Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Pierwsze spotkanie zaliczyłem jakoś na początku gimnazjum. Kilkunastu łebków z sąsiedniego osiedla poszarpało się z kilkunastoma łebkami z mojego osiedla. Gdy policja przyjechała na miejsce, całe 250 metrów od komisariatu, na miejscu została już tylko gromadka niczego nieświadomych dwunastolatków i ja z psem. Oczywiście słyszałem już wcześniej to i owo od starszych kolegów, ale mimo wszystko sądziłem, że opowieści o krwiożerczych policjantach są nieco przesadzone.

Minutę później stałem w równiutkim szeregu pod płotem ustawiony z kolegami jakbyśmy właśnie wpadli na gorącym uczynku, i to raczej na dilowaniu a nie mazaniu kredą po blokach.

– Co tu robisz?!
– Wyszedłem z psem.
– Bawi cię to? Pokazuj ręce.

My, dzieciaki, które właściwie ledwo zeszły z drzewa symbolizującego w naszych zabawach gigantyczny statek kosmiczny, zostaliśmy potraktowani z pełną powagą. Co widzieliście? Co słyszeliście? Dlaczego się szlajacie o tej godzinie (mniej więcej 18.00, w środku lata)? Nawet nie chodzi o ton, gesty, mimikę. O to, że do dzieci wyglądających jak dzieci i zachowujących się jak dzieci podchodzili jak do podejrzanych. Oni naprawdę sądzili, że przed momentem uczestniczyliśmy w kibicowskiej ustawce. My – kolega w okularach, drugi, który bał się własnego cienia, no i ja z psem.

Nauczyłem się wtedy kilku rzeczy: policjanci naprawdę są niemili, nieprzyjemni i groźni (myślałem, że z braku dokumentów nas zawiną na komisariat, niby niedaleko, ale nic fajnego by z tego nie wyniknęło). To jednak byłoby wybaczalne, taka robota. Gorsza sprawa, że zaczęli mi się jawić jako przeraźliwie niemądrzy, naiwni i niezdolni do kojarzenia faktów. A to wydawało mi się i nadal wydaje czymś o wiele bardziej niebezpiecznym.

Oczywiście w późniejszych latach policjanci otrzymywali wiele szans, by wyprowadzić mnie z błędu i pokazać, że są kompetentni i profesjonalni. Niestety, kolejne moje bardzo ciepłe skojarzenie to derby Łodzi na Widzewie. Pamiętam, że na Piłsudskiego dotarliśmy autobusami, ja pojechałem jednym z pierwszych, tata późniejszym. Zdzwoniliśmy się, że juz dojeżdża, więc wyszedłem po niego pod sektor, oczywiście z bułą w ręce, to był okres, w którym rzadko spędzałem mecze bez buły w ręce. Spojrzałem na wejście – idą policjanci, czyli pewnie za nimi kibice. Ale idą podejrzanie szybko. Właściwie to biegną. Kompletnie nie docierało do mnie, że w takiej sytuacji najbardziej rozsądne jest obrócenie się na pięcie i zejście im z drogi – ja przecież tylko żułem bułę i czekałem na tatę.

Uciekłem praktycznie spod pałek, w akompaniamencie okrzyków „wypierdalać stąd”. Późniejszy flesz to policjant z bronią gładkolufową mierzący z kilku metrów w tatę, rozmawiającego przez telefon z mamą. Wtedy jeszcze myślałem, że ta broń może nabić siniaka – to było grubo przed Knurowem. Na szczęście nie strzelił. Na szczęście powiedziałem tacie, że w jego plecy jest wymierzona strzelba i chyba powinniśmy przejść w inne miejsce sektora.

Niestety, taty nie było ze mną na moście podczas Euro 2012. Na moście, na którym właśnie wyłapałem w mordę od wybiegających z czoła swojego marszu Rosjan. Jeszcze nie zdążyłem pozbierać do kupy moich okularów przeciwsłonecznych, gdy dobiła mnie… polska policja. Jak zwykle znalazła się na miejscu w idealnym momencie – gdy Rosjanie już schowali się z powrotem między swoich, ale jeszcze zanim udało mi się w miarę ogarnąć po niespodziewanym sparingu bokserskim. Winni – wiadomo – zazwyczaj są Polacy, więc zamiast pomocy w skręcaniu okularów dostałem gazem po oczach. Pomyślałem – oho, jeszcze nie zmądrzeli od tego bałuckiego podwórka dekadę wcześniej.

Nie zmądrzeli też, gdy na moich oczach trzasnęli pałką w potylicę nastolatka, którego jedyną winą było, że szedł w ich mniemaniu zbyt wolno. Nie zmądrzeli, gdy na sektorze gości w Aleksandrowie spychali tarczami siwego dziadka ze schodów tylko dlatego, że piętnaście metrów dalej ktoś odpalił racę. Nie zmądrzeli, gdy na komisariacie, kiedy czytałem protokół wykonania badania alkomatem pełnymi zdziwienia głosami komentowali i zalecali: „ja jebe, ten będzie czytał” oraz „na chuj to czytasz, podpisuj”. Nie zmądrzeli, gdy dwukrotnie wprowadzali i wyprowadzali nas z Łomży, tylko po to byśmy obejrzeli jak najmniejszą część meczu ŁKS-u z ŁKS-em. Nie zmądrzeli, gdy rzeczowo przestrzegali kolegę: „jak będziesz kręcił to ci ten telefon rozjebiemy”. Nie zmądrzeli, gdy klepnęli mi pałką w dach auta, bo w ich mniemaniu zbyt wolno zawracałem.

Naturalnie wiem, że istnieją dobrzy policjanci, ale pech chciał, że niezależnie od okoliczności spotkania, ja natrafiałem zazwyczaj na takich, których się po prostu bałem. Zrozumiałbym – na stadionie. Pod stadionem. W drodze na stadion. Ale identyczne traktowanie miało miejsce na ulicach, na osiedlach, na spacerach z psem i w kolejce do sklepu.

Ale to wszystko jeszcze o niczym nie świadczy. To zaledwie kilka incydentów, przypadków, zresztą muszę też wprost powiedzieć, że gdy mówią: „wypierdalaj z jezdni” jakaś część mnie (ta przyzwyczajona do „proszę zejść z jezdni”) pcha się na sam środek tejże ulicy, byle na przekór i na złość. Nie chcę się wypowiadać z pozycji ofiary, bo brzmiałoby to kompletnie groteskowo i pewnie też nie do końca prawdziwie. Bardziej przerażające było jednak dla mnie to, że gdy przestałem czuć pieczenie gazu pieprzowego i udało się zatamować krwawienie z głowy tego uderzonego pałką chłopaczka – nie było raczej możliwości, by w jakikolwiek sposób zaprotestować. Nie było możliwości, by powiedzieć: chciałbym, by coś takiego już nie miało miejsca. Życzyłbym sobie, by winny tej nieuzasadnionej interwencji został ukarany czy chociaż upomniany. Nie było wyższej instancji, nie było drogi odwoławczej i apelacyjnej, nie było… Nie było szans w starciu osiedlowego szczurka z majestatem państwa w osobie dumnego rycerza w czarnym pancerzu.

Wtedy zrozumiałem – tego zdania trzymam się do dziś – że gorsza od jakiejkolwiek patologii policyjnej jest milcząca zgoda na tuszowanie, bagatelizowanie czy wręcz pogłębianie patologii. Szokujące nie są słowa: „na chuj to czytasz, podpisuj”, ale fakt, że w pomieszczeniu pełnym innych policjantów żaden z nich nie powie: „ej, Rudy, przestań, niech sobie przeczyta”. Szokujące nie jest ostre obchodzenie się z bandytą, który właśnie popełnił przestępstwo, ale fakt, że przy okazji skopany może zostać przypadkowy przechodzień, który ośmieli się zdarzenie sfilmować. Szokujące nie jest, że na komisariatach są miejsca bez monitoringu, w które zaciąga się zatrzymanych, ale fakt, że cały komisariat te miejsca zna i nie ma ani jednego człowieka zdolnego do reakcji.

