Image and video hosting by TinyPic
Poszedłem do szkoły sportowej i usłyszałem: nie no, człowieku, co ty tu w ogóle robisz?!
Weszło Extra

Poszedłem do szkoły sportowej i usłyszałem: nie no, człowieku, co ty tu w ogóle robisz?!

Wyobraźcie sobie modelową karierę piłkarską jednego z najlepszych skrzydłowych w Ekstraklasie. Już? Ta Krzysztofa Janusa obok takiej zapewne nie stała, a jeśli nawet, to bardzo krótko. Od początku coś się nie zgadzało, musiał przebyć bardzo długą drogę do wielkiego klubu regionu, z którego pochodzi. Wiodła ona przez Królewską Wolę, gdzie spotkał jeden z najlepszych ataków w historii trzeciej ligi, Bełchatów i zwariowaną szatnię GKS-u z Orestem Lenczykiem oraz wicemistrzami Polski, Kraków, w którym wpadł w tarapaty, Polkowice, gdzie próbował się odbudować i Płock, w którym ta sztuka mu się udała. Poznajcie niedoszłego weterynarza, który – jak to się mówi – z niejednego pieca piłkarski chleb jadł. 

Witam Rycerza Jesieni!

Chyba wiem, do czego zmierzasz, ale wyjaśnij.

Już drugi sezon z rzędu w twoim wykonaniu wygląda tak, że jesienią jesteś jednym z najlepszych skrzydłowych w lidze, a wiosną… no nie jesteś. Ostatnio strzeliłeś pięć goli i zaliczyłeś osiem asyst w ciągu rundy, a po nowym roku nie dorzuciłeś już nic, a teraz cztery gole i sześć asyst jesienią, a wiosną tylko dwa ostatnie podania. Zatrważające liczby.

Tak się składa, ale wcale nie uważam, że to musi być jakaś reguła w moim przypadku. Nic z tych rzeczy! Jeśli to prześledzisz, to wyjdzie ci też, że wiosną gram znacznie mniej niż jesienią – tak było zarówno w tamtym sezonie, jak i teraz.

Ale zakładam, że nie bierze się to z niczego. 

Tak decyduje trener, on wystawia skład, ja tylko staram się robić jak najlepiej to, co do mnie należy. Nie wiem, co ci powiedzieć, nie mam prostego wytłumaczenia faktu, że jesienią mam te statystyki o niebo lepsze. Pary nigdy mi nie brakowało. Absolutnie nie.

Tylko to mi pachnie niewykorzystanym potencjałem, bo gdybyś utrzymywał formę, to tak naprawdę wśród skrzydłowych ciężko byłoby znaleźć na ciebie kozaka. 

Zdaję sobie z tego sprawę. Jak powiedziałem – tak się to jakoś składa, ale mam nadzieję, że jeszcze będzie taki sezon, w którym w obu rundach zagram na tym samym, wysokim poziomie.

Tak generalnie uważasz, że wykorzystałeś swój potencjał? 

Naprawdę cieszę się z tego, gdzie dzisiaj jestem, bo nie da się ukryć, że miałem w tej swojej przygodzie z piłką spory zakręt. Zobacz, jak to wyglądało. Początki w Bełchatowie nie były wymarzone, bo nie grałem za dużo, później wskoczyłem i zaczęło to fajnie wyglądać, ale więcej czasu spędzałem na prawej obronie, gdzie absolutnie nie czułem się najlepiej. Jednak wiesz, jak to bywa – każdy dostrzegał wtedy głównie moje walory w ofensywie, które mogłem pokazać na tej pozycji i starał się to wykorzystać. Braki w defensywie nie biły po oczach, bo w środku pola mieliśmy Janka Gola i Patryka Rachwała, ze środka obrony dużo pomagał mi Darek Pietrasiak, a do tego był jeszcze Łukasz Garguła jako rozgrywający.

Nic, tylko atakować.

Zespół był tak ustawiony, że miałem spore pole manewru. Oczywiście z czasem też sam zacząłem się lepiej ustawiać. Ale po przejściu do Cracovii już to tak nie funkcjonowało. Tam zaczęły się moje problemy. Byłem przekonany, że szybko znajdę coś innego, a tak naprawdę szukałem przez dwa i pół miesiąca. Kluby jednak nie ustawiły się w kolejce. Wtedy pojawiła się drugoligowa Wisła Płock, kontrakt podpisałem w zasadzie w ostatniej chwili. Czasami piłkarze, którzy schodzą na ten poziom, już nigdy do Ekstraklasy nie wracają. A ja wróciłem, dostałem szansę od Zagłębia. Zajęliśmy trzecie miejsce, graliśmy w pucharach. Jeśli chodzi o mnie, to kapitalne przeżycie. Wtedy w końcu poczułem się jak prawdziwy piłkarz.

W drugiej lidze takich atrakcji nie było. Mignął mi gdzieś dość zabawny obrazek – strzelasz tam gola i biegniesz do narożnika tak, jakbyś chciał się cieszyć z kibicami. Dobiegasz, a tam… choinki.

Tak to wygląda, w pierwszej lidze też różnie bywa. Ten mecz, o którym mówisz, to chyba Niepołomice. Tam to w ogóle jest ciekawie. Te drzewa koło boiska są obwiązywane takimi zwykłymi materacami, na których w szkole robiło się przewroty, żeby nikt nie przywalił i nie zrobił sobie przypadkiem krzywdy. Są tak blisko, że wykonanie rogu nie było proste, można było przyhaczyć! I widzisz, dlatego tym bardziej cieszę się, że się ogarnąłem i przeżyłem taką przygodę jak puchary w tym sezonie. Może dla kogoś to nic szczególnego, ale dla mnie to coś, co w głowie zostanie na zawsze. Partizan to jednak marka w Europie, a do tego jeszcze sam przebieg meczu, karne, dramaturgia – no coś fantastycznego. Odpowiem na twoje pytanie – podchodzę do życia i do piłki bardzo pozytywnie. Taki mam charakter, że zawsze się uśmiecham. Dziś też jestem po prostu zadowolony, choć zawsze chciałoby się więcej i więcej. Też bym chciał, ale doceniam to, co jest.

Ale muszę jeszcze podrążyć. Chcesz powiedzieć, że straciłeś kilka lat przez to, że ktoś zmienił ci pozycję na taką, na której nie czułeś się najlepiej?

Nie no ja też nie jestem z takich, którzy szukaliby winy gdzieś indziej, a nie u siebie. Pewnie mogłem wycisnąć więcej. I trzeba uczciwie przyznać, że coś dzięki temu zyskałem, bo dzisiaj jestem lepszym piłkarzem w defensywie. Potrafię powalczyć o piłkę, a trener Stokowiec ma duże wymagania, jeśli chodzi o grę z tyłu ofensywnych piłkarzy. Jednak prawda jest taka, że to z przodu mogę pokazać moje największe atuty. Czasy są takie, że bardzo mocno doceniamy tych obrońców za grę do przodu, ale powinno się ich rozliczać przede wszystkim z tego, jak bronią.

To prawda. Często się o tym zapomina, oceniając piłkarzy.

To, co da się na tej pozycji z przodu, to jest coś ekstra – takie moje zdanie. Ja nie czułem, by u mnie wyglądało to tak, jak powinno. Ale taki pomysł miał trener Ulatowski i – jak mówiłem – w Bełchatowie to jeszcze wyglądało, ale poszedłem z nim też do Cracovii, tam inna specyfika drużyny i tak średnio wyszło.

Dlaczego nie zostałeś weterynarzem?

To długa historia! Pochodzę z Wołowa, to mała miejscowość. Zawsze bardzo dobrze się uczyłem, w każdej szkole miałem paski na świadectwach, bo naprawdę się do tego przykładałem. W klasie maturalnej dostałem ofertę z Gawina Królewska Wola. Trenerzy chcieli, żebym poszedł do szkoły sportowej do Wrocławia i stamtąd zabierał się z chłopakami busem na treningi, bo jeździło chyba z dziesięciu. Rodzice nie patrzyli na ten pomysł przychylnym okiem. Poszedłem do tej szkoły sportowej, wchodzę do klasy, skąd trafiłem z normalnego liceum. Babka bierze moje świadectwo, patrzy, patrzy i:

– Nie no, człowieku, co ty tu w ogóle robisz?!

Wiadomo, że różnie w takich klasach bywa z nauką. Z reguły bywa słabiej. I nie piję tu do samych piłkarzy. Koledzy opowiadali mi o pewnym judoce. Pewnego dnia przychodzi do szkoły i siada w ławce jak gdyby nigdy nic.

– Gdzie byłeś?
– No na obozie w Chinach.
– Ale człowieku, przecież ciebie nie było pół roku!

I tak to wyglądało. Sportowcy z różnych dyscyplin mają te swoje obozy przygotowawcze i często nauka idzie w kąt. Usłyszałem, że jeśli bardzo chcę, to na własną odpowiedzialność mogę zostać. Ale podjęliśmy z rodzicami decyzję, że to pół roku do matury spędzę w moim liceum. I to był hardkor.

Dlaczego?

Szedłem na ósmą do szkoły, miałem załatwione, że zwalniali mnie po piątej lekcji. Na długiej przerwie jadłem obiad w restauracji. Później jechałem pociągiem do Wrocławia, stamtąd busem na trening i droga powrotna. Do domu wracałem nieprzytomny koło 22. I tak dzień w dzień przez pół roku. Ale jak tak sobie teraz siedzę i myślę o tym z perspektywy czasu, to choć było mega ciężko, to cieszę się, że byłem taki zawzięty i na to postawiłem. Poradziłem sobie, bo zdałem maturę, poszedłem na studia.

Ale – wracając – nie na weterynarię.

No nie. Już wyjaśniam – mój tata jest lekarzem weterynarii, ma swoją praktykę w Wołowie. Wiadomo, jak to jest w małych miasteczkach, trochę inaczej podchodzi się do pewnych spraw. Wszyscy widzieli, że ciągle żyję tą piłką, ale z drugiej strony – każdy sugerował, żebym tam został, że skoro się dobrze uczę, to może zająłbym się tym co tata, bo przecież piłkarz to specyficzny zawód. Ale tata zachował się wtedy bardzo fajnie. Wziął mnie na poważną, męską rozmowę i  krótka piłka – czy naprawdę chcę grać, a nie być związany z weterynarią. Odpowiedziałem, że tak, chcę. I tyle. Więcej nie wracał do tego tematu.

Ale ty naprawdę się do tego jakoś przymierzałeś, czy to było tylko takie gadanie?

Raczej nie. Jak byłem młodym chłopakiem, to zawsze chciałem pomóc tacie. W pewnym momencie się tym zainteresowałem, bo wiadomo, tata miał też wszystkie urządzenia i w pewnym stopniu mnie to wciągnęło. Trochę poczytałem, trochę się kręciłem. Przejściowa fascynacja fajnym tematem. Ale jednak piłka była już tak mocno zakorzeniona, że absolutnie nie było szans.

Chcąc nie chcąc, trochę przyczyniłeś się do budowania złego wizerunku piłkarza. Takiego, który szkołę skończył, bo był przepchany na siłę.

Nie miałem takich intencji. Wiadomo, jakie są stereotypy, ale piłkarze to też fajni, inteligentni i oczytani goście, więc bardzo krzywdzące jest to postrzeganie. Oczywiście, że trafiają się ananaski, ale to jak w każdej dużej grupie. W medycynie też.

LUBIN 18.07.2015 MECZ 1. KOLEJKA EKSTRAKLASA SEZON 2015/16 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: ZAGLEBIE LUBIN - PODBESKIDZIE BIELSKO-BIALA BARTOSZ JAROCH KRZYSZTOF JANUS FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Skoro pochodzisz z okolicy, to dlaczego nie trafiłeś wcześniej do Zagłębia? Przecież ściągają wszystkich zdolnych z rejonu.

I to jest paradoks. Już nie pamiętam kto, ale być może „Krzywy” podesłał mi kiedyś takie info, że byłem w Lubinie na testach. Kompletnie wyrzuciłem to z pamięci, więc ciężko mi powiedzieć, kiedy to było. Ale widziałem listę. Na bank był też Szymek Pawłowski i kilku innych zawodników, którzy zaistnieli, ale nie będę strzelał nazwisk. Wiadomo, jak to jest z takimi meczami, ciężko się pokazać. Niedaleko był też Śląsk Wrocław i UKP Zielona Góra – z tym klubem pojechałem do Anglii na turniej, zrobili kiedyś mistrzostwo Polski. Były jakieś tematy, ale zawsze rozbijało się o moją kartę – mój klub ciągle chciał mieć jeszcze do mnie jakieś prawa, dogadali się dopiero z Gawinem.

Swoją drogą, sprawdziłem ten klub i to był jakiś fenomen. Pięciu napastników w kadrze, z czego czterech zagrało w Ekstraklasie, a trzech ciągle sporo znaczy. 

Piątkowski, Tuszyński, Kuświk i Damian Szczęsny. Był tam klimat do piłki, przewijali się dobrzy zawodnicy w tej trzeciej lidze. Było komu dogrywać piłki.

I można się było wypromować, bo trafiłeś stamtąd nie byle gdzie, a do ekipy wicemistrza Polski pod skrzydła Oresta Lenczyka.

Wiadomo, że to specyficzna postać, ale jeśli chodzi o moją osobę, to absolutnie złego słowa nie mogę powiedzieć. On wprowadzał mnie do zespołu, on dawał pierwsze szanse. Wziął mnie po dwóch meczach Pucharu Ekstraklasy, w którym można było wystawiać testowanych. Zagrałem z Górnikiem i Wisłą. Miałem jeszcze zostać na dwa tygodnie na testach. Przychodzę i trener zaczyna się mnie wypytywać o wszystko – o rodziców, o to, co robię w życiu i tak dalej.

– To ty studiujesz?!
– No tak.
– To pakuj się i jedź do domu.
– No ale trenerze przecież jeszcze testy.
– Gdzie, człowieku, pakuj się i do szkoły! Masz się uczyć, a jak skończysz semestr, to załatw wszystko, żebyś tu przyjechał na spokojnie.

I już nie musiałem przechodzić żadnych testów, od nowego roku byłem piłkarzem Bełchatowa.

I trafiłeś do tej słynnej bełchatowskiej szatni, w której różne rzeczy się działy.

Tak. Przyznam, że szatnia była naszą mocną stroną. Świetnie dobrani ludzie. Te sukcesy, wicemistrzostwo przed moim przyjściem, wynikały po części właśnie z tego.

Chciałbym, żebyś opowiedział o pewnym transparencie, bo słyszałem, że trochę z jego powodu się nasłuchałeś.

