O rany, nawet w młodzieżówkach dominują kalkulacje…
Weszło

O rany, nawet w młodzieżówkach dominują kalkulacje…

Jesteśmy zniesmaczeni. Młodzi Włosi i Niemcy. Na murawie mnóstwo ludzi, którym wróży się karierę w największych klubach świata, medale w najistotniejszych imprezach i dziesiątki nagród indywidualnych. Wielu z nich potrafi grać w piłkę. Wielu z nich wie już w tak młodym wieku ma spore doświadczenie w rozgrywkach najsilniejszych lig. A jednak, wystarczyło, by wynik 1:0 dla Włochów oznaczał awans dla obu drużyn, by druga połowa zamieniła się w spacerowy hołd dla Arki, Zagłębia, Lechii i Legii. Byle nie zrobić sobie krzywdy, byle nie stracić, byle doczołgać się do 90. minuty i rozpocząć świętowanie awansu.

Ech, nie tak wyobrażamy sobie młodość. Gdzie fantazja? Gdzie lekkomyślność? Gdzie radość? Gdzieś koło 75. minuty Niemcy wyprowadzają atak, przypomnijmy – przegrywają 0:1. Podanie od bramkarza do stopera. Ten do bocznego obrońcy. Znów stoper. Bramkarz. Stoper. Boczny obrońca. Całość trwa dobre dwie minuty, Włosi nie podchodzą do pressingu, Niemcy nie mają zamiaru wyjść z inicjatywą. Czas płynie. Piłka krąży. Marzenia umierają. Kwiaty usychają. Piwo traci smak.

No żenada, po prostu żenada. Wykolegowanie Słowaków przez zimną kalkulację, przez dość haniebną grę na „byle nie zrobić sobie nawzajem krzywdy”.

A szkoda tym bardziej, że przecież przez kilkadziesiąt minut to był naprawdę fajny mecz, szczególnie w wykonaniu Włochów. Pressing już na polu karnym rywali, po czym zresztą padła jedyna bramka – odbiór pod bramką Pollersbecka, błyskawiczne odegranie do Bernardeschiego i pewny strzał zewniakiem. Sporo udanych dryblingów, sporo ciekawej gry kombinacyjnej. Nie było może piłkarskiej jakości, której oczekiwalibyśmy od tak świadomych drużyn – piłka odskakiwała niepokojąco często, zdarzało się sporo niewymuszonych strat czy niedokładnych podań. Mimo wszystko – było tempo, walka, kilka naprawdę interesujących ataków rozpoczynanych przechwytami – ofiarnymi wślizgami Włochów. Wszystko jak ręką odjął zakończyło się koło 70. minuty – gdy dotarł raport z meczu Czechów z Duńczykami o trzeciej bramce dla Danii.

Od tej pory nie było już ani wślizgów, ani strzałów, ani nawet dryblingów. Niemcy przy 0:1 nie tylko zdobywali awans, ale też omijali Hiszpanów – w półfinale jako najlepszy spośród grupowych wiceliderów trafiają na Anglików. Włosi – wyprzedzali Niemców realizując jedyny scenariusz dający im wyjście z grupy – przy remisie dalej zagraliby Słowacy. Cel jest, ale środki… Cóż, trochę mało młodzieżowe, bardziej pasujące do szachistów-weteranów, niż młodzianów z finezyjnymi fryzurami i różnokolorowymi tatuażami na ramionach.

* * *

Mecz Czechów z Duńczykami, rozgrywany nieco w tle szlagieru grupy C, tak naprawdę interesował wszystkich. Meldunków z Tych nasłuchiwali Włosi i Niemcy, nasłuchiwali żywo zainteresowani rozstrzygnięciem Słowacy, a może nawet i Polacy, którzy mogli przecież liczyć, że na Euro znajdzie się drużyna (Dania), która zaliczy słabszy wynik punktowy. Ale tak naprawdę meldunków z tego starcia nie należało nasłuchiwać, bo to zwyczajnie trzeba było oglądać. Na pożegnanie z turniejem – podobnie jak wczoraj Macedonia i Portugalia – obie ekipy zaserwowały nam kapitalne widowisko, które zakończyło się równie efektownym wynikiem 4:2.

Dosyć szybko okazało się, że Duńczycy – po dwóch gładkich porażkach i stracie matematycznych szans na awans – wcale nie zamierzają składać broni. Co więcej, oni byli jak Polska w meczu z USA na mundialu w Korei i Japonii, wyglądali jakby zrzucili z pleców ogromny ciężar i wreszcie grając bez presji mogli pokazać pełnię możliwości. Niby to Czechom zależało na zwycięstwie, spekulowało się nawet, że mogą powalczyć o wbicie rywalowi czterech goli, a tymczasem na boisku dominowała Dania. Po początkowych szachach Skandynawowie regularnie zaczęli stwarzać zagrożenie i mocno zapachniało golem. Było tak:

– W 12. minucie Andersen wypracował sobie dobrą sytuację w szesnastce Czechów i był bliski otwarcia wyniku.
– W 15. minucie Zohore z dogodnej pozycji uderzył w boczną siatkę.
– W 20. minucie Andersen minimalnie przestrzelił, mając przed sobą już tylko bramkarza.

W 23. minucie Duńczycy już się jednak nie pomylili. Zohore zdemolował Lueftnera, potraktował go, jak – nomen omen – młodzieżowca, po czym odegrał do Andersena, który nie miał problemu z umieszczeniem piłki w siatce. I był to gol będący odzwierciedleniem boiskowych zdarzeń, dający jak najbardziej zasłużone prowadzenie. Problem w tym, że utrzymało się ono zaledwie przez cztery minuty, czyli do momentu, w którym kapitalnym wykończeniem popisał się Schick. Dobre mecze mają jednak to do siebie, że na reakcje nie trzeba długo czekać, więc po chwili znowu Dania była na prowadzeniu. Lewym skrzydłem kapitalnie podciągnął Pedersen, a piłkę do siatki z kilku metrów wepchnął rewelacyjny dziś Zohore.

Tak jak po pierwszej połowie prowadzenie Danii było w stu procentach zasłużone, tak na drugą część Czesi wyszli z jednym zamiarem – zagryźć rywala. Na boisku Chory zastąpił Haseka, ale tak naprawdę każdy z naszych południowych sąsiadów wyszedł odmieniony. Oglądaliśmy więc falowe ataki Czechów i rozpaczliwą obronę Duńczyków. Obronę, która po raz kolejny skapitulowała już w 54. minucie, kiedy z najbliższej odległości z głowy strzelił wspomniany Chory. Później mieliśmy jeszcze strzał Jankto w boczną siatkę, ogromne zamieszanie w polu karnym Duńczyków po rzucie różnym oraz efektowną akcję Schicka, zakończoną trochę zbyt lekkim strzałem. Mieliśmy masę dośrodkowań i nieudanych strzałów z dystansu w wykonaniu Czechów. A Skandynawowie? Ograniczyli się się do sporadycznych wypadów pod bramkę rywala. Jeden z nich zakończył się trafieniem na 3:2 (ponownie Zohore), a w doliczonym czasie gry udał się kolejny – tym razem Zohore podawał do Ingvartsena. Innymi słowy, Czesi grali a Duńczycy strzelali. I rozstrzelali rywala 4:2.

Tak naprawdę jednak jesteśmy pod wielkim wrażeniem postawy Danii, która – głównie dzięki Zohore, który zaliczył dwa gole i dwie asysty – wybiła Czechom z głowy marzenia o półfinale. Jeżeli już trzeba się żegnać z turniejem, to najlepiej właśnie w taki sposób. I to także powinni wziąć sobie do serca nasi piłkarze, którzy po swoim ostatnim meczu mieli zupełnie odmienne nastroje.