Szokujące jest, że Związek Zawodowy Policjantów protestuje zawzięcie przeciw skazaniu za nieuzasadnione użycie broni funkcjonariusza, który postrzelił niewinnego kibica w Tychach, ale milczy wobec przypadków katowania czy wręcz zakatowania na komisariacie. Policja działa w tych sprawach jak kibice. Omerta, zmowa milczenia, nie zostawiać swoich na polu bitwy, jak cię złapią za rękę – mów, że nie twoja ręka. A już szczególnie, jeśli sprawa dotyczy „podludzi”. Obrzydliwe określenie? Ale przecież wystarczy spojrzeć w komentarze sprzed kilku lat, choćby po wspomnianej śmierci chuligana na boisku w Knurowie. „Podludźmi” dla wszystkich „nadludzi” są w pierwszej kolejności kibice, w drugiej „dresiarze” znani obecnie jako „Sebixy”, dalej drobni złodzieje i reszta klienteli nadającej się do poprawczaka. Jeśli w sprawach, gdzie doszło do przekroczenia uprawnień chodziłoby o biznesmena, bankiera czy chociaż taksówkarza – może ktoś w policji otrzymałby naganę. Ale gdy ofiarą pada ktoś z marginesu, nie stanie w jego obronie absolutnie nikt. A już na pewno nie Związek Zawodowy Policjantów, którego jednym z celów powinno być przecież oczyszczenie środowiska ze zwyrodnialców z pałkami, „Sebixów” w mundurach.

Że się należy? Z tego co wiem za zniszczenie mienia na przykład należy się kara aresztu, ograniczenia wolności do roku lub grzywny, a nie kara wpierdolu i upokorzenia na komisariacie, a następnie aresztu, ograniczenia wolności do roku lub grzywny. To dość istotna różnica w pojmowaniu prawa. I przyczyna, dla której co jakiś czas z komisariatów będzie wybijać gromadzące się w nich szambo. Czasem będzie to pobicie, oby jak najrzadziej śmierć. Ale pokazowa wymiana kadr po ujawnieniu przez TVN kulisów sprawy Igora Stachowiaka nie zmieni mentalności i przyzwyczajeń na samym dole.

***

Ponarzekałem na tych policjantów, więc dla odmiany fragment relacji z wyjazdu na mecz Radomiaka autorstwa kibiców GKS-u Bełchatów.

Na jednym z postojów na rogatkach Przysuchy miejscowy szeryf ze swoimi koleżkami próbował wręczyć mandaty naszym kierowcom, ale niespodziewanie wstawił się za naszymi drajwerami… szef obstawiającej nas eskorty, który w kilku słowach pokazał miejscowemu wąsowi jego miejsce. Szef psów zachowywał się całkiem normalnie – w Radomiu pod sektorem zaproponował nawet ustawić autokary tak, aby nasi zakazowicze mogli widzieć z nich mecz.

Czyli da się! Ale raz jeszcze – najmądrzejszy okazał się szef całej dyskoteki, prawdopodobnie z „wojewódzkiej”, który poustawiał „przysuszańskich” szeryfów. Cywilizowana góra kontra dziki dół?

***

Jak widziałbym reakcje na materiał „Superwizjera” (gratuluję autorowi)? W moim idealnym świecie:

– politycy partii rządzącej zrobiliby wszystko, by ukarać wszystkich sprawców, dojść do podobnych przypadków nadużyć w całej Polsce i wyciąć w pień ciche przyzwolenie na balansowanie na granicy legalności, bądź poruszanie się już poza nią
– politycy partii opozycyjnych zrobiliby wszystko, by swoim doświadczeniem pomóc oszacować skalę nadużyć, zaproponować współudział własnych think tanków w modyfikowaniu prawa by zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości, natomiast równolegle patrzyliby na ręce rządzącym wyjaśniającym całą sprawę
– publicyści mediów prorządowych dążyliby do pokazania prawdy o niemonitorowanych pomieszczeniach na komisariatach w ostatnich 25 latach
– publicyści mediów proopozycyjnych dążyliby do pokazania prawdy o niemonitorowanych pomieszczeniach na komisariatach w ostatnich 25 latach

Niestety, okazało się, że:

– politycy partii rządzącej zrobią wszystko, by pokazać że to wina wyłącznie polityków partii opozycyjnych (kiedyś rządzących)
– politycy partii opozycyjnych zrobią wszystko, by pokazać że to wina wyłącznie polityków partii rządzącej
– publicyści mediów prorządowych dążą do pokazania, że to wina wyłącznie polityków partii opozycyjnych (kiedyś rządzących)
– publicyści mediów proopozycyjnych dążą do pokazania, że to wina wyłącznie polityków partii rządzącej

Te cztery ostatnie czynności są zresztą charakterystyczne dla ostatniego okresu – niezależnie bowiem od aktualnie omawianej sytuacji, zdarzenia, problemu czy skandalu, te cztery obozy zachowują się tak samo. Serio, sprawdźcie sami, podstawcie sobie tutaj dowolne hasło, na przykład „reprywatyzacja”. „Amber Gold”. „Katastrofa smoleńska”. „Zamykanie stoczni”. „Upadek piłkarskiej Łodzi”. „Przeciekająca rura na blokowisku w Kętrzynie”. „Eksmisja pani Jadwigi”.

Algorytm doskonały!

***

Na koniec ciekawostka.

Policja często jest pośrednio odpowiedzialna za zamykanie sektorów gości czy nawet trybun – wnioskuje zazwyczaj, że istnieje prawdopodobieństwo wydarzenia się czegoś niezgodnego z prawem, co później przyklepuje wojewoda. Czymś niezgodnym z prawem bywa pirotechnika, dla wielu policjantów największy wróg, ścigany z zajadłością godną najbardziej śmiertelnego dopalacza. Głośno było chociażby o specach z dziedziny kryminalistyki, którzy na trybunach w Kielcach analizowali odciski palców na wypalonych racach w celu zidentyfikowania przestępców nazywanych „ultrasami”.

W przekazach policji często padają ponadto sformułowania dotyczące „pseudokibiców wnoszących i odpalających materiały pirotechniczne”. Generalnie więc można założyć, że w oczach policji osoba z racą jest w najlepszym wypadku przestępcą, w najgorszym zwyrodniałym bandytą.

Zaglądamy w takim razie na stronę dolnośląskiej policji. Znajduje się tam relacja z fantastycznej akcji: III Charytatywnego Turnieju Piłki Nożnej Policji Dolnośląskiej. Funkcjonariusze zebrali ponad 24 tysiące złotych na leczenie chorej Malwinki w najlepszy możliwy sposób – poprzez rywalizację sportową i prowadzoną równolegle zbiórkę. Nie wiedziałem, że policja organizuje tego typu wydarzenia, jestem im za to wdzięczny i naprawdę zyskali w moich oczach. Podczas turnieju miało jednak miejsce jeszcze jedno ważne wydarzenie. Podczas dekoracji zwycięzców, na turnieju policjantów, zorganizowanym przez policjantów, w którym uczestniczyli policjanci, odpalono race.

Screen z facebookowego profilu smagacze.pl, autorów fotorelacji z turnieju.

Akcja charytatywna, turniej piłkarski, pirotechnika. Już dawno policja nie miała tyle wspólnego z kibicami. Może więc skoro te race naprawdę potrafią stanowić świetne ukoronowanie futbolowego widowiska – przestać je tak wściekle ścigać?

JAKUB OLKIEWICZ