do dopingu nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia. Zaskoczeni mogli być tylko laicy. Armstrong był i pozostanie wielki.

Chopin

A ja mimo wszystko byłem zaskoczony przyznaniem się LA. Pewnie w środowisku kolarskim nikt o zdrowych zmysłach nie wierzył w te jego 7 zwycięstw w TdF, ale jednak opinia publiczna na całym świecie była po jego stronie. Raczej pisano, że „mali ludzi chcą zniszczyć wielkiego herosa”. Mógł zaprzeczać do końca życia, a pomimo dowodów i tak większość by jemu wierzyła.
Pamiętam, że nawet chyba niejaki K. Stanowski jakoś w 2012 roku pisał, że Armostrong to „pieprzony bohater” i w ogóle nie chciał słuchać oskarżeń. Tak myślała większość.

Chopin

Dlatego nigdy nie potrafiłem się jarać ani kolarstwem ani lekkoatletyką ani podnoszeniem ciężarów. To jest wyścig medycyny lub techniki (minisilnicznki itp.).

Pamiętam te lata, gdy LA wygrywał 7 razy z rzędu TdF. Był na ustach wszystkich jako wzór nie tylko sportowca, ale i człowieka. Historia rodem z Hollywood – człowiek, który bliski był śmierci, wygrał z rakiem i powrócił do sportu wygrywając przez 7 lat z rzędu TdF. Każdy bał się nawet we własnej głowie stawiać pytania, czy to aby niezbyt piękne story i czy nie koksował się tak jak wielu innych, już wtedy przyłapywanych. A gdy zdarzał się ktoś jak ten irlandzki dziennikarz kto zadawał pytania to był od razu przez opinię publiczną na całym świecie jako mściwy malutki hejter, który zazdrości wielkiemu bohaterowi.

Nie chcę tutaj wymieniać nazwisk obecnych bohaterów lekkoatletyki i kolarstwa, żeby też nie być uznany za małego trolla, ale wydaje mi się, że za parę lat znowu parę pomników może upaść.

adrian92

W kolarstwie mimo wszystko jednak trzeba mieć też sporo w głowie, bo jednak i etapy i cały tour (na czele z TDF) trochę trwają i trzeba mądrze utrzymywać przewagę jednocześnie zachowując siły w razie gdyby ktoś „doskoczył” w generalce…
Ale wiadomo oczywiście, że łatwiej kombinuje się jak wykiwać współtowarzyszy ucieczki/zachęcić do niej/poprowadzić pogoń jeżeli masz na to siłę, co daje doping.
Co do tego co będzie za kilka lat- ja mam nadzieję tylko że nasi rodacy okażą się czyści, już niczego innego po tym sporcie nie oczekuję…

Black_Kaban

Albo dobry silnik w rowerze….to już był ciężki knockout dla tej pięknej, w założeniu, dyscypliny.

Legionista

siądź na rower, pojeździj, zrób prawdziwy trening to może coś do ciebie dotrze … doping to tylko niewielki dodatek …

Gino Lettieri vel. Wunderwaffe

Polecam ,wspomniany w tekście, film Strategia Mistrza. Świetnie się ogląda i dobrze pokazuje zarówno mechanizmy dopingu, jak i samego Armstronga (doskonała rola Bena Fostera).

mariopiekario

Dokładnie to samo miałem napisać, w kolarstwie do tej pory wszyscy walą po kablach ale klasycznie nikt nic nie widzi.

kibicu

A pamiętam jak Eurosport promował tego typa na swoich antenach. Filmy dokumentalne wywiady itp.. teraz to samo robią z Lindsey Vonn aż do porzygania.

adrian92

Jak w trakcie albo po zakończeniu kariery okaże się że Froome też coś bierze/brał to kończę z oglądaniem tej dyscypliny- szkoda czasu na zastanawianie się kto ma „lepszego lekarza” w teamie. Niestety przez L.A. teraz zawsze będziemy się zastanawiać co do „czystości” poszczególnych zawodników, tym bardziej że nauka idzie naprzód i nie wiadomo czy nie ma już środka, który jest dopingiem, a którego nie uwzględnia jeszcze chociażby znana z wybiórczości i ogólnego burdelu w papierach WADA. Co do L.A.- ten gość czy raczej jego sprawa niemalże rozwaliła całą dyscyplinę, choć (nie jest to żadne usprawiedliwienie) wyjątkiem niestety nie jest :( Powinien zamknąć się raz na zawsze, dobrze że niektórzy ludzie związani z tym sportem stosują wobec niego pewien rodzaj „damnatio memoriae”.

