Gdy włączam hymn, jestem jak saper
Weszło Extra

Gdy włączam hymn, jestem jak saper

Prawdopodobnie nikt w Polsce nie przesłuchał tylu płyt. Prawdopodobnie nikt inny nie ma aż tak rozległej wiedzy o polskiej muzyce. A już na pewno nikt w tym kraju nie nadawał się bardziej na DJ’a reprezentacji, co Hirek Wrona. Czy puszczanie kawałków podczas meczów to najprostsza fucha świata? Jakim cudem zagranie numeru Darude skończyło się zdjęciem… cycków? Dlaczego podczas meczów reprezentacji z głośników nigdy nie poleci disco polo? O tym wszystkim z Hirkiem Wroną, cenionym dziennikarzem muzycznym i DJ’em polskiej reprezentacji, który właśnie – podobnie jak piłkarze – szykuje się do zagrania meczu z Rumunią. Zapraszam.

Może najpierw ustalmy, czy to pan ma najłatwiejszą pracę w tym kraju. Patrząc okiem laika wygląda to tak: przychodzi pan na mecz, puszcza muzykę, muzyka sobie leci, a potem wszyscy się rozchodzą. Nic prostszego!

I tak, i nie. Tak, ponieważ rzeczywiście jest to praca nieskomplikowana. Przychodzę, włączam muzykę, którą lubię, miksuję ją, co nie sprawia mi żadnego kłopotu.

Tu już pojawia się pierwsza rzecz, której człowiek z ulicy nie zrobi.

Muzyka nie leci też przypadkowo, a w określonej kolejności i jest dostosowana do pory zawodów. Inna jest w momencie, gdy są otwarte bramy, inna gdy ludzie się schodzą, inna gdy mamy wywiad w FanTV, która jest regularną telewizją robioną na stadionie. Jeszcze inna na rozgrzewce, inna w przerwie, inna po meczu. Inna po wygranym, inna po przegranym. To nie jest tak, że przychodzę na stadion i od razu działam. Próby zaczynamy dzień wcześniej. Ceremoniał – czyli ten moment, gdy zawodnicy wychodzą z szatni, ustawiają się na boisku, jest powitanie z sędziami, publicznością i są grane hymny – mamy przećwiczony co najmniej kilkadziesiąt razy. To ja włączam hymny. Pomyłka oznaczałaby totalną katastrofę dla wszystkich. Działam jak saper – raz się pomylę, to wybuchnie. Sprawdzamy to tak dokładnie jak się da. Nie dość, że dostajemy hymny z centrali, to jeszcze dzień wcześniej zawsze przychodzi do nas człowiek z federacji kraju naszego rywala i sprawdza, czy to jest ich hymn i czy wersja się zgadza. Chyba robimy to jako pierwsi w Europie, ale zawsze o to proszę i już wpisało się to w nasz model pracy. Bardzo ważną cechą pożądaną przez Janusza Basałaja była odpowiedzialność za to, co się robi. Trzeba poczuć powagę sytuacji, że stoi się pomiędzy dwoma reprezentacjami – z czego jedna z nich to nasza duma – na stadionie jest 60 tysięcy widzów, a 10 milionów osób siedzi przed telewizorami.

I zwrócone są oczy mediów z całego świata. Jeśli zdarzy się wpadka – wszyscy o tym mówią.

Znamy się z Januszem długo, ale przy moim wyborze nie było żadnego kryterium kumoterstwa. Jak dam dupy to polecę, mam tego świadomość. Dlatego do każdego meczu się przygotowuję, staram się wyspać i iść pełen pozytywnej energii. Razem ze mną pracuje kilkadziesiąt osób. Oni widzą, jak ja się zachowuję i jeśli mam dobry humor, zarażam dobrą energią – wszyscy inaczej pracują. To praca zespołowa. Tutaj nie ma zwycięzców, mogą być tylko przegrani, jeśli coś się nie uda.

Jaką muzykę gra się po otwarciu bram, jaką na rozgrzewce, jaką w przerwie? Gdzie leży różnica?

Gdy ludzie zaczynają wchodzić, stadion jest jeszcze pusty. Narodowy ma to do siebie, że to obiekt typowo sportowy, bo są dwa rodzaje stadionów – stadiony o akustyce muzycznej i sportowej. Przy sportowej dźwięk odbija się w różnych kierunkach, wypuszczony z jednego źródła nie ucieka przez dach czy bokiem, ale hula odbijając się od trybun, sufitu. Robi się kakofonia. Z punktu widzenia człowieka zajmującego się muzyką – dramat. Z punktu widzenia kibiców – coś genialnego, bo nawet kilka tysięcy osób jest w stanie zrobić hałas i tumult. Który rodzaj stadionu lepszy? To trochę wybór pomiędzy kaszanką tradycyjną i kaszanką z wątróbką. Zależy od smaku, upodobań i do czego nam to potrzebne. Z racji, że Narodowy ma taką a nie inną akustykę, gdy ludzie dopiero wchodzą gram spokojniejszą muzykę, by te dźwięki się nie odbijały. Gdy publiczność wypełnia stadion, staje się naturalnym wytłumieniem i mogę sobie pograć troszkę żwawiej i ostrzej. Na rozgrzewce jest już pełny stadion – wchodzi wtedy muzyka, która ma pomóc piłkarzom przygotować się do meczu. Gdy nasi wychodzą, zawsze puszczam „Welcome to the jungle”. Gdy wychodzi drużyna przeciwna – różnie. Sztab szkoleniowy i działacze nie ingerują, co gram, z jednym wyjątkiem. Gdy byli u nas Duńczycy, chciałem im zagrać melodię z „Gangu Olsena”. I wtedy działacz stanowczo zaprotestował, bo z Gangiem Olsena oni utożsamiać się bynajmniej nie chcą (śmiech).

Na Kazachstanie proszę niczego z Borata nie puszczać!

Na Kazachstan chciałem z kolei zapuścić nie piosenkę, a… brodę. W przerwie gram kawałki w zależności od tego, jaka jest sytuacja. Jeżeli nasi prowadzą wysoko i jest zabawa – jest na telebimach kiss cam, reklamy, jest fajnie. Jak jest fifty-fifty – raczej spokojne brzmienia, melodyjnie, nieagresywnie, by nie było szału. Jak przegrywamy – zwykle wyciągam z zanadrza killery typu „Damy Radę” WWO czy „Kochana Polsko” Ostrego. Zazwyczaj puszczam to jak piłkarze wychodzą, by poczuli, że nie tylko trybuny są z nimi. W przerwie gram 2-3 utwory, a mam przygotowanych ich około 50 i wybieram je w zależności od sytuacji. Później gdy kończy się mecz i po przegranej gram coś spokojnego by ludzie się rozeszli, przy wygranej, gdy jest wielka euforia, celebrujemy to utworami typu „Bałkanica”. Po ważnym meczu z Irlandią puściłem „Kocham cię jak Irlandię” i cały stadion odśpiewał, było świetnie. Nie ma niestety utworu „Kocham cię jak Rumunię”, więc teraz może być problem (śmiech).

Musimy też mieć na uwadze, by dostosować muzykę do okoliczności, w których odbywa się mecz. Pamiętam, że reprezentacja grała z Czechami we Wrocławiu zaraz po tragedii w Paryżu. Przed meczem rozmawialiśmy bardzo długo z Januszem Basałajem, czy w ogóle wypada grać jakąkolwiek muzykę. Przekonałem go, by grać, ale spokojniej. Była przez całą imprezę wyłącznie chilloutowa muzyka francuska, piłkarze wychodzili przy utworze Jeana Michela Jarre’a. Dochodzimy do kolejnego elementu, który jest dla mnie prosty, dla innych nie – osłuchanie. Jestem na tyle starym człowiekiem, że miałem możliwość wysłuchania iluś tam dziesiątek tysięcy płyt. Ja to pamiętam, bo pamięć mam jeszcze na tyle dobrą, że te dźwięki wciąż grają w mojej głowie i mogę po nie w każdej chwili sięgnąć. Mam wykupioną bazę około 40 tys. teledysków i 30 tys. płyt, jest z czego czerpać. Komuś się wydaje, że przyjedzie Wrona i zgarnie całkiem niezłą kaskę za puszczenie paru piosenek. Tylko że ta praca trwa naprawdę długo i składa się na nią nieprawdopodobna ilość wiedzy.

20150613_175546

Idąc na mecz ma pan w głowie, że puści to, to i to? Czy dopiero podczas meczu  podejmuje pan decyzję? Na ile jest w ogóle miejsce na spontan?

Mam przygotowany zawsze szkic, natomiast on jest korygowany wydarzeniami na stadionie. Ostatnio na Pucharze Polski była na przykład rozmowa z Januszem Kupcewiczem, bohaterem obydwu klubów. Po rozmowie z nim zagrałem francuską piosenkę. Niewiele osób wyłapało dlaczego, ale to on strzelił decydującą bramkę w meczu z Francją na mundialu w 1982, która nam dała trzecie miejsce. Chciałem go jakoś uhonorować. Bardzo dalekie skojarzenie i nie wiem, ile osób zrozumiało…

I ciekawe w ogóle, czy on sam.

Nie wiem, bo pewnie tego nawet nie słyszał, jak się schodzi z anteny to się nie słyszy tego co dookoła. Staram się muzycznie reagować na to, co się dzieje. W miarę możliwości – by nie przedobrzyć – staram się zagrać „Delilah” Toma Jonesa. Pan wie co to?

Nie, ale planowałem udać, że wiem.

To ulubiony utwór prezesa Bońka.

To pan się podlizuje!

Nie, była świetna sytuacja, gdy zagrałem to przed wyjściem na trening we Wrocławiu. Zibi stał na dole, gdy nasi zaczynali wychodzić i zobaczyłem u niego kciuk w górze. Prezes Boniek wczuł się w sytuację i nagle wyszedł na boisko z piłkarzami i zaczął żonglować z Lewym. Jeden w garniturze, drugi w dresie. To było cudne! Lubię ludzi, którzy potrafią złamać schematy, a Boniek potrafi wejść w interakcję. Więc to nie było podlizywanie, a prowokowanie do pewnych zachowań. Raz się udało i sądzę, że jeszcze się uda (śmiech).

A propos reagowania na sytuacje – miałem ciekawą historię na meczu Polska – Grecja w Gdańsku. Mecz nudny jak flaki z olejem, nikomu się nie chciało biegać. Nawet nie pamiętam, w jakim składzie graliśmy, co mi się rzadko zdarza. Publiczność zimna – niby stadion pełen, a jednak cisza, było słychać z dołu jak piłkarze rzucają kurwami. W drugiej części meczu przeczytałem na Twitterze „Hirek, zagraj Darude”. Za chwilę to samo: „Hirek, zagraj Darude”. Ludzie to jakoś podchwycili i poszła lawina wiadomości. Myślę sobie: dobra, sprawdzę czy mam. Nie miałem, ale szybko kupiłem ten kawałek na angielskim serwisie. Byłem już przygotowany, by go puścić, a pod koniec meczu zobaczyłem wpis „jak pan zagra Darude pokażę cycki”. Mecz się skończył, piłkarze schodzą, ja gram Darude, stadion się cieszy i za chwilę ludzie na Twitterze zaczynają się domagać: „Hirek zagrał Darude, pokazuj cycki!”. I rzeczywiście – jakaś dziewczyna siedząca na stadionie podciągnęła bluzkę do góry, fotka, pyk i na Twittera. Cały Twitter oszalał! Redaktor Stanowski napisał, że po to by zobaczyć fajne cycki, Hirek jest w stanie zagrać nawet „Darude”. Ba, nawet profesor Balcerowicz włączył się w dyskusję. Wszyscy! Wieczór należał do mnie. Z nudnego meczu zrobiła się niesamowita historia.

Numer na miarę cycków

Często ktoś ma takie prośby na Twitterze o konkretny numer?

Non stop!

Swoją drogą to fajne skrócenie dystansu. Nie trzeba dobijać się do DJ’a na stadionie, można po prostu zatweetować.

To jest ciągła interakcja. Ludzie proszą o różne rzeczy, ale co najciekawsze – nigdy nie było prośby o disco polo!

Musiała być, przeoczył pan.

Nigdy! Może fani disco polo nie używają Twittera? Próśb jest dużo i zawsze staram się w miarę możliwości pozytywnie na to reagować. Kibice są tak naprawdę jak słuchacze radia. Inspirują do nowych rzeczy i często podsuwają fajne pomysły. Ja nigdy nie ukrywałem, że korzystam z podpowiedzi słuchaczy czy kibiców, bo ludzie mają olbrzymią wyobraźnię. Generalnie staramy się coraz bardziej włączać kibiców w show. Proszę zauważyć, 4-5 lat temu na mecze reprezentacji – pomijam już, że nie było pełnych trybun, a teraz na Rumunię było zapotrzebowanie pół miliona – ludzie przychodzili dopiero tuż przed meczem. Dzisiaj przychodzą co najmniej godzinę przed rozpoczęciem, bo coś się dzieje, bo jest show, bo jest FanTV, bo można coś wygrać, kogoś spotkać, zobaczyć materiały, wywiady, teledyski, jest co jeść, jest co wypić. Gdyby padało, jest dach i można się schronić przed deszczem. Pomijam już historię z Jeremy Clarksonem kręcącym na Narodowym Top Gear, który zapytał organizatorów, czy znają jakieś żarty na temat stadionu, by mógł to użyć w show. Owczesny dyrektor uczulał wcześniej wszystkich:

– Tylko mi się nie ważcie mówić o basenie narodowym!

Od razu mówili więc, że nic nie ma, nic szczególnego się nie wydarzyło, nuda. Jeremy jednak posprawdzał i drążył:

– A co tam Rio Ferdinand pisał o jakimś basenie narodowym?

No i wtedy nie było wyjścia – potwierdzili i opowiedzieli całą historię. Gdy Clarkson tylko się pojawił na płycie stadionu, przywitał się z publicznością w następujący sposób:

– Cześć basen narodowy!

Czego nie może pan grać oprócz oczywistych przykładów typu rasistowskie piosenki?

Nie ma listy piosenek, których nie mogę zagrać, ale w manualu FIFA i UEFA jest cały rozdział mówiący o tym, jak powinna wyglądać impreza. Najważniejsze założenie – nie można wzbudzać skrajnych emocji, dlatego nie gramy utworów rasistowskich, utworów o treściach narodowo-socjalistystycznych, propagujących komunizm czy jakąkolwiek religię. W Polsce przekłada się to na jeszcze jedną rzecz – gram stosunkowo mało polskiej muzyki. Polacy jak to Polacy  – są mocno podzieleni. Jedni słuchają rocka, drudzy bluesa, trzeci rapu, czwarci disco polo, wszystkim się nie dogodzi. Nie ma czegoś takiego jak artysta poza podziałami. Nawet staram się nie grać Czesława Niemena z racji tego, że jeden z jego utworów jest hymnem jednej z drużyn ligowych. A już na pewno nie zagram „Snu o Warszawie”, to oczywiste. Przed meczem w Krakowie koledzy z Wisły mówili tylko, by nie grać Maleńczuka i Popka, bo to się może źle skończyć.

Maleńczuk od razu kojarzy się z hymnem Cracovii.

Podziały w Polsce są dosyć duże i ja muszę zwracać też na to uwagę, by nie prowokować antyfanów jakiejś muzyki. Mecz reprezentacji Polski jest pokojowy, pozytywny to rodzinne święto. Trzeba zrobić wszystko, by nikt nie poczuł się urażony ani wyróżniony. Dlatego dominuje zagraniczna muzyka.

Jak musi wyglądać polski utwór, by był dobry do puszczenia?

Organek jest fajny, Podsiadło jest fajny. Oni są tacy i nowocześni, i troszkę rockowi, i troszkę popowi, i dynamiczni. W ogóle polscy fani piłki nożnej bardzo lubią polski rap. Robiłem kiedyś akcję z portalem Łączy nas piłka, w ramach której sporządzaliśmy listę polskich utworów i przyszło kilkanaście tysięcy propozycji. Na szóstym miejscu znalazł się utwór Kękę „Młody Polak”. Bardzo się ucieszyłem, bo bardzo Piotrka lubię i uważam go za jednego z najzdolniejszych polskich raperów, ale byłem zaskoczony. Jak się okazuje – niepotrzebnie. Zagrałem potem Sokoła, Ostrego, Kalibra i ludzie to kupili. Mimo że stacje radiowe nie grają polskiego rapu, wszyscy go znają. Na stadionie często zasiadają ludzie, którzy się na polskim rapie wychowali. Podobają im się teksty, bo – nie oszukujmy się – są one o czymś. To nie jakaś beznadzieja typu „Widziałam orła cień”.

Pamięta pan najbardziej absurdalną prośbę kibica?

Może to nie tyle absurdalne żądanie, ale jedna pani chciała się ze mną umówić na randkę. Powiedziała, że jest wierną kibicką i przysłała nawet swoje zdjęcie. Odpisałem, że jestem z tą samą kobietą od 32 lat i jakoś tak nie chcę zmieniać swojego życia. Lubię tego Twittera, lubię internautów, czasami nawet chciałbym, żeby mnie ktoś shejtował, ale nikt nic nie pisze.

Nie ma pan hejterów?!

Właściwie nie. Przypomniał mi się taki mem, fotomontaż oczywiście, gdzie Zlatan siedzi i ma na koszulce „potrzebuję nowych hejterów, bo starzy stali się moimi przyjaciółmi”. Ja starych hejterów nie mam, ale nowych też nie. Staram się ludzi nie obrażać, nie krzywdzić. Chyba ludzie to intuicyjnie czują.

Gdyby pan zaczął puszczać na reprezentacji disco polo, przybyłoby panu hejterów czy wyznawców?

Nie ma takiej opcji, w związku z tym nie ma nawet takiego tematu. Disco polo wywołuje emocje. A tłumaczyłem wcześniej, że ja nie mogę muzyką wywoływać u kibiców skrajnych emocji. Ich emocje to zawody sportowe a nie muzyka na stadionie, więc jest pozamiatane.

Co by się działo, gdyby pan puścił disco polo?

Nie wiem, ale disco polo ma bardzo wielu zwolenników i przeciwników. To tak, jakbym na zmianę puszczał hymn PiS-u i PO. Robią się zamieszki. Zabrania mi tego zdrowy rozsądek i manuale FIFA i UEFA.

A nie jest tak, że disco polo stało się trochę stałym elementem kibicowania?

Nie, nie sądzę. Tak się przyjęło, bo po meczu z Irlandią wszedł do szatni doradca Andrzeja Dudy z telefonem i chłopaki akurat śpiewali „Przez twe oczy zielone”. Wyszło, że są fanami disco polo. A nie są! Gdy poprosiłem piłkarzy o wykaz utworów, które mam grać na rozgrzewce, nie było ani jednego numeru disco polo. Mediom wydaje się, że to dzieci disco polo i to jest tak niesamowicie rozdmuchane… A dla mnie taki temat w ogóle nie istnieje. No ale pan pyta – ja odpowiadam. Poza tym ja nie mam nic do disco polo, ale nie można faworyzować jednego gatunku. Za chwilę odezwie się związek polskich muzyków reagge, zaraz jazzmeni, metalowcy. Zrobi się kocioł nie do opanowania. Dlatego żeby takich emocji nie wywoływać – nie gram disco polo. I to jedyny powód.

Co piłkarze sugerowali na tej liście?

Dużo współczesnej muzyki dance, francuskiej, hiszpańskiej, w zależności od tego, gdzie ci piłkarze grają. „Brytyjczycy” słuchają bardzo dużo indie rocka, brit rocka. Kamil Glik jest fanem hard rocka i heavy metalu. Łukasz Fabiański bardzo lubi Coldplaya. Lewy słucha czarnych brzmień – R&B, rap, tego typu rzeczy. Kapustka słucha polskiego rapu, jest wielkim fanem Ostrego. Kuba także słucha polskiego rapu. Jest wielkim fanem Eldoki, a Eldoka jest wielkim fanem Kuby. Dziś młodzi ludzie nie przywiązują się do gatunku, tylko do fajnych piosenek.

Który reprezentant jest najbardziej świadomy muzycznie?

Nie wiem, bo za mało ich znam, a większości nie znam w ogóle. Z tych, których znam – na pewno Artur Boruc, Łukasz Fabiański i Wojtek Szczęsny, zwłaszcza, że sam gra na fortepianie. Lewy jest bardzo świadomy, ale Lewy w ogóle dużą wagę przywiązuje do swojego wizerunku, którego częścią jest rozwój indywidualny. Stara się poznawać rzeczy ważne, wartościowe, także w muzyce. To są świadomi ludzie. Wiedzą, czego chcą.

 

Kawałek, przy którym wychodzi reprezentacja

Jak się panu podobają polscy kibice? Przez lata utarło się, że mamy słabych piłkarzy, za to kibice to top, ale mam mam wrażenie, że od jakiegoś czasu tendencja się drastycznie odwróciła. Piłkarzy mamy rewelacyjnych, ale atmosfery często zwyczajnie nie ma.

Kibice są super, ale ich rola jest troszkę inna. Ci najbardziej hardkorowi, najwierniejsi, często nie mogą dostać się na mecze, bo bilety są za drogie albo po prostu ich nie ma. Dostają je ci, którzy albo są sprytniejsi, albo mają pieniądze i ten stadion mimo wszystko robi się ciut-ciut cichszy. Czasami potrzebni są tacy piłkarze jak szybszy od wiatru, czyli Grosik, czy Lewy czy Kuba, którzy potrafią podnieść ręce do trybun i zaapelować: „pokażcie, że jesteście!”. Ale to kibicom trzeba pokazać, bo oni sami siedzą i kontemplują.

Wielu kibiców chciałoby coś zaśpiewać, ale nie wie co. Mamy te swoje przyśpiewki „Polska biało-czerwoni”, ale to wszystko strasznie zgrana płyta.

Bo myśmy się tak naprawdę nauczyli śpiewać tylko jednego: „nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. A teraz nie ma okazji!

Piłkarze wszystko popsuli!

Wszystko! Pozbawili naszych kibiców sztandarowej przyśpiewki. Paradoks naszych czasów.

Myśli pan, że osoby, które zaganiają kibiców, zdałyby egzamin?

Zastanawialiśmy się nad takimi wodzirejami. O ile sprawdzają się w klubach, o tyle w meczach reprezentacji musimy być czujni. To są zawody międzynarodowe i bardzo łatwo wpaść pod paragraf mówiący o tym, że się faworyzuje jedną z drużyn. Wiadomo, że DJ jest miejscowy, publiczność miejscowa, przewaga stadionu jest olbrzymia, ale nie możemy zagrzewać do walki jak na meczach siatkówki, a już na pewno nie w czasie meczu. Na pewno PZPN nie może takich kibiców organizować, ale jakby się sami zorganizowali – byłoby super. Jedyne, co mi przeszkadza – to apel do kibiców – że maluje się nazwy miast na flagach. To jest bezczeszczenie, ludzie nie mają w tej świadomości. Konstytucja zdecydowanie określa, czym jest flaga i jak powinna wyglądać. W innych krajach to niedopuszczalne. Dlatego mam taki apel i sądzę, że powinniśmy go podchwycić – nie piszmy po flagach. Powieśmy sobie obok nazwę miasta, napiszmy go na banerze, ale nie na fladze. To niestety typowo polski zwyczaj.

Włączanie hymnu to szczególna chwila?

Magiczny moment. My jesteśmy oczywiście w pracy, ale kiedy jest hymn, wszyscy wstają z krzeseł i stoją na baczność. To jest taka koncentracja… Raz ktoś próbował rozmawiać w reżyserce, ale to był tylko raz. Wszyscy muszą się skupić, by czegoś nie zepsuć. Szczególne są także dżingle po tym jak Polak strzeli bramkę. To takie magiczne momenty, w których ja, moje ręce… O, ten palec dokładnie przyciska. Jedyną wadą jest to, że przez tę koncentrację ja ten mecz przeżywam dopiero, gdy wrócę do domu. Mimo że znam wynik, zawsze oglądam powtórkę i odkrywam mnóstwo nowych rzeczy. Koncentrujemy się także na tym, by po odpowiednim komunikacie od Marcina Sabata zdjąć powtórki z telebimów. To ważne – cały mecz jest na telebimach, ale niektóre powtórki mogą pokazać błąd sędziego i wtedy wszczynają się burdy. Te manuale z FIFA i UEFA pisał jakiś mądry człowiek, one nie są przypadkowe. Dla nas to bardzo duże uproszczenie pracy. To takie smaczki, których musieliśmy się nauczyć pracując ze sobą, dlatego ten team jest wartościowy. Marcin Sabat jest reżyserem całości, Piotr Szefer zajmuje się wszystkimi multimediami i jest spikerem. Wspólnie omawiamy wejścia, koledzy czasem wykorzystują moje doświadczenie telewizyjne. Jesteśmy przygotowani na wariant a, b, c, d, e, f. Pamiętajmy, że żyjemy w czasach, w których imprezy masowe są pod szczególną ochroną. Musimy wiedzieć co robić w przypadku, gdy wydarzy się coś złego.

Jaki ma pan sposób na to, by nie stracić głowy? Wiadomo, jak to jest – mecz reprezentacji, gra o awans, każdy chce wybuchnąć z radości, a trzeba jednak pracować.

(pan Hirek pokazuje na brodę)

Siwa broda. Doświadczenie. To cała odpowiedź. Ileś tam lat byłem wydawcą w Teleexpresie, zagrałem ileś tam imprez w życiu, poprowadziłem ileś audycji w telewizji i radiu, robiłem całą masę koncertów, festiwale w Opolu, Sopocie. Lata doświadczeń, podczas których wykształciła się odporność psychiczna. Ze mnie to wszystko schodzi dopiero po jakimś czasie. Mecz kończy się o 22:45, ale zanim się pozwijam, to w domu jestem koło 2 w nocy i chodzę spać koło 5. Wtedy ze mnie wszystko dopiero schodzi. Albo sobie naleję kieliszek wina, albo obejrzę sobie coś w telewizji. Nie mogę spać.

Pamięta pan swoją najbardziej kryzysowa sytuację live? Możemy wyjść poza piłkę.

Rok 1992, klub Koloseum na Woli. Odbywał się koncert na rzecz Czeczeni, grał zespół Republika. Nadawałem żywca do głównego wydania Wiadomości. Radiowcy mają to do siebie – a ja jestem radiowcem – że muszą się słyszeć. W tej chwili jest cicho, więc słyszę, co mówię, w studiu mam to na słuchawkach. A wtedy ktoś mi puścił przez pomyłkę do słuchawki generator, który mnie ogłuszył. Kompletnie nie wiedziałem, co mówię. Dobrze, że prowadzący Wiadomości się zorientował, że coś nie gra.

– Halo, halo, mamy problem z łączeniem! – padło na wizji i szybko przełączyli, bo to był dla mnie bardzo dramatyczny moment.

Miałem jeszcze jeden, ale to nie był dramatyczny moment dla mnie, ale dla organizatora koncertu Aerosmith, który odbył się 23 lata temu w Polsce. Zaprosiłem muzyków do Teleexpresu, obok ich garderoby był taki postpeerelowski bufet. Pani w poplamionym kitlu, duże garnki, w których w gorącej wodzie pływają mielone – taki kompletny PRL. Steven Tyler i Joe Perry zaciekawili się:

– A co tam jest?

– A nic, taki bar.

– Chodźmy!

Poszliśmy. Od lady odchodził akurat pan, który miał na talerzu ziemniaki, mielone i groszek z marchewką na gorąco. A Steven do mnie, żebym mu to kupił, bo mu mama w przeszłości robiła coś podobnego. Ktoś tam inny wziął schabowego, ktoś herbatę z cytryną, bo byli w szoku, że herbatę się piło u nas w szklankach. Zapłaciłem za nich rachunek. 220 tysięcy złotych, na dzisiejsze to 22 zł. Takie były wtedy ceny. Steven Todd z agencji Odysey która organizowała ten koncert był przerażony, gdy zobaczył ich jedzących w tym barze. Przywiózł im ze Stanów specjalnie cały catering włącznie z wodą, by niczego im nie brakowało, a tu jedzą w lokalnym barze. Cholera wie, czy się zatrują czy nie – był przerażony, dla niego to był dramatyczny moment. Dla mnie nie, bo mam w CV, że zapłaciłem rachunek za Aerosmith. Sądzę, że niewielu w Polsce może się tym pochwalić. I to w setkach tysięcy złotych!

Koncert się odbył?

Tak, odbył się, wszystko było super.

Zastanawia mnie jeszcze jedno – gdy był pan DJ’em w dzikich czasach, przychodził smutny pan w czarnym płaszczu i mówił, co grać na imprezach, a czego nie?

Nie, nigdy. Wszystko można było grać. Nawet w radiu studenckim graliśmy utwory, które były na cenzurze. Pracowałem przez jakiś czas w wytwórni Polton, w pewnym sensie jestem producentem płyty „Spokojnie” Kultu. Chodziłem ze wszystkimi tekstami do cenzury i widziałem, jak to wygląda. Największy problem był z utworem „Polska”, ale zawsze to jakoś przechodziło. Cenzor powiedział mi o jednej zasadzie. Nie walimy w następujące instytucje: kościół, partie, milicja obywatelska, wojsko, inne służby. W tej właśnie kolejności. Czasami czepiali się jakichś słów, ale było pięć tysięcy sposobów na omijanie cenzury. Najlepszym było przyjście o odpowiedniej porze. Gdy przychodziłem o 9:30 to pan, który zaczynał pracę o 9 był już w połowie butelki. I to był najlepszy moment by oddać coś do cenzury.

„Kochana Polsko” Ostrego. Na meczach wchodzi przepięknie

Ile razy po odejściu Aleksa Fergusona myślał pan o rzuceniu swojej miłości do United w – nomen omen – diabły?

Ciężko się kibicuje, ja w ogóle mam ciężki czas, bo i Lakersi, i Manchester United są w odwrocie. Ale to nie jest tak, że chce się to rzucić. Irytuje człowieka, że coś, co było nadrzędną wartością sportową dziś jest dewaluowane przez grupę, która wykorzystuje tę markę do zarabiania pieniędzy. To wszystko stało się wielkim biznesem. Ale nigdy nie przestanę im kibicować, nie ma takiej możliwości. Jestem zwolennikiem teorii, by opierać drużynę na wychowankach. Oni są największą wartością, bo oni chcą grać na śmierć i życie, z pobudek ideologicznych, a nie tylko finansowych. OK, transfer Pogby jeszcze zrozumiem, bo to wychowanek, ale płacenie gigantycznych pieniędzy dla obieżyświatów, dla których to tylko kolejny przystanek w karierze? Przy całej sympatii dla uroku Zlatana – nigdy bym go nie zatrudnił w swojej drużynie. Bardzo go lubię, to świetny sportowiec, świetny człowiek, wielka postać, ale wolałbym postawić na pracę wychowawczą z Rooneyem. Wzmacniałbym klub tylko piłkarzami wartościowymi jak Mata czy Herrera, którzy są tu na śmierć i życie. Mata po swoich wojażach mentalnie odżył w tym Manchesterze, spodobali mu się kibice i to ponure i obleśne miasto stało się jego drugim domem. I tacy powinni grać.

Bardzo łatwo wyczuć u pana tęsknotę za czasami Beckham, Giggsa, Scholesa.

Nie tylko, wcześniej też pojawiali się wychowankowie, którzy byli ikonami. Zostałem w ogóle kibicem Manchesteru po tym jak przeczytałem w 1970 roku o katastrofie w Monachium. Dla mnie Dzieci Busby’ego stały się w ogóle wyznacznikiem mojej drogi życia. Człowiek może upadać wiele razy, ale dopóki żyje – nic nie jest w stanie go zabić. Wiele razy w swoim życiu byłem rzucany na kolana i wydawało się, że to mój koniec zawodowy. Zawsze znajdowałem w sobie tyle siły, by powstać i później robić swoje. Dlatego tak bardzo szanuję ludzi, którzy ciężko pracują, mają takie normalne podejście do życia. Nie znoszę snobów, wielkiego świata, w ogóle nie bywam na salonach. Może dlatego tak dobrze czuję się wśród kibiców reprezentacji, wśród tzw. Januszy? Bo oni są jacy są – bardzo urokliwi. Czasami może mogliby zmienić trochę design, ale oni są fajni, pozytywni, bardzo ich lubię. Tacy są w ogóle Polacy, ale wstąpił w nas jakiś diabeł i mam nadzieję, że te wszystkie podziały są tylko na chwilę. Jesteśmy cudownym narodem. Cudownym!

IMG_7040 (1)

Przeżył pan kiedyś za sprawą Tomasza Kuszczaka spotkanie z piłkarzami United. Takie zbliżenie się bywa dla kibica niebezpieczne. Gdy pewne rzeczy się widzi z bliska – miłość potrafi wygasnąć.

U mnie nic nie wygasło. Tomek z Evelin, jego żoną, zaprosili mnie do Manchesteru. Byliśmy najpierw na meczu, a później w playersroomie. To miejsce na stadionie, gdzie piłkarze spotykają się po meczu z przyjaciółmi i rodzinami. Tam nie ma mediów, nie można robić zdjęć. Stoi się, rozmawia, jest coś skromnego do jedzenia i picia. To było fantastyczne, bo z bliska zobaczyłem swoich bohaterów. Oczywiście nie wszystkich, Scholes nawet nie roztrenowywał się specjalnie po meczu – wsiadał w auto i miał wszystko gdzieś. Jest tak rodzinnym człowiekiem, że to niewiarygodne. Giggs też starał się uciekać i nie był chętny by się udzielać. Cristiano bardzo długo siedział na roztrenowaniu i bardzo starannie do tego podchodził. Zajmowali się nim masażyści, potem była pielęgnacja ciała, włosów, wychodził jako ostatni. Tomek Kuszczak szybko wyszedł z szatni ubrany w cywilki, staliśmy z nim, jego żoną i żoną Edwina van der Sara, która zawołała męża, by przywitał się z jej polskimi przyjaciółmi. Ten zobaczył nas i rzucił:

– Polska mafia!

My oczywiście wszyscy w ryk. Później gdy się dowiedziałem o tej ciężkiej chorobie żony van der Sara bardzo mi było szkoda, bo to przeurocza kobieta. Śmiała się z mojego slangu, bo ja się nie uczyłem angielskiego w szkole, a w Londynie od jamajskich imigrantów, z którymi mieszkałem. Powiedziała mi, że momentami mówię jak boss.

Duży komplement!

Alex Ferguson też miał taki szkocki akcent. Później miałem okazję pogadać z Johnem O’Shea, który jest przeuroczym człowiekiem. Przemknęli się bracia Neville, Anderson – też świetny chłopiec, taki trochę zagubiony. Ci piłkarze byli tacy normalni, fajni. Zrobiłem sobie zdjęcie z Cristiano Ronaldo, które mam do dzisiaj. Wychodziliśmy z bramy i był taki parking, przy którym fani czekali na autografy. W pewnym momencie wyszła mafia Schmeichelów. Stary, średni i najmłodszy, który wtedy grał w City. Od razu powiedziałem:

– Dzień dobry!

– O, dzień dobry. Polak tutaj?!

Tomek zaprosił ich i porozmawialiśmy, Peter poklepał po plecach, z młodym przybiłem piątkę. Gdy Peter się pojawił, kibice zaczęli go wołać o autograf. Za nim poszedł Tomek i van der Sar. Pomyślałem sobie wtedy, że to jedyny moment, w którym mogę zrobić z całą trójką fotkę. Złapałem ich za rękawy i dziś mam zdjęcie z Kuszakiem, Schmeichelem i van der Sarem. Fota mojego życia. Później spotkaliśmy się w restauracji i tam już w ogóle było zabawnie. Przy stoliku obok siedział Sven-Goran Eriksson, piłkarze City, Evra z kumplami, którzy wyglądali jak mafia z Marsylii, Nevile z małżonką. Tylu piłkarzy w jednej knajpie. Jeszcze raz Tomek – dzięki wielkie!

obrobione

Mało kto o tym wie, ale było blisko, by grę tych piłkarzy, o których mowa, pan… komentował.

Był taki moment, tuż po tym jak w Teleexpresie wypuściłem Run DMC. Ówczesny szef wezwał mnie na dywanik i powiedział, że to mój koniec, bo zrobiłem coś, czego jego matka nie może znieść. Spotkałem Janusza Basałaja, który wówczas był szefem redakcji sportowej C+, nasze redakcje były od siebie o 600 metrów. Mówił, żebym przyszedł i komentował ligę angielską. Zgodziłem się. Pewnie wszystko doszłoby do skutku, gdyby w Teleekspresie sytuacja nie powróciła do normy. Pozostałem w starej redakcji, priorytetem było dla mnie dziennikarstwo muzyczne.

Odnalazłby się pan w tym?

Nie wiem. Dziś już jestem stary, ale nie chciałbym umierać jak niektórzy komentatorzy piłkarscy (śmiech).

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

fot. archiwum prywatne

***

Sprawdź poprzednie odcinki cyklu.

Czy jeden do snu komuś zaszkodził? Co odpowiedział Kowal, gdy doktor powąchał co ma w szklance? Jak Jerzy Podbrożny wymiatał na boiskach A-klasy? Pięćdziesiątka na karku, ale gdyby zdrowie pozwoliło, do dziś nie skończyłby kariery.

z1I2EPg-835x420

Był ostatnio u nas na stronie wywiad Krzyśka Stanowskiego z Andrzejem Bargielem i Bogusławem Leśnodorskim o wyprawie na K2. Jeśli chcecie bliżej poznać Jędrka – tu duży wywiad, jakiego nam udzielił tej zimy. Pod lawiną czujesz się tak, jakby cię zalewali betonem. Powoli odpływasz…

FSZGo7B-835x420

Derby gminy czy derby Madrytu? Czy warto jechać 300 kilometrów na A-klasę? Dlaczego derby Belgradu stają się powoli komercją i jak wygląda ich wygasający klimat? O tym wszystkim opowiada groundhopperka, Zuza Walczak. Wolę derby gminy niż derby Madrytu. Co mnie interesuje jakiś Madryt?

aMGTqtg-835x420