Jakim transparencie?

Tym, który stał w twojej rodzinnej miejscowości.

(śmiech) Pierwszy wołowianin, który strzelił bramkę w Ekstraklasie! Pamiętam doskonale. Na wjeździe i wyjeździe w mojej miejscowości burmistrz postawił ogromne transparenty ze mną i z tym hasłem, coś jak bilbordy, które widzimy przy drogach. Tak postanowił, tak zrobił, nie miałem wyjścia. To znaczy jak dzwonił do mnie z pytaniem, czy mogliby coś takiego zrobić, to już czułem, że to średni pomysł, ale pomyślałem sobie: eee, kto tam będzie przejeżdżał przez Wołów! Ale jednak ktoś się trafił. Trener Ulatowski jechał kiedyś z Lubina do Bełchatowa, zauważył to i zrobił fotkę. Poszło szeroko. Wydrukowali to, rozkleili i kręcili beczkę. Jezu, cały czas mi to wypominali, podpinali pod każdą sytuację! Byłem „gwiazdą Wołowa”!

Ale generalnie szybko się tam wkupiłeś.

Miałem o tyle łatwiej, że Łukasz Garguła znał się bardzo dobrze z Danielem Gizą, który też był w Gawinie. Kilka razy się z nim spotkałem, więc można powiedzieć, ze wziął mnie pod skrzydła. Ale to była mocna szatnia. Piotrek Lech, Darek Pietrasiak, Mariusz Ujek, Edziu Cecot, Tomek Jarzębowski i wielu innych – w dodatku naładowani po wicemistrzostwie. Teraz młodzi takich wejść nie mają, a ja jako młody chłopak z III ligi z dużym respektem podchodziłem. Na początku nie wiadomo, jak się odezwać. Do Piotrka Lecha chyba na „pan” raz powiedziałem, więc było trochę śmiechu. Ale szybko ogarnąłem, bo też lubię pożartować.

Kto tam był największym świrem?

Pewnie pijesz do Pawła Magdonia, z którym później spotkałem się też w Płocku. To jest persona wyższej treści! Nie znam nikogo, kto spotkał się z nim w szatni i powiedziałby o nim złe zdanie. Zawsze uśmiechnięty, potrafił pożartować i z siebie, i z kogoś. Tak samo jak Piotrek Lech. Jego popisowy numer – siedzimy w szatni, nic się nie dzieje, cisza, koncentracja i nagle wielki bum! Piotrek – 40-letni gość, najstarszy w drużynie – wyciągał petardy i rzucał ludziom pod nogi! Jeszcze mieliśmy tam takiego chłopaczka, który przychodził na treningi, pomagał nosić sprzęt i tak dalej. Strasznie był strachliwy, a ten go ganiał tymi petardami po szatni. Siedział i odpalał jedną za drugą! A przy tym był świetnym bramkarzem. Sztuczna murawa, twardo, do tego śnieg, a on mówił po treningu: zostańcie, postrzelamy jeszcze. I zostawaliśmy, a on bronił – plecami, głową, jak chciał! Czterdzieści lat, a latał tam, jakby miał osiemnaście. Potrafił wyczyniać cuda, jak wchodził do bramki. W Bełchatowie cały czas było wesoło.

To opowiadaj.

Ten chłopak, o którym wspominałem, miał pseudonim „Byczek”. Taka maskotka, wszyscy go lubili. Przychodził z takiego ośrodka i trochę mu pomagaliśmy, a on też pozytywny i był częścią drużyny. Zawsze ubrany w rękawice, koszulkę, ochraniacze, wszystko miał. Był taki niziutki, ale zawsze jak przychodził ktoś nowy, to była wkrętka. On podchodził i nawijał, że jest tu pierwszym bramkarzem, teraz ma lekką kontuzję, ale normalnie powinien bronić w pierwszym składzie! I tak często za trenerem Lenczykiem chodził i pytał:

– Trenerze kiedy będę bronił? Kiedy?!

W końcu trener się odwraca i mówi:

– Jak doskoczysz do poprzeczki, to masz pierwszy skład. Gwarantuję!

I on skakał przez cały trening. Rozbiegał się z jednej strony, z drugiej, próbował na sto sposobów. Niestety, wzrost mu nie pozwolił. Nie dał rady i siedział w szatni załamany, ale walczył dzielnie!

Nie wspomniałeś jeszcze o Carlo Costly’m.

Carlo to też postać. Uderzenie z głowy miał takie, że wielu nogą nie potrafiło tak mocno kopnąć. Naprawdę, ewenement. Ale większą sławą cieszył się u siebie ze względu na reprezentację. Kilka razy byliśmy razem w pokoju, więc mi pokazywał różne rzeczy. Jak kręcił Marquezem, który grał wtedy w Barcelonie. Odpalał te swoje „motorynki” i każdy tylko latał koło niego. W Hondurasie był na okładkach FIFY i takim bożyszczem tłumu. Uwielbiali go, na trybunach tylko Costly i Costly. Tutaj takiej furory nie zrobił, bo był chimeryczny i znacznie lepiej czuł się przodem do bramki. Ale na treningach potrafił rozrywać siatki.

