post Krzysztof Stanowski

Opublikowane 09.05.2017 16:43 przez

Krzysztof Stanowski

Jest jeden temat, który powraca non-stop. A w zasadzie to dwa tematy. Pierwszy: dlaczego Stanowski udaje, że nie kibicuje Legii, podczas gdy przecież każdy wie, ze kibicuje. I drugi: jak można kibicować Barcelonie, co to w ogóle za farmazon. Uznałem, że czas się z tym tutaj rozprawić. A nie zrobię tego lepiej, niż zamieszczając jeden z rozdziałów książki „Stan Futbolu”, wydanej rok temu. Rozdział pod tytułem: „Dlaczego nie warto być dziennikarzem sportowym?”. Będzie tu i o Legii, i o Barcelonie. Jeśli ktoś faktycznie szuka odpowiedzi i poświęci kilka chwil na refleksję, może zrozumie mój punkt widzenia. Zapraszam do lektury.

* * *

Na pozór jest to jeden z najlepszych zawodów świata. Nie przemęczasz się, zależnie od talentu zarabiasz nieźle, dobrze, albo bardzo dobrze. Zwiedzasz świat, przy czym nie jest to zwiedzanie na zasadzie „ciekawe, jak się mają nasi żołnierze w Afganistanie i czy nikomu nie urwało nogi”, tylko lecisz na mecz piłki nożnej do Japonii, gdzie nikt do ciebie nie strzela, za to możesz się spokojnie napić, zjeść hot-doga i pospać do jedenastej. Rzecz jasna mam na myśli tych najlepszych dziennikarzy, a nie mrówki, które dzień w dzień tłumaczą zagraniczne depesze i palą fajki przed budynkiem redakcji, lecz trzeba mierzyć wysoko. Ale i te mrówki nie ryzykują życia gdzieś na Bliskim Wschodzie, tylko w najgorszym razie biorą raz miesiącu delegację na mecz koszykówki w Inowrocławiu i wcinają darmowe kanapki.

Jakiś czas temu prowadziłem krótkie wykłady na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu – miałem opowiadać o dziennikarstwie sportowym, w szczególności internetowym. Sala pękała w szwach, chociaż uczciwie przyznam, że nie trzeba było jej wiele, by pęknąć. Rok w rok setki albo i tysiące osób marzą o tym, by zostać dziennikarzami sportowymi. Na dzień dobry powiedziałem wszystkim, że wybrali raczej niewłaściwy kierunek – i nie tylko dlatego, że dziennikarstwa trudno się nauczyć, a już zwłaszcza na wyższej uczelni… Że trzeba mieć wrodzonego bigla, wypracowaną przez długie lata – niektórzy twierdzą, że wrodzoną  – lekkość pisania i konstruowania myśli. Przede wszystkim wybrali niewłaściwy kierunek, ponieważ z dziennikarstwa sportowego naprawdę godnie żyje może trzydzieści, a może pięćdziesiąt osób w Polsce, co oznacza, że wszystkie te osoby zmieściłyby się do jednego autokaru. Patrząc w ten sposób, czysto statystycznie, a nie pod względem wysiłku, znacznie łatwiej jest zostać piłkarzem na poziomie ekstraklasy niż poważnym dziennikarzem sportowym. Rynek jest tak mizerny (a wciąż się kurczy!), że mówimy prawdopodobnie o jednym z najbardziej zamkniętych zawodów w kraju.

Ale nie, nie dlatego nie warto zostać dziennikarzem sportowym. Przy wszystkich niewątpliwych zaletach, jakie ma ta profesja – a jest ich naprawdę sporo, jeśli wykonujesz go dobrze – jest jedna, nieprzeliczalna na jakiekolwiek pieniądze negatywna kwestia: zamiana pasji w zawód. Zamiana, a nie połączenie jednego z drugim, przynajmniej nie na zawsze. Bardzo często ludzie twierdzą – rób to co kochasz, a jeśli ci za to płacą, to wspaniale! Tak, na pozór trudno polemizować z takim stwierdzeniem. Jednak sam po sobie wiem, że wielokrotnie zazdrościłem ludziom, którzy nie podeszli do futbolu na tak niebezpiecznie bliską odległość. Pracują od poniedziałku do piątku, na przykład w banku, jest to – nie ukrywajmy – dość nudne, za to weekendy… Weekendy mają dla siebie i dla piłki. Wciąż naprawdę się przejmują, czy Legia, Wisła, Widzew, Lech albo Górnik strzelą gola. Wciąż się smucą gdy Lechia, Cracovia, Arka czy Pogoń stracą bramkę. Kupują gazety i rwą sobie włosy z głowy, gdy czytają, że ulubiony piłkarz ma odejść albo akurat odniósł kontuzję. Umawiają się ze znajomymi, aby wspólnie przeżywać mecze wyjazdowe lub nawet na nie jadą, gdzieś do innego miasta, gdzie miejscowi wykrzykują złowrogie hasła. I nawet jeśli od poniedziałku do piątku siedzą za biurkiem i przerzucają papiery z lewej strony na prawą, to jednak mają ten swój świat, bardzo kolorowy, bardzo intensywny. Przed meczami latają im motyle w brzuchu, jak u zakochanej po raz pierwszy nastolatki.

Też taki byłem. Ale ten kolorowy, intensywny świat odszedł w niepamięć. Motyle zdechły.

Kiedy zapewniam, że nikomu nie kibicuję, ludzie mi nie wierzą. Rozumiem ich. Każdy ma manierę, by oceniać innych po sobie, a to przecież w głowie się nie mieści, aby ktoś, kto niegdyś przejeżdżał za drużyną Polskę wzdłuż i wszerz, ktoś kto miał cały pokój w piłkarskich plakatach i kto podczas obozów harcerskich wymykał się z radiem gdzieś w las, aby posłuchać studia S-13… No, po prostu niemożliwe, by taki osobnik nagle po latach powiedział: wszystko mi jedno, kto będzie mistrzem Polski. No, powiedzieć to jeszcze może, ale wykluczone, aby mówił szczerze. Kłamie, żeby udawać obiektywnego.

Bardzo chciałbym przejmować się tym, kto będzie mistrzem, naprawdę. Uważam nawet, że znacznie łatwiej by mi się pracowało, gdybym mógł z czystym sumieniem powiedzieć „kibicuję Legii”. Przecież kiedy mówię, że już nie kibicuję, to fani Legii odbierają to niemal jak zdradę, a pozostali i tak mi nie wierzą. Jaki więc sens miałoby udawanie? Ale prawda jest taka, że gdybym powiedział, że kibicuję, to skłamałbym, a tego nie lubię. Po prostu czułbym się podle. Moja największa młodzieńcza pasja dawno wygasła i gdy dziś Legia strzela gola, nawet nie podnoszę się z kanapy, nie mówiąc o jakimkolwiek świętowaniu. Takie gole interesują mnie zupełnie tak samo jak trafienia Piasta Gliwice czy Podbeskidzia. Owszem, o Legii często piszę, bo to wielki klub z miasta, w którym mieszkam, co jakiś czas ten czy inny piłkarz jest moim sąsiadem (Rzeźniczak, Broź, Vrdoljak), ale… to już nie to. Z przykrością stwierdzam, że Legia nie wywołuje u mnie emocji i czy zajmie pierwsze miejsce, czy ósme, mój nastrój będzie identyczny. Mało tego, ewentualne jej porażki często wydają mi się z zawodowego punktu interesujące, więc z łatwością dostrzegam w nich plusy.

A wszystko przez to pieprzone dziennikarstwo.

Są dziennikarze, którzy kibicują przez długie, długie lata. Jakimś cudem – nie wyrastają z tego. Niektórzy nawet potrafią przy tym pozostać profesjonalistami (chociaż większość nie potrafi) i patrzą na „swoje” kluby z odpowiedniej perspektywy. Czasami zastanawiam się, co było u mnie punktem przełomowym. Mam przed oczami mecz w Olsztynie, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, Stomil – Legia. Gdy warszawski zespół strzelił gola, wydarłem się na środku trybuny honorowej na cały głos, a fotoreporter „Przeglądu Sportowego” Włodek Sierakowski mówił mi: – Na przyszłość się opanuj, bo to wstyd dla gazety… Czerwieniłem się, bo miał rację. Kiedy dzisiaj widzę dziennikarzy szalejących po golach, z niedowierzaniem i zażenowaniem kręcę głową.

Teraz – przesada w drugą stronę. Muszę się aż przyznać, że… często oszukuję, gram. Oto idę na mecz na Legię – a chodzę głównie dla towarzystwa, zazwyczaj do loży wynajmowanej przez kolegę – i kiedy pada gol to dopada mnie myśl: „chociaż wstań i bij brawo, bo inaczej będzie to głupio wyglądało”. Więc gdy pada gol i wszyscy wokół skaczą jak poparzeni to wstaję i niespiesznie biję brawo, dla zachowania pozorów, by nie wyjść na gbura i dziwaka. Ale prawda jest taka, że to tylko na pokaz. Że tak naprawdę mnie to w ogóle nie obchodzi. Albo inaczej: obchodzi mnie, bo obchodzi mnie liga, cały ten biznes, ludzie, ale nie ma dla mnie znaczenia, jakie drużyny grają i która akurat wygrywa. Te same emocje towarzyszyłyby mi podczas starcia Górnika z Ruchem.

