Advertisement

Image and video hosting by TinyPic
Co by tu dzisiaj skroić? Może sportowe trofeum?!
Inne sporty

Co by tu dzisiaj skroić? Może sportowe trofeum?!

Znacie te filmy gangsterskie – szajka oprychów chce napaść na bank i zgarnąć miliony, dlatego mozolnie przygotowuje się do tego miesiącami. Złodzieje sprawdzają wszystkie zabezpieczenia, studiują plany budynku, analizują godziny pracy załogi i jej najdrobniejsze przyzwyczajenia: kiedy kto lubi wyjść na fajka, kiedy do kibla, który lubi się zdrzemnąć. Dosłownie wszystko, bo ryzyko wpadki jest duże. Ale gdyby już zrobić film o niektórych skokach na sportowe trofea, wyszłaby z tego komedia. Chociaż na złodziejskiej liście na przestrzeni lat znalazły się m.in. puchar za mistrzostwo świata w siatkówce, Puchar Stanleya czy najstarszy medal olimpijski, to skoki te w wielu przypadkach łączy jedno – mógł ich dokonać nawet amator. Jaś Fasola gangsterki. W niektórych przypadkach nie było wręcz żadnych zabezpieczeń. Złodzieje po prostu weszli, rozejrzeli się, spakowali towar i wyszli. Prawie jak w sklepie. I takim oto sposobem do dziś nie są znane losy kilku cennych trofeów.

Tego skoku nie spaprałby nawet gang Olsena. Ciężarówka firmy kurierskiej TNT Express zatrzymała się na parkingu nieopodal centrum handlowego i Brazylijskiej Konfederacji Siatkówki (CBV) w Rio de Janeiro. To był koniec trasy. Puchary jechały tu z oddalonego o ponad 400 km Sao Paulo, bo były prezentowane w Brazylii w ramach Trophy Tour. Według policji, kierowca miał załatwiać jeszcze sprawę w galerii, dlatego ciężarówka stała przez pewien czas otwarta. Kiedy wrócił zorientował się, że na pace nie ma pucharów, które miały być wręczane nowym mistrzom świata w siatkówce.

Do kradzieży doszło w sierpniu 2014 r., niewiele ponad tydzień przed męskim turniejem w Polsce i miesiąc przed żeńskim we Włoszech. Mimo śledztwa, pucharów nigdy nie odnaleziono. Do dziś nie wiadomo, czy ciężarówka była śledzona, czy zwyczajnie ktoś skorzystał z okazji widząc otwarty samochód. Aż chciałoby się zapytać, dlaczego najcenniejsze trofeum – w jakby nie było jednej z najpopularniejszych dyscyplin sportu na świecie – przewożone było zwykłym kurierem jak jakaś szafka z Ikei…   

W przeciwieństwie do pucharu za piłkarskie mistrzostwo świata, który jest wart wiele, bo jest zrobiony ze złota, siatkarskie trofea nie mają żadnej wartości rynkowej. Nikt nie skorzysta na ich sprzedaży – próbował nieco bagatelizować wpadkę Neuri Barbieri, członek brazylijskiej federacji.

Ówczesny prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej Mirosław Przedpełski jeszcze bardziej odleciał w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” mówiąc, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki tej kradzieży większa jest teraz promocja mundialu, o którym piszą i mówią wszystkie media na całym świecie. Niektórzy żartują, że ktoś specjalnie schował te statuetki”.

W rzeczywistości był to jednak wizerunkowy samobój. Światowa federacja, dla której mundiale są oczkiem w głowie, została tuż przed turniejami bez pucharów. To dla nas bardzo smutna wiadomość, bo pracowaliśmy bardzo ciężko nad stworzeniem wyjątkowych pucharów dla zwycięzców mistrzostw świata – mówił prezydent FIVB Ary Graca. – Teraz wraz ze szwajcarską firmą, która stworzyła puchary, będziemy pracować nad ich odtworzeniem, co może jednak zająć trochę czasu. W międzyczasie powstaną nowe trofea, które będą prezentowane podczas finałów mistrzostw świata w Katowicach i Mediolanie. Dzięki temu drużyny, które wygrają czempionaty, otrzymają nagrody za swój wielki wysiłek.

Tak więc puchar za mistrzostwo, który w katowickim Spodku wznosił później do góry Michał Winiarski, był tylko kopią.

– Trofeum trzymane jest dziś na specjalnym podeście w szklanej kopule. Chociaż jest to kopia, pilnują jej systemy zabezpieczające. Z wiadomych względów nie mogę mówić jednak o szczegółach – opowiada Weszło Janusz Uznański, rzecznik PZPS-u. 

Nieporównywalnie większą wartość miał już jednak medal olimpijski z pierwszych nowożytnych igrzysk w Atenach w 1896 r. Do skandalu doszło w 2010 r. w Tokio, a konkretnie w tamtejszym muzeum sportu Prince Chichibu Memorial Sports Museum. To była jedna z najważniejszych pamiątek, jakie można było tam obejrzeć. Wspomniany krążek 114 lat wcześniej otrzymał za zwycięstwo w jednej z konkurencji gimnastyk Hermann Weingartner. Niemiec zdobył na tamtych historycznych igrzyskach łącznie trzy złote medale, chociaż złoto jest tutaj oczywiście jedynie symboliczne – skradziony medal wykonany był bowiem ze srebra. Prawdziwe złote medale za wygraną pojawiły się na igrzyskach dopiero na początku XX wieku. Tak czy inaczej, każdy snobistyczny kolekcjoner marzył pewnie o takim cacku w swoim domu. I kto wie, któryś z nich być może swoje marzenie właśnie spełnił.

Ważący 68 gramów i liczący 48 mm krążek trzymany był w szklanej obudowie. Niektóre japońskie media podawały, że – w co aż trudno uwierzyć – gablota miała nawet nie być zamykana. Do włamania doszło w marcu. Złodziej (lub złodzieje, ale w sumie po co iść na takiego pewniaczka w kilku) po prostu wszedł do sali wystawowej i bez problemu go wyniósł. Jak się później okazało, nie było tam nawet zainstalowanych kamer. Ale to jeszcze nie wszystko. Kiedy po wybuchu afery japońscy dziennikarze pojechali do feralnego muzeum, żeby zbierać materiał, chodzili tam prawie jak po własnym domu. Na wejściu nie zatrzymał ich żaden ochroniarz. Potem okazało się, że taki ktoś jednak tam istnieje, ale oprócz pilnowania porządku zajmuje się też sprzedażą biletów i pamiątek.

Tak wygląda ta tokijska twierdza nie do zdobycia.

18518716_1403605679685595_565751039_n

                                                                                 fot. japanvisitor.blogspot.com

Po wartościowej pamiątce nie ma śladu. Ile mogła być warta? Kiedy w 2014 r. w Graham Budd Auctions w Londynie licytowano inny medal z pierwszych nowożytnych igrzysk w Atenach, został kupiony za 180 tys. funtów…

Całkiem bogatą kartotekę ma również hokejowy Puchar Stanleya. Prób kradzieży było kilka i jeden ze skoków powiódł się w styczniu 1970 r. Trofeum znajdowało się w Galerii Sław Hokeja w Toronto. Złodzieje ukradli wtedy srebrny kołnierz pucharu. Do dziś nie wiadomo, jak dokładnie zdołali włamać się do jednego z najsłynniejszych budynków w mieście, ale jednak. Puchar Stanleya był szukany przez ponad siedem lat. I pewnie policja długo jeszcze nie potrafiłaby namierzyć trofeum, gdyby nie telefon od anonimowego informatora, który zadzwonił do nich we wrześniu 1977 r. Tajemnicza osoba powiedziała, że w piwnicy jednego z domów w Toronto znajduje się cenny pakunek. Policjanci pojechali pod wskazany adres i znaleźli tam Puchar Stanleya zawinięty jak bożonarodzeniowy prezent. I dla pracowników galerii to był jak prezent pod choinkę. Radośni nie było końca. 

18579094_1403605619685601_31760783_n

Ale co ciekawe, jeszcze w tym samym roku pracownikom Galerii Sław Hokeja udało się udaremnić kolejną próbę kradzieży. Tym razem skrojenia pucharu chciało podjąć się siedmiu studentów. Pracownicy galerii zwrócili uwagę na kilku z nich, kiedy kręcili się po budynku w dużą torbą sportową. Na miejscu szybko zjawiła się policja. W samochodzie należącym do mężczyzn znaleziono później serię zdjęć z wyszczególnionym planem pomieszczeń.

Jeszcze trochę o hokeju: do niecodziennej historii doszło w 1962 r., kiedy puchar wystawiony był w szklanej gablocie w holu Chicago Stadium. Wiedział o tym niejaki Ken Kilander, wielki fan Montreal Canadiens, który przyjechał tam za swoją drużyną na mecz. Facet nie mógł znieść tego, że jego ukochany puchar jest w Chicago. Przed meczem rozmawiając z dziennikarzami miał w żartach założyć się, że wyniesie stamtąd puchar. I tak zrobił. W dniu spotkania otworzył gablotę, a kiedy zorientował się, że nie włączył się alarm, po prostu zabrał trofeum. Kiedy tak tachał je w drodze do wyjścia, zauważyła go jedna z przypadkowych osób. Zdziwiony świadek zapytał Kilandera, dlaczego wychodzi z Pucharem Stanleya. – Chciałem go zabrać tam, gdzie jest jego miejsce. Do Montrealu – powiedział niedoszły złodziej, który oczywiście wpadł w ręce policji i musiał zwrócić swój łup.

18600575_1403605653018931_196006716_n    

Wciąż mnóstwo znaków zapytania towarzyszy zuchwałej kradzieży piłkarskiej Złotej Nike, która została zwędzona w marcu 1966 r. w Londynie, zaledwie trzy miesiące przed mistrzostwami świata w Anglii. Tę historię zna większość kibiców, ale warto ją przypomnieć.

Trofeum można było oglądać przy okazji wystawy filatelistycznej w Westminster Central Hall. Feralnej niedzieli budynek pilnowany był ponoć przez czterech dozorców (niektóre źródła mówią o pięciu). Kiedy o godz. 11 dokonano rutynowego obchodu, wszystko było jeszcze na swoim miejscu. Kolejny raz kontrolowano salę o godz. 12.10. I szok. Gablota była pusta, obok leżało tylko potłuczone szkło. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Po oględzinach miejsca ustalono, że złodzieje włamali się prze tylne drzwi.    

Ówczesny prezydent FIFA Stanley Rous miał więc podwójne powody do wstydu: nie dość, że kilka miesięcy przed mundialem złodzieje ukradli trofeum, to jeszcze na dodatek stało się to w jego ojczyźnie. Policyjne śledztwo ruszyło z kopyta. Przesłuchiwano dosłownie każdego: od dozorców, przez panie ze szkółki niedzielnej, która odbywała się w innej części budynku, po prawie każdego, kto przewinął się wtedy przez to miejsce. W międzyczasie, zanim jeszcze sprawa wypłynęła do mediów, kierownictwo angielskiej federacji w pełnej konspiracji rozmawiało z fachowcami, którzy mogliby szybko wykonać replikę pucharu. Wiedziało o tym jedynie wąskie grono działaczy.

Kilka dni później do Joe Mearsa, szefa angielskiej federacji i prezesa Chelsea Londyn zadzwonił człowiek o nazwisku Jackson. Powiedział, że jeśli Mears zapłaci mu 15 tys. funtów okupu, on odda mu puchar. Mężczyźni spotkali się w umówionym miejscu, ale Mears powiadomił o wszystkim policję. Jackson – a jak się później okazało Edward Betchley – został zatrzymany. Od początku jednak zarzekał się, że był jedynie pośrednikiem, a prawdziwy złodziej miał mu tylko odpalić dolę za odebranie okupu. Czy ktoś taki rzeczywiście istniał? Tego nie wiadomo do dziś.

Tydzień od dnia kradzieży puchar został szczęśliwie odnaleziony przez psa o imieniu Pickles. – Kiedy prowadziłem go na spacer, podszedł nagle do samochodu sąsiada (obok żywopłotu – red.). Zwrócił uwagę na pakunek ściśle owinięty w gazetę. Podniosłem go, zerwałem papier i zobaczyłem postać kobiety trzymającej na głową naczynie. Były też napisy „Niemcy”, „Urugwaj”, „Brazylia”… Od razu pobiegłem do żony. Była jedną z tych antysportowych żon, ale powiedziałem: „Znalazłem Puchar Świata! Znalazłem Puchar Świata!” – opowiadał w 2006 „Guardianowi” David Corbett, właściciel psa.

Pies stał się gwiazdą mediów, bo uratował twarz Anglikom. Niestety, zdechł już rok później – podczas pogoni za kotem zaczepił się smyczą o drzewo i udusił się.

Puchar za mistrzostwo świata nie miał już tyle szczęścia w 1983 r., kiedy oryginał trzymany był na trzecim piętrze budynku brazylijskiej federacji piłkarskiej. Trofeum przed złodziejami nie uchroniło nawet kuloodporne szkło, za którym stało. Trzech mężczyzn wcześniej obezwładniło i związało stróża nocnego. Mimo aresztowania podejrzanych i wyroków skazujących, pucharu nigdy jednak nie odnaleziono. Najbardziej prawdopodobna wersja mówiła o tym, że trofeum mogło zostać przetopione…

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Co by tu dzisiaj skroić? Może sportowe trofeum?!"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Kunta Kinte

Biedny Pickles… 😀

wpDiscuz