Wielu ludzi mówi o tobie, że też jesteś gościem od atmosfery w szatni.

No mam coś takiego, że lubię pożartować. Robię to, co kocham, mam wspaniałą rodzinę, więc jestem szczęśliwy i pozytywnie nastawiony do wszystkiego. Nawet z tych najgorszych rzeczy staram się wyciągnąć coś pozytywnego, bo jak sobie nawkładasz do głowy, że ciągle jest coś nie tak, to w końcu rzeczywiście tak będzie. I staram się tym zarażać innych, może dlatego jestem tak odbierany, że dbam o atmosferę w szatni.

Jaki humor lubisz?

Mam popisowe kawały, ale opowiem ci, jak wyłączysz nagrywanie (śmiech).

Pytam nie bez przyczyny, bo słyszałem, że hardkorowy.

Absolutnie! Kiedyś kto się mnie pytał o popisowy kawał w wywiadzie, ale mogłem powiedzieć tylko puentę dla tych, którzy chcieli poszperać, bo do publikacji się to nie nadawało! Nawet w Turbokozaku mnie naciskali, żebym opowiedział, ale wiedziałem, że to źle się skończy. Nie tylko małe, ale nawet te większe dzieci mogłyby być zniesmaczone. Kawały z wyższej półki!

WARSZAWA 18.09.2016 MECZ 9. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2016/17 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - ZAGLEBIE LUBIN KRZYSZTOF JANUS STRZELA GOLA ARKADIUSZ MALARZ FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

To powiedz, czy w Cracovii też humor ci dopisywał.

No nie był to udany czas. Zmieniłem klub na inny, poszedłem z nowymi nadziejami, bo trener Ulatowski mocno zabiegał o mój transfer. Wyszło jak wyszło. Jak to u mnie – nauka  i wnioski na przyszłość. Stałem się dzięki temu mocniejszy, ale nie było łatwo się ogarnąć.

Z drugiej strony trafiłeś do fajnego miasta, a nie ukrywajmy, że to też ma duże znaczenie przy transferach.

Mnóstwo rzeczy bierzesz pod uwagę, gdy zmieniasz klub. Ale – przynajmniej u mnie – priorytetem są aspekty sportowe, bo jedziesz grać w piłkę, a nie chodzić po rynku czy oglądać zabytki. To fajny dodatek. Choć wiadomo – Kraków kusił. Szkoda tylko, że wyników nie było, bo ten czas też by się spędzało wtedy milej. Zawsze mówię, że wygrany mecz potrafi ustawić cały tydzień. Fajnie się czujesz, fajnie trenujesz, no wszystko jest fajne. A jak nie ma wyników, to tylko czekasz na następny mecz, by wygrać i coś poprawić. Tego nawet Kraków nie potrafił zrekompensować.

Ale wciągnął cię trochę? Rozmawiałem kiedyś z Mariuszem Sachą, który był tam w tym samym okresie i mówił, że on tam trochę poszalał. 

Nie, nie było szans. Tam akurat kibice pilnują, by kogoś przypadkiem nie wciągnęło (śmiech).

Mówił chyba, że jak były wyniki, to można było.

A jak ja byłem to wyników z reguły nie było, więc siłą rzeczy nie można było.

Czego w Krakowie zabrakło? Nowy trener już cię kompletnie nie widział?

Przyszedł trener Szatałow. Myślę, że od początku mnie nie chciał. Mówił, że widział mnie bardziej w pomocy niż w obronie.

To chyba dobrze, nie?

Niby tak, ale powiedział jeszcze, że lepiej, żebym odszedł.

(śmiech) Powiedział: „widzę cię w pomocy, ale lepiej żebyś odszedł”? 

Też nie byłem taki, żeby za wszelką cenę się tego kontraktu trzymać. Skoro trener tak decyduje… Teraz mogę powiedzieć, że wolę takie podejście. Każdy jest facetem i trzeba mówić otwarcie. „Nie widzę cię, nie będę na ciebie stawiał, poszukaj sobie klubu” i tyle. Normalne, zdrowe podejście. Poszedłem wtedy na wypożyczenie do Polkowic, wróciłem, ale już widziałem, że nie ma kogoś, kto chciałby, żebym został i jeszcze coś udowodnił.

Prezes Filipiak nie zapraszał cię na rozmowy?

Z prezesem Filipiakiem raz rozmawiałem, schodziłem po treningu i mnie zaczepił, ale to tylko tyle.

Spytał się, kim jesteś?

Nie no mam nadzieję, że wiedział kim (śmiech). Ale wiadomo, że prezes Filipiak rozmawia tylko z określonymi osobami.

Słyszałem, że lubi się wtrącić. 

Lubi. Zdarzyło się, że był raz czy dwa w szatni, ale to bardziej pozytywna motywacja niż negatywna, pomimo tego, że wyniki były średnie.

W międzyczasie przestałeś być już młody, miałeś 38 występów w Ekstraklasie i jednego gola. Słabo.

Średnio. Ale mówiłem już, jak to wyglądało. Trzeba było zacząć od nowa, bo tak patrzę na zejście do drugiej ligi. Przy czym miałem przekonanie, że tak tego nie zostawię. Miałem odpowiednie umiejętności, musiałem tylko to gdzieś pokazać, bo na samym przekonaniu o własnej wartości daleko nie zajdziesz. Zawsze boisko jest weryfikacją.

Powiedzmy jeszcze, że byłeś reprezentantem. Pograłeś w słynnej, nie bez powodu wyszydzanej kadrze U-23.

Jakkolwiek spojrzeć, to kadra.

Przegraliście z Anglią C…

Pamiętam, spotkanie w Grodzisku, 1-2 chyba było. Ale wygraliśmy za to pierwszy mecz na Walii. Fajni ludzie tworzyli tę kadrę, dobrze wspominam ten czas. Jednak masz rację, jak sobie pomyślę o tej Anglii C, to po prostu wstyd. To było… Nie, nie ma co gadać, wstyd i tyle.

Kiedyś z ciekawości to sprawdzałem i tam chyba nikt kariery nie zrobił.

No to na pewno. O tym byłem przekonany. Nie będę ci się tłumaczył, ale fakt, że wody na boisku było wtedy tyle, że nie dało się wymieniać normalnie podań. Jednak byliśmy reprezentacją, większość ludzi grała regularnie w Ekstraklasie, więc takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Ale w piłce wszystko jest możliwe i to był właśnie taki mecz z rodzaju „wszystko się może zdarzyć”. Mówiono nam, że to tylko U-23, że niewiele krajów taką kadrę ma, że lepiej potrenować w klubie, ale przyjeżdżaliśmy, pracowaliśmy i chcieliśmy wygrywać.

Cały czas mówisz, że podchodzisz pozytywnie, ale nie wierzę, że nie miałeś momentów zwątpienia.

Sprawa z Płockiem potoczyła się tak szybko, że nawet nie miałem czasu się zastanawiać. Ale usiadłem już po podpisaniu i pomyślałem…

Że trzeba było zostać weterynarzem.

(śmiech) Nie, nie aż tak. Że: „druga liga, gdzie ja w ogóle jestem”. Liczyłem na Ekstraklasę. No, ewentualnie zejdę do pierwszej ligi. A tu nagle trzeba było się zmierzyć z inną rzeczywistością. Przyszedłem w trakcie rozgrywek, ale opowiadano mi, że na początku ciężko było poskładać to w Płocku do kupy. Ale trener Kaczmarek dał radę i tak to posklejał, że Wisła jest dziś tu, gdzie jej miejsce. Wtedy szybko zaczęliśmy wygrywać, poznałem chłopaków i widziałem, że mają ambicję, by się wyrwać wyżej. Oczywiście to tylko łatwo się mówi, bo pierwsza i druga liga też są ciężkie. Więcej walki, mniej piłki. Nie obronisz się tylko jakością piłkarską, czasami to tylko dodatek do zaangażowania. Ale na świetną ekipę trafiłem, mam farta do tych szatni!

Ekipa do tańca i do różańca. 

Konkretna. Mam świetne wspomnienia, bo w Płocku poznałem swoją narzeczoną, tam urodził się nasz syn. Trzymaliśmy się razem, byli tam ludzie, którzy lubili się pośmiać. Tylko ktoś przesadził ze stylizacją, od razu wszystko jechało na środek szatni, cały strój był wieszany przy kasetonach. Pamiętam, jak przeparkowaliśmy Marko Radiciowi samochód za halę Orlenu. Boże, to auto to była dla niego najważniejsza rzecz. Oczko w głowie. Ręce składał, gdy je oglądał. Jak schodziliśmy z boiska treningowego na główne, to zawsze dołem, a on górą, bo musiał jeszcze zobaczyć, co z jego autem na parkingu. Raz poszedł i auta nie ma. Myślałem, że to koniec. Zawał, pogotowie i na razie. Był na skraju, serce by tego nie wytrzymało. Dobrze, że w porę mu powiedzieli, bo już sam się zmartwiłem, czy nie będzie przypału i będziemy mieli go na sumieniu.

Paweł Magdoń opowiadał mi, że cały czas kawki i Liga Mistrzów u „Krzywego” – tak tworzyła się ekipa, która zrobiła awans do I ligi i Ekstraklasy.

Kawki były często, Liga Mistrzów też. Czasami chcieliśmy gdzieś usiąść i obejrzeć, ale zawsze było: eee, chodźmy do „Krzywego”, on pokupuje, porobi i jedzonko będzie wzór. I trzeba mu przyznać, że świetnie gotuje! Tylko raz skończyło się tak, że coś tam robił w piekarniku i… wybuchł pożar. Wchodzimy do kuchni, a tam płomienie, a tu jeszcze gazówka. Człowieku, jak my uciekaliśmy po tych schodach! Tylko on został i szmatą walił (śmiech). Od razu straż pożarna i całe szczęście, że nic się nam nie stało. Teraz to śmieszne, ale to mogła być bardziej tragiczna historia. Później mu powiedzieliśmy, żeby już darował sobie pieczenie, tylko bardziej coś na patelni, by było bezpieczniej, bo z tym piekarnikiem to dramaty!

PLOCK 18.04.2015 MECZ 26. KOLEJKA I LIGA SEZON 2014/15 --- POLISH FIRST LEAGUE FOOTBALL MATCH: WISLA PLOCK - GKS TYCHY 1:0 MIKOLAJ LEBEDYNSKI KRZYSZTOF JANUS PILKARZE WISLY FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Zagłębie potraktowałeś jak ostatnią szansę? W Płocku była wielka mobilizacja, by zrobić awans w następnym sezonie, co się później udało, ale ty, Jacek Góralski i Fabian Hiszpański nie poczekaliście, tylko poszliście do innych klubów.

Nie było łatwo odejść, bo Wisła wyciągnęła do mnie rękę i mam nadzieję, że spłaciłem ten kredyt zaufania. Jednak ja miałem już 29 lat i wiedziałem, że to jest dla mnie ostatni dzwonek, żeby jeszcze pokazać się w Ekstraklasie. Mówiłem sobie, że teraz już muszę. Na tym etapie kariery nie mogłem sobie pozwolić, żeby coś poszło nie tak. I chyba się udało, bo w Płocku miałem dwa sezony z dwucyfrową liczbą goli, o asystach nie wspominając, poziom wyżej jest trudniej, ale uważam, że udało mi się to przenieść.

Trafiłeś do miejsca, w którym dziś chcą grać ligowcy. Jak mawia Damian Zbozień – bailando, ciepła posadka.

To chyba dobrze, że jest takie zdanie o Zagłębiu, bo wcześniej wśród piłkarzy nie słyszało się tylu superlatyw. A teraz to klub, do którego ludzie chcą przychodzić. Od strony organizacyjnej wszystko jest poukładane, trzeba tylko grać w piłkę.

No właśnie, możliwe, że to nawet pierwsza trójka w Polsce, a nikt nie wymaga od was, żebyście w tej trójce byli w tabeli.

Ale my od siebie wymagamy, żebyśmy byli. Po ostatnim sezonie apetyty wszystkim wzrosły, nam również. Dlatego było takie niezadowolenie, że nie awansowaliśmy do ósemki. Liczyliśmy, że jeszcze coś tam zwojujemy, choć mieliśmy bardzo średnią rundę. Dopiero wracamy na właściwe tory. Ale najważniejsze jest to, że potrafiliśmy szybko się odnaleźć, bo nie jest łatwo, jak podzielą punkty.

Przez chwilę zapachniało Podbeskidziem. 

I widzisz, każdy to nakręca i przywołuje takie tematy.

Presja. Musi się coś dziać. 

Wiadomo. My też sami narzuciliśmy na siebie taką presję. Udało się to wyjaśnić i dzisiaj chcemy każdy mecz wygrać, bo już budujemy coś na nowy sezon. Pod to, żeby zacząć go z właściwie nastawionymi głowami. Po zwycięstwach. Po fajnym okresie.

Poniekąd zadecydujecie, kto spadnie z ligi, bo macie jeszcze Górnik i Arkę.

Gramy na całego, chcemy dziewiątego miejsca, a na dole niech się dzieje, co chce. Ja też jeszcze może będę miał okazje, by poprawić wiosenne statystki!

No nie wiem, Leandro to ciężki przeciwnik! Powiedz, na kogo w lidze gra się najtrudniej?

Chyba na Kubę Wawrzyniaka. Fajny gość, a u niego doświadczenie robi swoje. Pierwszy wyskok do główki, jakaś stykowa sytuacja i od razu potrafi ustawić sobie przeciwnika. Przejść też go ciężko, bo wie, jak się ustawić i w ruch idzie tzw. rąsia.

Ostatnie pytanie – co zmienia się w życiu piłkarza po narodzinach dziecka?

To jest kosmos. Po meczu człowiek bywa zły, poddenerwowany, „kable” są okrutne. A potem przychodzi do domu i widzi tego małego człowieczka, którego kompletnie nie interesuje to, że nie jesteś w humorze. Zawsze masz być uśmiechnięty i gotowy do zabawy. To odstresowuje. Jak masz rodzinę, to wiesz, że są sprawy ważne takie jak piłka, ale są też ważniejsze.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. FotoPyK

ROKI KONIEC

KOMENTARZE (12)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

BeastMode

Tytuł niczym na wp czy innym onecie…

Roki

Ale w którym momencie poczułeś się oszukany? Masz cytat z jednego z wątków, zdjęcie Krzyśka takie, że nie pomyślisz, że to wywiad z Guilherme czy z kimkolwiek innym. Normalna sprawa, nie rozumiem zarzutu.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