Jak to się stało? Myślę, że mój kręgosłup legionisty pękał, kruszył się, aż w końcu całkiem się złamał na skutek zbyt dobrego poznania zbyt wielu ludzi. Macie już za sobą rozdział o Kucharskim, więc mechanizm rozumiecie – podchodzicie tak blisko, że nagle się okazuje, iż ten niesympatyczny, tamten kłamie, ten spoko, ale śmierdzi mu z ust, a jeszcze inny nałogowo zdradza całkiem sympatyczną żonę. Jednocześnie jeździcie po Polsce i rozmawiacie z ludźmi z „wrogich” klubów, z piłkarzami, których jeszcze dwa lata wcześniej jako kibice nienawidziliście. I okazuje się, że to sympatyczni ludzie. Że ten obrońca Widzewa jest w sumie bardziej w porządku niż ten z Legii. Tak po ludzku. W tym momencie w kręgosłupie wypada pierwszy dysk…

I wreszcie moment krytyczny. Pierwszym piłkarzem Legii, z którym robiłem wywiad był Grzegorz Szamotulski. Krnąbrny, z niewyparzoną mordą, na przemian albo on z nikim nie chciał gadać, albo nikt z nim. Do redaktora Leszka Świdra z „Życia Warszawy” – starszego, siwego pana – potrafił powiedzieć: „może mi jeszcze, kurwa, ten dyktafon do gęby wsadzisz, baranie”? A to tylko dlatego, że red. Świder zbliżył się pięć centymetrów za blisko.

Ale trybuny Grześka kochały, pewnie to było powodem jego ówczesnej „sodówki”. Kiedy poszedłem z nim porozmawiać dla „Przeglądu Sportowego”, z duszą na ramieniu, skorzystałem z pomocy Wojtka Hadaja – miał nas umówić. „Szamo” wyszedł z szatni, spojrzał, zrobił zdziwioną minę, a potem wypalił: – Kurwa, wiedziałem, że masz być młody. Ale ty jesteś…. Kurwa, ty jesteś młodszy niż ja!

Miałem 14 lat.

A potem pogadaliśmy. Raz, drugi. Za bluzgającym na lewo i prawo skurwielem krył się facet o gołębim sercu. Zaprzyjaźniliśmy się, minęły lata, w końcu zostałem ojcem chrzestnym jego dziecka, a on świadkiem na moim ślubie.

I teraz postawcie się w mojej sytuacji. Jest mecz Legia – Amica. W Legii kilka osób cię coraz bardziej wkurza, irytują cię zwłaszcza działacze, bo widzisz, że mogą kręcić lody. Ogólnie z bliska klub nie wygląda wcale tak fajnie jak z daleka, a piłkarze nie prezentują się jak na plakatach. Nie są żadnymi herosami. W drugim zespole gra Szamotulski, który w zasadzie jest już dla ciebie jak rodzina. Możesz kibicować napastnikowi, którego prywatnie wcale nie lubisz, żeby strzelił gola bramkarzowi, którego bardzo lubisz. Dla wielu byłoby to normalne (bo Legia!), a dla wielu nienormalne. Dla mnie nienormalne. Myślę, że ten mecz, kiedy po raz pierwszy cieszyłem się, że Legia przegrała (bo przegrała 1:2) był przełomem. W kręgosłupie chrupnęło na poważnie.

Zmierzam do tego, że jeśli zbliżysz się dostatecznie blisko, kluby piłkarskie przestają być dumnie brzmiącymi nazwami, a zaczynają stanowić zlepek nazwisk. Zaczynasz kibicować ludziom, śledzić ich losy, historie. Dzisiaj bardzo często kibicuję, ale nie klubom, tylko właśnie ludziom – a to znajomym, a to osobom, których jeszcze nie znam lub znam słabo, ale o których mam dobre zdanie i którym życzę powodzenia, bo mam wrażenie, że na to zasługują. To jest przejście na drugą stronę lustra, doznanie, którego kibice nie doświadczają, dlatego go nie rozumieją. Dla nich sprawą nadrzędną są barwy – zazdroszczę, to wspaniałe, chciałbym się cofnąć do tych lat, lecz już nie mogę.

Przypomniał mi się inny mecz na stadionie Legii. Ostatnia kolejka sezonu 2006/07. Zagłębie Lubin musi wygrać na Łazienkowskiej, żeby być mistrzem kraju. Trenerem tej drużyny jest mój serdeczny przyjaciel, Czesław Michniewicz. Poznałem go, zanim został trenerem i zanim w ogóle pomyślał, że poprowadzi klub w ekstraklasie. Znam jego, jego żonę Grażynę, synów Mateusza i Kubę. Jest gorący, majowy dzień. Bardzo chcę, żeby Michniewicz osiągnął ten wymarzony sukces. Obok mnie siedzi moja ówczesna narzeczona, a dziś żona – Marta – która jest świetnym dietetykiem i która dla piłkarzy Zagłębia układała wtedy diety indywidualne. Z drugiej strony – Michał Chałbiński, napastnik lubinian, akurat kontuzjowany. Ciągle dopytuje mnie, jaki wynik jest w równolegle rozgrywanym spotkaniu Pogoń – GKS Bełchatów i gdy mówię mu, że wygrywają goście to strasznie się martwi i mamrocze, że „już po mistrzostwie” – kompletnie nie rozumie, że przecież jeśli Zagłębie wygra (a wygrywało), to wynik tamtego spotkania nie będzie miał znaczenia.

Siedzimy tak sobie i w duchu kibicujemy Zagłębiu, a Marta nawet odmawia zdrowaśki. To są takie momenty, które na zawsze niszczą twoją duszę kibica, a raczej depczą jej nikłe resztki. Nie można być trochę w ciąży, a trochę nie. I nie można kibicować klubowi w jednym miesiącu, a w następnym już innemu, zależnie od sytuacji w tabeli. Albo kibicujesz zawsze, albo nigdy. I ja niestety już od wielu, wielu lat nigdy. Boleję nad tym. Tęsknię. Czasami myślę, że chciałbym mieć normalną pracę, ale to dawne nienormalne hobby. Cóż jednak poradzę, czasu nie cofnę. Dziennikarstwo sportowe to pakt z diabłem. Coś dostajesz i coś tracisz.

Moi dawni koledzy z trybun to rozumieją. Koledzy kolegów – już nie wszyscy. Dla niektórych pewnie jestem kimś kto się wyrzekł klubu lub też potraktował go jako prywatną trampolinę (chociaż jeśli takie opinie do mnie docierają, to tylko okrężną drogą, na żywo spotykam się wyłącznie z sympatią kibiców). Nie mogę mieć pretensji o takie stwierdzenia – ich autorzy po prostu nie mieli żadnych szans znaleźć się w mojej sytuacji, przeżyć tego, co ja przeżyłem, wsiąknąć w środowiska, jak ja wsiąkłem. Wierzcie mi, to nieodwracalnie zmienia optykę.

I dlatego właśnie przestrzegam przed dziennikarstwem – skradnie wam to, co w piłce najpiękniejsze. Amok po golach, ręce wyrzucone w górę w geście triumfu, łzy wzruszenia.

Poniekąd wszystko co napisałem powyżej jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego książkę „Stan Futbolu” napisałem w Barcelonie. Dlaczego w ostatnich latach przylatuję do tego miasta raz na dwa miesiące, albo w ogóle w nim pomieszkuję. Tak, jest to prawdopodobnie najprzyjemniejsze miejsce do życia w Europie. Spokojne, ciepłe, przyjazne, nie za duże i nie za małe, takie akuratne pod każdym względem. Piękne, nadmorskie, słoneczne, niezakorkowane, z fantastycznym transportem miejskim, szerokimi deptakami, gwarnymi kafejkami… Tak, to wszystko też ma znaczenie. Jednak pewnego dnia uświadomiłem sobie, czego ja tutaj tak naprawdę szukam, a z czego być może przez jakiś czas nawet nie zdawałem sobie sprawy – otóż szukam tej młodzieńczej pasji, dzieciństwa. Przyjeżdżam przede wszystkim do piłkarskiego miasta, gdzie nie tylko mogę oglądać na żywo najlepszych piłkarzy świata, ale przede wszystkim gdzie znów mogę być zwykłym kibicem. Musiałem jechać tak daleko, by znów to poczuć. Znowu – jak na początku lat dziewięćdziesiątych w Warszawie – widzę postaci z plakatów, ludzi z pierwszych stron gazet. Niedostępnych bohaterów. Mogę ich sobie idealizować, jak kiedyś idealizowałem Leszka Pisza, Wojciecha Kowalczyka, Adama Fedoruka… I znowu kusi, by podejść bliżej, by znowu przeniknąć w ten świat, ale drugi raz tego samego błędu nie popełnię. Kusi i nęci, ale potem sobie mówię: „Stano, nie rób tego, przecież już znasz zakończenie”.

Co tydzień – albo i dwa razy w tygodniu – kupowałem bilety na mecze, drogie jak jasna cholera. Mógłbym wystąpić o akredytację prasową i bym ją dostał, wszedłbym za darmo, może poszedł do strefy mieszanej, do zawodników… Kiedyś mój kumpel, instruktor z siłowni, poprosił mnie o załatwienie biletu na Barcelonę. Było to dawno, ponad dziesięć lat temu. Powiedziałem mu szczerze: – Jak ja ci mam niby załatwić bilet na Barcelonę, skoro mieszkam na Ursynowie? Ale w końcu wpadłem na pomysł, że z redakcji „PS” wyślę faks: pan Marcin Zakępski jest naszym dziennikarzem i prosimy o akredytację na mecz – to tak w skrócie.

I co, wszedłeś? – zapytałem go potem.
– Nie dość, że wszedłem, to jeszcze zrobiłem sobie zdjęcie z Ronaldinho! – odparł uradowany.

Nie byłby to więc problem, by znowu rozpocząć tę samą drogę, którą rozpocząłem w Warszawie. Krok po kroku zbliżać się do klubu, do drużyny, wiadomo, że już nie na tak bliski dystans, bo to inne realia, ale dałoby się wetchnąć stopę między drzwi a framugę. Ale za nic w świecie nie chcę tego zrobić. Bo co mogłoby mnie czekać po tej drugiej stronie? Znowu to samo. Po co mam wiedzieć, że ten piłkarz jest opryskliwy, tamten chamski, jeszcze inny po prostu irytujący? Na co mi ta wiedza? Wolę, by pozostali ludźmi z innego świata. Postaciami z komiksu. W jakim celu miałbym się przekonywać, że ci piłkarze są zwykłymi ludźmi – którymi przecież niewątpliwie są? Kazik Staszewski opowiadał mi kiedyś: „Poszedłem pod szatnię Legii, czekałem na mrozie. Wreszcie wyszedł – mój idol. Kazimierz Deyna. I wiesz co? Nie dał mi autografu, zachował się opryskliwe. Pomyślałem sobie wtedy: o ty chuju, to ja tu marznę… Nie brałem pod uwagę, że mógł mieć po prostu koszmarny dzień”. Między innymi dlatego wolę oglądać Lionela Messiego z daleka, rozkoszować się jego piłkarskim geniuszem. Żeby kiedyś nie znaleźć się w złym czasie i w złym miejscu i nie pomyśleć: o ty chuju…

Barcelona ma tę wielką zaletę, że nie grał w niej żaden Polak. Pod tym względem nie została rozdziewiczona. Jezu, jak ja bardzo chciałbym, żeby tak pozostało. Gdyby tylko trafił tu Polak, to zaraz miałbym wysyp tekstów na ten temat, chcąc nie chcąc posiadłbym wiedzę zakulisową, jak w przypadku Manchesteru United po transferze Kuszczaka. Środowisko piłkarskie jest małe. Powiesz jednej osobie, zaraz wie sto. Więc zaraz bym wiedział, który piłkarz przyjeżdża do klubu śmierdzący, bo się nie myje przed treningami, kto i kiedy dał w palnik, a kto ma cztery kochanki. Nie, do niczego nie jest mi to potrzebne. Ja potrzebuję jedynie dawnej Legii – potrzebuję stadionu, na którym jest zwykłym kibicem i gdzie mogę się cieszyć albo smucić, tak po prostu, nie dźwigając bagażu niepotrzebnej wiedzy. Potrzebuję piłkarzy, których lubię za to, jak grają, a nie jak się zachowują po meczach. Potrzebuję goli, które mnie cieszą, a nie takich, które stanowią statystyczną ciekawostkę. Po prostu tutaj odnalazłem ten piłkarski raj utracony.

Odzyskałem to, co zabrało mi dziennikarstwo sportowe.

Wiele osób twierdzi, że „Barcelonie kibicuje się łatwo”. To ciekawe zagadnienie, które przy okazji można poruszyć. Wiadomym jest, że kibicuje się jej przyjemniej niż Stomilowi Olsztyn albo Radomiakowi Radom, chociażby z tego powodu, że w Radomiu nie ma ani morza, ani Messiego. Z jakichś jednak przyczyn wiele osób w Polsce utożsamia prawdziwe kibicowanie z cierpieniem. Że prawdziwym kibicem jest ten, który ogląda tych wszystkich szkaradnych piłkarzy, nie potrafiących podać na 20 metrów, świetnie jeśli jeszcze pada deszcz, jeszcze lepiej jeśli ten deszcz po chwili zamarza, a najlepiej, jeśli krzesełko jest całe wymazane błotem, ewentualnie krowim gównem. Wtedy – jeśli jesteś w stanie zaakceptować te niedogodności – jesteś prawdziwym kibicem. Są jednak kraje, w których oglądanie futbolu w pierwszej kolejności ma być przyjemnością, a nie udręką – i do takich krajów należy Hiszpania.

Barcelonie kibicuje się łatwiej, ale… tylko trochę łatwiej. Troszeczkę. Ciupeńkę. „Przecież ona ciągle wygrywa!” – mówią ludzie. To prawda, aktualnie zazwyczaj wygrywa. Dopiero jednak tutaj, będąc kibicem Barcelony (uważam się za niego, skoro w ostatnich dwóch sezonach na żywo obejrzałem jakieś 30 meczów, a łącznie to już znacznie więcej i nie mam zamiaru na tym poprzestać) zauważyłem prawdziwą specyfikę futbolu, wspólną dla wszystkich klubów, od najgorszych do najlepszych. Otóż futbol na każdym poziomie to ciągła, nieprzerwana frustracja, udręka, lęk i strach. Paskudny nałóg, który cię zżera, a chwile radości są tak krótkie, że niemal bez znaczenia. Byłem w Berlinie na finale Ligi Mistrzów i cieszyłem się, gdy Barcelona pokonała Juventus 3:1. Wielka sprawa, prawda? Ale ile ta radość trwała? Dwa dni? Potem przemieniła się w satysfakcję, nieprzerwaną aż do startu nowego sezonu. A później? Ruszają mecze na nowo i na nowo się stresujesz. Berlin to prehistoria, teraz ważniejsze jest Levante, Rayo, Celta albo Ajax. Kiedy oglądasz mecz z przykładowym Levante, nie rozmyślasz o finale LM, tylko o tym konkretnym spotkaniu.

Tak, i te mecze Barcelona zazwyczaj wygrywa, wysoko. Jednak słowo „zazwyczaj” w przypadku ligi hiszpańskiej ma olbrzymie znaczenie. To nie Anglia, gdzie raz wygrasz, raz przegrasz i dalej liczysz się w walce o tytuł. Tutaj wymogi są inne. Po pierwsze – musisz bezsprzecznie wygrać, bo jeśli chociażby zremisujesz to może być to remis na wagę utraty mistrzostwa. Denerwujesz się więc nawet jakimś w teorii byle jakim meczem, w którym twoja drużyna przez 70 minut nie potrafi strzelić gola i z przerażeniem obserwujesz, jak niewiele czasu zostało do końca. Jeśli nawet uda się wcisnąć na 1:0, to później oglądasz mecz Realu Madryt i czekasz czy straci punkty. Ale on punktów nie traci, więc twoje zwycięstwo nie miało żadnego znaczenia. Nie cieszysz się z niego jakoś specjalnie, bo i z czego? W tabeli bez zmian. Za tydzień znowu powtórzysz cały ceremoniał: będziesz denerwował się „swoim” meczem i denerwował meczem rywala. I tak 38 razy w sezonie. Nerwy, ciągłe nerwy. Znacznie więcej nerwów ci uśmiechu.

Bez względu na to, komu kibicujesz – będziesz się denerwował jak jasna cholera. I bez względu na to, komu kibicujesz – prędzej czy później dopadnie cię pieprzona porażka, jakiś blamaż, totalna klęska. Pod tym względem wszyscy kibice są sobie równi.

Stres jest permanentny. O wynik, nawet jeśli później okaże się, że nie trzeba było się stresować, ale też o zdrowie piłkarzy – co jest trochę czymś innym niż w Polsce. Kibice nad Wisłą nie są specjalnie rozpieszczani i piłkarze, których oglądają, to głównie ci, którzy okazali się zbyt słabi, żeby wyjechać do poważniejszej ligi. Prawdziwi idole wymarli, od dawna brak indywidualności, od których coś naprawdę by zależało. Kiedy więc na murawę w polskiej ekstraklasie pada piłkarz i wbiegają noszowi, nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Nawet jeśli okaże się, że to poważny uraz, to cóż z tego? Po prostu na boisku przez jakiś czas będzie pojawiał się inny zawodnik, który też nie potrafi grać.

W Barcelonie trzy razy byłem na meczach, w których kontuzję odnosił Lionel Messi. Szczególnie pamiętam jedno z tych spotkań: z Benfiką Lizbona. Ostatnia kolejka fazy grupowej Ligi Mistrzów, Barca w rezerwowym składzie. Jest tak zimno, że kostnieją palce u rąk i nóg, trudno zapanować nawet nad szczęką. W drugiej połowie na boisko wchodzi Argentyńczyk i wkrótce potem wikła się w starcie, po którym upada na ziemię. Siedzący obok mnie Czesław Michniewicz mówi: – Widziałeś, co się stało z jego nogą? Zerwane więzadła. Sto procent.

Messiego z boiska zabiera karetka, a stadion cichnie na długie, długie minuty. Po końcowym gwizdku niemy tłum powoli człapie w stronę metra. Jest cisza jak makiem zasiał. W metrze byłoby słychać latającą muchę. Wszyscy rozmyślają: czy naprawdę zerwał więzadła? Co dalej? Pół roku przerwy? Czy wróci równie dobry? Czy w ogóle wróci?

Docieramy do mieszkania. Włączamy telewizor. Do trzeciej nad ranem reporterzy prowadzą relację sprzed szpitala, aż w końcu koło trzeciej mówią: nic mu nie jest, kontuzja niegroźna.

Zmierzam do tego, że to jeszcze jeden, może nie najważniejszy, ale jednak dodatkowy czynnik stresogenny. Im lepszej drużynie kibicujesz, im lepszych ma ona piłkarzy, tym więcej masz do stracenia. Zamierasz, gdy ktoś przewraca się i długo nie wstaje, podczas gdy w polskiej lidze wykorzystujesz tę przerwę na łyk wody.

W Barcelonie mecze ogląda się inaczej niż w Polsce. Nie sądzę, by jedna wizyta wystarczyła, by to w pełni poczuć. Sporo osób – zwłaszcza te znające Camp Nou z telewizji – mówi, że atmosfera jest kiepska, piknikowa. A moim zdaniem atmosfera zawsze musi być dopasowana do miejsca – i ta taka jest. Skrojona na miarę. Osobiście bardzo lubię ten klimat – nazywam go wimbledońskim. Na trybunach otaczających kort, podczas meczu Djokovicia z Federerem, nikt nie krzyczy „zaserwuj kurwie asa”, nikt nie skanduje w stronę przeciwnika „chuj ci na imię”. Umówmy się – byłoby to skandaliczne, komentowane na cały świat pogwałcenie tenisowej etykiety. Nawet najbardziej zagorzali kibice piłkarscy wiedzieliby, że gdy zawodnik przygotowuje się do serwisu, należy zachować ciszę, a nie odpalać petardę hukową. To się po prostu czuje.

Camp Nou też ma swój klimat. Wimbledoński nie dlatego, że jest cicho (bywa cicho, ale czasami jest bardzo głośno), lecz dlatego, że publika jest niezwykle wyedukowana. To żaden prztyczek w kierunku polskich kibiców, absolutnie. Po prostu każde miejsce ma swoją specyfikę, historię… W Barcelonie na trybunach zasiada niezwykle dużo starszych osób, mających od lat te same miejsca. Przychodzą w ostatniej chwili, witają się z sąsiadami z sektora, z którymi poznali się dziesięć czy dwadzieścia, często i trzydzieści lat wcześniej. Później z wielkim znawstwem oglądają mecz. Nauczyli się futbolu przez te lata, bo mieli najlepszych profesorów – naprawdę można przyzwyczaić się do wlepiania wzroku w boisko, jeśli widziałeś na nim Cruyffa, Maradonę, Romario, Stoiczkowa, Rivaldo, Ronaldinho, Messiego… Wszyscy najwięksi grali na twoich oczach i edukowali cię z zakresu podań, strzałów, dryblingów, tempa, taktyki. A i u przeciwników w tym czasie nie grał Berensztajn czy Holc. Z pewnością ci ludzie też mogliby machać szalikami, skakać, nakrywać się wielkimi flagami, ale jest jeden problem: wtedy gorzej widać. Nawet nieprzerwane darcie japy po prostu przeszkadza w oglądaniu meczu.

Polski kibic nie ma tego problemu – śpiewa, skacze, macha. Brawo, jest to efektowne, ale moim zdaniem wynika w pierwszym rzędzie z niskiego poziomu sportowego. Z tego, że nie oglądają zdobywców Złotej Piłki, tylko podrzędnych, europejskich piłkarzy drugiego czy trzeciego sortu. Nie ma więc fanów lepszych i gorszych – są inni, tak jak inne są warunki, w których dorastali i inne mecze, które przychodzi im oglądać. Dla mnie spotkanie na Camp Nou to wielka partia szachów. Kibice wbijają wzrok w murawę, analizują przesuwanie się formacji, szukają luk. Podpowiadają, w stylu: zaatakuj gońcem, rusz koniem, hetmanem w środek, piony do przodu. Piłka krąży, kilkadziesiąt tysięcy ludzi zastanawia się, co dalej i próbuje podsuwać rozwiązania. To naprawdę nie jest moment, aby krzyknąć „strzelcie kurwom gola” albo zasnuć boisko dymem z rac. Koncentracja jest zbyt wielka, by zawracać sobie głowę duperelami.

Więc jeśli zdarłeś gardło na meczu polskiej ligi – cóż, masz prawo czuć satysfakcję, współtworzyłeś widowisko. Ale miej świadomość, że i z Camp Nou wiele osób wraca zachrypniętych. Nie dlatego, że śpiewali w rytm zapodany przez zapiewajłę, ale dlatego, że wrzeszczeli: wycofaj, podaj, na lewo, uważaj.

I uwierz mi na słowo – byłbyś dokładnie taki sam, gdyby przyszło ci oglądać dokładnie takich samych piłkarze i takie same drużyny.

Opublikowane 09.05.2017 16:43 przez

Krzysztof Stanowski

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 129
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Od razu przychodzą do głowy takie asy jak Szpakowski, Rudzki, Dębiński

Luka Brasi
Luka Brasi

Śmiejąc się ze Szpakowskiego tylko podkreślasz jakim jesteś ignorantem. Szpakowski lata świetności ma za sobą, ale to jest znakomity komentator i dziennikarz.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Doprawdy? A w czym się przejawia ta jego znakomitość? Ma coś do zaoferowania poza głosem?

Co do ignorancji… no cóż. Zdjęcie Szpakowskiego powinno być na stałe podwieszone pod hasłem „ignorancja” na wiki

AndrzejeK
AndrzejeK

A doprawdy sensownych nastepcow brak

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

AndrzejeK
AndrzejeK

Taa, jasne, niepopularni dziennikarze sa dobrzy, tak?

Zawisza Czarnecki
Zawisza Czarnecki

Czytasz miedzy wersami? Nie – najbardziej popularni dziennikarze , to nie znaczy najlepsi. Chyba, że nie mówimy o warsztacie tylko o generowaniu kliknięć. W tym najlepsi sa najbardziej znani.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

strus
strus

A którzy to dziennikarze z W-wy liżą się z Leśnodorskim? Wydaje mi się, że raczej w modzie jest jechać po Legii. A lokalni dziennikarze z poza stolicy to zwykle lokalni szowiniści.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

AndrzejeK
AndrzejeK

Po prostu glupi jestes

Zawisza Czarnecki
Zawisza Czarnecki

Ale mu pojechałeś. Jaka finezja, cóż za swieżość! Wróciły wspomnienia z przedszkola.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

chociażby autor tekstu, który komentujesz

Sebastian Ro(L)ewski
Sebastian Ro(L)ewski

Uparcie zgrywają obiektywnych bo nikt nie daje jebania, że Nawrot jest kibicem Lecha, a Czado Ruchu czy tam innego klubu ze Śląska. Za to jak dziennikarz powie, że jest kibicem Legii (patrz Zarzeczny) to jest nieustannie jebany przez przygłupów którzy myślą, że 30-50 letni facet nie potrafi być obiektywny.

alfredo40
alfredo40

Po Zarzecznym jechano nie dlatego, że był kibicem Legii, ale ze względu na specyficzny styl jego publicystyki, który nie każdemu się podobał.

Sebastian Ro(L)ewski
Sebastian Ro(L)ewski

Tiaaa, a jak Zarzeczny powiedział/napisał coś w stylu „Peszko nadaje się do tarcia chrzanu” to zaraz było „yyyyy lepiej czep się swojego CWKSu krawaciarzu”

alfredo40
alfredo40

A gdyby kibicował Lechowi czy Wiśle, to komentarze byłyby typu „zajmij się lepiej swoim kuchenkorzem/zwisłą” itd.

Zarzeczny lubił wbijać kij w mrowisko i wygłaszać opinie idące pod prąd, a że wielu kibiców jest nadmiernie przewrażliwionych na punkcie swoich klubów czy zawodników to mu jechali.

Taki Nawrot wspomniany wyżej jest poprawny aż do bólu (czasami mam wrażenie, że wręcz boi się żeby ktoś go nie posądził o jakąś antypatię do Legii czy innego klubu), więc nie budzi żadnych kontrowersji. Paweł miał zupełnie inną osobowość, lubił prowokować, więc budził u kibiców skrajne emocje. To komu kibicował miało w jego odbiorze mniejsze znaczenie. Szczerze mówiąc, to dużo bardziej Stanowskiemu się obrywa się za sam fakt kojarzenia go z Legią niż obrywało się Zarzecznemu.

Zawisza Czarnecki
Zawisza Czarnecki

Jestem kibicem Lecha i od zawsze uwielbiam Zarzecznego. Kochał Legię, ale nie na kolanach i też im regularnie dosrywał, a przez przygłupów był jebany głownie za wygląd. Sprawdź sobie wpisy pod OMS.

AndrzejeK
AndrzejeK

A kiedy zgywali sie na obiektywnych? A co swojego rozumu nie masz ze musisz czytac tylko obiektywnych?

Damiano_L
Damiano_L

A gdzie felieton dla tych, którzy przeczytali książkę?

Stona
Stona

Przeczytaj ten fragment jeszcze raz, przecież nic nie tracisz 😉

Damiano_L
Damiano_L

Czytałem go akurat dosłownie tydzień temu, więc z mojej perspektywy równie dobrze mógłby tu być wklejony felieton z zeszłego tygodnia. Tak czy inaczej zamiast świeżego „Co wtorek” mamy tutaj odgrzewany kotlet.

AndrzejeK
AndrzejeK

No i?

Damiano_L
Damiano_L

Swoją drogą, ty jesteś Stona z War Thunder?

chmura
chmura

…i z forum Psxextreme 🙂 Jaki ten świat mały :). Swoja droga bardzo dobry człowiek. Jakies 10 lat temu kupił mi na Steamie gierkę w formie gifta, mimo że mnie nie znal praktycznie i właściwie nie miał pewności, że pieniądze za grę mu oddam (kończyła się jakaś promocja, a nie miałem możliwości kupić). Kasę oddałem :).

Stona
Stona

Nazywanie mnie dobrym, a do tego człowiekiem, to zbyt duże nadużycie 😉
Jaki ten internet mały :O

Stona
Stona

Oho, pora się zwijać, bo mnie znaleźli 😐

Zawisza Czarnecki
Zawisza Czarnecki

Oni są wszędzie. 🙂

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Electrolit
Electrolit

Mozna byc zagorzałym kibicem Legii i byl dziennikarzem sportowym ktoremu tego nie wytykają.Przykład? Ś.P Paweł Zarzeczny.

lubie mezo
lubie mezo

Zgadzam się z Panem, Panie Electrolicie. To co Stano napisał wynika z jego osobowości i nie będzie miało zastosowania we wszystkich przypadkach. Facet obwinia dziennikarstwo sportowe za wypranie go z piłkarskich emocji, ale prawda może być taka, że to wszystko jego osobowość i dziennikarstwo sportowe niewiele zmieniło w tym aspekcie. A to, że stawia przyjaciół wyżej od barw klubowych, to przecież normalne…

Aerth
Aerth

Akurat sporo jeżdżenia po Zarzecznym w komentarzach wynikało właśnie z tego, że kibicował Legii.

Zawisza Czarnecki
Zawisza Czarnecki

Bzdura. Wciąz mozna sprawdzić komentarze, choćby na weszło.

