Już w lipcu Polska na 6. miejscu w rankingu FIFA. Jak to w ogóle możliwe?
Weszło Extra

Już w lipcu Polska na 6. miejscu w rankingu FIFA. Jak to w ogóle możliwe?

Jedni traktują go zupełnie poważnie, bo i bardzo poważne sprawy od niego zależą – jak podział na koszyki przed losowaniem eliminacji oraz turniejów finałowych mistrzostw świata. Inni się z niego śmieją i pukają się w czoło pytając, jak to możliwe, że Kolumbia jest przed Portugalią i Francją, a Szwajcaria przed Hiszpanią. Fakty są jednak takie, że ranking FIFA ciężko ignorować, tak samo jak fakt, że za chwilę pobijemy w nim absolutny rekord. 6. lipca, kiedy światowa federacja opublikuje kolejne notowanie, zajmiemy w nim szóste miejsce. Innymi słowy, wedle przyjętych algorytmów na przestrzeni ostatnich czterech lat byliśmy słabsi zaledwie od pięciu innych reprezentacji z całego świata. I lepsi od wszystkich pozostałych.

Na oficjalne potwierdzenie musimy poczekać jeszcze półtora tygodnia, bo obecnie wciąż obowiązuje ranking czerwcowy, w którym zajmujemy 10. pozycję:

Jak to w ogóle możliwe, że obecnie jesteśmy na dziesiątym miejscu, a za moment wdrapiemy się na szóste? Zacznijmy od tego, jak działa cały ranking. A to jest bardzo ładnie wytłumaczone na stronach FIFA. Za każdy mecz przyznawane są punkty na podstawie wzoru P = M*I*T*C, gdzie:

M (Match) – określa czy mecz został wygrany (3 punkty), wygrany po karnych (2 punkty), zremisowany bądź przegrany po karnych (1 punkt), czy przegrany (0 punktów).

I (Importance) – to współczynnik rangi spotkania. Rozróżnia się mecz towarzyski (1), eliminacje do mistrzostw kontynentu lub świata (2,5), finały mistrzostw kontynentu lub Puchar Konfederacji (3) oraz finały mistrzostw świata (4).

T (strength of opposing Team) – określa siłę rywala na podstawie rankingu FIFA (od dwustu odejmuje się aktualną pozycję w rankingu). Wyjątkiem jest lider (200) oraz ekipy z miejsc 151. i niższych, które otrzymują minimalną wartość 50.

C (strength of Confederation) – określa siłę konfederacji, na podstawie wyników osiąganych na mundialach. Od 2014 roku wygląda to tak: Ameryka Południowa (CONMEBOL) ma współczynnik 1,00, Europa (UEFA) 0,99, a wszystkie pozostałe 0,85. Jeżeli drużyny z różnych konfederacji grają ze sobą, C jest średnią arytmetyczną ich współczynników.

Tym sposobem wylicza się wynik punktowy dla każdego meczu. Następnie wyciąga się i sumuje średnie arytmetyczne ze wszystkich spotkań z ostatniego roku (waga 1), roku poprzedniego (waga 0,5), roku jeszcze poprzedniego (waga 0,3) i roku jeszcze poprzedniego (waga 0,2).

Zawiłe? Cały algorytm zdecydowanie lepiej pokazać na przykładzie, który przy okazji zobrazuje, w jaki sposób nasza reprezentacja doszła do rekordowych 1319 punktów (jakie uzyska w notowaniu z 6 lipca):

aaa1

Od razu słowo wyjaśnienia – powyższe zestawienie nie uwzględnia meczów eliminacji Euro 2016 z Gibraltarem, bo nasz rywal wtedy jeszcze nie był członkiem FIFA. Natomiast po mundialu w Brazylii zmienił się współczynnik konfederacji dla UEFA, z 1,00 do 0,99. No dobra, skoro formalności mamy już za sobą, przejdźmy do wniosków, jakie można wyciągnąć z punktacji naszej drużyny narodowej. Zacznijmy od tego, że:

MOŻE BYĆ JESZCZE LEPIEJ

To, co nas najbardziej interesuje, to ranking z października tego roku (dokładna data publikacji: 19 października). To właśnie na jego podstawie zostaną rozlosowane grupy na mundialu w Rosji, a siedem najlepszych reprezentacji z rankingu znajdzie się obok gospodarza turnieju w pierwszym koszyku. I jest to o tyle istotne, że tylko skład pierwszego koszyka jest ustalany na bazie rankingu FIFA. Zajmując miejsce ósme można już znaleźć się w czwartym koszyku, bo wtedy decydować będzie geografia. Rzecz jasna najwięcej zależeć będzie od kolejnych meczów eliminacyjnych. Warto jednak zwrócić uwagę, że w listopadzie dojdzie do kilku korzystnych dla nas przetasowań:

– z wyliczeń wypadną ostatnie mecze z kadencji Waldemara Fornalika (m.in. porażki z Ukrainą i Anglią),
– remis z Kazachstanem otrzyma wagę 0,5 (zamiast 1).

