Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Ajax Amsterdam jutro prawdopodobnie przyklepie awans do finału Ligi Europy i będzie to powrót na tak wysoki szczebel rywalizacji w europejskich pucharach po 21 latach. Ponad dwie dekady po pamiętnym finale Ligi Mistrzów z Juventusem, przegranym w rzutach karnych, Holendrzy znów zagrają o trofeum i choć to dla wielu tylko „puchar pocieszenia” – warto odnotować renesans pozornie przygasającej amsterdamskiej szkoły. 

No właśnie. Przygasającej czy rozkwitającej? Zakopanej w pełnej złota historii czy jednak wciąż aktywnie uczestniczącej w futbolowej walce o trofea i pieniądze?

Zwycięstwo Ajaksu nad Lyonem w pierwszym z półfinałowych spotkań niemal idealnie zbiegło się w czasie z kolejną roszadą na stanowisku selekcjonera holenderskiej reprezentacji. Oranje, do niedawna regularnie wymieniani jednym tchem z Hiszpanami czy Niemcami w gronie faworytów każdego kolejnego turnieju, teraz drżą o awans na mundial. I nie jest to już tylko wypadek przy pracy, bo jako jedni z nielicznych wielkich nie potrafili przejść przez szeroko otwarte bramy eliminacji do francuskiego Euro 2016. Gdyby Johan Cruyff żył, z pewnością nie zostawiłby suchej nitki na obecnej sytuacji futbolu w jego ojczyźnie, choć… może nie byłby wcale rozczarowany poziomem swojego rodzinnego Ajaksu Amsterdam.

Mogłoby się wydawać – paradoks. Gdy reprezentacja wydaje się przymierać, gdy liga słabnie dociskana do gleby obcasami bogaczy z Anglii bezlitośnie wykupujących najbardziej utalentowanych piłkarzy – Ajax nagle ot tak wjeżdża sobie do finału Ligi Europy. Nie da się tego uzasadniać wyłącznie kiepskim poziomem sportowym tych rozgrywek – bo przecież Lyon przed momentem wycelował 16 milionów euro na Memphisa Depaya a Lacazette czy Fekir to goście z potencjałem na granie może i w półfinale Ligi Mistrzów, naturalnie po transferach do mocniejszych zespołów. Ajax na swojej trasie do szwedzkiego finału ogolił też Celtę Vigo czy Schalke, a więc nieprzypadkowe drużyny z bez wątpienia nieprzypadkowych lig.

Zresztą, odpowiedź na pytanie, dlaczego Ajax doszedł tak daleko nie jest jakaś przesadnie trudna – jeśli wierzyć transfermarktowi, w ostatnich trzech sezonach zarobili na transferach grubo ponad 110 milionów euro, cały czas dokładając do składu zawodników, na których zarobić można w przyszłości. Bardziej interesujące jest – dlaczego tak rozjechały się drogi i osiągnięcia Ajaksu oraz reprezentacji Holandii.

Zerknijmy na skład Ajaksu z dwóch poprzednich finałów, w których brał udział – zwycięskiego, w 1995 roku i przegranego 12 miesięcy później.

1995:

Edwin van der Sar – Michael Reiziger, Danny Blind, Frank Rijkaard, Frank de Boer, Clarence Seedorf (54 Nwankwo Kanu), Edgar Davids, Finidi George, Ronald de Boer, Jari Litmanen (69 Patrick Kluivert), Marc Overmars

1996:

Edwin van der Sar – Sonny Silooy, Danny Blind, Frank de Boer (68 Arnold Scholten), Winston Bogarde, Edgar Davids, Ronald de Boer (91 Nordin Wooter), Finidi George, Kizito Musampa (46 Patrick Kluivert), Jari Litmanen, Nwankwo Kanu

W 1995 roku zagrał 10 Holendrów, 2 Nigeryjczyków oraz Fin. W 1996 roku – 11 Holendrów, 2 Nigeryjczyków oraz Fin. Teraz przywołajmy skład z pierwszego półfinału z Lyonem.

2017:

Andre Onana – Kenny Tete, Davinson Sanchez, Matthijs De Ligt, Jairo Riedewald – Davy Klaasen, Lasse Schone (71 Donny van de Beek), Hakim Ziyech – Bertrand Traore, Kasper Dolberg (88 David Neres), Amin Younes (79 Justin Kluivert)

6 (sześciu) Holendrów, Marokańczyk, Kameruńczyk, Kolumbijczyk, Niemiec, reprezentant Burkina Faso, dwóch Duńczyków i Brazylijczyk.

Gdyby ktoś zapytał mnie – co się zmieniło w futbolu przez te dwadzieścia lat, pokazałbym mu właśnie te dwa zestawienia. Już pal licho, że w pierwszym składzie Ajaksu wybiegło tylko czterech Holendrów – chodzi o rozstrzał. O to, że znajdziemy tu piłkarzy wychowywanych w Amsterdamie, ale też takich, którzy przybyli tam ledwie rok czy dwa lata temu, by w Ajaksie ze zdolnych juniorów stać się pełnoprawnymi gwiazdami europejskiego futbolu. Dość dobry przykład to porównanie napastników, weźmy choćby Dennisa Bergkampa i Patricka Kluiverta, dla których punktem odniesienia zróbmy Arkadiusza Milika i Kaspera Dolberga. Pierwszy duet, z lat dziewięćdziesiątych, to dwaj Holendrzy urodzeni w Amsterdamie, którzy słowo „Ajax” wypowiedzieli prawdopodobnie jeszcze przed „tata”, tuż po „mama” i „daj”. Kolejna dwójka to goście ściągnięci do Holandii w wieku, w którym niektórzy piłkarze rozpoczynali już strzelanie dla swoich reprezentacji. Ściągnięci z zagranicznych klubów, bez żadnych związków z Ajaksem, za to z potencjałem, który wystarczyło odpowiednio rozwinąć.

Z pierwszych dwóch pociechę na kilkanaście lat zyskała reprezentacja Holandii. Kolejni dwaj jeszcze przez ponad dekadę będą trafiać odpowiednio dla Danii i Polski.

Tak, od finału Ligi Europy do finału Ligi Mistrzów jest droga porównywalna jak z Pragi Północ do Pragi nad Wełtawą, ale z Ajaksem nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać po ich meczu z Legią. Źle jest natomiast z reprezentacją Holandii – i to bardzo źle, skoro Hakim Ziyech wybiera grę dla Maroka, mimo że przeszedł przez wszystkie szczeble holenderskiej młodzieżówki. Gdyby ktoś chciał z kolei szukać pocieszenia u prawdopodobnego mistrza Holandii 2016/17, to od razu uprzedzam – wśród ośmiu graczy, którzy zagrali w tym sezonie w Feyenoordzie ponad 3000 minut jest tylko czterech Holendrów.

Swoją drogą – mam nadzieję, że Arkadiusz Milik zrobił Polakom na tyle dobrą reklamę, że do Amsterdamu wyjadą kolejni Polacy. To byłby piękny chichot losu, gdyby trwałą przewagę reprezentacji Polski nad reprezentacją Holandii zbudowali ludzie wyszkoleni w Amsterdamie.

***

Kibice Łódzkiego Klubu Sportowego nie obejrzą derbowego meczu z Widzewem. Czy to dlatego, że dostali zakaz wyjazdowy? Może sektor gości, śląskim zwyczajem, zamknął wojewoda? Brak zgody policji? Nie. Tym razem przeciwwskazań nie ma ani miasto, ani policja, ani wojewoda, ani nawet architekt miasta. Portal widzewtomy.net podaje krótkie uzasadnienie decyzji:

Media preview

Brak odwagi wysuwa się na czoło w moim prywatnym rankingu najbardziej absurdalnych przyczyn zamknięcia obiektów sportowych przed kibicami, wyprzedzając wszystkie remonty chodników pokrywające się akurat z terminem meczu podwyższonego ryzyka. Co ciekawe – rok temu kibiców ŁKS-u na sektor gości nie wpuściła Lechia Tomaszów Mazowiecki, za co otrzymała od ŁZPN-u karę 2 tysięcy złotych grzywny i 2 ujemnych punktów w zawieszeniu, więc i Widzew pewnie dostanie jakąś symboliczną karę.

Ale życia najlepszym derbom w Polsce to już nie przywróci.