AndrzejeK
AndrzejeK

Bo najwazniejsze to byc soba i prawdziwym

Jarek Jaszkowski
Jarek Jaszkowski

Książkę czytałem, więc darowałem sobie dzisiejszy wtorkowy tekst. Natomiast fajnie było by się dowiedzieć skąd wzięła się sympatia autora do Barcelony, który to był rok, dzięki jakiemu piłkarzowi to wszystko się zaczęło i takie tam.

Filip Piotr Skóra
Filip Piotr Skóra

Jedne z najlepszych akapitów o piłce nożnej, jakie przeczytałem – dziękuję za nie. Skutecznie przekonał mnie Pan do kupienia książki (czego dotąd nie zrobiłem, bo się obraziłem na poczucie wyższości, które roztacza Pan często w swoich felietonach). Tu Pan tłumaczy, zaprasza do „swojego świata”, dzieli się nim. Naprawdę dobre.

Winszuję odzyskanej pasji!

Ze swojej strony dodam, iż znajomość realiów, „kuchni”, tzw. prawdy o klubie, któremu się kibicuje niekoniecznie musi to kibicowanie zabijać. Życie jest skomplikowane, a tego typu sprawy są (porównanie grube, ale obrazowe) jak relacja z rodzicami – można ich kochać mimo, iż rozczarowują. Ja kibicuję Wiśle (miłość) i Juventusowi (podziw i zachwyt). I jeden i drugi klub ma swoje grzeszki w dossier. Wisłę znam trochę od środka – poznałem działaczy, piłkarzy, kilku trenerów – i ta znajomość jest właściwie tylko gorzka, a jednak kiedy grają „Jak długo na Wawelu…” to – cytując Grabarza – wciąż jeszcze mi staje 😉
Natomiast Juve jak żaden inny klub sprawia, że potrafię wstać z fotela i bić brawo, gdy w samotności oglądam np. ich mecze w LM.

Z innej beczki – w zeszłym tygodniu cisza, w tym cytat. Nasuwa się pytanie: co Pan takiego kombinuje, że brakuje czasu na felieton? 🙂

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

nie zesraj się

AndrzejeK
AndrzejeK

Ty juz sie zesrales

Urkides
Urkides

Stanowski ma chyba syndrom wypalenia. Jest to całkiem powszechna sprawa, szczególnie u idealistów i marzycieli którzy odkryli (na sutek doświadczenia) jaka przepaść dzieli ich marzenia od rzeczywistości. Kiedy od dziesięcioleci nasi piłkarze nie mogą nauczyć się poprawnie kopać piłki, kiedy odkryłeś co powinno się zrobic żeby to zmienić ale ludzie od których to zależy opowiadają pierdoły ktore jednoznacznie wskazują na to że nic się nie zmieni i ten ligowy kierat kręci się w takim umysłowo prowincjonalnym smrodku. Do tego rosną nowe pokolenia kibiców dla których mecz nie jest okazją do przeżycia fajnych emocji tylko do wychluśnięcia z siebie emocjonalnego gówna na wszystkich uczestników „spektaklu”. Mieszanka tępoty z agresją może być nużąca i wtedy łaknie się innych doznań. Pragnie się uczestnictwa w czymś co ma jakiś sens i klasę. Od piłkarzy poczynając, na kibicach kończąc.
Ale nie możemy wszyscy mieszkać w Barcelonie i spacerować obok architektonicznych dzieł Gaudiego. Ja jestem z Warszawy i mnie cieszy i interesuje co się dzieje w moim mieście. Tu jest ulokowane moje serce. Pielęgnuję swój lokalny patriotyzm chociaż nie popadam w bezmyślny zachwyt. Cieszy mnie postęp i rozwój a martwi głupota i zaprzaństwo.
Dotyczy to również Legii której kibicuję od dziecka. Kibicuję klubowi i nie przywiązuję sie do konkretnych osób, kibicuję jej rozwojowi tak jak kibicuję Warszawie. Pamiętam miasto ponure i brudne ze straganami i polówkami na każdym kroku a dzisiaj nie jest to oczywiście perła wśród miast ale staje się fajnym miastem.
Pamiętam Legię z obskurnym stadionem i bandą krętaczy wokół niej a dzisiaj zaczyna się coś wyłaniać. Kibicuję również innym klubom żeby się rozwijały, były mądrze zarządzane.
Może na tym polega patriotyzm a może to tylko zwykły sentyment? Ale co byłby wart świat bez tych sentymentów, irracjonalnego pragnienia żeby „u nas” było lepiej. Ja się świetnie czuję w swojej lokalności (chociaż widziałem wiele pięknych miejsc) i nie potrafię się emocjonować innymi lokalnymi sukcesami. Nie obchodzi mnie kogo kupi Barcelona albo MU czy MC. Nie emocjonuje mnie czy Juve dotrze do finału. Kibicuję Ajaxowi i Monaco (w tej edycji) i tylko dlatego ze udowadniają coś co w Polsce nie może się przebić, że można grać młodzieżą i odnosić zwycięstwa. Barcelonę cenię za to że mieli na tyle otwarte umysły że posłuchali Cruyffa i stworzyli nowy trend w szkoleniu.
Cierpię że w Polsce z takim trudem przebija się myślenie kreatywne ale ciągle mam nadzieję i czekam.
Przypomniał mi się stary dowcip radziecki o tym jak żuk gnojownik z synkiem wyszli na krowią kupę posrodku łąki. Syn pyta tatę;
– Tatusiu zobacz jak dookoła jest pieknie, są kwiatki, motylki, jest tyle kolorów i zapachów. Dlaczego my mieszkamy w kupie?
– Bo to jest nasza ojczyzna synku.

Mariusz Janusz
Mariusz Janusz

Mądrze powiedziane. Miło czytać takie komentarze.

Tylko mi czasami u redaktora Stanowskiego wygląda to tak, że to owo wypalenie, to jednak często taka dziecinna chęć bycia tam (kibicowania), gdzie jest dobrze. Są pieniążki jest Barcelona, może 10 lat wcześniej byłby Mediolan albo Manchester, kto wie. I czasami to, co najważniejsze, ten obiektywizm ginie w artykułach Pana Krzysztofa, jak po batalii z PSG, czy kiedyś z bronieniem transferu Masłowskiego. I często zadaję sobie pytanie, dlaczego przez takie coś Pan Krzysztof nie jest guru dziennikarstwa sportowego w Polsce, bo przecież on musi widzieć, ze czasami brnie w ślepą uliczkę.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Lolcislaw
Lolcislaw

Krzysztof, bardzo dobry tekst, dzięki.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Na polskich stadionach nie dopingu, tylko rytmiczne darcie japy i dudnienie. Ludzie z sektorów „najzagorzalszych” mają głęboko w dupie wydarzenia boiskowe

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Już prędzej to, co wymieniłeś niż jakieś mizdrzenie się do Polonii Warszawa przez kibiców Cracovii na meczu z Podbeskidziem, albo „Arka Gdynia kurwa świnia” na meczu Wisła-Lechia czy śpiewanie o jakichś duperelach nie mających żadnego związku z meczem. W tym nie ma żadnej pasji

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

No ale edytowałeś komentarz już po mojej odpowiedzi albo na chwilę przed nią. W każdym razie nie wierzę, że na meczach polskiej ligi doping ma jakiekolwiek znaczenie dla piłkarzy. Co innego w Turcji

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Wiesz, piszesz że nie masz na myśli „jazdy z kurwami przez pół meczu”, a moim zdaniem właśnie tak wygląda doping na polskich stadionach. „Jazda z kurwami”, „My chcemy gola”, „Gramy do końca”…

Prawdziwy doping jest wtedy, kiedy meczem żyje cały stadion, a tego w Polsce nie ma, bo za nakręcanie atmosfery odpowiedzialni są ludzie, którzy piłkę mają głęboko w dupie. Poziom hałasu wytwarzanego przez kibiców jest ten sam przez 90 minut – niezależnie czy mamy ostre zamieszanie podbramkowe, czy pilka jest rozgrywana przez obrońców bez żadnego pressingu rywala. Opisuję swoje doświadczenia z meczów Cracovii i Wisły. Moim zdaniem u nas atmosfera jest gorsza zarówno w krajach, gdzie zainteresowanie piłką (sportem) jest wyższe (Anglia, Niemcy, Hiszpania, Włochy) jak i w krajach słynących z fanatycznych kibiców (Turcja, Serbia, Grecja)

sebb89
sebb89

Zapraszam na stadion Widzewa jak chcesz porządnego dopingu w Polsce. Czegoś takiego jak „jazda z kurwami” to praktycznie nie uświadczysz (może na derbach i na meczach z legią jest coś takiego ale też rzadko). Czasem jest „sędzia chuj”. Generalnie 90 minut fanatycznego dopingu w którym uczestniczy CAŁY STADION. Jest „Islandia”, „Broendby”. Stadion daje radę przez 90 minut, piłkarze to doskonale słyszą i sami potwierdzają, że ten doping ich niesie. Mało to obiektywna ocena bo jestem kibicem Widzewa ale według mnie doping nr 1 w Polsce mimo gry w III lidze.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

obejrzałem kilka filmów i faktycznie fajnie to wygląda 🙂 tylko ciekawe czy rzeczywiście dopinguje cały stadion

sebb89
sebb89

Cały stadion. Nawet specjalnie ostatnio piłkarze nie podchodzili pod „zegar” tylko stali w kole środkowym, żeby cieszyć się ze zwycięstwa z całym stadionem.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

no i super, tak to powinno wyglądać

AndrzejeK
AndrzejeK

A o czym spiewaja w Turcji?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Król Roastów
Król Roastów

„Najważniejszą dla kibica”? A kto powiedział, że doping jest najważniejszy dla kibica?

szemrany
szemrany

Kurwa ale ty Stanowski jesteś popierdolony.