BeastMode

Przepraszam, jebnąłem farmazona.

lookass

Czy ma ktoś link do tego słynnego bilbordu? :)

Urkides
Legia Warszawa

Mnie zastanawiają pewne kalki językowe. Np wszyscy ZAWODOWI piłkarze mówią o swojej pracy że to jest „PRZYGODA Z PIŁKĄ”. Ciekawe gdzie kończy się przygoda a zaczyna profesjonalizm. Przygoda kojarzy się z czymś przelotnym i niezobowiązującym no i przede wszystkim losowym, nieplanowanym. Tak sobie myślałem jak bym sie czuł gdyby przed czekającą mnie operacją lekarz powiedział że jego „przygoda z medycyną” trwa, powiedzmy, 10 lat i ta operacja będzie kontynuacją tej przygody.
Albo siedzimy w samolocie i kapitan przed startem ogłasza że nazywa się Jan Kowalski i jego przygoda z lataniem trwa juz wiele lat i że nasza „przygoda” z lotem potrwa 2 godz.
Jakoś można oczekiwać że jak ktoś się czymś zajmuje zawodowo to już nie jest przygoda tylko zawód.
Może dlatego piłkarze wiecznie czegoś „szukają” a to lewej lub prawej nogi, krótszego lub dłuższego słupka a ja odnoszę wrażenie że większość z nich ciągle szuka „przygody” ze strzałem lub podaniem. Bo to przeważnie jest przygoda (czyli niewiadoma). Piłkarz kopie a Pan Bóg piłkę niesie. Może jesli piłkarze mieli z piłką nie przygodę tylko karierę zawodową to efekty były by lepsze i strzały oraz podania były mniej losowe.
Z tym się wiąże kolejna kalka językowa „NIEWYKORZYSTANY POTENCJAŁ”
Ciekawe w czym się mierzy potencjał u człowieka żeby potem do niego przykładać realne dokonania.
Potencjał ludzki jest bardzo złożonym zjawiskiem bo wiele czynników musi zaistnieć jednocześnie.
Ważne są możliwości fizyczne ale również mentalne. Jeśli się nie zgrają to nic nie wyjdzie. Jeśli chłopak szybko biega i dobrze kopie ale w głowie ma siano i jest leniwy to mówi się o zmarnowanym potencjale. Ale przeciez właśnie mu zabrakło potencjału (tego mentalnego) a więc nie miał wystarczającego potencjału.
Jeśli był bardzo pracowity i sumienny ale za wolno biegał to też właściwie potencjał był niewystarczający.
Pewnie wielu powie że mędrkuje ale ja myślę że nadawanie słowom właściwego znaczenia jest niezbędne żeby sie można było porozumiewać.
Jeśli piłkarze przestaną „przezywać przygodę z piłką” to może łatwiej im będzie zrozumieć że czegoś się od nich oczekuje bo im sie za to płaci. A to czy maja potencjał czy nie zależy od tego czy mają komplet cech które pozwalają na zrobienie KARIERY PIŁKARSKIEJ i być może profesjonalnie się wezmą do pracy.
Znaczenie słów jest wazne bo to jest najważniejszy dla człowieka sposób opisywania rzeczywistości i jesli wyrażamy się nieprecyzyjnie to wychodzi jak w tym starym skeczu (chyba Czubaszek) gdzie dwóch gości opisuje trzeciego i jeden mówi – „ten taki mały czarny”, drugi „no, no taki wysoki blondyn, to ten sam”
Jeśli mamy się porozumiewać to trzymajmy się znaczeń nadanym słowom.
To jest apel do dziennikarzy.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Przemyslaw

No dobrze, ale generalnie każdy wie, o co chodzi, prawda? Nie wszystkie wyrażenia muszą mieć dosłowne znaczenie, żeby można się dogadać. Nie czepiajmy się takich bzdur. Masz pierwszy lepszy przykład – „o wilku mowa”. O jakim wilku? Przecież rozmawialiśmy o Zdzichu. Ale żeby ci odpowiedzieć na poważnie – ja rozumiem, dlaczego część piłkarzy mówi o „przygodzie z piłką”. Po prostu według nich karierę to robi Lewandowski, Błaszczykowski, Szczęsny, Glik. Taki zwykły ligowy szaraczek ma co najwyżej przygodę, abstrahując od tego, że to przygoda zarobkowa.

Urkides
Legia Warszawa

Jeśli wprowadzamy chaos pojęciowy to za chwile przestaniemy się dogadywać bo za chwilę ktos wymyśli że piłkarz biegający po boisku jest „bohaterskim męczennikiem” i zeby użyć określenia „bohaterski” wobec kogoś kto rzeczywiście zasługuje na to miano, będziemy musieli powiedzieć „mega bohaterski” albo nawet „super mega bohaterski”.
A więc czy chirurg ma „przygodę z medycyną” czy jest zawodowcem?

Fat ASSS

I zawodowa…

blazej przybylowicz

dobry wywiad. fajnie sié czyta.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY