Cechowała nas pasja. W tym awansie nie ma przypadku
Weszło

Cechowała nas pasja. W tym awansie nie ma przypadku

Marcin Brosz to jeden z największych wygranych wśród trenerów Ekstraklasy ostatnich dwóch sezonów. Obejmował Koronę Kielce w momencie, w którym na kontraktach zostało góra pięciu poważnych piłkarzy, a spokojnie utrzymał się w lidze. Trochę jak MacGyver – z trzech pinezek, sznurka do snopowiązałki i szczoteczki elektrycznej tylko sobie znanym sposobem zbudował helikopter. Gdy okazało się, że pomimo satysfakcjonującego wyniku władze klubu mają „inne wizję budowy drużyny”, nie czekał na ciepłą posadkę w innym zespole Ekstraklasy, a zszedł poziom niżej, by tworzyć od podstaw silny Górnik Zabrze. Efekty? Awans po wariackim sezonie i drużyna, która niewiele wspólnego ma z tą, która spadała z Ekstraklasy. W długiej rozmowie z trenerem Górnika starałem się głównie poznać kulisy tej zakończonej sukcesem przebudowy. 

Pamięta pan, jakie szanse na awans do kolejnej rundy miała Barcelona przed rewanżem z PSG?

Procenty procentami, ale – cytując klasyka – dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe. Pokazaliśmy to.

Muszę odpowiedzieć za pana – mniej więcej takie jak wy na awans do Ekstraklasy na początku maja. Po zaokrągleniu zero procent. 

Okoliczności wywalczenia tego awansu były nietypowe, ale tu nie ma żadnego przypadku. Mieliśmy świadomość tego, jaką pracę wykonaliśmy i liczyliśmy na szybkie efekty. Życie nam to oddało. Wychodzę z założenia, że właśnie tak to w piłce jest – jeśli komuś strasznie zależy, jeśli ktoś wierzy w coś bezgranicznie, to życie oddaje. W ostatnich meczach cechowała nas potężna pasja. Każda kolejna akcja i każda kolejna bramka – nakręcaliśmy się. My dawaliśmy radość kibicom, oni zwracali na energię. I na takim paliwie poszliśmy nieprawdopodobnie mocno.

W końcu mówi pan o emocjach, bo gdy oglądałem magazyn ligowy na Polsacie z pana udziałem i czytałem różne wypowiedzi, to nie wyglądał pan na człowieka, który ma świadomość, że przed chwilą osiągnął coś naprawdę bardzo fajnego. Bardziej: „z lekkim problemami, ale wykonaliśmy plan”.

Pozory. Tak naprawdę chyba dopiero później do nas to doszło, gdy zaczęliśmy spotykać się ludźmi z zewnątrz. Tak przynajmniej było w moim przypadku, bo widziałem na tych twarzach uśmiech niedowierzania, kiwanie głowami i podkreślanie, że to nieprawdopodobne, że udało nam się wrócić z tak dalekiej podróży. W klubie ciężko było o taki dystans. A radość była przeogromna. Mnie najbardziej cieszy, że nie tylko odzyskaliśmy tych kibiców, którzy byli zniesmaczeni po spadku. Zyskaliśmy też nowych, którzy dziś na Górnik patrzą z przyjemnością. Bo taka prawda, że graliśmy dla nich, a nie dla ekspertów, którzy mieli do nas masę zastrzeżeń. Z czasem potrafiłem sobie uświadomić, że tych fajnych rzeczy zrobiliśmy jeszcze więcej. Na przykład korona króla strzelców dla Igora Angulo.

No to już chyba tylko dodatek.

Dodatek, ale dla nas bardzo ważny. Taka regułka, według której pracowaliśmy – jeśli chcemy osiągnąć wymarzony cel, to musimy a) strzelać dwie bramki na mecz, b) tracić średnio pół, c) zmiennicy powinni nam dawać gola co trzeci mecz i d) musimy mieć króla strzelców. Część się udała, chyba najdalej było z jokerami, którzy pomogli trochę w końcówce.

Wracając – puściły panu nerwy na koniec, w meczu z Wisłą wylądował pan na trybunach. Takiego Brosza prawie nie znamy.

Do końca były przeogromne emocje. Gdy patrzę na to na chłodno, wydaje mi się, że w przekroju całego sezonu osiągnęliśmy duży sukces. Pierwsza liga poszła bardzo mocno do przodu. Bardzo! Przez ten rok zobaczyłem, jak zmienia się polska piłka, bo nie wszystko widać z perspektywy Ekstraklasy. W rozgrywki mocno weszła telewizja, infrastruktura wygląda już nieźle, same kluby idą do przodu organizacyjnie, pracują w nich dobrzy trenerzy. Pojechaliśmy na pierwsze mecze i okazało się, że znamy wszystkich piłkarzy. Połowa to zawodnicy z przeszłością w Ekstraklasie, czasami graczy z naprawdę dobrym CV, a do tego bardzo wiele młodych i utalentowanych zawodników. I tak naprawdę na początku zderzyliśmy się ze ścianą.

4 punkty w 6 meczach, bolesne lądowanie na zapleczu.

Tak, to pokazuje w jak ciężkim momencie są kluby po spadku. Przede wszystkim takie z potężnymi oczekiwaniami na barkach, a tak jest w Górniku.

Pojawił się moment zwątpienia i myśli: „w co ja się wpakowałem…”?

Wiedzieliśmy, że będzie ciężko, ale co innego wiedzieć, a co innego zaradzić po wyjściu na boisko. Jednak bez tych trudnych początków nie byłoby dalszego ciągu, bo właśnie wtedy wykonaliśmy ogrom pracy organizacyjnej, takiej trochę niewidocznej.

Ale personalnie postawił pan – z dwoma wyjątkami – na drużynę, która spadła z Ekstraklasy i okazało się, że ci piłkarze nie radzą sobie też poziom niżej.

Pamiętam jak dziś: Kuchta, w obronie od prawej: Matuszek, Kopacz, Szeweluchin, Kurzawa, dalej Danch, Gergel, Grendel, Nowak, Plizga i w ataku Urynowicz. Sam pan widzi, na ostatnie spotkanie dające awans wyszło tylko dwóch z nich. Zespół ewoluował, to była naturalna kolej rzeczy.

Ci piłkarze w większości po prostu rozczarowali i chyba nie ma co ich usprawiedliwiać.

Wiadomo, że wobec zawodników z lepszych CV wymagania są większe, ale mi się podoba właśnie to angielskie podejście i działanie w myśl zasady: „jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”. Od pierwszego meczu z Miedzią tak się rozliczaliśmy. Dlatego ten skład się zmieniał.

Ale odsunięcie Dancha, Plizgi i Kosznika, którzy łącznie mają pewnie z 500 występów w Ekstraklasie, to jednak było tąpnięcie. Wyglądało na jasny sygnał – wprowadzamy nowych, przygotowujemy już grunt pod kolejny sezon.

Nie, to nie tak. Muszę nakreślić tutaj trochę szersze tło. My nigdy nie dzieliliśmy piłkarzy na pierwszy i drugi zespół. Nawet jak graliśmy w Słowenii, to długo zabiegaliśmy o dwóch równorzędnych sparingpartnerów. Ci, którzy byli bliżej jedenastki, zagrali z Celje, a reszta z żadną trzecią ligą, tylko z NK Krską, drużyną o zbliżonym potencjale. I w tym zimowym meczu wygranym 3-0 po prostu zobaczyłem, że ci chłopcy są gotowi. W teorii doświadczeni gracze dają większe szanse na wywalczenie awansu, ale nam z czasem przy ich boku wyrosła grupa, która to udźwignęła. Nie będę wymieniał nazwisk, by kogoś nie pominąć, ale bodaj sześciu z tym piłkarzy kończyło nam rozgrywki. O wszystkim decydowały kwestie sportowe, przyszedł moment, w którym trzeba było podjąć trudną decyzję, ale to zrobiliśmy.