AndrzejeK
AndrzejeK

Ty za bystry tez nie jestes

szemrany
szemrany

odezwał się kurwa geniusz.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

„Kiedy zapewniam, że nikomu nie kibicuję, ludzie mi nie wierzą. Rozumiem ich. Każdy ma manierę, by oceniać innych po sobie”

„Dopiero jednak tutaj, będąc kibicem Barcelony (uważam się za niego, skoro w ostatnich dwóch sezonach na żywo obejrzałem jakieś 30 meczów, a łącznie to już znacznie więcej i nie mam zamiaru na tym poprzestać)”

084.png
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Spokojnie, doskonale rozumiem o co chodzi Stanowskiemu

czornidlo
czornidlo

Zabrakło dopisku „nikomu nie kibicuję w polskiej lidze”. Wtedy bym to zrozumiał. To coś w stylu jedzenia chleba baltanowskiego przez dwadzieścia lat i nagle posmakować grahama 🙂

Janusz Kibol
Janusz Kibol

Prawie każdy kto pasjonuje się piłką nożną, musiał na jakimś etapie swojego życia być zagorzałym kibicem jakiegoś klubu. Może po latach fanatyzm zmalał, górę wziął rozsądek itd., jednak sentyment pozostał. To nie zbrodnia. Chodzi jednak o to, że dziennikarz w chwili pisania powinien umieć się odciąć od swoich sympatii i antypatii. Wtedy ma jaśniejszy i pełniejszy obraz sytuacji, a tekst jest rzetelny. Jeżeli to jest spełnione, to niech sobie po pracy kibicuje komu chce. Lepszy taki dziennikarz niż człowiek bez pasji, który nikomu nie kibicuje i w piłce znalazł się przez przypadek, lub za karę.

Tekstu Stanowskiego jeszcze nie czytałem, jak są w nim zawarte mniej więcej podobne rzeczy, to sorry za spam 🙂

Zabieram się do czytania

Gino Lettieri vel Wunderwaffe
Gino Lettieri vel Wunderwaffe

Przepraszam, dziś nie przeczytałem. Nie chcę czytać rozdziału z książki. Jak będę miał troszkę grosza, kupie Stan Futbolu i tyle… Wolę tak…

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

nie ma sprawy

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Gino Lettieri vel Wunderwaffe
Gino Lettieri vel Wunderwaffe

Niestety, raczej czekam na miesiąc, w którym skończy mi się kredyt i będę miał więcej wolnej gotówki. Poza tym wiesz… Mam rodzinę i wolę kupić coś dziecku, jakieś ubranie, coś do szkoły, takie tam banały. Wolę to niż, wydawać na swoje potrzeby, bo te zawsze spełnić zdążę. Rozliczać się ze swojego budżetu domowego przed tobą nie będę, ale twój komentarz, biorąc pod uwagę to, że mnie nie znasz, uważam za chamski. Pozdrawiam

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

szemrany
szemrany

To gdybyś znał osobiście Messiego, Nejmana, Suareza, Pike to nie spuszczał byś się nad Barceloną?

Detektor
Detektor

Najmana.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

pm
pm

Bardzo dobry tekst. Ja dodam od siebie, że tak samo „odkochałem się” w Juventusie. Za dzieciaka oglądałem wszystkie mecze, cały skład na pamięć oczywiście, a i historii klubu też lubiłem trochę liznąć. Ale to było za dzieciaka. Później z Juventusu poodchodziły największe gwiazdy, klub spadł za afery korupcyjne do niższej ligi, więc i moja miłość wygasła bardzo szybko. Od tamtej pory cały mecz Juventusu zobaczyłem dopiero w tym roku w LM.

Ale z drugiej strony coś nie wierzę, że Legia powiewa ci tak samo jak takie Podbeskidzie. Bo raz, że sentyment to jednak duża sprawa i zazwyczaj pozostaje do końca zycia. A ty z Legią jak rozumiem masz dużo i pewnie w większości pozytywnych wspomnień. A dwa to własnie ludzie – jeszcze do niedawna w Legii pracował Szamo, Lesnodorski był na stanowisku prezesa, a i paru innych znajomych jest w niej do tej pory.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

” Później z Juventusu poodchodziły największe gwiazdy, klub spadł za afery korupcyjne do niższej ligi, więc i moja miłość wygasła bardzo szybko”

O czym ty pierdolisz? Przypadek Stana i twój te dwie zupełnie inne historie. Ty po prostu okazałeś się być kibicem sukcesu

pm
pm

Oczywiście, że rózne przypadki, ale zarówno ja i Stano za dzieciaka wiele po sobie obiecywaliśmy, wielka miłość do klubu aż po grób i bardzo szybko się z tego wyleczyliśmy.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

No w sumie racja. I sorry za złośliwość

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

bo w zasadzie to cąłkiem normalna sprawa – ujebać sobie coś za dzieciaka i potem się z tego wyleczyć 🙂

pm
pm

Nie ma problemu, choć czytając to „co ty pierdolisz?” już miałem użyć jakiegoś wulgaryzmu w twoją stronę, ale później sobie przypomniałem, że sam w sumie dosyć często się tak zwracam do ludzi :p No nic, miłego dnia zyczę

Zawisza Czarnecki
Zawisza Czarnecki

Przecież jest kibicem sukcesu – gwiazdy odeszły (a Buffon to nie gwiazda?) spadli aż na rok do 2. ligi i koniec miłości. Nie dziwię się, że Polsce wybrał sobie Legię. Nigdy nie spadli, nawet za kręcenie lodów…
Ja mam odwrotnie – z 15 lat czekałem na mistrza Man Utd – później zaczęło mnie mdlić od natłoku kibiców, którzy sie nagle w Polsce namnożyli. Wolę WHU i mam nadzieję, że gdy coś osiagną, to ich nie oleję.

Skromny
Skromny

Spadli,fakt ze dawno bo przed IIWS dokladnie w 1936,pozniej rozpadly sie ich wszystkie sekcje druzynowe.Postawili na tenis i jezdziectwo.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Janusz Kibol
Janusz Kibol

Tydzień temu wtorkowego felietonu nie było. Teraz wklejasz gotowca ze swojej książki… Coś ty taki zajęty ostatnio Krzychu, że nie masz czasu na Weszlo? Pępkowe u Lewego było, czy co? 🙂

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz
Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

dobra zamknij mordę

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

AerPe
AerPe

Szkoda, że nic nowego tym razem w felietonie nie dało się przeczytać, ale rozumiem, że nie ma powodu pisać tego samego innymi słowami, jak można skopiować fragment książki.
Ale przez kopiuj-wklej jest identyczny błąd w felietonie oraz w książce – ten napastnik Zagłębia to Michał Chałbiński, nie Łukasz.

zielonywojownik
zielonywojownik

Po prostu bardzo kruchy miałeś ten kręgosłup.

redzgred
redzgred

Panie redaktorze od kiedy kibicuje Pan Barcelonie? Pozdrawiam

MaximTsigalko
MaximTsigalko

„Kiedy więc na murawę w polskiej ekstraklasie pada piłkarz i wbiegają noszowi, nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Nawet jeśli okaże się, że to poważny uraz, to cóż z tego? Po prostu na boisku przez jakiś czas będzie pojawiał się inny zawodnik, który też nie potrafi grać.” Nikt się nie przejmuje? A był pan kiedyś na meczu Korony Kielce? Pierwszy przykład z brzegu, ostatnia kolejka, mecz z Jagą, pod koniec pierwszej połowy z boiska schodzi kulejący Jacek Kiełb, cały stadion skanduje jego nazwisko, pomimo tego, że niczym specjalnym nawet w tym meczu nie błysnął.

lubie mezo
lubie mezo

Oczyywiście Stanowski odwołuje się do ogółu i do zwyczajowych reakcji kibiców na takie sytuacje. No i oczywiście pojawić się musiał jeden przykład, który niby co udowadnia? Że raz się tak zdarzyło? Heh.

MaximTsigalko
MaximTsigalko

Jeden? Może najwyższa pora przestać oglądać mecze na Sopcascie i wybrać się na stadion?

lubie mezo
lubie mezo

No ale na stadionie trzeba płacić…

Przemysław Kow.
Przemysław Kow.

Panie redaktorze Stanowski czy godzi się w głównym artykule na portalu manipulować czytelnikiem?
Opisywany w artykule S.Szałachowski należy do grupy religijnej, którą można definiować jako zakon świeckich.
Jednak używanie do Niego słowa „zakonnik” to tylko ubarwianie w metodzie na „klik klik”.
Podobno Weszło nie manipuluje tytułami itd …

dario armando
dario armando

Moje odwieczne kibicowanie to reprezentacje Polski i Argentyny, A sympatie klubowe już bardzo często zmieniałem ,bo są zależne od 2 czynników-1.mają w swoim składzie piłkarza bardzo podobnego charakterystyką gry do Messiego 2 lubią zdominować przeciwnika,grają raczej dołem ,tworzą je w większości zawodnicy ze sporymi umiejętnościami technicznymi i dobrze opanowanym dryblingiem czyli znam swoje preferencje i jestem im wierny od zarania dziejów .A futbol też od zawsze oglądam więc również mógłbym być typowym kibicem Barcelony ,która jest moim futbolowym punktem odniesienia w ostatnich kilkunastu latach.

magdaLena
magdaLena

Polska, Argentyna – u mnie też taka kolejność. Potem Niemcy, bo z sympatii do Klinsmanna-piłkarza wzięła się sympatia do reprezentacji Niemiec.
Co dziwne – kocham Argentynę, a nie lubię Messiego 🙂

dario armando
dario armando

U mnie przeważnie argentyńscy piłkarze budują sympatię do danego klubu ,jak np. Dybala dla Juventusu,kiedyś wielki Redondo do Realu. Aimar i Valencia.

krysiapawlowicz
krysiapawlowicz

łzy radości , nie pozwoliły mi czytać dalej, po dojściu do fragmentu: sala pękała w szwach…………. Krzysiu, co żeś uczynił, chciałeś rozbić bank w Poznaniu ?

Voitcus
Voitcus

Pamiętam, jak ze 20 lat temu p. Zydorowicz (który był/jest kiepskim dziennikarzem, ale wówczas pełno go było w tv) przyznał się, że on zawsze kibicuje GKS Katowice – wydawało mi się to naturalne, skoro mieszka i pracuje na Śląsku. Potrafił w miarę obiektywnie relacjonować mecz, jaki tam poziom tego był, taki był. Pod tym względem go szanuję. Pamiętam załamanego Szpakowskiego gdy Legia przegrała z Widzewem, choć Szpaku chyba się nigdy nie przyznał. Śp. Zarzeczny wprost kochał Legię i ludzie z całej Polski przyjeżdżali na Jego pogrzeb. Myślę, że można pogodzić jedno z drugim, a myślę, że p. Stanowskiemu przytrafił się kryzys wiary. Tak jak klerykowi, który żył w czystości i przyłapał proboszcza na oglądaniu filmów dla dorosłych, tak p. Redaktor się nagle dowiedział, że w Legii też są źli ludzie. Wszędzie są, to nic niezwykłego. Ale jak się w tym siedzi długo, to się widzi, że Legia (Lech, Wisła, Widzew…) to nie tylko pracownicy, to ten konkretny stadion na Powiślu, na który się dojeżdża autobusem 162, to ten wiatr od strony Wisły, to ta stara tablica świetlna (do obejrzenia już tylko w „Piłkarskim Pokerze”), którą widać z Trasy Łazienkowskiej, to okolice Kanału Piaseczyńskiego, gdzie stoi konna policja, to Sen o Warszawie itd., szczegóły, których nie zniszczy nawet spadek z ligi. Każdy klub ma swoje takie symbole – ja nie znam symboli Widzewa czy Ruchu – które łączą i powodują emocje. To są te rzeczy, których w Barcelonie nie ma. Tam są koszulki z Messim i baloniki. Wydaje mi się, że Pan nigdy nie doświadczył, a może nie zwrócił uwagi…

Wróżka Weszława
Wróżka Weszława

Ale żeby tak się rozleniwić by nawet raz na tydzień nie ruszyć tyłka i czegoś nie naskrobać?

Ksiondz
Ksiondz

Znaczy się ja powiem tak. Mati… Jeśli chodzić o dobrych dziennikarzy to rzeczywiście jest nas niewielu, tak? Ja, ty Mati, nasz Cezary z Pazurami, Kowal i może jeszcze Berthold z Kickera.

Peter Lisek
Peter Lisek

Mam książkę, więc ta lokacja produktu nie dla mnie 🙂

master
master

Łukasz Chałbiński ? A nie Michal przypadkiem ? 🙂

Quligosc
Quligosc

Stano mega tekst. Rozumiem Cię doskonale z tym kibicowaniem, a jeśli ktoś tego nie rozumie to olej to szkoda się tłumaczyć. Ps. jestem kibicem Realu od zawsze ale w sercu miałem Zawisze..do czasu. Pozdrawiam

Bartek Kiezun
Bartek Kiezun

Pamietam,ze jak czytalem ksiazke to sobie zdalem sprawe, ze felieton jest lepszy, bo przynajmniej moglbym sie wypowiedziec wiedzac, ze moja mysl do ciebie dotrze heh. Byc moze bylismy na tym samym meczu po przeciwnych stronach. Stomil zremisowal z Legia 3:3, a gola na wage remisu strzeli Jackiewicz z dystansu. Co sie dzialo na stadionie! Co sie dzialo ze mna! Ostatnio zabralem syna na Stomil. Chyba twoj Leon i moj mały sa w tym samym wieku. Wiekszosc czasu bylem skoncentrowany na kielbasie z grilla i sledzeniem wynikow na livesports.pl. Ale jest ciagle druzyna, z ktora rozgrywam mecze, skacze, dre sie, przezywam! Polska! Ostatni moj wypad to eliminacje w Glasgow. Co za emocje! Pozdrowki.

Ps A co do Barcy to jest to specyficzne miejsce i specyficzny klimat. Mimo,ze blizej mi do Realu to wybralem sie kiedys ze znajomymi na LM do Barcelony. Swiatynia futbolu. Ta magia miejsca w upalny wieczor unosi sie wysoko ponad trybuny. Inna liga. Szkoda tylko, ze piwo 0%.

Jak Co Szabat: Moshe Ohayon - Prywatnie Kolega Herberta Dicka
Jak Co Szabat: Moshe Ohayon - Prywatnie Kolega Herberta Dicka

Dalej to do mnie nie przemawia. Cieszy natomiast fakt, że redaktor skądinąd sympatyczny potrafi jeszcze odnaleźć w sobie pierwiastek dzieciaka skacząc z przywiązania do jednego klubu na drugi. Fajnie, obym też taki był w jego wieku.

PS. Wypada też zacytować klasyk: „Nie kupię stanki Książkowskiego”

Benzon
Benzon

To absolutnie nie jest żadną złośliwością z mojej strony, ale czy to przypadkiem nie próba poprawy sprzedaży książki?

Marek
Marek

Też tak mam. Zaczynam kibicować poszczególnym piłkarzom, a nie drużynom. Czyżby przesyt futbolem?

Aerth
Aerth

No cóż, dla mnie pilkarz to piłkarz i mi zwisa, jakim jest człowiekiem. Co z tego, że Kuciak narzekał na Polaków (słusznie cyz nie) albo, że był pantoflarzem i z nikim w szatni nie trzymał? Ważne, jak grał.

Chociaż rozumiem, że jak ktoś był bliżej klubu i sie angażował bardziej osobiście to mu różnicę robiło.

Kunta Kinte
Kunta Kinte

No… Panie Stanowski…
Proszę częściej o takie teksty…!

AndrzejeK
AndrzejeK

Nie mam problemu komu i czy w ogole komus dziennikarz kibicuje, aby pisal ciekawie.
To byl ciekawy felieton, dzieki.

chawiko
chawiko

ja mogę naprawdę wszystko łyknąć ale pisanie, że dziennikarz sportowy to alfa i omega? Stano – a wiesz czym my się zajmujemy na Ziemi?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Mixu
Mixu

Ok Stano. Przekonałeś mnie. Z jednym tylko wyjątkiem..stara miłość nie rdzewieje i jednak troszeczkę ten sentyment do Legii ci się objawia. No i jeszcze jest jednak to że siedziby dzienników sportowych są przeważnie w stolicy i stąd nieuniknione jest że się po prostu znają z ludzmi powiązanymi z klubami ze stolicy, przez to wynikają różne zażyłości które później widać w relacjach. Pozdrawiam i fajny tekst. Książkę kupię na pewno i od dzisiaj rozumiem twoją fascynację Barceloną.

spirit83
spirit83

futbol to emocje, przeżycia, na przemian załamania i wybuchy radości… trudno z dnia na dzień to zostawić, odkochać się, zapomnieć, że miało to miejsce… często jest też tak, że byt kształtuje świadomość, a miejsce zamieszkania – zaangażowanie i pasję do futbolu… czasami życie zaskakuje, ja urodziłem się w jednym mieście, dzieciństwo spędziłem w drugim, a obecnie dorosłe życie prowadzę w trzecim – i każde z tych miast „grało” kiedyś w Ekstraklasie, jedno zdobywało seryjnie mistrzostwa, drugie kilka pucharów Polski, a trzecie – spadło za korupcję 🙂 i żadne nie jest mi bliższe… pewnie dlatego zostałem kibicem kanapowym i od 15 lat trzymam kciuki za klub pewnego aroganckiego Francuza z Londynu – kiedyś grającego piękny futbol, teraz jadącego na sentymentach, bo to klub, który dał mi więcej emocji i przeżyć, niż te trzy kluby razem wzięte… może gdybym od zawsze mieszkał, tak jak teraz, 100m od stadionu i od dziecka chodził na mecze jednej drużyny to miałbym inne podejście, ale niestety nie miałem takiego „komfortu” i czasami po prostu łatwiej kibicować komuś z dala od domu, bo to po prostu łatwiejsze… więc Cię rozumiem Panie Stano, piłka od zawsze była dziwką 🙂

Habanero
Habanero

Stano trochę słabo, przez 2 tygodnie nie napisałeś nic nowego

Giovanni
Giovanni

Bardzo szanuje Pana Stanowskiego za całokształt pracy dziennikarskiej ale jest to bodaj najsłabszy felieton jego pióra jaki czytałem. Co gorsza fragment książki. Miałki, przypominające marudzenie nastolatki, a zarazem próba pokazania jaki jestem zajebvisty bo chodzę na mecze w Hiszpanii a nie jeżdże na mecze tej diabelnie nudnej i słabej Ekstraklasy.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

fronda
fronda

Też wracam do tej książki,bo fajnie się czyta.Jednak tutaj kolego zdecydowałeś się na cotygodniowy felieton i jeśli szanujesz swoich czytelników to nawet jak jesteś zjebany po podróży to felieton ma być.Rozumiem,ze masz na głowie tyle co Andrzej Juskowiak,ale szanuj nas.

Fidel
Fidel

Spokojnie, na pewno dostał już ochrzan od szefa i za tydzień będzie super tekst. A nie… czekaj…

Weszło
04.06.2020

Sztuka dobijania krzywych gwoździ

Bardzo długo ten mecz układał się zgodnie ze scenariuszem znanym z pewnej popularnej gry komputerowej. GKS Tychy strzelał w poprzeczkę. Strzelał tuż ponad nią. Strzelał obok słupka, strzelał w mur złożony z obrońców. Wymieniał setki podań dosłownie na szesnastym metrze od bramki Zagłębia Sosnowiec, czarował sztuczkami technicznymi, chętnie wchodził w udane dryblingi. Ale przegrywał 0:1, […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Podobno w Radomiu był dziś jakiś mecz…

Radomiak i Odra podpisały chyba jakiś pakt. Jesienią, gdy radomianie pojechali do Opola, zależało im tylko i wyłącznie na tym, żeby nie przegrać. Efekt? Typowe 0:0 po bezbarwnym. Teraz, gdy Odra wpadła do Radomia, także zależało jej na tym, żeby wywieźć choćby jeden punkt. I co? Typowe 0:0 po bezbarwnym. Nawet gdyby kibice mogliby dziś […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Bez Brożka do końca sezonu. Jak zła to wiadomość dla Wisły?

Między 16 sierpnia, a 22 września, na przestrzeni pięciu tygodni, Paweł Brożek strzelił siedem bramek w pięciu kolejkach. Tak, mówimy o tym sezonie, nie o czasach, gdy sięgał po koronę króla strzelców i mówiło się, że hitowy transfer tuż tuż. A i berło pierwszego snajpera w kadrze musi przejść w jego posiadanie. Nie ważne co […]
04.06.2020
Anglia
04.06.2020

Anglicy korzystają z otwartej furtki – pięć zmian w Premier League

Jak od pewnego czasu wiadomo, 17 czerwca powrócą na boisko piłkarze prawdopodobnie najlepszej, a już na pewno najbogatszej ligi Europy – angielskiej Premier League. Aston Villa podejmie Sheffield United, a Manchester City zmierzy się z Arsenalem. Naturalnie wznowienie rozgrywek będzie się wiązało z całą masą organizacyjnych zmian. Obostrzeń, regulacji, zakazów i nakazów. Protokół bezpieczeństwa musi […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Miliarder przejmuje Motor Lublin. Plany? Nowa akademia i pierwsza liga w rok

Ile razy zastanawialiśmy się, dlaczego najbogatsi Polacy nie inwestują w kluby piłkarskie? Jak często kibice marzyli o tym, żeby lokalny biznesmen, który dotarł na szczyt, wprowadził na niego również ich klub? Takie pytania na pewno stawiali sobie także fani z Lublina, bo polska wschodnia od lat pozostawała futbolową pustynią. Jedno z największych miast Lubelszczyzny piłkę […]
04.06.2020
Blogi i felietony
04.06.2020

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Jest wiedzą powszechną i oczywistą, że Jerzy Pilch kochał Cracovię i futbol. Niedoceniane pozostaje jednak, jak mocno Jerzy Pilch futbolem każdego dnia oddychał, jak był nim przeżarty. To nie był pan pisarz, który czasem, pomiędzy lekturą Płatonowa i Schulza, pomiędzy trzaśnięciem zjadliwego felietonu, a machnięciem powieści bestsellerowej, dla fanaberii schodził na ziemski padół obejrzeć spotkanie […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Kosecki: „Kwintesencją polskiej głupoty były lata korupcyjne”

– W Hiszpanii nikogo nie obchodziło to, czy wbijesz lampkę, czy dwie lampki, czy butelkę. Twoja sprawa. Możesz wyjść i grać. Romario, który grał w Barcelonie, mieszkał w hotelu, w którym na ostatnim piętrze była dyskoteka. Dzień przed meczem niejednokrotnie bawił się i tańczył. Brazylijska mentalność. Mówi się o tym, że były balangi i picia […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Nagroda za awans? Zwolnienie! Tak się to robi w Ostródzie

Jeszcze nie opadł kurz po decyzji Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej, na podstawie której Sokół Ostróda awansował do drugiej ligi. Jeszcze Legia Warszawa stara się wojować w sprawie swoich rezerw w Komisji ds. Nagłych PZPN-u. Tymczasem pierwszy z wymienionych klubów… zwolnił trenera. Tak, tego, który przed chwilą wywalczył promocję ligę wyżej.  Myśleliśmy, że w temacie zwalniania […]
04.06.2020
Bukmacherka
04.06.2020

Zagłębie zdobędzie Tychy? Obstaw hit pierwszej ligi w Totolotku!

Sąsiedzkie starcia zawsze budzą wiele emocji. Zwłaszcza, gdy naprzeciw siebie stają dwie drużyny, które ostatnio przeszły spore zmiany. GKS Tychy i Zagłębie Sosnowiec to nie tylko mecz dwóch zespołów aspirujących do gry o awans. To także starcie dwóch trenerów, którzy stanęli przed wyzwaniem „posprzątania” po swoich poprzednikach. Dzisiejszy hit pierwszej ligi typujemy w Totolotku! GKS […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Śmiały ruch Lecha Poznań – w przyszłym sezonie spróbuje grać z bramkarzem

Musimy przyznać, że początkowo imponowała nam ta odważna strategia Lecha Poznań. Jako pierwszy klub w Polsce, być może pierwszy na świecie, Kolejorz zdecydował się, by zamiast bramkarza wstawić między słupki jedenastego piłkarza z pola. I tak znalazł się w tym miejscu Mickey van der Hart, Holender, znany przede wszystkim ze swojej kapitalnej gry nogami. Niestety, […]
04.06.2020
Niemcy
04.06.2020

Afera fryzjerska w Dortmundzie. Piłkarze Borussii na cenzurowanym po złamaniu zaleceń

Jak nauczył nas przykład Heiko Herrlicha, szkoleniowca Augsburga, powody do złamania obostrzeń towarzyszących wznowionym rozgrywkom ligowym mogą być naprawdę idiotyczne. Herrlich postanowił złamać zasady i opuścić hotel, żeby zaopatrzyć się w pastę do zębów i słynny już krem nawilżający. Teraz nawywijali natomiast piłkarze Borussii Dortmund. Jak donosi BILD, kilku zawodników BVB ma obecnie spore kłopoty […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Nawotka: „Nawet w juniorach w meczach Legii z Lechem chcieliśmy się pozabijać”

Tomasz Nawotka od lat jest piłkarzem Legii Warszawa na… wypożyczeniu do Zagłębia Sosnowiec. Z warszawską drużyną grał w młodzieżowej Lidze Mistrzów i ośmieszył Lucę Zidane’a. Z sosnowiczanami najpierw awansował do Ekstraklasy, a potem z niej spadł. Nam opowiada o swoim debiucie w seniorskiej piłce w wieku 16 lat, czy o pobycie w Warszawie. Jak do […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Quiz piłkarski: wyjadacze z pierwszej ligi

Przedwczoraj do gry wróciło zaplecze Ekstraklasy, dziś czeka nas dokończenie 23. kolejki tych wspaniałych rozgrywek. Jeśli od czasu do czasu lubicie rzucić na nie okiem, to pewnie poradzicie sobie z naszym kolejnym piłkarskim quizem, w którym waszym zadaniem jest wymienienie najbardziej doświadczonych pierwszoligowców. Konkretnie tych, którzy nastukali największą liczbę występów w Ekstraklasie.  W ramach podpowiedzi macie […]
04.06.2020
Bukmacherka
04.06.2020

Matchday Boost na Radomiaka w BETFAN – kurs 2.50!

Choć pierwszą ligę będziemy oglądać w tym tygodniu ciągiem, dziś zakończy się pierwsza kolejka po restarcie rozgrywek. Jednymi z ostatnich, którzy powalczą w niej o punkty, są piłkarze Radomiaka. W Radomiu zmierzą się oni z walczącą o utrzymanie Odrą Opole. Będzie się działo? Z pewnością, dlatego typujemy ten mecz u legalnego bukmachera BETFAN! Radomiak Radom […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Brosz: „Robimy wszystko, żeby Górnik znów grał o najwyższe cele”

– Każdy dzień to jest dla nas szansa czegoś nowego i ciekawszego. Sport jest piękny. Rywalizacja jest piękna. Wstając rano ma się kolejne rzeczy do zrealizowania i pasja jest taka sama, jaka była na początku, a może i nawet większa. I to jest fajne. Ostatni czas pokazał nam, że musimy doceniać i szanować nasze dokonania. […]
04.06.2020
Weszło
04.06.2020

Bielik: „Przeżyłem trudny czas. Po kontuzji odłączyłem się od świata”

– Przeżyłem bardzo trudny czas. Kiedy doznałem kontuzji, dostałem mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy pisali, że są ze mną, kibicują mi i wierzą, że wrócę silniejszy. Ale kiedy zawodnikowi puszczają więzadła krzyżowe, nawet takie sympatyczne słowa nie są w stanie podnieść na duchu. Nie odpisywałem na nie. Odłączyłem się od świata – opowiada na łamach […]
04.06.2020
Inne sporty
03.06.2020

Wraca NBA! Kluby dogadują ostatnie detale

Jeśli z niecierpliwością oczekiwaliście powrotu najlepszej ligi świata, to mamy dla was świetną oraz… gorszą, choć niezbyt zaskakującą wiadomość. Zacznijmy od najważniejszego: NBA jest na najlepszej drodze do wznowienia sezonu, zespoły będą grać w kompleksie Disneylandu. Ale niestety, jak donosi Adrian Wojnarowski z ESPN, planowy termin powrotu to dopiero 31 lipca. Do tego na trybunach […]
03.06.2020
Weszło
03.06.2020

Zmienia się stadion, zmienia się mecz. Tylko poziom sędziowania nieszczególnie

Dopiero pisaliśmy o marnym sędziowaniu w starciu GKS-u Jastrzębie z Wartą Poznań. Łudziliśmy się, że może w Grudziądzu będzie z tym lepiej. Że dwóm zespołom naprawdę potrafiącym pograć piłką arbiter nie przeszkodzi. Nasze niedoczekanie. Pan Wojciech Krztoń dał się nabrać w sytuacji absolutnie newralgicznej dla przebiegu spotkania i to boli jeszcze bardziej. Mecz wciąż był na styku, […]
03.06.2020