Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Ruch Chorzów dostał licencję – i słyszę w tym momencie pytania: że jak to, że dlaczego, że to jaja jakieś i prowizorka, komisja pewnie przekupna, za uszy ciągnie, zamiast zamachnąć się maczetą.

Hmm. Dostał licencję, ponieważ spłacił wymagane przepisami długi. Koniec, kropka. Skandal byśmy mieli wtedy, gdyby Ruch spłacił długi i licencji nie dostał. A tak – mamy normalny werdykt, w oparciu o przepisy. Okraszony minus trzema punktami z powodu zbyt późnej spłaty, ale to już inny temat i można dyskutować, czy to za mało, za dużo czy w sam raz (za mało).

Nie lubię tego, w jaki sposób Ruch funkcjonuje, ale lubię trzymać faktów. Porozmawiajmy więc o nich.

Licencja nie jest wydawana na podstawie tego, czy w klubie jest bałagan, czy nie i nie bierze się pod uwagę liczby krytycznych artykułów, kłamliwych tłumaczeń, żałosnych gestów i próśb o kolejną pożyczkę. Mówiąc krótko – Ruch może być pod każdym względem firmą beznadziejną w swojej beznadziejności, ale na sam koniec liczy się wyłącznie to, czy spłacił długi nabite do dnia 31 grudnia 2016 roku. Jeśli spłacił – brawo, zapraszamy na boisko.

Idąc dalej tym tropem – bo tego zdaje się większość osób nie rozumie – Ruch może nie płacić nikomu w styczniu, lutym, marcu, kwietniu i maju i jak najbardziej słusznie DOSTAĆ licencję na sezon 2017/2018. W tym czasie wszyscy mogą się ze wszystkimi pokłócić, piłkarze strajkować, trenerzy wyskoczyć z okien, sprzątaczki zwolnić, a prezesi poprosić o azyl w Czeczenii. To nieistotne. Aby dostać licencję na sezon 2017/2018 trzeba mieć spłacony POPRZEDNI ROK. Nie ten, tylko poprzedni. Jeśli ktoś uważa te przepisy za głupie, może napisać w tej sprawie do UEFA. Ja uważam, że są w miarę w porządku.

Atmosfera wiecznych żal – gdzie jest nasza kasa? – prowadzi do tego, że kibice odnoszą złudne wrażenie, iż Ruch jest w jakiś sposób forowany. Ja bym się do tego w stu procentach przychylił, gdyby pojawił się chociaż jeden piłkarz (trener, dyrektor, ktokolwiek) i powiedział: – Proszę, tu mam napisane, że miałem dostać kasę do końca listopada zeszłego roku i nie dostałem!

Wtedy zgoda – nawet 100 złotych zaległości i wypad z ligi. Ale nie widzę takich ludzi. Jeśli są, niech się ujawnią! Owszem, jest cuchnąca sprawa sprzed kilkunastu lat, którą Ruch przegrał przed wszystkimi instancjami PZPN i wydawało się, że będzie musiał ją już teraz rozliczyć, ale odwołał się do Trybunału Arbitrażowego przy PKOl.

No ale jak to? Można nie płacić w styczniu, lutym, marcu, kwietniu i maju i dostać licencję?! Ano można. Tylko że za moment znowu jest termin płatności za pierwsze półrocze, a jak ktoś go przeoczy – minusowe punkty. A potem tak czy siak wszystko trzeba grzecznie wybulić. Koniec końców każdy kto chce czekać, doczeka się swoich pieniędzy. A jak ktoś czekać nie chce – ma pełne prawo rozwiązać kontrakt, jak to zrobił Patryk Lipski.

*

– E tam, lepiej żeby zaczęli od czwartej ligi, już bez długów – mówią inni. To zdanie to szczyt głupoty. Bo „już bez długów” oznacza po prostu „po wydymaniu wierzycieli”. Rozpoczęcie zabawy od czwartej ligi oznacza, że osoby/firmy, które czekały na pieniądze nigdy ich się nie doczekają. To tak jak ja bym narobił długów na 50 milionów złotych, a potem powiedział: – Wiecie co? To ja zmienię imię i nazwisko z Krzysztof Stanowski na Krzysztof Stanowski i zacznę dziennikarską drogę od początku, pójdę na staż do „Przeglądu Sportowego”, może za cztery lata wrócę na szczyt, ale już bez długów.

Magii nie ma. Jeśli długów się nie spłaca, to one nie znikają.

I jeśli na skutek działalności Komisji Licencyjnej wierzyciele finalnie dostają swoje pieniądze, nawet późno, to jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż „start bez długów”.

*

Można to ująć tak. Ruch jest ciężko chory. Leży na łóżku, nie ma siły wstać i jeszcze wszystkich wokół wkurwia ciągłym zrzędzeniem. Inni pacjenci mają go dość, pielęgniarki mają dość, lekarze też.

Wiele osób najchętniej wyjęłoby wtyczkę z kontaktu i rozwiązało problem raz na zawsze. Ale wyjęcie wtyczki z kontaktu nie jest legalne. Ruch ledwo zipie, ale zipie i póki co ma prawo do tej swojej powolnej, irytującej całą resztę agonii. Śmierdzi trupem, ale trupa nie ma. Jest fetor.

*

Kibice Ruchu ostatnio ciągle do mnie piszą, że mam „ból dupy” związany z ich klubem. Mówiąc szczerze, mało rzeczy jest mi tak obojętnych jak los Ruchu Chorzów. Gdyby ten klub miał się jutro rozwiązać lub gdyby miał jeszcze istnieć 100 lat, byłoby to dla mnie równie interesujące jak losy „Klanu” – mogą to zawiesić, mogą nie zawieszać, naprawdę wszystko mi jedno. Bardziej mnie interesuje, żeby nie złapać gumy w samochodzie i żeby ładnie zasiać trawnik.

Ale jednak ciągle czytam – ból dupy, ból dupy, ból dupy. To jakaś choroba XXI wieku. Ludzie piszą o jakimś bólu dupy, o jakichś maściach, zamiast podjąć minimalny wysiłek intelektualny i spróbować podyskutować. Po „bólu dupy” poznasz w internecie kretyna.

Do czego jednak zmierzam. Rozbawiło mnie wczoraj, jak jeden kolo napisał, że mam ból dupy, bo Ruch jest najbardziej utytułowanym klubem w Polsce. No, doprawdy, wstaję co rano i myślę sobie: no nie, ten Ruch, tyle wygrał w dwudziestoleciu międzywojennym, że normalnie trzeba wziąć proszki na uspokojenie. Ludzie kochani, wszyscy mają na to totalnie wywalone, naprawdę. Nikogo nie interesuje kto najcelniej kopał napompowany pęcherz świni w 1933.

A jeśli bardzo chcecie w to brnąć, to cóż. Dwa kluby najwięcej razy wygrywały ligę – Górnik Zabrze i Wisła Kraków, po czternaście. Ruch – trzynaście. Ja wiem, że ma czternaście mistrzostw Polski, ale ja wiem i wy wiecie, iż to bez sensu. No chyba że nie wiecie, to wam wyjaśnię.

W 1951 roku jakiś głupek uznał, że mistrzem Polski nie będzie ten, kto wygra ligę, tylko ten, kto zdobędzie Puchar Polski. No i Ruch Chorzów wtedy – szósty na koniec sezonu ligowego – w Pucharze Polski zanotował następujące wyniki:

Pokonał LZS Grzybowice
Pokonał Koło Sportowe Zarządu Portu Szczecin (późniejsza Pogoń)
Pokonał ŁKS-Włókniarz Łódź (ŁKS)
Pokonał po dogrywce Budowlanych Chorzów (AKS)
Pokonał Gwardię Kraków (Wisła)

Mówiąc krótko, Ruch wygrał wtedy pięć meczów (w tym trzy z zespołami z pierwszej ligi) i na tej podstawie zapisany w historii ma… dublet. Mistrzostwo i Puchar! Toż to największy absurd w dziejach światowego futbolu. Z równą łatwością odznaczenia nie wiedzieć za co gromadził chyba tylko Bartłomiej Misiewicz.

Jak można za triumf w jednych rozgrywkach zapisać sobie zwycięstwo w dwóch? Zwłaszcza, gdy w tych drugich Ruch był szósty w tabeli? Tak, wiem, ktoś podjął taką decyzję. Liczę, że ktoś kiedyś podejmie odwrotną i zwróci sprawiedliwość „Białej Gwieździe”.

Ligę polską najwięcej razy wygrywali Górnik i Wisła – to nawet nie jest dyskusyjny, to niepodważalny fakt.

Dobra, bądźmy poważni. Mieszkańcy Gniezna nie chodzą z głową w chmurach tylko dlatego, że jakiś czas temu w ich mieście król bzykał królową.

*

Ale mam ból dupy, napisałem tekst o Ruchu!

Skoro to najbardziej utytułowany klub, to trzeba o nim pisać, czyż nie?

*

Koniec fazy pucharowej, teraz tylko finały – Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Z utęsknieniem czekam, aż ktoś w końcu przeprowadzi zmianę w przepisach i raz na zawsze zniesie idiotyczny przepis o ważniejszych golach na wyjazdach.

Gol to gol, nie bądźmy śmieszni.

W 2003 roku doszło do kuriozalnej sytuacji. W półfinale Ligi Mistrzów Inter Mediolan trafił do AC Milan. Jak dobrze wiecie, oba kluby rozgrywają mecze na dokładnie tym samym stadionie, więc trudno mówić, że ktokolwiek miał przewagę własnego boiska. W pierwszym meczu było 0:0, w drugim 1:1. Formalnie to Inter był gospodarzem tego drugiego, więc odpadł. Rany, przecież to równie głupie jak mistrzostwo dla Ruchu.

Tak sobie myślę, że skoro wtedy nikt przepisu nie zmienił, to może to już nie nastąpić. Ale jednak się łudzę.

Co daje nam ten przepis?

Ano daje to, że drużyny grające u siebie w pierwszym meczu mówią: – Najważniejsze to nie stracić gola na własnym stadionie.

Na dzień dobry – kalkulacja. Nuda.

Potem przepis ten morduje nam rewanże. Już jedna drużyna dogania, już gniecie, już jest blisko, aż tu nagle gol dla gości – i całe powietrze uchodzi. Kiedy podzieliłem się tym spostrzeżeniem na Twitterze, ludzie mi pisali: – Nikt nie bronił strzelić gola w pierwszym meczu na wyjeździe!

(mieli w głowach mecz Real – Atletico 3:0, chociaż dla mnie jest to problem ponadczasowy)

A ja odpowiadam: – Nikt nie bronił lepiej bronić w rewanżu.

(przy hipotetycznym założeniu, że Atletico wygrywa mecz 4:1)

Nie mam pojęcia, dlaczego zwycięstwo 3:0 miałoby być bardziej wartościowe od zwycięstwa 4:1. Dlaczego dopiero 5:1 jest lepsze od 3:0? Nie kumam tego po prostu nic a nic. Dlaczego skazuje się gospodarzy na to, by zamiast dawać show przed własną publicznością, myśleli o zabezpieczeniu tyłów. Ja jako kibic drużyny X po wykosztowaniu się na bilet wolałbym zobaczyć na tablicy wynik 4:1 niż 3:0. A potem się okazuje, że 3:0 jednak lepsze.

Ktoś na tym przepisie zyskuje? Kibice na pewno nie. Mniej emocji. Telewizje więc tym bardziej nie, bo telewizja karmi się emocjami. Prawa TV są tak drogie, że dodatkowe 30 minut o 23:00 to manna z nieba, jakiś gówno-serialik przepchnie się na później. Naprawdę, NIKT nie wygrywa.

Jeszcze rozumiem, że kiedyś dawno piłkarze płynęli na mecz parostatkiem i to na stojąco (tak, przesadzam). Ale dzisiaj śmigasz samolotem, śpisz w pięciogwiazdkowym hotelu i wychodzisz zagrać w piłkę. No, żadna to krzywda.

Najgorzej, że ten przepis funkcjonuje też w dogrywkach – tego się nie da już w żaden sposób wytłumaczyć. Goście strzelają gola, a ty musisz odpowiedzieć dwoma. Z jakiej paki? Dlaczego każdy ich gol w dogrywce rozstrzygającej o losach dwumeczu ma być ważniejszy?

Kilka osób przekonywało mnie, że przy wynikach 0:3 i 4:1 granie dogrywki na boisku gospodarza też nie jest w porządku, bo to jednak forowanie. Moim zdaniem dwa razy piętnaście minut, przy założeniu że komuś ściany pomagają, wciąż jest daleko lepszym rozwiązaniem niż uznanie, że jeden z ośmiu goli w dwumeczu był ważniejszy niż pozostałe siedem. Coś za coś, mniejsze zło. Idealnie nie będzie, ale daleko lepiej.

Może jeszcze wprowadźmy dodatkowe punkty za strzały słabszą nogą, co?