Lelumpolelum

Ja się zastanawiam czy piłkarzy, tenisistów, koszykarzy z NBA też badają tak jak kolarzy. Bo podejrzewam, że nie sądzę. Kolarstwo jest pod antydopingową lupą jak żaden inny sport.

adrian92

Ale ja się z Tobą zgodzę w 100%. „Kolarstwo jest pod antydopingową lupą jak żaden inny sport.”- no właśnie, tym bardziej jeżeli okaże się że ktoś, mimo takich kontroli, bierze coś nielegalnego, to o czym to będzie świadczyć? Wtedy przestanę oglądać ten sport, na razie cieszę się że już lipiec i trwa TDF :)

Taiczo

Ale w sumie o co chodzi??? Całe lata 90-te i w sumie tak do 2010 to czas koksów nie tylko w kolarstwie. Norwescy astmatycy jada na koksach legalnie i mimo, że wszyscy o tym wiedzą to nic się z tym nie robi.
Co do Armstronga i innych z tamtej epoki wszyscy koksowali i to sa fakty, a wiecie czemu koksowali bo MUSIELI!!! Ludzie chcą oglądać szybciej-rekordowo-spektakularnie i tak się działo. Publika na świecie to dostała a potem zdziwko!!! Armstrong mógł się koksować bo pozwolono na to. Musiał mieć super zaplecze w postaci opłacanych lekarzy i ludzi w labo gdzie potwierdzano, ze był czysty.
Nie dziwi was to, ze po tym jak sie przyznał nie miał procesu i nie stracił w sumie nic oprócz tytułów.

Wacław Grzdyl

no w lekkiejatletyce to akurat największy koks był w latach 80-tych, wiele rekordów z tamtych czasów do dziś nie pobitych i nikt się nawet do nich nie zbliża, szczególnie u kobiet

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Ja, Felek

Lance Armstrong nie tylko ćpał, ale wręcz jeździł na elektrycznym motorku! Dla państwowej firmy w USA (poczty). Jako jeden z pierwszych. US Postal to państwowa firma, a Pentagon (DARPA) pomagał technologicznie. Nikt nie wiedział o takich motorkach wcześniej (albo o zdalnym elektromagnetycznym ładowaniu baterii). Wynaleziono technologie dla wojska, a potem używano tego dla chwały sportowej USA. Teraz cały zespół kolarski Angoli jeździ na motorkach. Taki kabaret. Nawet Ruscy i komunistyczne Niemcy takich numerów nie robiły.

Tutaj link. Najpoważniejszy program reportażowy w USA robił śledztwo o motorkach w rowerach. Wszystkiego wprost nie napiszą, ale sugestia jest oczywista. Osoba, która sprzedawała motorki dla US Postal nie mówi wprost w tym programie o Lansie Brojlerze, ale nieoficjalnie już dawno mówiono.

cbsnews. com/news/60-minutes-investigates-hidden-motors-and-pro-cycling/

In France, where cycling is a religion, the newspaper Le Monde said this past December that the timeline of Stefano’s story might implicate Lance Amstrong. Armstrong won his first of seven Tour de France victories in 1999, just a year after Stefano Varjas’ said he sold his first motor. Armstrong denied to the paper ever meeting Stefano in person or putting a motor in his bike.

We asked Armstrong too through his lawyer and he denied ever using a motor and declined an interview.

We contacted Armstrong’s former teammate Tyler Hamilton who has admitted to being part of all the chemical doping by members of the U.S. Postal team. And Tyler told us he never knew of any motors on the team back then.

In order to demonstrate the motors existed as far back as 1998, Stefano Varjas suggested to us that we find a carbon fiber 1999 U.S. Postal Service team bike, the same bike the U.S. Postal team used in the 1999 Tour de France. We bought this bike off the Internet and he installed a motor based on his first design into the bike. He charged us $12,000, saying that covered his costs for the parts and labor.

Żaden_ze_mnie_ekspert

Jeśli ktoś myśli, że te Majki i inni obecnie topowi kolarze nie biorą to jest naiwnym idiota. Kolarstwo to nieludzki sport, jak podnoszenie ciężarów czy strongmani. Amstrong po prostu przestał być wygodny dla kogoś.

blazej przybylowicz

świetny artykuł. Zarówno forma jak i treść.

szkoda, że nie ma wzmianki o tym kolarzu, którego LA gnoił na trasie. Gdy ten chciał się zabrać do ucieczki to zawsze US Postal się zabierali też, dając do zrozumienia, że mogą sobie uciekać, ale bez tego kolarza. (tylko nie pamiętam nazwiska).

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY