Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Z ustawianiem meczów kibice na co dzień mają wielki problem – w czym zresztą nic dziwnego. Natomiast zdarza się też od święta, że sami zabawiają się w małych fryzjerów i wtedy nie tylko korupcją przestają gardzić, lecz stają się jej inspiratorami. Żądają wręcz: ustawcie mecz!

Dochodzą głosy, że Zagłębie Lubin ma przegrać z Arką Gdynia w ostatniej kolejce. Dość łatwo natrafić na wypowiedzi fanów z Lubina, którzy tego właśnie oczekują od swoich zawodników: porażki. Przypomina to sytuację, gdy zawodnikom Górnika Zabrze zakomunikowano, iż mają przerżnąć z Lechem Poznań, tyle że teraz w grę wchodzi „przyjaźń” (tylko w polskim futbolu to piękne słowo ma aż tak patologiczne znaczenie, pod każdym względem). Fani Zagłębia tak bardzo „przyjaźnią się” z Arkowcami, że nie wyobrażają sobie zwycięstwa swojej drużyny. Na Twitterze jeden kibic napisał do drugiego: „Bo? Jaki masz problem? Ja jako kibic Zagłębia życzę sobie, żeby piłkarze przyjaciołom odpuścili i w sumie chuj ci do tego”.

Jeśli piłkarz specjalnie przegrał, bo tego wymagali od niego starsi koledzy z zespołu – oj, jest gnidą bez honoru, mógł zrobić to, tamto, zamknąć się w kiblu, zjeść surowego ziemniaka itd. Jeśli piłkarz wziął udział w zrzutce, bo trener ją zarządził albo dlatego, że po prostu wszyscy się zrzucali i nie chciał być odszczepieńcem – na stos z nim. Ale zastanawiam się, jak co niektórzy zinterpretowaliby sytuację, w której zawodnik celowo przegrywa, ponieważ w zespole rywali gra jego wielki przyjaciel? Przecież przyjaźń to przyjaźń, prawda? Kibic oczekujący, że nikt nie zrobi krzywdy jego „przyjaciołom”, powinien być wyrozumiały, gdy ktoś kieruje się takimi samymi romantycznymi motywacjami.

– Przepraszam kibiców, ale w przeciwnym zespole gra mój przyjaciel i po prostu musiałem ułatwić mu zdobycie trzech goli. Obserwował go przecież zagraniczny klub – mówi piłkarz, a wszyscy wokół przyjmują to usprawiedliwienie ze zrozumieniem. „No tak, Piotrek, wiadomo. Przyjaźń! Ty o nic nie walczysz, a on ma szansę na transfer”. I rozchodzą się do domów, by wspólnie jeść popcorn i oglądać serial „Przyjaciele”.

Stop.

Sytuacja jest niesympatyczna z wielu powodów i praktycznie wszyscy znaleźli się po szyję w gównie, a może być tylko gorzej.

Czy Arka Gdynia jest w stanie uczciwie wygrać w Lubinie? Oczywiście, że jest – tak jak wcześniej była w stanie uczciwie wygrać z Lechem w finale Pucharu Polski. Owszem, potrzeba do tego trochę szczęścia, ale w każdy weekend w futbolu zdarza się ze sto większych sensacji. Tymczasem atmosfera wytworzona wokół tego meczu sprawia, że piłkarze Arki zostali odarci z godności sportowców. Oni zwyciężyć z innym zespołem z grupy spadkowej mogą tylko wówczas, gdy ten zespół ordynarnie się podłoży. I nawet jeśli wygrają całkowicie uczciwie, ludzie w całej Polsce powiedzą – teatrzyk! Gdynianie w oczach opinii publicznej mogą być więc tylko żałosnymi karykaturami piłkarzy, jeśli wygrają załatwiony mecz, albo jeszcze bardziej żałosnymi karykaturami piłkarzy, jeśli nie wygrają załatwionego meczu. Nie jestem pewny, czy takie prezenty daje się „przyjaciołom”.

Czy Piotr Stokowiec może wyjść z tej sytuacji z twarzą? O ile nie wygra, będzie mu bardzo trudno. Chodzą głosy, że miałby wystawić w ostatniej kolejce juniorów. Rzecz jasna będzie mógł powiedzieć, że ostatnia kolejka to dobry moment, by sprawdzić młodzież, ale jeszcze bardziej rzecz jasna zostanie uznany wówczas za pajaca. W teorii on naprawdę mógłby mieć taki plan – sprawdzić rezerwy – ale atmosfera wokół spotkania sprawia, że jeśli to zrobi, będzie kimś kto ręcznie majstruje przy tabeli ekstraklasy i sprzeniewierza się roli szkoleniowca. Jeśli chce więc zachować godność, musi wystawić optymalny skład, nawet jeśli początkowe plany miał inne. W przeciwnym razie nie pomoże nawet utylizacja wszystkich ubrań, by pozbyć się smrodu.

Czy juniorzy Zagłębia Lubin są w stanie pokonać Arkę? Hmm, wydaje się, że Arkę jest w stanie pokonać każdy, więc juniorzy Zagłębia również. Pewnie nie byliby faworytami, ale – raz jeszcze to napiszę – w każdy weekend w futbolu zdarza się sto większych sensacji. Problem w tym, że ci juniorzy mogą zostać potraktowani jak śmiecie: oni sami wyczuwają, że ich jedyną rolą jest wyjść na boisko i przegrać. Nie dostają więc szansy, nie mają niczego udowodnić, są zwykłym mięsem armatnim. Rzuca się ich na rzeź z nadzieją, że będzie faktycznie rzeź. Trudno o bardziej podłą zagrywkę wobec chłopaków, którzy mają swoje ambicje, marzenia, dla których Zagłębie mogło być czymś więcej niż miejscem pracy. Dodatkowo raz przetrącony kręgosłup może doskwierać przez lata – trudno byłoby mieć pretensje do tych młodych piłkarzy, gdyby wyrośli z nich handlarze punktami, prawda? Czym skorupka za młodu nasiąknie…

Ale przecież mogą zagrać najlepsi, tak? A juniorzy – na ławkę! No, może i tak być. Tylko że najlepszym nie pozostawia się marginesu błędu. Jeśli uczciwie przegrają, co jest przecież możliwe, i tak zostaną uznani za sprzedawczyków. Mogą się obronić zwycięstwem, ale jak rozumiem byłoby to nie w smak sporej części publiczności – a nikt nie chce mieć publiczności przeciwko sobie. Zawodnicy są więc w położeniu beznadziejnym – mogą sobie napytać biedy, albo się zeszmacić (co wchodzi w krew, mimo starego polskiego powiedzonka „raz w dupę to nie pedał”).

Po najbliższej kolejce wszyscy więc będą brudni, w imię „przyjaźni” jakichś łebków z innymi łebkami, polegającej głównie na śpiewaniu w tym samym czasie o tych samych drużynach, że są „kurwami”, ewentualnie w laniu się na tej samej łące po tej samej stronie. Oczywiście, zaraz może ktoś przestawić wajchę i „przyjaciele” nie będą już „przyjaciółmi”, bo zmiany we wszelkich ligowych koalicjach nie są niczym nowym.

Kibic, który żąda od swoich piłkarzy celowego przegrania meczu, w imię prywatnych kontaktów, jest zwykłym kupczykiem. Tylko brak talentu sprawił, że może ustawiać ligę raz do roku, a nie co tydzień, ale w głowie ma dokładnie to samo co ludzie, którym skrócono nazwiska do jednej litery.

*

Pogoń Szczecin w swojej historii na 27 meczów w grupie mistrzowskiej wygrała 2. W tym roku przegrywa z każdym, z wyjątkiem Niecieczy, która też przegrywa z każdym, więc logiczne, że akurat w starciu gigantów musiał być remis.

Działacze ciągle zapewniają, że „jesteśmy poważnym klubem, nasz klub jest poważny”, ale generalnie mamy tam żarty z ligi i kpiny z kibiców. Tym razem – przed ostatnią kolejką ekstraklasy – klub puścił dwóch zawodników na zgrupowania reprezentacji (Delewa i Gyursco), więc łatwo dojść do wniosku, że dla działaczy ważniejsze są mecze Bułgarii oraz Węgier niż Pogoni. Nie wiem dlaczego, ale widocznie tak jest.

Kibice czekają miesiącami na jakieś zwycięstwo, a jak w końcu nadarza się szansa, bo przyjeżdża wykartkowana Korona, to okazuje się, że w Szczecinie ktoś ma jednak inne plany i oddaje piłkarzy innym zespołom. Na koniec oczywiście będzie płacz, że frekwencja za mała, ale ja się szczerze zdziwię, jeśli na mecz z kielczanami przyjdzie ktokolwiek. Bo przyjść może tylko frajer.

*

Miałem propozycję od Agory, by u nich robić program „Stan Futbolu”. Zaskoczyła mnie i ucieszyła. Ale nie mogłem jej przyjąć.

Rozumiem, że miałbym dowolność w zakresie prowadzenia programu, zapraszanych gości, tematyki itd. Dostarczyłbym towar, zarobił trochę pieniędzy, generalnie wszyscy byliby szczęśliwi. Ale wiedziałem dobrze, że – mimo niezależności redakcji sportowej – zaraz byłyby zgrzyty. Przecież kwestią czasu było, kiedy pojawi się taka pani jak Anna Pamuła, która przeprowadza odważne wyliczenia – że opłaca się uśmiercić 10 Polaków, żeby uratować 6999 imigrantów. Oczywiście, że musiałbym wtedy napisać, że jest głupia i oczywiście, że kwestią czasu byłoby, kiedy ktoś by mnie poinformował, że nie wypada głupiej nazywać głupią, skoro mam tam program.

Pani Anna być może właśnie się oburzyła, że można ją publicznie nazwać głupią, więc chętnie swoje zdanie uargumentuję (w rewanżu ona mnie może nazwać głupim, spoko). Otóż każda mądra osoba potrafi przewidywać ruchy, ich konsekwencje i stawiać się w hipotetycznej sytuacji. Ja się chciałem zapytać, czy pani Anna poszłaby do przyjaciółki, której wybuch na strzępy rozerwał 7-letniego syna i powiedziała jej: – Wiesz co Gosia, mimo wszystko się opłacało. Pomyśl o tych wszystkich imigrantach, którzy do nas przyjechali i mają się dobrze.

Czy podeszłaby do 11-letniej dziewczynki, rozpaczającej po zamordowanej mamie i powiedziała: – Nie becz mała, miałaś już matematykę? Ogólnie bilans jest na plus!

Czy poszłaby na pogrzeb swoich własnych rodziców i podczas przemowy przy grobie oświadczyła: – Dziękuję wszystkim za przybycie. Wielu z was dzisiaj płacze, ale ogólnie chciałam wam powiedzieć, że statystycznie rzecz biorąc jest ok.

Jeśli pani Anna nie wyobraziła sobie siebie samej w takiej sytuacji, no to jest po prostu głupia i to jak but. A jeśli sobie wyobraziła i takie scenki zaakceptowała, to jest opętana (chociaż bardziej pasuje słowo na „p”, ale dzisiaj dość już bluzgów). Ktoś jej musi powiedzieć, że 10 osób to nie liczba w Excelu, tylko konkretni ludzie, mający rodziny, przyjaciół, perspektywy, marzenia.

Czy życie Polaków jest warte więcej? – pytała. Muszę powiedzieć szczerze, że dla mnie życie jednych osób jest warte więcej niż życie innych. Nie wiem, czy to źle, czy dobrze. Może jestem totalnym freakiem, ale bardziej mnie smucą ewentualne ofiary zamach w Polsce niż ofiary zamachu w Bagdadzie. Mało tego – bardziej mnie smuci śmierć w rodzinie niż śmierć obcej osoby w Kołobrzegu. A przecież – pani Anno – tam człowiek, i tu człowiek. Co za różnica?

Jeśli poziom zadowolenia większości jest ważniejszy niż dramat mniejszości, to w zasadzie mamy sprawę jasną co do gwałtów zbiorowych. Jedna pani cierpi, ale ilu facetów zadowolonych! Na logikę to gdzieś w tych okolicach kręcą się myśli pani Anny Pamuły, ale nie wiem, czy byłaby zadowolona, gdybym w telewizji gwałt na niej usprawiedliwił matematycznym bełkotem.

Pamuła z dziwnym błyskiem w oku o imigrantach, Wielowieyska bez cienia wstydu obrzydliwie o ekshumacjach… Nie ma szans, żebym zdołał trzymać język za zębami. A zdejmowanie programu z kolejnej anteny wyglądałoby jednak niezbyt fajnie.

Za propozycję jednak bardzo dziękuję. Może kiedyś, w normalniejszych czasach.

KRZYSZTOF STANOWSKI