Unikając wpadek w końcowej fazie eliminacji jesteśmy więc w stanie dodatkowo umocnić się w rankingu i zapewnić sobie pierwszy koszyk na mundialu (bo jak unikniemy wpadek, to przecież awansujemy, prawda?). Inna sprawa, że przy losowaniu koszyków gdzieś czkawką wciąż będzie nam się odbijać towarzyski remis ze słabiutką Słowenią. Poza tym…

MECZE TOWARZYSKIE SZKODZĄ

Pamiętacie sytuację sprzed dwóch lat? Polska mierzyła się towarzysko z Grecją i już przed spotkaniem było wiadomo, że sam fakt rozegrania tego meczu sprawi, iż Bośnia (która wtedy odpoczywała) wyprzedzi nas w rankingu FIFA, a tym samym tuż przed losowaniem eliminacji do mistrzostw świata zrzuci nas z drugiego koszyka do trzeciego. Sami wtedy rozważaliśmy, czy nie lepiej byłoby dokonać nieprzepisowej liczby zmian, byle tylko ten mecz nie był ostatecznie uznany jako oficjalny.

Finalnie Polska tylko zremisowała z Grecją, co zepchnęło nas za kilka kolejnych drużyn, ale absurd tamtej sytuacji doskonale widać na powyższej grafice. Spójrzcie na zaznaczony okres z wagą 0,3, gdzie średnia arytmetyczna – mimo remisu z Grecją – wyniosła 524 punkty. Jako że potencjalne zwycięstwo dawało wtedy 520 punktów, siłą rzeczy nasz współczynnik musiał się obniżyć. Jakkolwiek spojrzeć, z punktu widzenia rankingu lepiej było wtedy nie grać niż wygrać.

Rzecz jasna wszystko rozbija się tu wokół parametru I, który w przypadku meczów towarzyskich wynosi 1, a w meczach eliminacyjnych 2,5. Tym samym nawet zwycięstwa w meczach towarzyskich punktowane są podobnie, co remisy w meczach o stawkę. Wygrywając ostatnio z Rumunią (46. w rankingu) zarobiliśmy 1143 punkty, a – tu przykład pierwszy z brzegu – wygrywając w sparingu z liderującą w rankingu Brazylią, moglibyśmy zdobyć zaledwie 597 punktów. Innymi słowy, gdybyśmy na przestrzeni ostatniego roku mieli na koncie towarzyskie zwycięstwo z Canarinhos, dziś bylibyśmy niżej w rankingu. Natomiast jedną z odpowiedzi, dlaczego jesteśmy tak wysoko notowani, jest właśnie mała liczba rozegranych meczów towarzyskich. A konkretnie – jeden przez cały ostatni rok. Inna sprawa to…

NIESPRAWIEDLIWOŚĆ RANKINGU

Skoro punktowane są tylko nieprzegrane mecze, to jak może być sprawiedliwie? Awans na wielką imprezę czy nawet zwycięstwo w tejże wielkiej imprezie to wydarzenia, za które nie dostaje się żadnych dodatkowych punktów. Co więcej, porażka Francji w finale Euro sprzed roku oznaczała dokładnie tyle samo, co niedawna porażka Węgrów z Andorą – za oba zdarzenia drużynom po prostu nie przyznano punktów. Nie ma więc znaczenia z kim się przegrywa. A niefortunne 0:1 z mistrzami świata jest mniej warte niż szczęśliwe 0:0 w sparingu z San Marino.

Jeżeli dodamy do tego wspomniany problem nisko punktowanych meczów towarzyskich, otrzymamy prawdziwą odpowiedź na pytanie, skąd tak szokujące rozstrzygnięcia, jakie obserwujemy w niektórych edycjach rankingu. Ale też nie zapominajmy, że…

JESTEŚMY ZAJEBIŚCI

Może i korzystamy z niedoskonałości rankingu FIFA, może też algorytm wydaje się skrojony idealnie pod nas. Ale naprawdę trudno ignorować fakt, że głównej mierze jesteśmy wysoko tylko z jednego powodu – naprawdę dobrze gramy w piłkę nożną. Niedługo z rozliczeń wypadną nam porażki Fornalika w eliminacjach do brazylijskiego mundialu, a jedynym meczem o punkty, w którym nie podbiliśmy sobie rankingu, może być porażka z Niemcami we Frankfurcie z września 2015 roku. Obecnie gramy na tyle dobrze, że jesteśmy bardzo blisko jednego z najwcześniejszych awansów na mundial oraz uniknięcia w nim największych potęg w fazie grupowej. I to jest chyba tutaj najbardziej wymowne.

MICHAŁ SADOMSKI