Dzieciaki, zapałki… Czysty ogień w Lyonie, ale w finale mimo wszystko Ajax!
Weszło

Dzieciaki, zapałki… Czysty ogień w Lyonie, ale w finale mimo wszystko Ajax!

Uch, cóż to był za mecz! Niby wiemy, że nastolatkowie przeważnie są w stanie odpieprzać lepsze cyrki niż ich kilkanaście lat starsi koledzy, niby wiemy, że młodzieńcza fantazja bardzo często oznacza jazdę bez trzymanki zakończoną wybiciem kilku zębów. A jednak, Ajax Amsterdam w rewanżowym meczu półfinału Ligi Europy na stadionie Olympique Lyon mocno nas tą swoją dziecinadą zaskoczył i w sumie zaimponował. Dziecinadą, bo nie da się inaczej określić tak otwartej i finezyjnej gry w ofensywie połączonej z tak potężną niefrasobliwością w tyłach.

Co robi w miarę doświadczony zespól broniąc wyniku 4:1 z pierwszego meczu rozgrywanego na własnym terenie? Wszystko, tylko nie to, co dziś wyczyniał w Lyonie Ajax. Klepki we własnym polu karnym i pod bramką gospodarzy, sztuczki technicznie, próby dziurawienia rywali, nieskończenie wiele dryblingów i popisów, połączone z tak ekscentrycznymi zagraniami jak wybicie piłki z „szesnastki” prosto w kolegę (zastosowane przynajmniej dwukrotnie), wybicie piłki z ósmego metra na metr szesnasty (nagminne) czy kompletne zignorowanie tak nieistotnego elementu piłkarskiego rzemiosła jak krycie przy dośrodkowaniach.

Efekt był taki, że już w przerwie po wnikliwiej analizie wytypowaliśmy bezbłędnie ostateczny wynik – albo Lyon wygra 8:1, albo przegra 1:8, w ostateczności będzie coś pomiędzy. Skończyło się zwycięstwem Olympique 3:1, ale liczba okazji pod każdą z bramek była po prostu szalona. Patelnię miał Cornet, Rybus też mógł zachować się lepiej przy swojej okazji na 3:1, pod drugą bramką taśmowo mylili się Ziyech czy Klaasen, spojenie w końcówce obił van de Beek, kilka razy lepiej zachować mogli się Fekir czy Lacazette, także rzut wolny z linii pola karnego należało wykonać o wiele lepiej. Przez pierwsze trzydzieści minut wydawało się, że Ajax powtórzy wynik z Amsterdamu, przez kolejne – że Lyon na spokojnie odrobi straty. Ostatnie pół godziny przypominało nam już napad z bronią palną na magazyn fajerwerków. Strzały, eksplozje, popisy, z obu stron.

Nic dziwnego, że zapachniało dogrywką – najpierw Rybus miał wspomnianą świetną sytuację, którą zmarnował uderzając w bramkarza, ale już chwilę później dorzucił prawdziwe ciasteczko w stylu Marcelo prosto na głowę Ghezzala. Gdy trzy minuty później Szymon Marciniak (doskonałe zawody!) wyrzucił z boiska Viergevera – Lyon poczuł krew. I właśnie ten fragment meczu najchętniej pokazywalibyśmy każdemu, kto nie dowierza w butność i arogancję młodego pokolenia. Skład, którego średnia wieku wynosiła dziś trochę ponad 20 lat, przy wyniku 3:1 zapewniającym im finał i grze w osłabieniu, na ostatnie 5 minut postanowił… Wyprowadzać kontry pięcioma zawodnikami. Dobrze liczycie, to połowa z zawodników Ajaksu przebywających wówczas na murawie.

Tak, to było coś unikalnego, to było surfowanie na niebezpiecznych falach, to był taniec na dachu rozpędzonego chevroleta, to był wjazd all-in w pokerze z typami spod ciemnej gwiazdy. Innymi słowy – to była właśnie młodość. Zresztą, sprawdźcie sobie jak wyglądał De Ligt tuż po odgwizdaniu rzutu karnego po jego faulu. Tak dziecięca twarz plująca pod nosem steki bluzgów wywoływała jednoznaczne skojarzenia – zaraz kopnie plecak i pójdzie do domu odrabiać przyrę.

Przy tym wszystkim należy jednak pochwalić też Olympique, przede wszystkim za piorunującą końcówkę pierwszej połowy, ale i za determinację po przerwie. Gdy nie szło, gdy Ajax naprawdę groźnie kontrował – oni tym mocniej starali się odrobić fatalny wynik z Amsterdamu. Ba, nie mamy wątpliwości – brakło wyłącznie odrobiny dokładności, może delikatnego podmuchu wiatru, który zepchnąłby to bardzo mocne uderzenie Corneta o dwa milimetry w stronę bramki. Jasne, mieli też furę szczęścia pod swoją, ale to był po prostu taki mecz. Szalony, szybki, nieszczególnie wyrafinowany taktycznie, z mnóstwem irracjonalnych zachowań poszczególnych piłkarzy.

Dobry. Bardzo dobry.

Fot.FotoPyK