ZABRZE 10.08.2016 MECZ 1/16 FINALU PUCHAR POLSKI SEZON 2016/17: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSZAWA --- 1/16 FINAL OF POLISH CUP FOOTBALL MATCH: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSAW PILKARZE GORNIKA DAWID PLIZGA ARMIN CERIMAGIC MARIUSZ PRZYBYLSKI ADAM DANCH MARCIN BROSZ FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Ale chciałbym, by odniósł się pan do sprawy Adama Dancha, bo to jednak duża postać, jeśli chodzi o klub. Pan przed sezonem powiedział mu, że jak najbardziej widzi go w swojej wizji nowego Górnika. Co się zmieniło? 

Znowu muszę to powiedzieć – jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz.

Mówimy o piłkarzu, który spędził tu 10 lat.

Pewne rzeczy w tej wizji się zmieniły. Adam jest dobrym piłkarzem, ale usiedliśmy, porozmawialiśmy i wyszło nam, że w tamtym momencie musieliśmy podjąć takie kroki. Przemyślana decyzja podjęta na podstawie analizy formy sportowej. Nie chcę urządzać tych personalnych wycieczek. Pamiętam, ile zrobił dla klubu. Cały czas uważam, że miejsce Adama ostatecznie jest w Górniku.

Ale sam sposób rozstania może budzić niesmak.

Tylko czy w takich sytuacjach jest jakiś wzorzec, dzięki któremu wszyscy będą zadowoleni? Chyba nie. A liga pędzi i na nikogo nie czeka.

A zarzuty, które pojawiły się ostatnio i badanie wariografem? Jak pan na to patrzy?

Odpowiadam za kwestie sportowe i mogę powiedzieć, ze Adam na każdym treningu był zaangażowany i pracował bardzo ciężko. Trudno mi się do tego odnosić.

OK, porozmawiajmy o zastępcach jego i innych graczy. Ktoś, kto nie interesował się Górnikiem po spadku, nie pozna tej drużyny. Kilku gości wyciągnął pan jak króliki w kapelusza.

Nie do końca. Weźmy Tomka Loskę. Postawiłem na początku na Mateusza Kuchtę, drugim był Grzegorz Kasprzik. Tomek nie chciał być trzecim, poszedł więc na wypożyczenie do Rakowa, do bardzo dobrego zespołu. Obserwowaliśmy go przez pół roku. Oprócz tego, że zrobił dwa awanse, zaliczył ogromny postęp. Przy naszych problemach postanowiliśmy ściągnąć go z powrotem i dać szansę. Odpłacił się. Reszta to też nie przypadek. Adam Wolniewicz, Rafał Kurzawa, Bartek Kopacz – ci chłopcy zrobili kilka lat temu wicemistrzostwo juniorów starszych z Górnikiem. Jeszcze Sobczak, Kudła, Pietrzak, Michalik, którzy grają w innych klubach. Oni kiedyś bardzo mocno zaufali Górnikowi i chcieli osiągać z nim sukcesy. Ale dostali tę szansę dopiero teraz w ciężkim okresie dla klubu. Dalej: Bartek Olszewski, Bartek Pikul, Wolsztyńscy – oni później walczyli o to, by Górnik tego mistrza w juniorach zdobył. I też czekali na swoją szansę i się doczekali. Wzmocniliśmy to między innymi Igorem Angulo i Danim Suarezem i wypaliło. Był w tym pomysł i konsekwencja. A najlepsze jest to, że wszystko dopiero przed nimi.

Wie pan, ilu piłkarzom w pewnym momencie przed pańską kadencją płacił Górnik?

Nie.

69.

Przygotował się pan.

Po prostu dziwię się, że Górnik ściągał Janoty, nie-Janoty, a pan mi mówi, że piłkarze byli pod nosem.

Czekali na szansę. Ale nie na zasadzie: „ej, chodź, zagrasz sobie”. Oni byli przygotowywani do tego przez pewien czas. Najlepszy jest chyba przykład Adama Wolniewicza, bo to postać z cienia. Obiecujący w juniorach, później był na wypożyczeniach, nosił opaskę w rezerwach, ale miał już 24 lata i ta kariera nie wyglądała tak, jak powinna. Nie wszystko wyszło idealnie, ale wydaje mi się, że w pół roku stał się przyzwoitym prawym obrońcą. Spełniał swoje marzenia z dzieciństwa, więc siłą rzeczy pojawiła się taką naturalna radość i wzięcie odpowiedzialności za klub. Różne są drogi tych chłopaków, w myśl przepisów nie wszystkich możemy nazywać wychowankami, ale z reguły to chłopcy z regionu.

W Koronie wyciągnął pan 200% z Łukasz Sierpiny, teraz mamy podobny przypadek – w pana Górniku gwiazdą jest wyszydzany – również u nas – Rafał Kurzawa.

Rafał Kosznik miał kontuzję, więc Rafał Kurzawa musiał grać na lewej obronie. Mnie serce bolało, bo on ma typowe inklinacje do gry w ofensywie, co traciliśmy, on też szedł tam trochę jak za karę. Ale przez to pół roku bardzo mocno się rozwinął. Po rundzie na obronie stał się dobrym pomocnikiem, 11 asyst to kapitalny wynik. A ma 24 lata i będzie jeszcze lepszy, bo potencjał ma. I my będziemy jeszcze więcej od niego wymagać.

Staje się pan powoli trenerem, który potrafi wycisnąć coś ekstra ze średnich piłkarzy. 

Tak zwyczajnie cieszy mnie obserwowanie postępów na treningach, a to często tylko kwestia tygodni. Ale to oni muszą chcieć. Bo jak ktoś powie: „nie, mi to wystarcza”, to ja nic nie zrobię. A siłą Górnika jest to, że ci chłopcy chcą się rozwijać. Popatrzymy na Bartka Kopacza. Wręcz wymagał od nas, by pracować nad jego rozwojem. Idealnie się wpisywał w nasz pomysł na Górnika – chłopak z regionu, który chce postępu i ma marzenia.

Boli jego strata?

Boli. To jest jeszcze pokłosie lat wcześniejszych i pewnych zaniedbań. Szkoda, ale nie ma co płakać. To znowu szansa dla innych.

Spokojnie reaguje pan na fakt straty najlepszego obrońcy I ligi. Takiej pewności siebie pan teraz nabrał?

To, że grał bardzo dobrze to prawda, ale ja nie mam czasu się rozczulać. Bartek musi dalej pracować nad sobą, a my nad tym, by tę wyrwę załatać. Stąd przyjście Michała Koja. Też tu zaczynał. Daje nam komfort, bo może grać zarówno na środku, jak i rywalizować na lewej obronie. Trenowanie drużyny to nie tylko układanie tych klocków, trzeba się liczyć z tym, że ktoś je może podwędzić i szukać innych.

Igor Angulo to jest jeszcze materiał na gwiazdę ligi czy nie powinniśmy mieć takich oczekiwań wobec 33-latka? 

Ściągaliśmy go w dwóch celach. Pierwszy i kluczowy – strzelanie bramek. Drugi – ci wszyscy chłopcy przed 23. rokiem, od Ledecky’ego po Urynowicza, mieli się od niego uczyć. I tak jak Żurkowski czy Ambrosiewicz na innych pozycjach wypchać ze składu rywala do gry, być dla niego alternatywą. Ale Igor się niesamowicie trzyma! Nie chce odpuścić i to mi się najbardziej podoba, że jak czuje presję ze strony tych młodych, to jest dla nich przykładem na każdych zajęciach.  Przychodzi na nie jako pierwszy. Odkąd tu jest, zszedł z treningu tylko raz z urazem. To bardzo życzliwy facet. Dużo pracujemy z piłkarzami indywidualnie, a Igor stara się poświęcać im swój czas. Zatrzymuje się, pokazuje ruchy. Strzały oddaje jakby od niechcenia, ale ma lepszą skuteczność niż petardy wypuszczane w stronę bramki. Jeden z niewielu piłkarzy w naszej lidze, który już w momencie przyjęcia piłki doskonale wie, co z nią będzie dalej.

W pierwszej lidze takie cuda? Czego się po nim spodziewać? Ma pan porównanie, bo w Koronie pracował pan z Cabrerą, który wyrósł na tę gwiazdę ligi.

Podobni piłkarze. Nawet bardzo. Airam młodszy, ale Igor też ciągle chce grać w piłkę i myślę, że jeszcze nas wszystkich, całą piłkarską Polskę, pozytywnie zaskoczy. Mimo 33 lat na karku to nie jest zawodnik meczowy, on od każdego poniedziałku ciężko pracuje na szansę, więc nie ma sensu zaglądać mu w metrykę.

Zrobił go pan nawet kapitanem.

Pilnie uczy się języka, ale nie tylko. Kluczowe było to, że nie przyjechał tu po to, by odbębnić swoje i wyjechać. Pamiętam, jak wraz z dziewczyną zaczął jeździć po regionie, do Krakowa, do Oświęcimia. Poznawał Polskę, zadawał pytania. Jego dziewczyna chce tu pracować. Co innego zamknąć się w mieszkaniu, a co innego wyjść do ludzi i okazać im szacunek. Wzór. Podobny przypadek to Dani Suarez. Ciekawa postać. Jego brat jest czołowym koszykarzem Malagi, wywodzi się z rodziny sportowej. I z Madrytu, ze sfer, które nie mają najwyższego mniemania o naszym kraju. Natomiast zarówno on, jak i jego rodzice byli zachwyceni atmosferą, żywiołowością dopingu, tym co zastali na miejscu. Był w Realu, miał duże oczekiwania od życia, ale ono tak się potoczyło, że potrzebował szansy, którą mu daliśmy. Chce z niej skorzystać.

Generalnie mieliście teraz naprawdę niezłą skuteczność, jeśli chodzi o zagraniczne transfery, co jest tyle zaskakujące, że nie macie rozbudowanej struktury w klubie. 

Bo trochę inaczej działamy. Niech pan zobaczy na to, co się dzieje teraz. Ja wiem, że każdy chciałby, by nowi piłkarze byli w klubie od pierwszego treningu, ale czasami się nie da. Chcemy teraz wykorzystać to, że byliśmy przez rok w pierwszej lidze. Chcemy dać szansę ludziom stamtąd. Nie jest to proste, bo większe kluby już wzięły kilku ciekawych graczy, ale nam czasami chodzi o ludzi z drugiego i trzeciego szeregu. Przyglądaliśmy się im w meczach i nie tylko, bo również na treningach i nawet poza klubem, gdzie staramy się dowiedzieć tego, jaki mają szacunek do wykonywanej pracy. Tak działamy. To jeden z etapów.

Kielce, 20.02.2016 EKSTRAKLASA PILKA NOZNA MECZ Korona Kielce - Lechia Gdansk POLISH LEAGUE FOOTBALL GAME Korona Kielce - Lechia Gdansk NZ trener marcin brosz coach , sebastian mila , FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 400mm.pl

Ale nowi są wyczekiwani, bo nawet ja w drodze tutaj na górę dwa razy zostałem wzięty za piłkarza!

Wiadomo – to jest Górnik, tu każdy chce widzieć dobrych piłkarzy. I to nadejdzie, natomiast nie zapominamy o tych etapach. Górnik jest dziś klubem śląskich miast, dlatego daliśmy szanse chłopakom stąd, z niższych lig. Przed dwa dni z trenerem Dankowskim, Żurkiem, Kostrzewą, Czopem trenuje 30 chłopaków, którym się przyglądamy. Wszystko w ich nogach. Oglądał pan film „Gwiazdy”?

Tak. 

Wiadomo, że to inne czasy, ale jeśli pan zobaczy, skąd wtedy byli chłopcy, to wyjdzie panu, że ten model ma sens. Kostka – Markowice, Racibórz. Oślizło – okolice Wodzisławia. Latocha – Bieruń. Ten region. Wiadomo, że w tych czasach jesteśmy otwarci, Europa jest zjednoczona i tak dalej, ale mimo wszystko pamiętamy, że można inaczej i warto szukać tutaj.

Czasami takie deklaracje źle się kończą. 

Oczywiście. Dlatego nie zamykamy się na ten jeden sposób budowania drużyny. Będą przychodzili piłkarz z zewnątrz, z innych krajów.

Nie boi się pan, że tego doświadczenia zabraknie? Przez rok średnia wieku drużyny spadła diametralnie, bo o ponad pięć lat. 

Ja jako trener nie dzielę piłkarzy na młodych i starych. Liczy się tylko dobry. Taki, który osiągnie swój cel i pomoże go osiągnąć nam. I tutaj muszę powiedzieć to, co podkreślam na każdym kroku – bardzo mi się podoba Pro Junior System. To nie jest szukanie kwadratowych jaj, tylko prosta sprawa – wstawiasz młodych, masz na nich pomysł, dostajesz nagrodę.

Trochę pokazał pan, że te wszystkie sztuczne limity są bez sensu, bo w pana drużynie potrafiło grać 5-6 młodzieżowców – nie dlatego, że tak trzeba, tylko dlatego, że na to zasłużyli. I oni zrobili awans.

Może nie moją rolą jest to oceniać, ale tak jak wspomniałem Pro Junior System to fajna inicjatywa i tak samo oceniam wszystkie regulacje mające na celu promowanie młodzieży.

Dużo piłkarzy panu odmówiło w czasie tego pierwszego okienka w Górniku? Wiem, że dość mocno się pan zaangażował w przekonywanie ich do swojej wizji.

Były takie przypadki. I to nie tylko jeśli chodzi o zawodników z zewnątrz, ale też stąd. To był ciężki okres dla klubu, ale to już przeszłość. Dziś dajemy szansę rozwoju. To jest bardzo ważne, że zawodnicy ją widzą.

Jaka była pana pierwsza myśl po zobaczeniu terminarza? Pierwszy mecz z Legią…

…później z Jagiellonią, wicemistrzem na wyjeździe, dalej Wisła, a następnie Lechia. Idealnie!

Bo tamci zaangażowani w puchary?

Nie. My się cieszymy z tego, że jesteśmy w Ekstraklasie. Ci chłopcy mają to do siebie, że nie kalkulują. A co dla nich może być lepszego od pokazania się przed takimi publicznościami na samym początku? O to walczyli. To nagroda za awans. Myślę, że bilety na pierwszy mecz rozejdą się godzinę po otwarciu sprzedaży.

Magia Górnika ciągle działa? 

Był moment, jakoś rok temu, w którym wydawało mi się, że nie. Ale teraz myślę, że odbudowaliśmy ten prestiż.

Pan to podkreśla na każdym kroku. 

Bo był czas, w którym przegrywaliśmy tę walkę bardzo mocno. Różne czynniki na to wpływały, tak w życiu bywa. Natomiast dzisiaj jest inaczej, gdy mówi się „Górnik”. Jest łatwiej. Widzę to, czuję. Rozmawiam z ludźmi, nie tylko piłkarzami, i są pod wrażeniem pracy, którą tu wykonaliśmy. Nie tylko z pierwszym zespołem, ale też muszę podkreślić, że osiągnęliśmy sukces we wszystkich grupach młodzieżowych. Naprawdę się z tego cieszymy, bo po spadku pierwszego zespołu nie było łatwo.

PRUSZKOW 21.05.2017 MECZ 32. KOLEJKA I LIGA SEZON 2016/17 --- POLISH FIRST LEAGUE FOOTBALL MATCH: ZNICZ PRUSZKOW - GORNIK ZABRZE 1:2 MARCIN BROSZ FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Nie miał pan większych obaw przed przyjściem do Górnika? Trener Ojrzyński wyliczał kiedyś przykłady fuszerki – jakieś obozy robione w miejscach bez dostępu do boiska i tak dalej. Jak to się mówiło – organizacyjnie Stal Mielec. 

Tym bardziej się cieszę, że zrobiliśmy ten wynik. Widzi pan, gdzie siedzimy, naprawdę dużo pracy jest przed nami, ale już wspólnie powychodziliśmy z pewnych problemów. Bedzie tylko lepiej.

Ale musi pan przyznać, że jest na fali. Znów nieoczywista decyzja o podjęciu pracy w danym miejscu, znów strzał w dziesiątkę.

Miło, że pan tak mówi, ale doskonale wiem, że różnie mogło być, bo to jest tylko sport. W Wiśle Puławy jest bardzo wysoki piłkarz, który nazywa się Jakub Poznański. Jakaś przypadkowa długa piłka na jego głowę w doliczonym czasie gry naszego ostatniego meczu i dziś byśmy pewnie nie rozmawiali.

Doceniam skromność, ale czasami chyba warto odłożyć ją na bok. 

Ale co mam powiedzieć? Mieliśmy pomysł zarówno na Koronę, jak i Górnika. Te pierwsze etapy nam się udały, w Kielcach nie miałem możliwości popracować dalej, ale w Górniku już ją mam i teraz będzie ważny czas, dużo pracy przed nami. Mam – w zasadzie wszyscy mamy – ogromną satysfakcję, że dziś możemy zastanawiać się, jak zagrać z Legią. I w tym kierunku patrzymy, do przodu.

Muszę podrążyć. Wcześniej był pan bez pracy przez 13 miesięcy, więc miał pan dużo czasu na przemyślenia i snucie planów. Mocno rozminęły się z rzeczywistością?

A ja jeszcze raz muszę powiedzieć, że nie patrzę wstecz. Całkowicie szczerze – Górnik ma przeogromny potencjał, muszę się skupić na jego wykorzystaniu, a nie zadowalać się sukcesami, które są tak naprawdę tylko przystankami. Stadion, kibice, historia. Nie wiem, czy zaobserwował pan to w drodze do nas, ale tu wielu ludzi w zwykły dzień chodzi w koszulkach Górnika. Utożsamiają się z tym klubem, od poniedziałku do niedzieli jesteśmy na ich ustach. To potężne wyzwanie sprostać ich oczekiwaniom. To jest to. Jak skończymy wywiad, to zapraszam pana na murawę, pójdziemy wejściem dla piłkarzy. Trzy dni temu było tu przedszkole. Dzieci poznały historię, stadion z perspektywy trybun, ale gdy zeszły do mnie na dół, to stanęły jak wryte, zaniemówiły. Magia. To naprawdę robi wrażenie. Chcę by kojarzono nas z tym, co kojarzy się z Górnym Śląskiem. Mówisz Górnik, myślisz „pracowitość”.

Obaj znamy trenerów, którzy nawet biorąc pod uwagę tę magię, nie zdecydowaliby się na zejście do klubu z I ligi. Nie boi się pan łatki trenera drużyn z niższej półki? 

Każdy z nas musi walczyć z łatkami. Normalne rzeczy. Nie patrzyłem na to w ten sposób, to ciężkie pytanie. W pucharach byłem, chciałbym to powtórzyć, ale marzenia mam znacznie większe. Na tym to polega, trener bez marzeń jest przegrany. Klucz w tym, by cele były trudne w realiazacji, ale do osiągnięcia. Tylko taka konfiguracja pozawala dać z sobie 120%. Tak było z Górnikiem.

Padnie z pana ust jakaś deklaracja przed nowym sezonem?

Chcemy być przewidywalnym klubem.

Hmm… Nie brzmi to elektryzująco.

Może i tak. Ale przewidywalny i transparentnym w tym znaczeniu, żeby pan oglądając mecze Górnika, wiedział, że mamy na tę drużynę swój plan. Że może jeszcze nie wszystko wygląda tak, jak powinno, ale w przyszłości będzie, bo nie zboczymy z tej drogi, którą wybraliśmy. Ten nasz scenariusz jest rozpisany na tygodnie, miesiące i lata. Będziemy go korygować, oczywiście. Ale kierunek się nie zmieni. Jeśli osiągniemy status takiego klubu, to będzie to mój sukces. Tyle. Nie przekonuje mnie szukanie górnolotnych haseł.

Rozmawiał Mateusz Rokuszewski


Fot. FotoPyK, 400mm.pl